70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W kinie w Rangunie

Birmański nacjonalizm znalazł się obecnie na rozdrożu i musi wypracować nowy model funkcjonowania w realiach wieloetnicznego kraju.

Po zmroku Rangun pogrąża się w ciemności. Niedaleko od centrum miasta świecą jakieś dwie, trzy latarnie, ale kilka przecznic dalej spacer jest przeżyciem przyprawiającym o gęsią skórkę. Jedynym źródłem światła są reflektory samochodów, otwarte sklepy czy restauracje i pojedyncze urządzenia wiszące na niektórych budynkach. Ciemna miejska noc jeszcze dobitniej pokazuje to, co widać za dnia: jak biednym i wyniszczonym latami absurdalnej polityki gospodarczej krajem jest Birma, która przecież po II wojnie światowej miała nie najgorsze perspektywy gospodarcze. Aż 70% ludności nie ma dostępu do elektryczności, jedynie 9% miało w 2012 r. telefon komórkowy. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2005 r. Birma odnotowała zerowy wzrost gospodarczy. PKB per capita kształtuje się na poziomie nieco ponad 900 dolarów amerykańskich, zaś indeks rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI) sytuuje Birmę na 149. miejscu, jednym z najniższych na świecie.

Birmę? Przepraszam – Związek Mjanmy.

Mirma

Niecodzienne pomysły rządzącej w latach 1962–2011 junty wojskowej raz po raz obiegały świat: delegalizacja skuterów, przeniesienie stolicy do centrum dżungli… W 1989 r. na mocy urzędowego dekretu nazwę państwa zmieniono na Myanmar. Krok ten tłumaczono potrzebą uwolnienia się od przeszłości kolonialnej i troską o narodową godność. Jak pisze Michał Lubina, autor pierwszej polskiej książki o historii Birmy: „Nazwa Myanma odsyła nas do samych początków państwowości birmańskiej. Mieli ją sobie nadać potomkowie królestwa Nanzhao(obecny Yunnan w Chinach), którzy przywędrowali na Równinę Paganu i podbiwszy ludność Pyu, tam się osiedlili, tworząc zaczątki państwa birmańskiego (z tego wyrośnie później Królestwo Paganu, a więc i Imperium Birmańskie). Nazwali się Myanma, a więc »Silni jeźdźcy«, i tak już pozostało. (…) Nazwa ta, zmieniona nieznacznie na Mranma, pojawia się w birmańskich kronikach i »od zawsze« była używana w języku birmańskim na określenie tego państwa”.

O Birmie świat usłyszał dopiero podczas II wojny światowej, kiedy kraj stał się najważniejszą areną lądowych zmagań w trakcie walk w Azji. Będąca od 1937 r. wydzieloną kolonią brytyjską prowincja stała się znana jako Burma za sprawą Anglików, którzy uznali, odwoże potoczna nazwa ludności żyjącej na tych terenach, Bamar, to nazwa kraju. Rządząca od 1962 r. armia potrzebowała ponad 35 lat, by dojść do wniosku, że w imię godności narodu należy zmienić nazwę na Myanmar, i uczyniła to bez akceptacji parlamentu. Jednocześnie stolica zmieniła nazwę na Yangon (nie Rangun), a główna rzeka – na Ayeyarwady. Co więcej, nazwa Myanmar jest niepoprawna gramatycznie, bo w języku birmańskim (mjanmarskim) jest… przymiotnikiem, a nie rzeczownikiem. Nową nazwę uznały np. ONZ, podobnie Chiny, Indie czy Japonia, a także Niemcy, choć media zazwyczaj piszą o Birmie. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania używają nazwy Birma, jednak Barack Obama w trakcie wizyty w 2012 r. mówił o Myanmarze… Jan Grzenia, analizując sprawę z perspektywy polonistycznej, trafia w sedno: „Znacznie rozsądniej byłoby pozostać przy starej nazwie, zwłaszcza że w kontekstach dotyczących historii, i to nieodległej, i tak trzeba używać nazwy Birma. Poza tym nowa forma potrzebna jest chyba tylko Ministerstwu Spraw Zagranicznych. W dodatku jest to nazwa naznaczona politycznie, co gorsza, negatywnie”.

Z tego powodu w kwietniu 2012 r. doszło do konfliktu – nie pierwszego i nie ostatniego – między AungSan Suu Kyi a komisją wyborczą. Legendarna opozycjonistka odmówiła zaprzestania używania nazwy Birma, wskazując, że zmiana została podjęta bez konsultacji z opinią publiczną. Spór o nazwę kraju, z pozoru błahy, świetnie oddaje złożoność sytuacji. Paradoksalnie, nacjonalizm wojskowych okazał się w pewnym sensie mniej ekskluzywistyczny, niż by się to mogło wydawać: nazwa „Birma”, w przeciwieństwie do tradycyjnego Mjanmar, odnosi się wszak do jednej, dominującej grupy etnicznej. Wydaje się więc, że nazwa zaproponowana przez autokratów jest bardziej inkluzywna. Nic nie wskazuje jednak na to, aby wojskowi byli bliżej rozwiązania konfliktów etnicznych niż pół wieku temu.

Birma jest najbardziej różnorodnym etnicznie krajem Azji Południowo-Wschodniej. Szacunki podają, że zamieszkuje ją ok. 60 mln ludności, z czego 53 mln wyznaje buddyzm. Największą grupą etniczną są Birmańczycy (ok. 68%), kraj zamieszkują też – zgodnie z Prawem o obywatelstwie z 1982 r. – reprezentanci 134 innych grup, mówiących setką różnych języków. Dużo tutaj domysłów, ponieważ odbywający się w marcu i kwietniu tego roku spis był pierwszym od 1983 r., a jego wyniki nie zostały jeszcze opublikowane. Finansowany głównie przez zagraniczne agencje i organizacje międzynarodowe spis sporządzono po to, aby umożliwić dalszy rozwój państwa, a także z uwagi na przyszłoroczne wybory. Na liczne problemy natury technicznej, jak choćby to, że większość osób przeprowadzająca ostatni spis jest już na emeryturze, czy konieczność spisania licznych emigrantów (przykładowo – 80% taniej siły roboczej w Tajlandii to właśnie Birmańczycy), nakładały się polityczne interesy i drażliwe kwestie narodowościowe. Niestety, dzień przed rozpoczęciem prac rzecznik prezydenta Birmy Ye Htut powiedział, że każdy, kto określi się mianem „Rohingya”, zostanie pominięty w szacunkach. Nie zapowiada to niczego dobrego ani dla spisu, ani dla wyborów zaplanowanych na 2015 r.

Wojowniczy mnich

Żar był niemiłosierny. Wspólnie z M. wydostaliśmy się z pociągu, który z pewnością pamiętał czasy imperium brytyjskiego, i jako jedyni biali w ciżbie ludzi przeciskających się na peronie przeszliśmy przez postkolonialny gmach dworca w Bago. Przewodnik sam nas znalazł, jednak negocjacje nie poszły tak łatwo, jak zakładaliśmy.

– 20 tysięcy kyatów? Niech będzie. Ale pokażesz nam wszystko, co jest tu do zobaczenia? – Dobiliśmy targu. Usadowiliśmy się na (nielegalnym…) motocyklu naszego przewodnika i ruszyliśmy wyboistą drogą do pierwszej pagody. W orzeźwiającym cieniu buddyjskiej świątyni w końcu nadarzyła się okazja, żeby trochę porozmawiać. Kiedy zeszliśmy na tematy religijne, Zomo (tak nazywał się nasz przewodnik) bez ogródek stwierdził, że nie przepada za muzułmanami. Czemu?

– Wiecie: dyskryminują kobiety, są porywczy i agresywni.

Do niedawna wizytówką Birmy była Aung San Suu Kyi, znana na całym świecie legenda tamtejszej opozycji. Ostatnio kraj zyskał nową twarz: buddyjskiego mnicha Ashina Wirathu, który w lipcu 2013 r. pojawił się na okładce „Time’a”. Kontrowersyjny artykuł pt. Twarz buddyjskiego terroru odnosił się do konfliktu etnicznego, którego ofiarą są Rohingya: wyznająca islam subgrupa ludu Rakhine posługująca się indoeuropejskim językiem, której 800 tys. z ok. 2 mln członków mieszka w stanie Arakan w Birmie, przy granicy z Indiami. Wirathu, znany z takich cytatów jak: „Możesz być pełen miłości i dobroci, ale nie wtedy gdy znajdujesz się obok szalonego psa”, pokazał nowe, dotychczas nieznane światu oblicze konfliktu w Birmie – buddyjską ksenofobię.

Źródeł takiego stanu rzeczy można się doszukiwać na początku XIX w., kiedy do Birmy przybyli pierwsi misjonarze. Wiara w Chrystusa nie tylko wymagała odrzucenia nauczania mnichów i ceremoniałów, ale wiązała się z zerwaniem z buddyjską kulturą. Konwersja miała tyleż wymiar religijny, co polityczny.

Dzisiaj jednak ofiarami wrogości stają się przede wszystkim muzułmanie, a że w Birmie są oni najczęściej indyjskiego pochodzenia, to – biorąc pod uwagę historyczne animozje – stają się idealnym kozłem ofiarnym. Problemy z mniejszościami mają w tym kraju długą historię. 27 marca 1945 r. Birmańska Armia Narodowa z dnia na dzień zmieniła strony i wsparła wojska alianckie, zrywając tym samym wszelkie układy z Japończykami. Tymczasem w birmańskich lasach nadal działały bojówki Kareńczyków i Kachińczyków, którzy od dawna walczyli z okupantem i narażali się na prześladowania, w tym ze strony własnej armii. Do tego należy doliczyć Chińczyków – zarówno komunistyczne partyzantki, jak i oddziały republikańskiego Kuomintangu, operujące w Birmie aż do 1961 r. Po powrocie z Londynu w styczniu 1947 r. ówczesny premier Birmy gen. Aung San (ojciec Aung San Suu Kyi) doskonale zdawał sobie sprawę z napiętej sytuacji, dlatego zgodził się na znaczne ustępstwa wobec mniejszości, zawierając w 1947 r. tzw. porozumienie z Pangalong. Zamieszkujące przygraniczne, górzyste i zalesione tereny Birmy mniejszości (w przeciwieństwie do Birmańczyków, którzy zasiedlają nizinne tereny wzdłuż ciągnących się przez centrum kraju rzek Ayeyarwady, Sittang i Salween) zyskały szeroką autonomię. Porozumienie nie obejmowało jednak Kareńczyków ani ludu Mon, co więcej, niektóre grupy domagały się secesji. Napięta sytuacja etniczna i katastrofalna polityka gospodarcza powojennych rządów sprowokowały armię do działania. Nacjonalizm przybierał tragiczne dla niektórych grup formy. W 1963 r. z kraju uciekło 300 tys. Indusów i 100 tys. Chińczyków. W konstytucji z 1973 r. istniał wprawdzie zapis o rasach narodowych, ale nie wspominano w niej o jakiejkolwiek formie autonomii czy federacji. Rohingya, którym w 1954 r. rząd U Nu przyznał status osobnej grupy etnicznej, zostali nazwani „nielegalnymi bengalskimi imigrantami”. Musieli prosić władze o pozwolenie na opuszczenie wioski, budowę meczetu czy nawet posiadanie dzieci. W 1978 r. rozpoczęto przeciwko nim kampanię o odwołującej się do buddyjskiej mitologii nazwie „Król Smok”. W roku 1991, kiedy represje ponownie się nasiliły, 200 tys. Rohingya uciekło do Bangladeszu, gdzie przebywają do dziś w tragicznych warunkach.

Wprawdzie w latach 90. udało się podpisać porozumienia pokojowe z 20 grupami rebeliantów, jednak sprawa nie została kompleksowo rozwiązana. Fala przemocy wobec Rohingya wybuchła na nowo w czerwcu 2012 r. Szczegóły podawane przez media szokowały: dzieci palone na oczach rodziców, muzułmańscy pielgrzymi wyciągani z autobusów i katowani na oczach przypatrujących się policjantów. W wyniku zamieszek z 2012 r. oficjalnie zginęły 192 osoby, domy musiało opuścić 125 tys. ludzi. Human Rights Watch mówiło wprost o czystce etnicznej. Bangladesz odmówił pomocy, w mediach pojawiały się doniesienia o zastrzeleniu nielegalnych imigrantów przez marynarkę tajlandzką i strasznych warunkach w australijskich centrach imigracyjnych. Rohingya zostali przez BBC określeni jako „najbardziej prześladowana grupa etniczna na świecie”.

Wspomniany Ashin Wirathu, stojący na czele Ruchu 969 (nazwa odnosi się do buddyjskiej symboliki), odgrywa znaczącą rolę w mobilizowaniu mas. Sam uważa się za przeciwnika przemocy, jednak oponenci nazywają go „buddyjskim bin Ladenem”. W 2003 r. trafił na 9 lat do więzienia za podjudzanie do antymuzułmańskich zamieszek. Uwolniony na mocy amnestii na początku 2012 r., szybko powrócił do polityki ulicznej: jeszcze w tym samym roku zorganizował protest przeciwko chińskiej kopalni w Monywie. W wyniku walk z siłami porządkowymi rannych zostało 100 osób. We wrześniu 2012 r. zorganizował wiec poparcia mnichów dla propozycji prezydenta Thein Seina, by przesiedlić Rohingya do innego kraju. W trakcie zamieszek w marcu 2013 r. w Miktili podpalono 1300 domów i zamordowano 43 osoby. Niepokoje z października tego samego roku dotknęły z kolei muzułmanów w stanie Rakhine. Transparent niesiony na jednej z manifestacji poparcia dla Ruchu 969 tłumaczył: „Nie terroryści, ale obrońcy rasy, języka i kultury”. Aung San Suu Kyi, komentująca dla BBC te wydarzenia, oczywiście potępiła przemoc. Ale nie używała określenia Rohingya, lecz… Bengalczycy.

Buddyzm w Birmie

nierozerwalnie związany jest z kulturą, tożsamością narodową, ale także systemem władzy i stosunkami społecznymi. Mnisi odegrali znaczącą rolę w trakcie walki o niepodległość (antyindyjskie protesty w 1930 r.), w zamieszkach z 1988 r. czy szafranowej rewolucji z 2007 r. Buddyjskie świątynie to niekiedy domy kultury, banki, szpitale, hotele, szkoły religijne i ośrodki pomocy społecznej w jednym. Także Aung San Suu Kyi odwołuje się do religii, w swoich przemówieniach często odnosi się do pojęcia mettā, zaś wobec niej samej niekiedy używa się sformułowania bodhisattwa, choć ona odcina się od takich porównań. Jak jednak każda religia, buddyzm wykorzystywany jest do bieżącej polityki, która w Birmie drugiej dekady XXI w. jest tyleż nieprzewidywalna, co niebezpieczna, biorąc pod uwagę sytuację etniczną. Nie chodzi bowiem tylko o zagrożenie dla stabilności kraju, ale całego regionu. Nie sposób przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja. Plotki o wsparciu z Arabii Saudyjskiej dla muzułmanów czy ewentualnej pomocy ze Sri Lanki doświadczonej latami krwawej rozprawy z Tamilami nie pomagają uzyskać jasnego obrazu. Zarówno armia, jak i opozycja nawołuje do respektowania prawa, jednak problem jest znacznie poważniejszy: birmański nacjonalizm, jak argumentuje Matthew J. Walton z George Washington University, znalazł się obecnie na rozdrożu i musi wypracować nowy model funkcjonowania w realiach wieloetnicznego kraju.

Około czwartej po południu mieliśmy już dość. Zwiedziliśmy z naszym przewodnikiem całe Bagu, byliśmy w siedmiu świątyniach, widzieliśmy ogromnego węża, który miał podobno 135 lat i pławił się w pieniądzach – wystarczająco dużo atrakcji jak na jeden dzień. Siedliśmy na ziemi w sali modlitewnej ostatniej ze świątyń na naszej trasie. Jeszcze przed wejściem uderzył mnie napis informujący, że kobiety nie mają do niej wstępu.

– Zomo – spytałem naszego przewodnika – czemu kobiety nie mogą tu wejść?

– Przeszkadzają się modlić – odparł bez dłuższego wahania.

– Ale czy ty wcześniej nie mówiłeś…? A, nieważne.

Fale liberalizacji

W 2011 r. rozwiązano rządzącą juntę, gen. Thein Sein stał się cywilną głową państwa. Kraj ostrożnie otworzył się na świat, złagodzono cenzurę, wypuszczono więźniów politycznych, obiecano zorganizować wybory w 2015 r. Zaczęły powstawać wolne związki zawodowe, Aung San Suu Kyi została wypuszczona z aresztu domowego, przyznano jej swobodę działalności politycznej. Ofensywa przeciwko rebeliantom została wstrzymana. Niestety, armia dalej sprawuje władzę nad kluczowymi resortami i podkreśla konieczność przestrzegania zapisów konstytucji. O dalszych losach kraju bardzo dużo powiedzą przyszłoroczne wybory. W 2010 r. Aung San Suu Kyi (i jej Narodowa Liga Demokratyczna, największa partia opozycyjna) zbojkotowała wybory, jednak teraz zapowiada, że będzie inaczej. W przyszłości słynna działaczka chce też powalczyć o fotel prezydenta Birmy, bowiem kadencja Thein Seina ma się zakończyć po wyborach. Będzie to jednak możliwe tylko wtedy, gdy zmieniona zostanie… konstytucja, zabraniająca Aung San Suu Kyi pełnienia funkcji głowy państwa. Zmiany miały miejsce już wcześniej. Po wielkich zamieszkach w 1988 r. do dymisji podali się najwyżsi przedstawiciele reżimu, w tym Ne Win i San Yu. Przeprowadzono wybory, w których zdecydowanie wygrała Narodowa Liga Demokratyczna, zdobywając 396 mandatów (na zaledwie 10 zdobytych przez wojsko). Władza jednak nie uznała wyników wyborów, nowy parlament nigdy się nie zebrał, a kraj znowu pogrążył się w chaosie.

Co się zmieniło od tego czasu? Przede wszystkim Birma wychodzi z międzynarodowej izolacji. Powoli pojawiają się inwestycje zagraniczne, które w całym 2013 r. wyniosły 3,6 mld dolarów, co stanowiło trzykrotny wzrost w stosunku do roku poprzedniego. Tylko między kwietniem a sierpniem 2013 r. dzięki napływowi kapitału powstało ok. 20 tys. nowych miejsc pracy w Birmie / Mjanmie. Raport McKinseya podaje, że choć produktywność birmańskiego pracownika jest 70% poniżej azjatyckiej średniej, a dzieci uczą się w szkole średnio 4 lata, to przy odpowiednim poziomie inwestycji do 2030 r. gospodarka może się zwiększyć czterokrotnie. Przed krajem stoi wiele wyzwań, ale potencjał jest ogromny. Przede wszystkim wiele zależy od przyszłorocznych wyborów…

***

Kino w Birmie – to jest dopiero przeżycie! Przed wejściem tłum ludzi. Kasjerki, odziane w urocze pastelowo-różowe kostiumy, niezbyt dobrze mówią po angielsku, ale nadrabiają uśmiechem. Gdy na sali kinowej gasną światła i kończą się reklamy, na ekranie pojawia się wielka flaga Mjanmy. Napis poniżej (po angielsku i birmańsku) informuje, że wszyscy obywatele winni okazywać należyty szacunek fladze i symbolom narodowym. Rozlega się melodia hymnu. Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy stają na baczność i odśpiewują pieśń.

Wymeldowaliśmy się z hotelu poniedziałkowym rankiem. Na odchodnym zagadnąłem jeszcze młodą recepcjonistkę:

– A wy tu nie macie za rok jakiś wyborów?

– Mamy – odpowiedziała nieśmiało.

– I jak nastroje?

– Boimy się, że będzie jak zwykle.

.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter