70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Miłosz za Wielką Wodą

Bunt Miłosza ma też inny, religijny wymiar. Jak pokazują Rozmowy zagraniczne, nie chodzi jednak o szowinizm katolika czy chrześcijanina, ale o instynktowną wręcz postawę zadziwienia tajemniczością świata.

To już trzeci opasły tom zbierający wywiady z Czesławem Miłoszem, które publikowano w rozmaitych czasopismach (a piąty, jeśli doliczyć pozycje już klasyczne: Autoportret przekorny Aleksandra Fiuta i Podróżnego świata Renaty Gorczyńskiej). Po dwóch gromadzących rozmowy w języku polskim przyszła kolej na te, które opublikowano w czasopismach amerykańskich. Może w przyszłości ukaże się jeszcze zbiór wywiadów zagranicznych, które drukowano w innych krajach (Litwa, Francja, Niemcy…), ale możemy powiedzieć, że te trzy tomy (i oczywiście wspomniane już wywiady rzeki) pozostaną najważniejsze, bo pokazują poetę w dwóch elementarnych dla niego kontekstach. Z polskiego punktu widzenia ten ostatni tom jest bodaj najciekawszy, bo ujawnia Miłosza mniej znanego, który nie musi walczyć z gębą wieszcza i klasyka, ale próbuje podkreślić swoją osobność, a przy okazji zaznaczyć specyfikę doświadczenia wschodnioeuropejskiego.

Elementarny sprzeciw

Co znamienne, wysyp wywiadów następuje po wręczeniu Nagrody Nobla. Wcześniejsze są nieliczne i bardzo zdawkowe. Największe wrażenie robią te, w których Miłosz mocniej się odsłania lub jest umiejętnie prowokowany. W tym pierwszym przypadku chodzi o rozmowy z osobami jakoś mu bliskimi, w drugim – o spotkania trudne, które wymagają od poety jednoznacznych deklaracji w kwestiach drażliwych. Tematyka wywiadów jest bardzo rozmaita, ale da się wyróżnić kilka najważniejszych obszarów. Oczywiście dominują komentarze do własnej twórczości – dotyczące inspiracji (polskich i światowych), literackich sympatii i antypatii, artystycznego warsztatu i rozumienia własnej sztuki. Niemało jest wypowiedzi na temat Europy Wschodniej / Środkowej, które zahaczają o sprawy polityki, tym bardziej że większość wywiadów nagrywana była w latach burzliwych przemian w Polsce i krajach sąsiednich. Szczególnie pouczający jest zapis obszernej debaty pisarzy w Lizbonie (rok 1988), w której oprócz Miłosza wzięli udział m.in. Jan Błoński, Josif Brodski, Krzysztof Michalski, Salman Rushdie, Susan Sontag, Jan Józef Szczepański, Tatiana Tołstoj i Derek Walcott. Doszło w niej do bezprecedensowej konfrontacji intelektualistów z dwóch stron mocno już skorodowanej żelaznej kurtyny, której przedmiotem był spór o istnienie Europy Środkowej / Wschodniej. Ale jest też kłopotliwa rozmowa Miłosza z redakcją żydowskiego kwartalnika „Tikkun”, w której próbuje zastosować się do dewizy Agnieszki Holland: „Kiedy jestem wśród Żydów, bronię Polaków, kiedy jestem wśród Polaków, bronię Żydów”. W wywiadach powraca regularnie kwestia religii (także w jej wariantach heretyckich) czy szerzej – metafizycznej wrażliwości, która jest zdaniem Miłosza warunkiem koniecznym autentycznej poezji. Z tym ostatnim mocnym przeświadczeniem wiąże się obecność innego częstego tematu – krytyki tendencji „nihilistycznych” w literaturze XX w.

Trudno robić wypisy z tej obszernej i użytecznej książki. Spróbuję jedynie wskazać na jej intrygujące miejsca, zachęcając do lektury całości. Zacznijmy od spraw, które w ostatnich latach przyniosły Miłoszowi w Polsce złą prasę, zwłaszcza wśród kolegów po piórze i krytyków literackich. W czym rzecz? Zacytujmy kilka wypowiedzi Miłosza: „Z dość dużą ironią podchodzę do głębokiego pesymizmu nowoczesnej poezji, nowoczesnej literatury, do tych rozmaitych symptomów histerii. Staram się przeciwdziałać próbom relatywizowania pojęcia wartości i zacierania granicy między dobrem a złem, między tym, co rzeczywiste, a tym, co nierzeczywiste, między prawdą i fałszem” (s. 42), „Sądzę, że poezja zawsze zwraca się przeciw śmierci – przeciw śmierci jednostki, przeciw potędze śmierci. Właśnie dlatego poczułem taki gniew kilka lat temu, kiedy przeczytałem wiersz Philipa Larkina poświęcony śmierci, pełen rozpaczy utwór o braku jakiegokolwiek sensu – o kompletnym absurdzie ludzkiego życia i o podążaniu nas wszystkich ku absurdalnej akceptacji śmierci. To prawda. Ale poeta nie powinien tego robić. Poeta nie powinien przyjmować biernej postawy (…) postawy całkowitego podporządkowania absurdowi ludzkiej egzystencji” (s. 82), „Zarzucam Beckettowi to, że izoluje ludzi, że traktuje ich tak, jak traktuje dwóch bohaterów Czekając na Godota. Skazuje na izolację. Ale ludzie najczęściej… porzucają dręczące ich niepokoje metafizyczne, które zostają w jakiś sposób złagodzone dzięki współistnieniu” (s. 124), „Tak, wierzę, że świat, jaki znamy, to tylko powłoka, pod którą skrywa się głębsza rzeczywistość. Tej rzeczywistości nie da się sprowadzić jedynie do słów – to właśnie staje się powodem najgłębszej różnicy zdań między mną a niektórymi pisarzami tego stulecia. Czym innym jest człowiek, który koncentruje się na języku, na swoim życiu wewnętrznym, a czym innym myśliwy – taki jak ja – który rozpacza, bo rzeczywistości nie da się uchwycić” (s. 380). Jak wiadomo, Miłosz jest w ostatnich latach oskarżany o metafizyczny banał, „krzepienie serc” religijnym pocieszeniem, anachronizm dykcji poetyckiej itp. Bardzo często wypomina mu się jawną niechęć do Becketta, Larkina, Lowella, Stevensa. To oczywiste, że bywał wobec nich niesprawiedliwy (choćby u Becketta ironii towarzyszy autentyczne współczucie), ale u źródeł jego sprzeciwu leży coś zasadniczego i prawdziwego. Chyba dopiero dzisiaj, gdy umarł ostatni z wielkich powojennych poetów – Tadeusz Różewicz, widać, co dokładnie miał na myśli. Chodziło mu o projekt poezji, która wyraża jakiś elementarny sprzeciw wobec nicości – nicości pojmowanej szeroko jako nieusuwalny brak metafizycznej nadziei, prowizoryczność wszelkich wartości, czystą umowność naszych sposobów rozumienia świata. Jego drwina z poezji jako inteligentnej łamigłówki lub bałwochwalstwa otchłani wynikała z doświadczenia dwóch totalitaryzmów, które pokazały, jak łatwo zamienić człowieka w rzecz, pozbawić go ochrony przed demoniczną przemocą. Miłosz zauważa niesprzeczność (co nie oznacza, że sugeruje związki przyczynowo-skutkowe) między ahumanizmem sztuki skrajnie ironicznej lub pozbawionej referencjalności i antyhumanizmem tyranii. Łatwiej nam to dzisiaj zrozumieć, gdy pomyślimy, że we współczesnej Rosji dominuje sztuka jawnie propagandowa, groteskowa lub oniryczna.

Uważność wobec rzeczywistości

Ale bunt Miłosza ma też oczywiście inny, religijny wymiar. Jak pokazują Rozmowy zagraniczne, nie chodzi jednak o szowinizm katolika czy chrześcijanina, ale o instynktowną wręcz postawę zadziwienia tajemniczością świata. Miłosz mówi o tym w arcyciekawej rozmowie z indyjskim, a ściśle: karelskim, poetą Ayyappą K. Panikerem:

„Czesław Miłosz: (…) wydaje się, że w tym stuleciu jesteśmy czasem zmuszeni cofnąć się do pewnych podstawowych odruchów moralnych, w których się jednoczymy, niezależnie od tego, czy jesteśmy religijni, czy też nie.

Ayyappa K. Paniker: Skąd człowiek może wiedzieć, czy jest religijny?

CM: Cóż, można to określić jedynie w pewnym przybliżeniu. Ludzie dzielą się na pobożnych i bezbożnych. Sądzę, że pobożność może być cechą zarówno tych, którzy uważają się za ateistów, jak i tych, którzy wierzą w Boga. Pobożni ludzie mogą się pojawiać w obu obozach. To bezpieczniejsza definicja.

AKP: Sam kiedyś rozróżniałem pobożność i duchowość. George Santayana podzielał ten pogląd: pobożność to przede wszystkim pewnego rodzaju uleganie obowiązującym zwyczajom.

CM: Nie, nie uważam pobożności za przejaw ulegania zwyczajom. Rozumiem ją jako rodzaj szacunku. (…)

AKP: Czy pańskim zdaniem poeta powinien mieć wiarę?

CM: Cóż, wydaje mi się, że ma wiarę niezależnie od tego, czy się do tego przyznaje, czy nie” (s. 55–56, 58).

Powyższe słowa Miłosza każą zniuansować poglądy na temat konfesyjności jego poezji. Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada czy Traktat teologiczny nie pozostawiają wątpliwości, że był człowiekiem wierzącym, który poszukiwał nadziei w chrześcijaństwie, a nie w innych religiach. Ale projekt poezji, którego był orędownikiem, nie zakładał religijnej agitacji, lecz uważność wobec rzeczywistości. Rzeczywistości, która posiada głębię i niepochwytną językowo gęstość, „sutość”, jak lubił mówić. Dzisiaj, gdy i w Polsce otwarcie sławi się poezję odwracającą się od zewnętrznego świata i czytelnika, jego apel staje się bardziej zrozumiały i uzasadniony. Łatwo też pojąć, skąd nagle tyle niechęci do „szkoły Miłosza”1.

Spór o Europę Wschodnią

Najnowsze wydarzenia na Ukrainie kierują dziś uwagę na te fragmenty Rozmów…, które odnoszą się do idei Europy Środkowej / Wschodniej. Jak już wspomniałem, dotyczy jej najobszerniejszy materiał zamieszczony w tomie – debata kilkunastu pisarzy, która odbyła się w Lizbonie2. Dyskusja, która początkowo dotyka dość bezpiecznych pojęć ogólnych, nabrała kolorów, gdy Krzysztof Michalski z właściwą sobie zadziornością zauważył, że to Armia Czerwona pod koniec II wojny światowej przekształciła część Europy w „Europę Wschodnią”. A później dodał, że Armia Czerwona stała się dla wielu intelektualistów podbitych krajów „problemem filozoficznym”, a nie jedynie znakiem porządku politycznego. Po jego wystąpieniu paneliści zaczynają bardziej jednoznacznie wyrażać swoje za i przeciw wobec idei Europy Środkowej / Wschodniej, którą najpierw opatrywali uzasadnionymi zastrzeżeniami odnoszącymi się do możliwego efektu glajchszaltowania zaliczanych do niej kultur i tradycji. Punktem kulminacyjnym jest wypowiedź Tatiany Tołstoj, która sprowokowana przez Michalskiego, pokazuje, co może grać w duszy pisarzy ze Związku Radzieckiego:

„Żałuję, że nie ma wśród nas żołnierza Armii Czerwonej. Zapewne byłby rad, ponieważ nikt w tej armii nie zdaje sobie sprawy, że może ona stanowić dla kogoś problem natury filozoficznej. Ta armia – mało znaczący szczegół – urasta do kosmicznych rozmiarów, podczas gdy tak naprawdę jest po prostu czynnikiem klimatycznym. Niektórzy ludzie żyją na pustyni, inni w górach, w jednym kraju mamy do czynienia z częstymi opadami, w innym przez pół roku panuje ciemność, a w jeszcze innym mamy Armię Czerwoną: to po prostu warunki atmosferyczne” (s. 231). Jej kuriozalna deklaracja, wygłoszona najwyraźniej bez świadomej intencji imperialnej, ujawnia polityczne i w gruncie rzeczy najważniejsze tło sporu o Europę Środkową / Wschodnią. Szybko sypią się na jej głowę gromy, ale co zaskakujące, zyskuje ona umiarkowane wsparcie ze strony Josifa Brodskiego (być może powodowanego współczuciem dla intelektualnie bezradnej koleżanki), który oczywiście jednoznacznie stwierdza, że odczuwa głęboki wstyd z powodu obecności czołgów sowieckich w Europie Wschodniej, ale zaznacza, że rzeczywiście z punktu widzenia rosyjskiego intelektualisty (czyli jego własnej) coś takiego jak „Europa Wschodnia / Środkowa” nie istnieje. Warto zacytować ostrą wymianę zdań między Brodskim i Miłoszem:

„Josif Brodski: Także na gruncie literatury nie istnieje w naszej perspektywie twór taki jak Europa Środkowa. (…) Istnieją literatura polska, literatura czeska, litera-tura słowacka, literatura serbsko-chorwacka, węgierska itd. No cóż, nie sposób mówić o tej koncepcji nawet na gruncie literatury. Określiłbym ją wręcz mianem oksymoronu.

Czesław Miłosz: Divide et impera. To stara zasada kolonizatorów i ty ją stosujesz.

JB: Divide et impera. W jakim sensie, Czesławie? Nie rozumiem, co masz na myśli. Czy mógłbyś wyjaśnić?

CM: Koncepcja Europy Środkowej nie została stworzona przez Kunderę. Macie obsesję i nieustannie powtarzacie, że to wynalazek Kundery. W żadnym wypadku. Jak powiedziała Susan Sontag, idea Europy Środkowej to antysowiecka koncepcja wynikająca z okupacji tych krajów. Ma ona w oczywisty sposób charakter antysowiecki – w jaki zatem sposób, jako sowieccy pisarze, moglibyście ja przyjąć? To przecież idea absolutnie wroga Związkowi Sowieckiemu! (…)

JB: Staram się tylko powiedzieć, że w pełni popierałbym tę antysowiecką koncepcję, gdyby była ona skuteczna” (s. 277–278).

Chyba tego rodzaju kontrowersje miał na myśli Miłosz, gdy wyznawał w rozmowie z Cyntią L. Haven: „Bardzo lubię Rosjan, lubię mówić po rosyjsku, ale nie lubię R o s j i. Nie lubię R o s j i imperialnej. Brodski był rosyjskim patriotą… jeśli nie szowinistą, sam nie wiem. Wiedziałem, że to niezwykle drażliwy temat” (s. 446). Pasjonująca debata z Lizbony, w której finale idea Europy Środkowej / Wschodniej zostaje przeciwstawiona imperialnej / kolonizującej kulturze Rosji, zaskakuje dziś ponurą aktualnością.

***

Na zakończenie jeszcze wzmianka o najtrudniejszej rozmowie, która znalazła się w tomie. Mowa o wspomnianym już wywiadzie, jakiego udzielił Miłosz redakcji „Tikkun”. Odpytywany jest w niej natarczywie z „polskiego antysemityzmu”. Kłopotliwość jego położenia polega na tym, że pytający szuka jedynie potwierdzenia dla własnego, czarno-białego stanowiska w tej kwestii, które zakłada m.in., że powszechny antysemityzm czynił z Polaków bardziej lub mniej gorliwych pomocników Hitlera i że chrześcijaństwo ponosi odpowiedzialność za zbrodnie Holokaustu. Miłosz stara się mu wyperswadować, że antysemityzm (mocno obecny w przedwojennej Polsce, ale niekoniecznie powszechny) wcale nie musiał budzić sympatii dla poczynań nazistów i że antysemityzm o rodowodzie chrześcijańskim nie miał nic wspólnego z ateistyczną wizją czystości rasy, która zrodziła się na gruncie zwulgaryzowanych wersji darwinizmu wchłoniętych przez systemy totalitarne. Nie na wiele się to jednak zdało, czego dowodem „postscriptum” do wywiadu, w którym Miłosz wyznaje swoją bezradność i przestrzega: „nie wierzę w odpowiedzialność zbiorową i wolałbym nie przykładać ręki do odrodzenia się tej idei w nowej postaci” (s. 154).

Jak łatwo się domyślić, nie omówiłem większości rozmów. A są wśród nich jeszcze osobiste w tonie wywiady przeprowadzone przez zaprzyjaźnionego z Miłoszem Roberta Faggena o tajnikach sztuki pisarskiej i poezji „pochwalającej istnienie”, która wypełnia stronice Wypisów z ksiąg użytecznych. Jest też pasjonująca rozmowa z Carlem R. Profferem (publikowana już wcześniej w pierwszym tomie Widzeń transoceanicznych), która pokazuje Miłosza jako oryginalnego interpretatora Dostojewskiego. Nie oznacza to, że na tych niemal 500 stronach rozmów (resztę zajmują przypisy i noty edytorskie) nie zdarzają się wywiady słabsze i nieuchronne powtórzenia, ale Miłosz nie pozwala nam się sobą znudzić i pokazuje, że za Wielką Wodą wyrósł nie tylko na wielkiego poetę, jednego z najważniejszych w XX w., ale i niezwykłego świadka, który umiał przetopić własne doświadczenie i wiedzę w cenny kruszec mądrości.

.

1 O solipsystycznych skłonnościach najnowszej polskiej poezji pisze trafnie, choć chwilami nazbyt patetycznie, Andrzej Franaszek w artykule pod prowokacyjnym tytułem Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?, „Gazeta Wyborcza”, 21 marca 2004. Niewątpliwie patronuje mu Czesław Miłosz.

2 Konferencja literacka w Lizbonie stała się kanwą wykładu Jessie Labov zatytułowanego A Russian Encounter with the Myth of Central Europe, dostępnego on-line pod adresem: http://users.ox.ac. uk/~oaces/conference/papers/Jessie_Labov.pdf (dostęp: 19 sierpnia 2014).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter