70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak balonik z balonikiem

To fatalny pozór, że osoba, którą dotknęło gatunkowo podobne do naszego własnego nieszczęście, nie wydaje nam się obca, i uleganie temu mirażowi jedynie pogłębia studnię obopólnego nieszczęścia. Pogłębianie studni nieszczęścia nie jest tak dobrą metaforą jak nakręcanie spirali przemocy, ale może też się przyjmie.

Niekiedy ból jest tak wielki, że nie sposób znosić go dłużej w pojedynkę. Wdowiec z ósmego piętra powiedział do mnie w windzie, że cieszy się z końca wakacji, bo wrócą ludzie na osiedle i nie będzie musiał czekać codziennie rano 15 minut, aż poleci ciepła woda. Przedtem przez dwa lata mówił dzień dobry, przez kolejne dwa i dzień dobry, i do widzenia, coś mogło z tego być. Wakacje się skończyły, przyszła jesień, u siebie na dziesiątym już przywykłam, że ciepła woda leci zaraz po odkręceniu właściwego kurka, a wdowiec z ósmego przestał mi odpowiadać na cokolwiek, co do niego powiem. I nic już z nas nie będzie, ponieważ niekiedy ból jest tak wielki, że trzeba o nim komuś opowiedzieć. A potem się okazuje, że wcale taki wielki nie był i wystarczyło przeczekać.

Oczywiście jestem równie jak wdowiec z ósmego odpowiedzialna za pogrzebanie nadziei na rozwój naszej relacji: mogłam była w mniej żarliwym, za to stosowniejszym do pogaduszek w windzie tonie przekazać mu pełną współczucia informację, że „a u mnie na dziesiątym to dopiero!”. I już naprawdę niepotrzebne było z mojej strony zapraszające „proszę sobie wyobrazić”. „Nie zawsze lepiej jest dać się poruszyć”, pisze Susan Sontag w Widoku ludzkiego cierpienia. Dzięki, Susan. Teraz to już sama wiem. 15 października obchodzony jest w kraju i na świecie Dzień Dziecka Utraconego. Nie jest to jakieś starożytne święto, zwłaszcza w zestawieniu z – nazwijmy to – zadawnieniem problemu, którego dotyczy. Dopiero w 1988 r. Ronald Reagan powiedział narodowi amerykańskiemu, że ogłasza październik miesiącem pamięci o dzieciach zmarłych w czasie ciąży i niemowlęctwie, nam zaś import tej akurat transoceanicznej nowinki zajął niemalże 20 lat. Ale od jakiegoś czasu i w Polsce świętuje się 15 października: najczęściej właśnie w trybie, którego sensowność próbowałam podważyć w pierwszym akapicie – dzielenia się bólem z przypadkową osobą. Pisałam o tym już w wielu miejscach, a i same obchody z każdym rokiem cieszą się regularnie większym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, więc tym razem potraktuję opis świątecznych obrzędów skrótowo: osieroceni rodzice w połowie października zbierają się w jakimś neutralnym miejscu, np. w parku miejskim, wypuszczają błękitne i różowe baloniki, na których czasem piszą imiona dzieci, oraz rozmawiają o swojej stracie. To fatalny pozór, że osoba, którą dotknę ło gatunkowo podobne do naszego własnego nieszczęście, nie wydaje nam się obca, i uleganie temu mirażowi jedynie pogłębia studnię obopólnego nieszczęścia. Pogłębianie studni nieszczęścia nie jest tak dobrą metaforą jak nakręcanie spirali przemocy, ale może też się przyjmie.

Ale jest jeden jasny, w takim paliatywnym sensie, aspekt dzielenia się bólem. Przy okazji tych wszystkich Dni pisanych wielką literą: Pamięci o Ofiarach Wypadków Komunikacyjnych, Pamięci o Konieczności Robienia Cytologii (który jest jednocześnie Dniem Świadomości, że Rak Szyjki Macicy Może Zabić), Pamięci o Koreankach Gwałconych przez Japońskich Żołnierzy itd., telewizje i internety pokazują głównie ofiary, a robią to tak chytrze, że widzów zazwyczaj zalewa fala współczucia. Sontag pisze: „Dopóki odczuwamy współczucie, czujemy, że nie jesteśmy wspólnikami tych, którzy tego cierpienia przysporzyli. Współczucie wyraża zarówno naszą bezsilność, jak i niewinność”. I każe odsunąć na bok współczucie, żeby móc, jak to zabawnie mówi moja kuzynka terapeutka, stanąć w prawdzie i rzetelnie obadać, czy aby cierpienie osób oglądanych w telewizji nie pochodzi z tego samego rozdzielnika co nasz – przyjmijmy, że chwilowy – brak cierpienia. Konsekwencją takiego obadania i wyciągnięcia z niego – przewidywalnych – wniosków miałoby być solidarne wystąpienie przeciwko sprawcy cierpienia. No to ja nie wiem. Jest coś dziecinnego w występowaniu przeciwko temu, kto odpowiada za raka, katastrofy lotnicze, zespół śmierci łóżeczkowej czy wyrywające ręce razem z płucami wadliwe sprzęty AGD. Ja w każdym razie na takie wystąpienie nie jestem gotowa. Jeszcze nie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata