70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jaśmin

„Moja ludzka przygoda była odległa od poszukiwania mitycznego Eldorado, ale otwarła mnie na przestrzeń uniwersalną, ofiarowała możliwość poznania różnorodności świata, nie tłumiąc tęsknoty za krajem ojczystym (…). Dała mi przekonanie, że otrzymałam skarb − wolności myślenia i widzenia świata z wielu stron”.

Nad wspomnieniami Marii Teresy Trân Thi Lài-Wilkanowicz (1929–2014): Z Wietnamu do Polski. Opowieść córki mandaryna, unosi się duch Konfucjusza. Nic dziwnego, wszak jej ojciec – wietnamski mandaryn – będąc chrześcijaninem, za swoje przyjmował także niektóre idee chińskiego filozofa, zwłaszcza te dotyczące wychowania dziewcząt. „Tak więc – pisała autorka książki – dziewczyna wychowana w owym duchu nie podnosi głosu, idąc nie stuka obcasami ani też nie trzaska drzwiami. [A] Ponieważ wie, że przyszłe funkcjonowanie domowego ogniska zależy od jej umiejętności, stara się jak najwcześniej wdrożyć w prace domowe”. Ojciec robił, co mógł, żeby „dyskretnie narzucić dziewczętom wspomniane zasady, nie traktując ich jednakże jak świętości”, ale szybko okazało się, że – na przekór jego wysiłkom – obie „są impulsywne i gadatliwe, a mówią to, co myślą”. I chyba nie do końca odnajdują się w konfucjańskim ideale kobiecości. Być może jakiś wpływ na to miało chrześcijaństwo? Warto bowiem pamiętać, że córki pana Trân Văn Lý przyszły na świat w jednej z najstarszych katolickich rodzin w Wietnamie, a ich przodkowie całkiem niedawno (pod koniec XIX w.) oddawali życie za wiarę. Marię Teresę, noszącą też tradycyjne imię wietnamskie Lài (czyli: Jaśmin), dość wcześnie zafascynowała kultura francuska, żywa w Wietnamie ze względu na kolonizację. Pragnęła się uczyć. Podjęła studia filologiczne na uniwersytecie w Sajgonie, a potem w Paryżu. Odkryła w sobie także temperament społecznikowski. Chciała działać, angażować się w życie Kościoła. Wkrótce – mimo młodego wieku (i na długo przed Soborem Watykańskim II) – zaczęła być kimś znaczącym w kręgach wietnamskich katolików. Powierzano jej ważne misje: była m.in. koordynatorką Międzynarodowej Federacji Intelektualistów Katolickich Pax Romana na Azję Południową-Wschodnią, a także reprezentantką Pax Romana przy UNESCO. Jako przedstawicielka wietnamskich organizacji katolickich brała udział w kongresie apostolstwa świeckich w Rzymie (1957) oraz w kongresach Pax Romana w San Salvador (1957) i Manili (1959).

W drodze do Salwadoru poznała młodego polskiego intelektualistę i działacza katolickiego Stefana Wilkanowicza, który siedem lat później został jej mężem. Jak opowie potem ich córka Marzena, „miłość wybuchła od pierwszego spotkania, przynajmniej jeśli chodzi o Tatę. Myślę, że zakochał się w jednej chwili nie tylko w filigranowej studentce o egzotycznej urodzie, ale w całej azjatyckiej kulturze. Dzieliło ich niemalże wszystko: język, pochodzenie, wychowanie”. I tradycja, zgodnie z którą o losie dziewczyny decydował ojciec (w Wietnamie o rękę Lài starało się 23 kandydatów). Poza tym Wilkanowicz przybywał zza żelaznej kurtyny, a panna Trân zza kurtyny bambusowej (jej ojciec był więźniem politycznym, ofiarą dyktatorskich rządów dawnego przyjaciela, katolika Ngô Đình Diêma).

A jednak… Ich miłość okazała się silniejsza. Maria Teresa postawiła wszystko na jedną kartę. W maju 1964 r. przyleciała do Warszawy, mając wizę turystyczną ważną trzy miesiące, nie rozumiejąc słowa po polsku i nie znając tu prawie nikogo. „Do dziś nie mogę nadziwić się jej odwadze – mówi córka, Marzena Wilkanowicz- -Devoud. – Zamierzała poślubić człowieka, którego znała wprawdzie od siedmiu lat, ale głównie z listów. Widzieli się wcześniej ledwie trzy razy (…)! Co by zrobiła, gdyby ich małżeństwo okazało się nieporozumieniem?”.

W Polsce przeżyła 50 lat. Poza relacjami z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi niewiele chyba miała okazji, by służyć innym swoją mądrością i doświadczeniem. Niestety… Wtedy, jak podejrzewam, wrócił do niej Konfucjusz.

W zakończeniu swej autobiografii pisała: „Moja ludzka przygoda była odległa od poszukiwania mitycznego Eldorado, ale otwarła mnie na przestrzeń uniwersalną, ofiarowała możliwość poznania różnorodności świata, nie tłumiąc tęsknoty za krajem ojczystym (…). Przygoda ta dała mi przekonanie, że otrzymałam skarb − wolności myślenia i widzenia świata z wielu stron. (…) A szczęście przez wielkie S − czy je napotkałam? Ludzie szczęśliwi nie są gadatliwi − szepcze mi do ucha pewien mędrzec…”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter