70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak umierać? – debata o eutanazji

Zadajmy sobie kilka pytań. Pierwsze: czy eutanazja w Polsce jest zakazana? Odpowiedź: jedynie w części. Drugie: czy istnieje podstawa prawna, która pozwala lekarzowi odstąpić od uporczywości terapeutycznej? Odpowiedź: nie istnieje. Trzecie: czy możemy, wiedząc, że jesteśmy ciężko chorzy, powiedzieć pro futuro, iż nie chcemy być reanimowani lub też, iż nie chcemy w sytuacji utraty świadomości być poddani pewnym procedurom medycznym, które mają charakter uporczywości terapeutycznej? Odpowiedź: nie możemy

Dominika Kozłowska: W Belgii głowa państwa Filip I podpisał ustawę dopuszczającą eutanazję osób poniżej 18. roku życia. Tym samym Belgia stała się pierwszym krajem zezwalającym na eutanazję bez względu na wiek. „Przez eutanazję w ścisłym i właściwym sensie – czytamy w encyklice Evangelium vitae Jana Pawła II – należy rozumieć czyn lub zaniedbanie, które ze swej natury lub w intencji działającego powoduje śmierć w celu usunięcia wszelkiego cierpienia”. Chciałabym zacząć naszą rozmowę o postawach wobec cierpienia i śmierci od pytania o racje przemawiające na rzecz przyznania ludziom nieuleczalnie chorym i cierpiącym prawa do eutanazji.

Paweł Łuków: Skoncentruję się na argumentach etycznych, ale wcześniej zdefiniuję dwa kluczowe dla naszej dyskusji pojęcia. W potocznym języku słowo „eutanazja” używane jest bardzo niechlujnie, a w takich sprawach trzeba dbać o precyzję. Najczęściej eutanazję określa się jako rozmyślne pozbawienie życia człowieka nieuleczalnie chorego w terminalnej fazie choroby, na jego wyraźne żądanie. Bioetycy spierają się, czy czynność ta musi być wykonana przez lekarza, czy może to zrobić ktoś inny. Z perspektywy postawionego przez Panią pytania akurat ta kwestia jest drugorzędna, choć w dyskusjach dotyczących zawodu lekarskiego to zagadnienie podstawowe.

Drugie pojęcie, które musimy zdefiniować, to „samobójstwo w asyście lekarza”. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją, kiedy jednostka popełnia samobójstwo dzięki wiedzy, wyposażeniu, urządzeniom czy lekom, które uzyskuje od lekarza. Różnica między eutanazją a samobójstwem w asyście lekarza polega na tym, że w pierwszym wypadku śmierć jest spowodowana przez lekarza (lub inną wskazaną osobę), a w drugim – przez samego chorego.

Pytanie, które Pani redaktor zadała, dotyczy tego pierwszego przypadku. Kiedy zatem można spełnić czyjeś żądanie dotyczące skrócenia życia? Argumenty zazwyczaj idą dwoma, z rzadka rozplątywanymi, torami. Pierwsza linia argumentacyjna odwołuje się do prawa do decydowania o sobie. Zwolennicy tego typu myślenia twierdzą, że każdy człowiek ma prawo do rozporządzania swoim losem. Ma więc w szczególności prawo do decydowania, kiedy nastąpi jego śmierć. Mówimy tutaj nie o prawie stanowionym, lecz o uprawnieniu etycznym.

Jeśli zgodzimy się, że człowiek ma takie uprawnienie, ale z powodu swej choroby nie jest w stanie samodzielnie z niego skorzystać, musimy przystać również i na to, że dopuszczamy obecność kogoś, kto mu pomoże, tzn. zapewni możliwość skorzystania z tego prawa. Dlatego punktem spornym jest nie tyle udział drugiej osoby, ile uznanie samego prawa do decydowania o swojej śmierci.

Druga linia argumentacyjna dotyczy dobra pacjenta. W pewnych sytuacjach jedynym sposobem wyjścia z niemożliwego do zniesienia stanu jest zakończenie życia. Obowiązek lekarza stanowi, z jednej strony, troska o dobro pacjenta, z drugiej – unikanie jego przedwczesnej śmierci. W latach 80. ubiegłego wieku w Holandii była cała seria spraw sądowych, w których orzekano, że w pewnych sytuacjach nie sposób spełnić tych dwóch wymogów sztuki lekarskiej równocześnie. Niekiedy jedynym sposobem minimalizowania cierpień pacjenta jest śmierć. Wówczas sądy twierdziły, że nie da się uregulować tej kwestii w sposób systematyczny, tzn. stworzyć jednej reguły, która stosowałaby się do wszystkich przypadków. Każdy przypadek powinien być rozpatrywany oddzielnie. Kiedy więc w 2001 r. Holandia wprowadziła ustawę pod pewnymi warunkami dopuszczającą eutanazję, miała za sobą długie doświadczenia orzekania w sprawach dotyczących konfliktu tych dwóch zasad. Rozwiązania przyjęte przez Belgię i Luksemburg są podobne do holenderskich: pacjent ma być osobą kompetentną oraz rozeznaną w swojej sytuacji. Jego żądanie musi być wyraźne, nie może on być też zachęcany do wyznania woli zakończenia życia. Wśród warunków, które muszą być spełnione, jest również i wymóg, żeby prośba była powtarzana. Chodzi o wyeliminowanie sytuacji, w której życia zostaje pozbawiona osoba nie w pełni zdecydowana na eutanazję.

Z kolei w Szwajcarii dopuszcza się samobójstwo w asyście lekarza. Pacjent samodzielnie wykonuje ostatni ruch, który jest bezpośrednią przyczyną śmierci, natomiast lekarz może dostarczyć informacji i środków do tego, aby pacjent zakończył swoje życie.

W przypadku osób poniżej 18. roku życia sprawa staje się jeszcze bardziej skomplikowana. O ile w stosunku do osób pełnoletnich skłonni jesteśmy uznać, że ludzie dorośli posiadają wystarczające rozeznanie, aby podejmować decyzje nawet w takich zasadniczych kwestiach, w odniesieniu do dzieci wszyscy, jak myślę, mają wątpliwość, czy ich zdolność do rozeznania swojej sytuacji jest wystarczająca, aby mogły brać udział w podejmowaniu takiej decyzji.

D.K.: A jakie są argumenty przeciwników prawnej dopuszczalności eutanazji?

P.Ł.: Kontrargumenty idą zazwyczaj pod prąd. Jeśli chodzi o prawo do decydowania o sobie, podstawową kwestię stanowi pytanie, czy dana osoba jest zdolna do skorzystania z pełną odpowiedzialnością ze swych uprawnień. Być może ludzie ciężko chorzy i dzieci nie mają wystarczająco dobrego rozeznania własnej sytuacji. Na przykład ogromny ból fizyczny, poczucie osamotnienia lub beznadziejności mogą powodować, że osoby dorosłe nie widzą w swojej przyszłości żadnych pozytywów i dlatego swojego dobra upatrują w rychłej śmierci. Podobnie w wypadku dzieci: można twierdzić, że ich niepełna dojrzałość czy ograniczone doświadczenie życiowe sprawiają, że nie są one w stanie rozpoznać tego, co dla nich najlepsze. Stąd przeciwnicy prawnej dopuszczalności eutanazji często wskazują, że wyrażane przez nieuleczalnie chorych i cierpiących ludzi żądania przyspieszenia ich śmierci bywają krzykiem rozpaczy, wołaniem o pomoc lub próbą zwrócenia uwagi na swój problem.

Drugi rodzaj argumentacji odwołuje się do hierarchii wartości, wedle której życie ludzkie to dobro nadrzędne. Dla chrześcijan oznacza to także, że jest ono święte, bo dane przez Boga. Dlatego żądanie własnej śmierci nie może być uznane za faktyczne uprawnienie. Skoro życie ludzkie jest wartością najwyższą, zła jakość nie stanowi wystarczającego powodu, aby je zakończyć. Z kolei zwolennicy tzw. argumentu z jakości życia twierdzą, że życie jest procesem biologicznym, natomiast to, co decyduje o jego wartości, nie ma charakteru biologicznego.

D.K.: Czy zdaniem Księdza człowiek posiada prawo do decydowania o tym, kiedy nastąpi jego śmierć?

Ks. Jan Kaczkowski: Wedle chrześcijańskiej antropologii osoba, poza przysługującymi jej prawami, ma również określone powinności. W chrześcijaństwie bardzo mocno akcentowana jest wartość ludzkiej wolności, nie jesteśmy jednak samotnymi wyspami – człowiek funkcjonuje w relacjach. Moja śmierć nie jest więc wyłącznie moją osobistą sprawą. Doskonale pokazuje to głośny swego czasu, oparty na faktach film – lobbujący zresztą na rzecz prawa do eutanazji – W stronę morza w reż. Alejandro Amenábara. Główny bohater, po walce, poddany zostaje eutanazji, która dla wielu bliskich mu osób – nie wyłączając tych, którzy pomagali mu w spełnieniu jego eutanatycznego marzenia – oznacza ból i krzywdę.

Praca w hospicjum rozwija się dwutorowo. Skoro z jednej strony chodzi o podwyższenie jakości, a z drugiej – o wydłużenie życia, to w pewnym momencie te dwa wektory się przetną, a my będziemy musieli stanąć wobec moralnego wyboru, czy podnosić jakość życia, czy je przedłużać. My, współcześni chrześcijanie, wraz z całą nowoczesną bioetyką zdecydowanie przedkładamy jakość życia nad jego długość. Dla nas życie ludzkie jest ogromną wartością, ale nie bezwzględną. Stąd też Kościół uznaje prawo jednostki do odmowy podjęcia ryzykownego leczenia w terminalnym stadium choroby. Za haniebne uważamy ponadto podejmowanie uporczywości terapeutycznej, czyli stosowania procedur medycznych, które wprawdzie mogą przedłużać życie, ale nie tylko nie poprawiają stanu zdrowia pacjenta, lecz dodatkowo potęgują jego cierpienie. Nasza kultura wpadła, niestety, w pułapkę: sami doprowadziliśmy do tego, że życie przedłużane jest nieraz w sposób opresyjny. Dlatego też w hospicjach pacjentów nigdy się nie reanimuje. Nie wszystko bowiem, co technicznie możliwe, jest etycznie dopuszczalne – jest to podstawowa zasada bioetyki. Umierającemu Janowi Pawłowi II sugerowano przewiezienie do kliniki Gemelli w celu przeprowadzenia dializy. Odmówił. I nikt nie czyni mu zarzutu, że postąpił niegodnie.

D.K.: W debacie publicznej spotykają się różne racje etyczne, odwołujące się do odmiennych źródeł przekonań: religijnych bądź świeckich. Już ta krótka dyskusja ujawniła podstawową rozbieżność stanowisk odnośnie do uznania uprawnienia do decydowania o końcu własnego życia. Jakimi więc zasadami winniśmy się kierować w procesie legislacyjnym?

Michał Królikowski.: Tylko w idealnej rzeczywistości dyskurs prawny jest wolny od odniesień etycznych albo dokonuje wyraźnego rozgraniczenia między argumentami, które mają charakter moralistyczny, a typowo prawnymi. Kilka lat temu uczestniczyłem w konferencji naukowej organizowanej przez Trybunał Konstytucyjny w Niemczech. Była ona poświęcona kwestiom bioetycznym, a jeden z głównych paneli dotyczył właśnie eutanazji. Moją uwagę zwróciło zachowanie lekarza, który siedział obok mnie. Na mównicę wszedł jeden z najwybitniejszych niemieckich specjalistów w tej dziedzinie, a on, ten mój sąsiad, zamiast śledzić prezentację, siedział ze spuszczoną głową. Wykład zaczął się od pokazania kilkunastu zdjęć dzieci głęboko uszkodzonych i opisu ich przeżyć. Po obejrzeniu tego materiału byłem gotowy zaakceptować eutanazję. Nie potrafiłem znaleźć w sobie sił do tego, żeby racjonalnie bronić stanowiska sprzeciwiającego się eutanazji, również dzieci. Postawę mojego sąsiada zapamiętałem do dzisiaj, ponieważ wydaje mi się właściwą w debacie dotyczącej tego rodzaju problemów. Dlatego chcę zacząć od apelu podobnego do tego, który wygłosił Paweł Łuków. Dokonaliście Państwo uporządkowania pojęć, pozwoliło to, z jednej strony, na bardzo precyzyjnie opisanie pewnych problemów, ale z drugiej strony, inne przysłoniło.

Przez pojęcie eutanazji chciałbym rozumieć umyślne spowodowanie śmierci człowieka, na jego wyraźne żądanie. To oznacza, że może ono być spowodowane wykonaniem pewnych czynności w stosunku do pacjenta, jak również zaniechaniem jakichś działań. Nie chodzi mi o rozróżnienie eutanazji biernej i czynnej, bo ono nie jest precyzyjne, chodzi raczej o sposób realizacji skutku. Definicja eutanazji, którą podał Paweł Łuków, odnosiła się tylko do jednej z tych form. Mianowicie: do umyślnego spowodowania przez działanie skutku śmiertelnego. Nie obejmowała zupełnie spowodowania tego skutku przez niezrobienie czegoś, co jest potrzebne, żeby zdrowie ratować. W kolejnym kroku przeciwstawiliście Państwo eutanazji czynnej rezygnację z uporczywości terapeutycznej, czyli zgodnie z definicją, którą nam Pani przytoczyła, alternatywą dla eutanazji w znaczeniu działania jest odstąpienie od uporczywości terapeutycznej wtedy, kiedy jej celem jest tylko i wyłącznie utrzymanie życia. Ten sposób prezentacji powoduje, że ucieka nam z horyzontu umyślne spowodowanie śmierci, w sytuacji kiedy dzieje się to przez zaniechanie, niepodjęcie czynności ratowania życia. A o tym trzeba pamiętać, ponieważ legalizowana eutanazja obejmuje dwie sfery.

Zadajmy sobie kilka pytań. Pierwsze: czy eutanazja w Polsce jest zakazana? Odpowiedź: jedynie w części. Drugie: czy istnieje podstawa prawna, która pozwala lekarzowi odstąpić od uporczywości terapeutycznej? Odpowiedź: nie istnieje. Trzecie: czy możemy, wiedząc, że jesteśmy ciężko chorzy, powiedzieć pro futuro, iż nie chcemy być reanimowani lub też, iż nie chcemy w sytuacji utraty świadomości być poddani pewnym procedurom medycznym, które mają charakter uporczywości terapeutycznej? Odpowiedź: nie możemy.

Jaka eutanazja jest „legalna”? Legalne jest doprowadzenie do śmierci człowieka, który sobie tego życzy, w sytuacji, w której nie podejmiemy pewnego działania medycznego. Dlatego że podjęcie zabiegu leczniczego bez zgody pacjenta to przestępstwo. A ponieważ nie wszystko, co moralnie niewłaściwe, może być prawnie zakazane, możemy powiedzieć: istnieje moralna powinność leczenia, ale nie można zaprowadzić prawnego obowiązku leczenia. Innymi słowy: jeżeli pacjent chce zrezygnować z terapii i nie wyraża zgody na zabieg ratujący mu życie, czym doprowadza do tego, że w wyniku działania lekarza jego życie kończy się, jest to działanie legalne. Jeżeli chodzi natomiast o działanie lekarza, polegające na aktywności, czyli podaniu środka, który powoduje śmierć, to takie zachowanie jest przestępstwem, wymienionym w art. 150 kodeksu karnego: „Kto zabija człowieka na jego żądanie i pod wpływem współczucia dla niego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Dlatego prawnicy często rzecz upraszczają i mówią: eutanazja bierna jest dopuszczalna, eutanazja czynna jest w Polsce zakazana, mimo iż jest w tej tezie pewna nieścisłość pojęciowa.

Drugie pytanie, które zadałem, dotyczyło uporczywości terapeutycznej. Z formalnego punktu widzenia nie ma podstawy prawnej pozwalającej odstąpić od tego rodzaju terapii. Sprawa ta staje się jeszcze bardziej dramatyczna, kiedy kwestię uporczywości odniesiemy do eutanazji spowodowanej przez zaniechanie i przez działanie. Rozważmy wcale nieteoretyczną sytuację, w której zostanie zaintubowany chory na stwardnienie zanikowe boczne. Zaintubowanie zwiększa jego ból, a odłączenie prowadzi do uduszenia. Gdyby w takiej sytuacji doszło do wyłączenia respiratora, mielibyśmy do czynienia z eutanazją czynną, czyli z przestępstwem. Co zatem można zrobić? Poczekać na odłączenie prądu, ewentualnie podłączyć go do innego respiratora, który nie będzie spełniał swojej funkcji.

Mówimy, że medycyna ma dwa cele: może być medycyną agresywną, ratującą życie, i może mieć na celu zapewnienie jakości życia osobie chorej. Proporcja między tymi celami zmienia się w zależności od tego, jaki jest przebieg choroby. Co więcej, zgodnie z prawem, lekarz ma obowiązek ratowania życia pacjenta aż do jego śmierci. Jednak jest taki moment agonalny, w którym obowiązek lekarza do ratowania życia przekształca się w obowiązek do odstąpienia od działania. To moment kiedy lekarz nie jest w stanie uratować życia i podejmowanie zwykłych czynności, dopuszczalnych w hospicjach a wiążących się z nadmiernym nawadnianiem czy też pewnymi zabiegami pielęgnacyjnymi, powoduje głównie cierpienia, a niczego innego nie przynosi. Ta sytuacja nie została jednak jak dotąd objęta regulacją prawną w sposób czytelny i wyraźny. Próbowaliśmy to w pewnym momencie, przy okazji jednego z projektów biomedycznych, uregulować, ale niestety, nie udało się tych prac doprowadzić do końca.

Trzecie pytanie, które zadałem, to jest pytanie, czy można powiedzieć pro futuro: nie chcę, żeby mnie intubować? Z perspektywy prawnej zgoda na wykonanie zabiegu musi być aktualna, tzn. należy ją wyrazić tuż przed wykonaniem zabiegu, a podmiot musi być świadomy i prawidłowo poinformowany. W sytuacji kiedy pacjent jest nieświadomy, a niepodjęcie pewnego działania doprowadziłoby do jego śmierci, wówczas na mocy art. 37 ustawy o zawodzie lekarza na lekarzu ciąży obowiązek wykonania takiego zabiegu i możliwość odstąpienia od uzyskania zgody. I jeszcze jedno, okazuje się, że różnimy się w ocenach, czy w danej sytuacji mamy już do czynienia z uporczywością terapeutyczną czy jeszcze nie. Szwajcar i Belg będą ją rozpoznawać wcześniej niż np. Polak.

P.Ł.: Mam dwie uwagi odnośnie do tego, o czym mówił Michał Królikowski. Pierwsza dotycząca definicji eutanazji. Otóż podałem najczęściej stosowaną definicję, ponieważ czymś nieodpowiednim jest uznanie za eutanazję zaniedbanie obowiązku lekarza. A tego właśnie dotyczą pozostałe dwa warunki, które wymienił Pan jako podpadające pod to szersze rozumienie. Uważam, że nazywanie zaniedbania obowiązku lekarskiego, jakim jest leczenie pacjenta, który chce być leczony, eutanazją jest po prostu mylące i raczej psuje sprawę, niż ją poprawia. Ponadto nie ma obowiązku leczenia się. Lekarz, który leczy bez uzyskania zgody pacjenta, podlega karze. Wydaje mi się, że takie szerokie definiowanie pojęcia eutanazji, jakie przedstawił Michał Królikowski, włącza zbyt wiele spraw w zakres jednego pojęcia. Nie chciałbym, żebyśmy się spierali o słowa. Ważne jest, abyśmy wiedzieli, o jakiego rodzaju czynach mówiliśmy. Ja mówię o działaniach, które są aktywnym, tj. czynnym, spowodowaniem śmierci drugiego człowieka. Natomiast pozostałe działania, tj. zaniedbanie obowiązku lekarskiego, nieudzielenie pomocy, to są inne kwestie i włączanie ich pod hasło: eutanazja, jest moim zdaniem niebezpieczne. Może być wygodne dla niektórych celów, np. erystycznych, natomiast nie sądzę, żeby pomagało w dyskusji. Druga sprawa co do zgody pro futuro, tutaj Sąd Najwyższy w 2006 r. wyraźnie powiedział: „należy wyrazić pogląd, że oświadczenie pacjenta wyrażone na wypadek utraty przytomności, określające wolę dotyczącą postępowania lekarza w stosunku do niego w sytuacjach leczniczych, które mogą zaistnieć w przyszłości, jest dla lekarza, jeżeli zostało złożone w sposób wyraźny i jednoznaczny, wiążące i nie budzi wątpliwości”. Oczywiście orzeczenie sądu to co innego, a co innego ustawa, ale myślę, że nie jest takie oczywiste, że nasza zgoda musi bezpośrednio poprzedzać w czasie to, co miałoby nas spotkać ze strony lekarza.

Ks. J.K.: Jako szef hospicjum i człowiek nieuleczalnie chory wiem z doświadczenia, że w sytuacji ciężkiej choroby – która nieodwracalnie wyniszcza organizm, a w konsekwencji wiąże się z cierpieniem – pragnienie życia i zdrowienia za wszelką cenę ustępuje najczęściej miejsca pragnieniu dbałości o jakość życia w chorobie. Sam chciałbym móc prosić moich bliskich oraz personel medyczny, abym w sytuacjach granicznych mógł w autonomiczny sposób podjąć decyzję w kwestii mego leczenia. Bardzo żałuję, że w Polsce wciąż nie istnieje możliwość wyrażenia co do tego – uprzedzająco i w sposób wiążący – swojej woli, którą mógłby obejmować tzw. testament życia. Prawdopodobnie problem z zapisem prawnym zezwalającym na wyrażenie woli pro futuro wynika z trudności określenia, jak dalece w czasie można rozciągnąć moment podjęcia owej wiążącej decyzji w perspektywie przyszłych wydarzeń medycznych. I kolejne pytanie: czy można to uczynić również przed chorobą i czy wtedy decyzja ta będzie miarodajna? Mój wewnętrzny imperatyw moralny każe mi pracować na pełnych obrotach do samego końca. Mam do tego prawo, ale też nie twierdzę, że tak mają swoją chorobę przeżywać inni. Przeciwnie, uważam, że człowiek śmiertelnie chory ma prawo zrezygnować z tych życiowych aktywności, które są dla niego zbyt obciążające.

M.K.: Myślę, że kluczowe jest pytanie, do czego używamy definicji. Prawnicy używają ich po to, żeby porządkować reguły postępowania, a nie po to, żeby osiągnąć komfort dyskusji. Jeżeli mówię o eutanazji, nazwijmy ją „przez zaniedbanie”, to ona obejmuje sytuacje polegające na tym, że pacjent nie życzy sobie, żeby przeprowadzać pewien zabieg. To powoduje, że lekarz odstępuje od zabiegu, który ratowałby życie, i powoduje w ten sposób śmierć. Na lekarzu ciąży obowiązek działania. Podam przykład: pacjent cierpi na poważne zapalenie płuc. Rodzina wzywa karetkę, lekarz nie uzyskuje wiedzy od rodziny, że był sprzeciw wobec intubowania, więc intubuje pacjenta. Pacjent po odzyskaniu przytomności nie wyraża zgody na zabieg. Z perspektyw prawnej wyjęcie rurki jest czynnym, umyślnym działaniem, którego skutkiem jest śmierć.

P.Ł.: Zgoda, ale podany przez Pana przykład dotyczy jeszcze innej sytuacji, a mianowicie postawienia i pacjenta, i lekarza w sytuacji faktów dokonanych, niezgodnych z wcześniej wyrażoną wolą. Dlatego właśnie obawiam się, że proponowane przez Pana szerokie definiowanie pojęcia eutanazji nie służy ani dyskusji, ani prawu. W art. 150, na który się Pan powołał, nie ma słowa o eutanazji, bo lepiej jest powiedzieć: „kto pozbawia życia na wyraźne żądanie”. Eutanazja jest pojęciem z innego porządku myślenia i nie warto go wprowadzać do dyskursów stricte prawniczych.

M.K.: Co do tego nie mam wątpliwości. Cały czas mówię o spowodowaniu śmierci w sposób umyślny lub poprzez zaniechanie. Legalne jest spowodowanie śmierci przez zaniechanie działania, w sytuacji gdy pacjent nie wyraża zgody na jego podjęcie, ergo żąda zaniechania działania ratującego jego życie. Orzeczenie, które Pan przytoczył, oczywiście istnieje, ono mimo wszystko zwraca uwagę na to, że ta wypowiedź musi być aktualna. Stoję na stanowisku, że z godności człowieka wynika ta konwergencja z obowiązku lekarza do leczenia na odstąpienie od leczenia i że z tego samego źródła wynika zdolność do podejmowania decyzji o swoim losie w perspektywie realizacji jakiejś powinności do leczenia, w momencie kiedy wiemy, że to leczenie mogłoby się ocierać o uporczywość terapeutyczną. Radzimy sobie w ten sposób, ale nie mamy żadnej podstawy normatywnej, żeby to zrobić.

Ks. J.K.: Kodeks etyki lekarskiej mówi, że lekarz ma prawo odstąpić od uporczywości terapeutycznej. Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce: w hospicjum informuje się pacjentów, na czym polega uporczywość terapeutyczna i dlaczego jej nie stosujemy. Nasi pacjenci lub ich rodziny podpisują odpowiedni dokument, że zaznajomili się z tymi zasadami i zrozumieli je. Tu wracam m.in. do kwestii niereanimowania pacjentów w hospicjum. Warto jednak również wyjaśnić, że chory – objęty opieką hospicyjną – nie może umrzeć z czterech powodów: z głodu, odwodnienia, bólu i uduszenia się.

Istnieją jednak jednostki chorobowe, które zasadniczo kończą się dramatycznym uduszeniem – z taką sytuacją możemy mieć do czynienia np. w zaawansowanym nowotworze płuc. Aby nie dopuścić do takiej sytuacji, podajemy pacjentowi morfinę, czy jej pochodne, w połączeniu z pewnymi lekami – związki te nie tylko działają przeciwbólowo, ale powodują rozprężenie pęcherzyków płucnych, co ułatwia oddychanie. Jednak środki te mogą jednocześnie doprowadzić do depresji krążeniowo-oddechowej, a w konsekwencji do zatrzymania akcji serca. Wiemy o tym, a mimo to duszącemu się pacjentowi aplikujemy te leki. Jeśli nastąpi zgon pacjenta, nie oznacza to przecież, że dokonaliśmy eutanazji, ta śmierć jest konsekwencją postępującej choroby. Mamy tu zatem do czynienia ze, znaną w teologii i bioetyce, zasadą podwójnego skutku. Gdybyśmy jednak w tej sytuacji podali pacjentowi owe leki zbyt szybko lub w zbyt dużej dawce z intencją skrócenia mu życia, choćby o chwilę, w sensie moralnym winni bylibyśmy jego śmierci i dokonalibyśmy eutanazji. Gdybyśmy zaś nie podali pacjentowi tych leków, dusiłby się i umierał w męczarniach. Dla moralności konstytutywna jest więc intencja. Kłopot jednak w tym, że wyżej przywołana procedura medyczna, w której mieliśmy do czynienia z zasadą podwójnego skutku, z perspektywy prawnej może być potraktowana jako umyślne działanie lekarza w celu spowodowania śmierci. Jedynym sposobem wyjścia z tego impasu wydaje się taki zapis prawny, który jasno określałby, że lekarz w krytycznych sytuacjach mógłby zamienić obowiązek ratowania życia za wszelką cenę na obowiązek odstąpienia od stosowania terapii jatrogennej. W tej, opisanej wyżej, dramatycznej sytuacji dobrem pacjenta nie jest leczenie, lecz wycofanie się z niego.

Zwolennicy eutanazji dość często wysuwają argument, że w opiece paliatywnej stosuje się sedację, czyli wprowadza się pacjenta – naturalnie, za jego zgodą – w stan, w którym w kontrolowany sposób ograniczana jest jego świadomość. Ta forma terapii nie może oczywiście przyspieszać śmierci. Z etycznego punktu widzenia działanie to nie powinno być zatem stawiane na równi z eutanazją, chociaż sama eutanazja w krajach, gdzie jest dopuszczalna, także wiąże się z pozbawieniem pacjenta świadomości. Dla nas jednak – mocno to podkreślam – sedacja to element terapii, a nie przyspieszanie śmierci pacjenta.

Kiedy bierzemy na warsztat sprawę ludzkiego cierpienia, nieuleczalnej choroby i różnych jej dramatycznych skutków w życiu chorego, jesteśmy skłonni okładać się nacechowanymi emocjonalnie argumentami. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe: w sytuacji wielkiego cierpienia kogoś z naszych najbliższych wielu z nas gotowych jest myśleć o eutanazji jako dobrodziejstwie. Emocje nie są tu jednak dobrym doradcą. Powinniśmy raczej pomyśleć, co możemy zrobić dla umierających, aby maksymalnie długo i z zachowaniem wysokiej jakości życia mogli pozostać podmiotem leczenia. Serwowana nierzadko wizja, że chory urządza przyjęcie pożegnalne, po którym aplikuje sobie zastrzyk i odpływa w śmierć, ma niewiele wspólnego z prawdą o eutanazji.

P.Ł.: Warto, abyśmy wprowadzili rozróżnienie między bólem a cierpieniem. Na co dzień używamy tych słów wymiennie lub ustawiamy je w parze, jak naukę i technikę. Natomiast cierpienie trzeba rozumieć jako psychologiczną odpowiedź człowieka na negatywne bodźce. Ból jest jednym z powodów, dla których ludzie cierpią. Wielu umierających cierpi nie z powodu bólu, bo ten często da się opanować za pomocą leków, lecz z powodu osamotnienia, braku perspektyw, rozczarowania ludźmi, światem, Panem Bogiem. Myślę, że to wyjaśnia, dlaczego nie mogę twierdzić, że eutanazja jest jedynym wyjściem. Po prostu nie wiem, czy śmierć może być wyjściem z cierpienia. Inaczej: wiem, że może być wyjściem z cierpienia, ale nie wiem, czy jest jedynym właściwym. Nie wiem, bo nigdy tam nie byłem. Jeśli tam będę, to będę mógł powiedzieć, że nie ma innego wyjścia lub że mimo wszystko to inne wyjście istnieje. Dopóki mnie tam nie ma, tego nie powiem. Myślę, że każdy człowiek, który ma poczucie odpowiedzialności za to, co mówi, nie będzie twierdził, że zawsze w pewnych przypadkach coś jest jedynym wyjściem. Wtedy kiedy chodzi o nasze cierpienie, czyli o bardzo zindywidualizowane odpowiedzi na pewne rzeczy, możemy mówić tylko o sobie. Co więcej, nie potrafimy przewidzieć, jak się zachowamy w sytuacjach absolutnie ekstremalnych.

D.K.: Dlaczego prawna regulacja dopuszczalności eutanazji lub samobójstwa w asyście lekarza stała się w ostatnich kilku dekadach tak poważnym wyzwaniem?

P.Ł.: Wydaje mi się, że problem bierze się m.in. stąd, że nasze społeczeństwa zmieniły się w stosunku do tego, czym były 30‒40 lat temu. Dziś nie umiemy już sobie wyobrazić, że moglibyśmy podzielać jeden system etyczny. To prawdopodobnie główny powód, dla którego tak trudno osiągać społeczny consensus odnośnie do tego, czy prawo winno odzwierciedlać jakieś fundamenty moralne. Sądzę, że musimy zaakceptować niezgodę w tych kwestiach. Osoby, które formułują, uchwalają lub zmieniają prawo powinny się z tym liczyć. W różnych latach były prowadzone sondaże CBOS-u na temat stosunku do eutanazji. W sondażach tych padały odmienne odpowiedzi w zależności od sposobu sformułowania pytania. Wiele zależy od tego, czy pytamy o konkretne sytuacje czy o ogólne zasady. Te ostatnie do większości z nas przemawiają na poziomie intelektualnym, słabo zaś oddziałują na wrażliwość moralną.

Rozmawiajmy o konkretach, stawiajmy pytania o to, jakiego rodzaju dobra są w takich czy innych sytuacjach u danych ludzi zagrożone. Jakiego rodzaju krzywda się komuś dzieje i na czym polega. Chodzi mi więc o to, abyśmy na pytanie o eutanazję starali się patrzeć nie z poziomu osoby, bo to jest pojęcie abstrakcyjne, lecz z poziomu konkretnego człowieka – tego, który cierpi, tego, który może pomóc, a niekoniecznie to robi, tego, który pomaga i robi to ponad swoje siły… Wydaje mi się, że wtedy dyskusja moralna zupełnie zmienia swój wymiar, staje się dyskusją o dobru i złu, które człowieka może spotkać, a przestaje być dyskusją na temat wyidealizowanych wyobrażeń dobra i zła.

Sądzę, że wielu zwolenników eutanazji ma wyidealizowany obraz tego, jak wygląda ludzka śmierć, ale też wielu innych uważa, że w każdym przypadku alternatywą jest opieka paliatywna. Rzecz polega na tym, że my, którzy nie mamy takich doświadczeń, po prostu nie posiadamy wystarczająco realistycznych wyobrażeń. Wydaje mi się więc, że ta dyskusja powinna być w ogromnej mierze prowadzona w kategoriach moralnych. Prawników możemy wykorzystać raczej do tego, żeby pomogli uporządkować dyskusję i reguły sporu, natomiast do konkretnych rozstrzygnięć powinniśmy dochodzić sami. Przecież chyba wszyscy Państwo się zgodzicie, że wiele rzeczy, które ks. Kaczkowski tu powiedział, na pierwszy rzut oka nie przypomina typowych wypowiedzi przeciwnika eutanazji. Mówi raczej coś, co wielu obywateli, którzy mają wątpliwości, przyjęło z głęboką wdzięcznością, że oto jest człowiek, który daje świadectwo czemuś, co rozumie. To jest najlepszy dowód na to, że nasze dyskusje są płonne, wtedy gdy posługujemy się wielkimi pojęciami, kiedy hasła dotyczące godności człowieka, osoby zasłaniają nam prawdziwy, ludzki wymiar problemu.

D.K.: Wiemy, czym jest choroba, wiemy, czym jest życie, natomiast nie wiemy, czym jest śmierć. I tutaj perspektywa wiary lub niewiary tak naprawdę niewiele zmienia. Śmierć, dopóki jej nie ma, jest niewiadomą, jest granicą poznawczo nieprzekraczalną. W dyskusjach o eutanazji podkreśla się nieraz, że to nie dyskusja o śmierci, ale o nieumiejętności przyjęcia życia takim, jakie ono jest.

Ks. J.K.: W tej dyskusji pobrzmiewa często przedzałożenie, że człowiek, który „rozkminia” – czyli wnika w sedno sprawy – problem eutanazji, nie cierpi w sensie etycznym. Nic bardziej mylnego, on przecież zderza się z tą nieznośną ciężkością życia, polegająca na tym, że najtrudniejszych wyborów musimy dokonać osobiście i nikt nas z nich nigdy nie zwolni. Prof. Paweł Łuków powiedział, że nie możemy dziś przyznać sobie prawa do bycia normatywnymi wobec innych, że antropologia chrześcijańska nie jest jedynym źródłem zasad etycznych. Rozumiem to założenie, ale jednocześnie uważam, że nie zwalnia nas ono z obowiązku poszukiwania, wraz z innymi, wspólnej płaszczyzny etycznej.

Spotykam się często z pytaniem, czy wierzącym umiera się łatwiej. Nie sądzę. Myślę, że łatwiej, spokojniej umierają ludzie, którzy są kochani, mają bliskie więzi z rodziną, grono wiernych przyjaciół, życzliwych znajomych. I znowu muszę odnieść się do mojego doświadczenia hospicyjnego. Kiedy spotykam tam ludzi niewierzących, dla mnie tą wspólną płaszczyzną odniesienia jest zawsze miłość. Przeważnie każdy z nas ma za sobą doświadczenie miłości, a nawet jeżeli nie był kochany, to za takim doświadczeniem tęskni. W moim własnym zmaganiu się z umieraniem pomógł mi ks. Józef Tischner. Upierałem się, że chcę żyć do końca godnie i z pasją, a u niego przeczytałem, że najważniejsze jest nie to jak, ale z kim się umiera. I chodzi tu nie tylko o umieranie w poczuciu bliskości z Chrystusem. Dla umierającego ważna jest głęboka więź z najbliższymi, ich obecność. Ciężko chory Tischner twierdził także, że cierpienie wcale nie uszlachetnia. Myślę, że w sensie etycznym miał rację. Nie sądzę, aby ból fizyczny miał szczególną wartość etyczną. Ilekroć więc będziemy sobie wyobrażać, że Pan Bóg zsyła na nas cierpienie, tylekroć dopracujemy się błędnego obrazu Boga jako dawcy cierpienia. Jeżeli jednak wyobrazimy sobie, że to nie my łączymy własne cierpienie z cierpieniem Chrystusa, ale to On łączy swoje cierpienie z naszym – wówczas nasza perspektywa ulega radykalnemu odwróceniu. Jeżeli ty tracisz pracę, to Chrystus traci ją z tobą. Kiedy dowiaduję się o swojej ciężkiej i nieuleczalnej chorobie, On także z tego powodu cierpi.

Bardzo się boję, że ani kulturowo, ani prawnie nie jesteśmy przygotowani do dyskusji etycznej na temat sytuacji człowieka wobec umierania i że ta dyskusja, która w Polsce powinna się toczyć, przerodzi się w okładanie się ideologicznymi pałkami po głowach. Nie ma bowiem nic gorszego, niż pomylić religię z ideologią, i odwrotnie.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter