70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pisarz nie jest glamour

Miałbym wielkie kłopoty, gdybym musiał odpowiedzieć na pytanie, co znaczy dzisiaj „być pisarzem”. To, co dawniej uchodziłoby za niewybaczalną hucpę i kompromitację, dzisiaj stanowi jeden z elementów kampanii promocyjnej. Trudno jednak orzec, czy „koniec świata, jaki znamy”, już się wydarzył i pisarz przestał być glamour bezpowrotnie, czy odrodzi się jak Feniks z popiołów i znów, uzbrojony w nieodłączne atrybuty władzy, zarządzał będzie duszami i umysłami.

Coś złego dzieje się z najnowszą rodzimą prozą – takie, najrozmaiciej egzemplifikowane zawodzenie rozbrzmiewa w Polsce regularnie. Ostatnio do chóru zaniepokojonych dołączył Kazimierz Orłoś, ubolewając nad stanem krytyki literackiej, która (wiadomo, kto zawsze jest winien) fatalnie wpływa na współczesną literaturę polską. Zwłaszcza ta „głośna” – jak ją pisarz określa – część krytyki, często zaopatrzona w tytuły naukowe, ustanawia hierarchie i kształtuje opinie czytelników. „To ona – przekonuje autor Cudownej meliny – odpowiada za powierzchowność książek pisanych w pośpiechu, bez zachowania dystansu, bez głębszej refleksji, co – jeśli chodzi o prozę, zwłaszcza realistyczną – jest warunkiem niezbędnym”[1]. Wygląda na to, że Orłosiowi bliskie jest coś, co jeden z amerykańskich krytyków nazwał „tradycyjnymi wartościami literatury”, a co dla Paula Austera – to właśnie jego prozie krytyk ów zarzucił brak rzeczonych wartości – zabrzmiało jak tekst, „który mógłby powiedzieć prawicowy polityk podczas kampanii wyborczej”[2]. Jednak jest w lamencie warszawskiego pisarza coś symptomatycznego i nie idzie bynajmniej o rytualne narzekania na współczesną literaturę. (Diagnozy Orłosia skonfrontowałbym chętnie z kilkoma książkami, które pojawiły się w ubiegłym roku; chociażby ze znakomitą powieścią Wiele demonów i nie mniej znakomitym Dziennikiem Jerzego Pilcha, z Ptasimi ulicami Piotra Pazińskiego, Małymi lisami Justyny Bargielskiej czy Ostatnim rozdaniem Wiesława Myśliwskiego. Być może okazałoby się wówczas, że z nową prozą nie jest znów tak dramatycznie i od czasu do czasu także w Polsce powstaje literatura bardzo dobra, choć nie zawsze pisana w ulubionym przez Kazimierza Orłosia paradygmacie realistycznym).

To, co dla nas najbardziej interesujące, pojawia się w tekście niejako pośrednio – narzekającego na rodzimą prozę pisarza niepokoi również kwestia styku erotyki z promocją. Oto, dowodzi autor Zimnej Elki, wielu pisarzy współczesnych wyposaża swoją prozę w sceny „jak z poradnika erotomana”, osobliwie zaś prym w tej materii wiodą „niektóre młode autorki”. „Jest w tym, oczywiście, kalkulacja: erotyka i skandale na pewno będą głośną reklamą książek” – konstatuje Orłoś. A więc o to tutaj chodzi – o sprzedaż, marketing i kasę? O sławę, rozpoznawalność i klikalność? Mam dla Kazimierza Orłosia złe wiadomości: owszem, o to dzisiaj wielu pisarzom chodzi. I jest to troska na tyle, by tak rzec, ekspansywna, że kwestia namysłu wokół tego, co dzisiaj znaczy „być pisarzem”, wydaje mi się coraz bardziej paląca. Wygląda bowiem na to, że jesteśmy świadkami gwałtownej i (być może) nieodwracalnej zmiany wzorca, wewnątrz którego określenie „pisarz” nie oznaczało zawodu, lecz misję, a wielkość artystyczną mierzyło się odległością od zabiegów marketingowo-promocyjnych i hałasów medialnego świata.

Przebrzmiała forma?

Pisarze nie mają dzisiaj wielkich powodów do radości. Są częścią masy upadłościowej, która nazywa się rynek czytelniczy w Polsce. Dotykają ich problemy branży wydawniczej, spadku czytelnictwa, zadłużonych księgarń i zamykanych bibliotek, marginalizacji debaty krytycznej, a także wiele innych niekorzystnych zjawisk.

O ile jednak jeszcze 10 lat temu wskaźnikiem lakmusowym pozostawania po jasnej stronie mocy była przyjmowana przez wielu pisarzy postawa, powiedzmy, heroicznego dystansu (stabuizowane zarobki, konsekwentne unikanie dyskursu celebrycko-tabloidowego, odcinanie się od autorskich działań promocyjnych, żelazny rozdział prywatności od kwestii „zawodowych”, kurczowe trzymanie się swojej społecznej roli i gotowość do wypełniania łączonych z nią rytuałów i obowiązków), o tyle dzisiaj coraz częściej strategia ta odbierana jest jako – delikatnie mówiąc – naiwność. Sęk jednak w tym, że rękę do tego przyłożyli także sami zainteresowani, udowadniając, iż tzw. bycie pisarzem jest niczym więcej jak tylko przebrzmiałą, „suchą i plugawą” formą – krępującym marketingowe ruchy pancerzem.

W jakimś sensie przełomowy okazał się post Kai Malanowskiej, która wiosną tego roku dosadnie podsumowała wymierne efekty swojej twórczej działalności. „6 800 złotych. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że w*****ające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. (…) pozdrawiam rynek czytelniczy” – napisała na Facebooku (bo gdzieżby indziej) autorka Patrz na mnie, Klaro!. Jej wpis wywołał dyskusję, w której głos zabrali pisarze, krytycy i dziennikarze. Nie ma tu miejsca na jej dokładne referowanie, dość powiedzieć, że Malanowska wskazała nie tylko na ważny problem finansowania pracy pisarzy, ale też otwarcie podważyła jedną z najmocniejszych w Polsce narracji kulturowych, w myśl której pisarz nie jest rzemieślnikiem słowa, lecz natchnionym wizjonerem, dzierżącym w swojej „opierzonej watermanem” ręce rząd nadwiślańskich dusz. Rzecz jasna, już wcześniej wielu autorów kładło nacisk na warsztatowy aspekt swojej pracy, jednak poprzez tak otwarte postawienie kwestii zarobków Malanowska rozdarła zasłonę przybytku, za którą złapany in flagranti pisarz nie różni się niczym od mechanika, nauczyciela czy maszynisty. „To nie jest kwestia porywów natchnienia, choć i one się czasem zdarzają. To jest codzienne, wytrwałe »dziubdzianie«. Po prostu praca”[3] – podsumowała pisarka.

Pracuje się jednak nie tylko dla idei czy mglistych profitów symbolicznych. Być może dlatego coraz częściej żmudna robota z cyzelowaniem formy wypierana jest przez wzmożone wysiłki promocyjne pisarzy. I nie chodzi, dalibóg, o spotkania autorskie (które ciągle jeszcze da się umiejscowić w murszejącej ramie duchowej wymiany myśli pomiędzy autorem a czytelnikami) ani o prowadzone ściszonymi głosami rozmowy w Programie II Polskiego Radia. Dzisiaj szczytem marzeń wielu pisarzy jest wizyta w telewizji śniadaniowej, wzmianka o książce na jednym z popularnych blogów lifestylowych czy blurb autorstwa znanego prezentera, kucharza lub piłkarza. W tych przestrzeniach rozgrywa się dzisiaj debata krytyczna – recenzje w niszowych pismach literackich mają tu znaczenie wyłącznie marginesowe, są znikającym śladem dawnej wielkości, cichnącym echem symbolicznej władzy. Ważniejsza od głosów psujących przecież literaturę krytyków jest obecność w popularnych portalach plotkarskich, to ona przekłada się w końcu na liczbę sprzedanych egzemplarzy i skutkuje zaproszeniami do telewizyjnych rozmów przed obiadem. I znowu: jeszcze dekadę temu drukowane w kolorowym piśmie zdjęcia, na których znany pisarz trzyma dłoń w okolicach uda (pośladka?) swojej nowej partnerki, byłyby jednak dla bohatera takiej kiczowatej ustawki krokiem samobójczym. Dzisiaj pisarz Wojciech Kuczok nie tylko bierze udział w podobnej sesji, ale też okrasza ją uwagami o poziomie banału tak wyśrubowanym, że nie jestem w stanie ich zacytować. Dla zobrazowania skali problemu wystarczą (powiązane z tym epizodem) tytuły z sieciowych magli: Passent i Kuczok rozwodzą się pół roku po ślubie? „Pomylili namiętność z miłością”; Agata Passent i Wojciech Kuczok nie rozwodzą się: bzdury; Kuczok szczerze o rozstaniu z Passent: warszawski epizod. Ci, którzy mówią, że nikogo nie zranili, kłamią; Wojciech Kuczok rozwiódł się, wyjechał na wieś i zamieszkał z inną: patrzę długo prosto w oczy zielone. Problemu jednak, jak się okazuje, nie ma. Albo – ściślej – ma go kto inny, ponieważ (jak sugeruje autor Gnoju) „być może naród ma problem z etosem polskiego literata wieszcza, któremu nie uchodzi pisać o plamach spermy na prześcieradle”[4]. W żadnym wypadku nie chcę występować w imieniu narodu, osobiście nie mam jednak problemu z tym, że niezwykle utalentowany pisarz daje książkę (Obscenariusz), w której ważnym pasmem jest erotyka, ale z tym że czyni to od strony literackiej niechlujnie, rozmieniając na drobne nie „etos polskiego literata”, lecz świetny prozatorski warsztat.

Okazuje się jednak, że nawet tak ekstrawagancka działalność promocyjna może nie wystarczyć. Dlatego pisarze coraz częściej korzystają ze wsparcia redaktorów czy wręcz krytyków literackich. Oczywiście nie ma w tym nic złego – w każdym razie dopóki da się ustalić autorstwo. Zjawisko to jednak potrafi przybrać takie rozmiary, że zasadne staje się postawienie pytania o to, kto właściwie powinien podpisać się pod ostateczną wersją tekstu. Z jednej strony rośnie bowiem wsparcie duchowe czy intelektualne, jakiego udzielają autorom osoby profesjonalnie zajmujące się pisaniem, z drugiej strony natomiast powiększa się – wiele na to wskazuje – skala ustępstw wobec redaktorów. To nie przypadek, że tak rzadko do rąk czytelnika trafiają dzisiaj rzeczy skomplikowane formalnie, bazujące na eksplorowaniu możliwości języka czy kryjące wielkie pokłady intertekstualnej erudycji, wymagającej nieco większej niż przeciętna kompetencji czytelniczej. Wczesne książki Zbigniewa Kruszyńskiego – Schwedenkräuter czy Szkice historyczne – ze swoim językowym konceptyzmem i frazeologiczno- stylistyczną inwencją, jawią się dzisiaj jako dziwne zjawiska z innej galaktyki.

Symboliczna restytucja znaczenia pisania

Na tle powyższych wynurzeń przypadkiem osobnym – bo doprowadzającym opisywane procedury do granic – jest Michał Witkowski. W jego poczynaniach najwyraźniej bodaj widać, w którą stronę przemieszcza się wszystko, co do tej pory wiązało się z wypełnianiem „pisarskich obowiązków”. Autor Lubiewa prowadzi poświęconego modzie bloga Fashion Pathology, na którym umieszcza swoje stylizacje, wywiady i – uwiecznione jego „ukochanym htc gold” – co ciekawsze „stylówy” uliczne. Oprócz tego jest intensywnie obecny na Facebooku („Czy ktoś ma pożyczyć do sesji zdjęciowej na bloga kurę żywą? Skąd się w mieście bierze żywą kurkę? No i na imprezę bym z nią poszedł, efekt murowany…”), „na pudlu” i w pismach o modzie. Nie chce mieć nic wspólnego z „byciem pisarzem”, ponieważ – jak podkreśla w jednym z wywiadów – rola ta generuje „konkretne wymagania” i sprawia, że „nie może już być sobą”[5]. Zatem „bycie pisarzem” to coś w rodzaju tożsamości totalnej, zawłaszczającej (ściślej: kastrującej) wszystkie inne tożsamości, które tak chętnie dzisiaj zmieniamy lub kontaminujemy w jedną, chybotliwą – a mówiąc Baumanem: płynną – konstrukcję. „Bycie pisarzem” oznaczałoby więc poważne ograniczenie, opresywną rolę, którą należy odgrywać bez możliwości jej nagłego porzucenia, zostawienia dla innej – bardziej spektakularnej – przestrzeni kulturowej. Ale chodzi także o coś innego: „w literaturze brak tej całej kolorowej, glamournej otoczki, która jest w przemyśle muzycznym czy filmowym”, mówi autor Drwala w przywołanym wywiadzie. Rola, którą nazywamy tutaj „byciem pisarzem”, straciła swoją atrakcyjność także w planie estetycznym. Pisarz w wyświechtanej marynarce, poeta w czarnym, naciągniętym do kolan golfie, spotkania autorskie w mrocznych salach powiatowych bibliotek, dyskusje przy kanapce z jajkiem – to nie jest świat, który pociąga Michała Witkowskiego. „Bycie pisarzem” jest dlań zaledwie komponentem szerszej strategii (komunikacyjnej? autopromocyjnej? kulturowej? artystycznej?), w której wystarczy miejsca i dla pisania prozy, i dla pokazów mody Johna Galliano, i dla sesji fotograficznych z kurą. Bo z pisania – w przeciwieństwie do „bycia pisarzem” – autor Margot rezygnować nie zamierza.

I tu dochodzimy do kwestii kluczowej, czyli najnowszej książki Michała Witkowskiego. Zbrodniarz i dziewczyna to proza parakryminalna, dość luźno korespondująca z konwencją gatunkową, będącą tutaj raczej pretekstem do licznych literackich dygresji. Fabuła zawiązana jest wokół śledztwa, które prowadzi Studencik, oficer wrocławskiej policji. Tropi Przedwojennego Mordercę, który zabija chłopców, a zwłoki podrzuca w miejsca uważnemu czytelnikowi kojarzące się z Lubiewem. Zakochany w Studenciku Michaśka jest głównym podejrzanym. Gdy jednak okazuje się, że to nie on jest mordercą, pisarz staje się członkiem ekipy śledczej. Co więcej, ze względu na charakter morderstw jest jej najważniejszym ogniwem. Z naszego punktu widzenia istotniejsza jest jednak inna kwestia. Zwrócił na nią uwagę w swojej recenzji Dariusz Nowacki[6] – otóż w powieściowym świecie Michaśka jest pisarzem rozpoznawalnym przez wszystkich, jego proza jest znana, czytana i uwielbiana, jego sława sprawia, że wszystko jest do załatwienia. Inaczej niż w rzeczywistości, w której Michał Witkowski uchodzi raczej za specjalistę od stylu modowego niż literackiego (mam na myśli rzeczywistość rozciągającą się poza granicami świata branżowego). To właśnie fikcja, pisze katowicki krytyk, umożliwiła pisarzowi kompensację, pozwoliła osiągnąć to, co „w realu” daje mu bywanie w zupełnie innych przestrzeniach.

W istocie, jest coś na rzeczy. Byłoby tedy tak, że im bardziej Witkowski wypiera się „bycia pisarzem”, tym bardziej „pisarzem jest”? Argumentem najmocniej potwierdzającym tę paradoksalną zależność jest właśnie Zbrodniarz i dziewczyna. Nie tylko dlatego, że oprócz wielu fragmentów zbędnych powieść ta zawiera pasma (zwłaszcza od strony językowej) znakomite. Także dlatego, że jest freudowskim ukrytym pragnieniem, znakiem tęsknoty za sławą, której źródłem jest pisanie dobrej prozy, a nie bycie „najczęściej wyszukiwanym Michałem na całym świecie”. W tym miejscu Michał Witkowski spotyka się więc z Kazimierzem Orłosiem, narzekającym na współczesną „produkcję literacką”. W gruncie rzeczy obydwu autorom chodzi o to samo: o symboliczną restytucję znaczenia pisania. Tyle że tam gdzie Orłoś wiąże literaturę z doświadczeniem, autor Lubiewa mówi o „przydatności do prozy”, ujawniając tym samym tezę, w myśl której żyjemy przede wszystkim dla fikcji, zaś „real” jest wartościowy tylko wtedy, gdy można go dla literatury wykorzystać.

W polu pragnienia

Miałbym wielkie kłopoty, gdybym musiał odpowiedzieć na pytanie, co znaczy dzisiaj „być pisarzem”. Z pewnością kilka przytoczonych wyżej przykładów pozwala zasadnie stwierdzić tylko jedno: idzie nowe. To, co dawniej uchodziłoby za niewybaczalną hucpę i kompromitację, dzisiaj stanowi jeden z elementów kampanii promocyjnej. Trudno jednak orzec, czy „koniec świata, jaki znamy”, już się wydarzył, czy pisarz przestał być glamour bezpowrotnie, czy odrodzi się jak Feniks z popiołów i znów, uzbrojony w nieodłączne atrybuty władzy, zarządzał będzie duszami i umysłami. Być może ważniejsze jednak powinny być dla nas pytania o to, czy można pisanie oddzielić od „bycia pisarzem”, czy możliwe jest porzucenie społecznej roli na rzecz nieskrępowanego, łączącego różne pola kulturowe procesu twórczego. W każdym razie są tacy (jak Michał Witkowski), którzy z nie najgorszym skutkiem próbują. Pisanie bowiem – inaczej niż „bycie pisarzem” – ma się całkiem nieźle. To ważne rozróżnienie ukazuje coraz większy rozziew między społecznym rytuałem a pulsującą życiem rzeczywistością. Innymi słowy, im bardziej martwe wydają mi się działania tradycyjnie wiązane z wypełnianiem społecznej funkcji pisarza (może nawet szerzej: intelektualisty), tym bardziej żywe wydaje mi się pisanie, rozumiane jako czynność o dalece większym niż społeczne ceremoniały znaczeniu egzystencjalnym.

Całkiem możliwe, że najsilniejszego dowodu dostarcza tutaj Roland Barthes, którego zasługi na polu antysystemowego podejścia do obowiązków pisarskich są nie do przecenienia. Autor Fragmentów dyskursu miłosnego podsuwa nam bowiem teorię sytuującą pisanie w polu pragnienia. Mimo wszystko nie znam lepszej definicji pisania (lub też żadna inna nie jest mi bliższa) niż ta, która odwołuje się właśnie do pragnienia – czegoś absolutnie niezbywalnego, niedającego się zaspokoić, unieważnić, czegoś nie-do-zapomnienia, czegoś, co nie ustaje w próbach restytucji sensu i ciągle usiłuje się do niego zbliżyć. Pisać znaczyłoby w tym kontekście podejmować uporczywe próby uobecnienia Innego i wplątywania go w najbliższe ciału (piszącego) sprawy – wydarzenie, którego celem jest „danie znaku”, odciśnięcie sygnatury, pozostawienie śladu. Tak (w duchu Jacques’a Derridy) pojmowane pisanie jest działalnością, której nie sposób zastąpić; nie da się jej odłożyć do lamusa ani transponować na sieć społecznych zobowiązań. Pisanie – to pisanie, które przeciwstawiam tutaj sieci rytuałów, składających się na „bycie pisarzem” – jest definitywnie osobnicze, nieledwie biologiczne, wyrastające z idiomatycznego, niepowtarzalnego doświadczenia. I nie da się go porzucić, wszak praca pisania – podobnie jak praca pragnienia – nigdy się nie kończy. Dlatego rozróżniam tak zdecydowanie „zachowania pisarskie” od pisania, będącego fundamentem egzystencji; czynności, której nie sposób zamienić na inną tak, jak zmienia się kolejne stylizacje, partnerki czy fryzury. Miał więc rację Barthes, kiedy wiele lat temu pisał: „Nie znajdziemy już zapewne żadnego nastolatka z takim fantazmatem: być pisarzem! Kto chciałby naśladować któregoś ze współczesnych – nie jego dzieło, lecz zachowanie, postawę, sposób poruszania się po świecie, z notesem w kieszeni i frazą w głowie (…)? Fantazmat narzuca bowiem obraz piszącego wyjęty wprost z jego dziennika intymnego – obraz pisarza bez dzieła: najwyższą postać sacrum: znamię i pustkę”[7]. Choć dzisiaj postawione przez autora Przyjemności tekstu pytanie brzmi nie tylko retorycznie, ale też ironicznie, to przywołane w końcówce figury doskonale pokazują interesujące mnie tutaj rozróżnienie – znamię to pisanie, pustka: „bycie pisarzem”.

_

[1] K. Orłoś, Najpierw żyj, potem pisz, „Gazeta Wyborcza”, 2 sierpnia 2014.

[2] P. Auster, J.M. Coetzee, Tu i teraz. Listy (2008 –2011), tłum. K. Janusik, Kraków 2014, s. 119.

[3] http://natemat.pl/94491,kaja-malanowska-6800-zl-za-16-miesiecymojej- ciezkiej-pracy-mam-ochote-strzelic-sobie-w-leb-awantura-ozarobki- pisarzy (dostęp: 5 sierpnia 2014).

[4] http://nowosci.com.pl/307233,Kiedy-seks-zbiega-sie-z-miloscia-WYWIAD.html (dostęp: 5 sierpnia 2014).

[5] http://kultura.newsweek.pl/michal-witkowski-o-swoim-nowymkryminale- zbrodniarz-i-dziewczyna-,artykuly,285339,1.html (dostęp: 5 sierpnia 2014).

[6] D. Nowacki, Lep na luja, „Gazeta Wyborcza”, 13 maja 2014.

[7] R. Barthes, Roland Barthes, tłum. T. Swoboda, Gdańsk 2011, s. 89.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata