70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Odwaga myślenia

Jaskinia Filozofów to miejsce, w którym mierzyć się powinno z dużymi filozoficznymi problemami, starając się odnosić je do ważnego oraz aktualnego tu i teraz kontekstu. Tak właśnie jest z pytaniem: co znaczy odważnie myśleć? Chciałabym rozpocząć naszą dyskusję od kwestii napięcia między myśleniem indywidualnym a wspólnotą. Jaka powinna być Waszym zdaniem wspólnota dobrego myślenia? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe?

Piotr Sikora: Zacząłbym od tego, że wiele różnych szkół filozoficznych, z jednej strony kontynentalnych (jak np. hermeneutyka), a z drugiej strony również sporo anglosaskiej filozofii (inspirowanej poniekąd kontynentalną filozofią w osobie Wittgensteina), wskazało na fakt, że bez wspólnoty myślenie nie jest w ogóle możliwe: we wspólnocie uczymy się myśleć, uczymy się języka, argumentacji – wszystkiego, bez czego nas jako istot myślących nie ma. Ponadto, powiem to nieco wbrew sobie, zwróćmy uwagę, że istnieją pozytywne strony schematów myślenia. Ludzie – potwierdzają to badania – najszybciej uczą się przez naśladownictwo i wydaje mi się, że do pewnego stopnia to dobrze, że nie musimy wszystkiego wymyślać od nowa, że możemy w pewnych sytuacjach wejść w schematy, które zostały wypracowane przez naszych przodków. Jest to bardzo ekonomiczne. Trzeci argument na rzecz obrony wspólnoty jest związany z doświadczeniem myślenia indywidualnego, myślenia w samotności. Możliwa jest sytuacja – i jest to doświadczenie Ojców Pustyni (choć nie tylko) – że myślenie nas opanowuje, że to nie jest tak, iż my myślimy, tylko myśli nam się myślą, opanowują nas. Ojcowie Pustyni odkryli, że dobrze w takiej chwili dzielić się swymi myślami z kimś innym, bo dopiero wtedy możliwa staje się wolność wobec myśli. Wspólnota ma więc czasem dla myślenia rolę terapeutyczną.

Nie wiem jednak, czy na wspólnotę dobrego myślenia istnieje krótki przepis. Na pewno jedną z cech takiej wspólnoty musi być świadomość, że grozi nam myślenie stadne, a nawet wspólnotowy terror myśli. Taka samoświadomość jest potrzebna, aby nie popaść w iluzję, że potrafimy myśleć samodzielnie w momencie, kiedy to stadne myślenie panuje nad nami. Trzeba pamiętać, że samodzielne myślenie to rezultat ciężkiej pracy grupowej, polegającej na rozpoznaniu rozmaitych mechanizmów regulujących życie wspólnoty od wewnątrz i od zewnątrz. Wspólnota dobrego myślenia powinna zachowywać pewną „bliskość”, ale również – w odróżnieniu od masy – pielęgnować świadomość autonomii. Ktoś kiedyś powiedział, że idealną wspólnotą była ta złożona z dwunastu – tylu, ilu wybrał Jezus – jak już jest więcej, to zaczyna się masa.

Jaką rolę odgrywają idee? Wydaje się, że odpowiednio traktowane, mogą w jakiś sposób napędzać myślenie, być tym, co wprowadza świeży podmuch powietrza, ale mogą również osunąć się w ideologię, w kamienne bloki, w których nie ma już życia. Spróbujmy opisać napięcie na tej płaszczyźnie.

Karolina Wigura: Zacznę od przywołania dwóch mitów. Pierwszym jest oczywiście mit jaskini Platońskiej, czyli – jak go rozumiem – mit o współpracy, o tym, że dojście do prawdy jest możliwe tylko wtedy, kiedy ktoś wyjdzie z jaskini, a później opowie, co zobaczył, jakiekolwiek byłyby tego konsekwencje. Drugi mit, który można traktować jako trawestację pierwszego, pochodzi od Norberta Eliasa. Zamiast o postaciach w jaskini mówi on o posągach stojących na zboczu wsypy i wpatrujących się w morze: każdy z nich coś sobie wyobraża, każdy coś myśli, ale nie mogą rozmawiać, nie ma między nimi żadnego mostu. To jest bardzo pesymistyczna wizja. Dla Eliasa stanowi ona metaforę nowoczesności. Nowoczesność polega na tym, że z pewnego rodzaju wspólnotowego myślenia, nawet narzucającej się wspólnoty, stajemy się jednostkami, które samodzielnie oceniają to, co się dzieje. Kłopot polega właśnie na tym, że istnieje zasadnicze napięcie pomiędzy jednostką i samodzielnością jej myślenia (jak u Kartezjusza) a wspólnotą, między jednostką a tym, co znakomicie prof. Delsol określiła „ciepłem kokonu”, czyli pewnego rodzaju wygodą kiczu i naśladownictwa. Z drugiej strony, jakie byłoby społeczeństwo, gdybyśmy założyli, że każdy z nas myśli zupełnie inaczej i samodzielnie? Nie ma wtedy społeczeństwa. Jak powiedziałby George Simmel, myślenie też jest formą uspołecznienia. Jesteśmy uspołecznieni do myślenia, bo używamy tych samych kategorii, tych samych pojęć, tej samej logiki. Bez pewnego rodzaju tożsamości myślenia nie da się pomyśleć wspólnoty. Pytanie jednak, kiedy wspólnota staje się niebezpieczna. Mnie się wydaje, że pytanie o rolę idei jest pytaniem o zasadniczą przemianę, z jaką mamy w tej chwili do czynienia nie tylko w Polsce, ale i w Europie, a może nawet w całym świecie Zachodu. Wygasa dotychczasowa, oparta jeszcze na doświadczeniu totalitaryzmów, narracja polityczna. Kłopot zaś w tym, że wciąż nie ma dla niej żadnej alternatywnej idei, która stworzyłaby nowego typu dobrą wspólnotę myślenia. Takie intelektualne projekty jak np. imperium łacińskie Giorgio Agambena czy konstytucyjny patriotyzm Jürgena Habermasa nie mają, niestety, wystarczającej lotności, żeby zasiąść w centrum lub to centrum stworzyć. W tej sytuacji próżnię, która pozostała po dawnej cywilizacji europejskiej, kolonizują populistyczne retoryki, które są retorykami radykalnymi.

Chciałabym teraz zwrócić się do Pani Profesor, aby w kontekście, który wyłonił się już z dotychczasowych wypowiedzi, dopytać o wizję prawdy. Bardzo często w opowieściach o Biblii powraca metafora czterokształtnej Ewangelii, która nie pozostała jednym głosem, właśnie dlatego, żeby można było przybliżać do prawdy, nigdy jednak ostatecznie jej nie dotykając. Jeżeli tak, to być może myślenie musi się dokonywać gdzieś z boku i ten dystans jest konieczny, ale myślenie podmiotu musi też ciągle wracać do wspólnoty i zderzać się z innymi perspektywami. Jeżeli jest tylko myśleniem samotnym, zamknie się w formie jakiegoś absolutyzmu, który jest już myśleniem groźnym. Czy zechce Pani odnieść się do tego związku myślenia z prawdą i wspólnotą?

Chantal Delsol: Pytanie o wspólnotę jest oczywiście bardzo ważne. Zwróćmy uwagę na jedno określenie: „dzielić się czymś”. Oznacza ono dwie rzeczy: możemy dzielić ciasto, tort i wówczas ten tort się zmniejsza, każdy zjada – powiedzmy – jego jedną ósmą, ale dzielimy się również jakimiś myślami, przekonaniami, wiarą, ideami politycznymi czy związkowymi – wówczas wszystko rośnie. Kiedy jesteśmy wszyscy razem po to, żeby myśleć, zastanawiać się, wówczas dzielenie się wzrasta, powiększa nasze ciasto. Jedno określenie oznacza więc dwie przeciwstawne rzeczy: dzielić się albo dzielić coś. Jeżeli chodzi z kolei o to, co słusznie zostało powiedziane o tym, że w społeczeństwie nigdy nie wychodzimy od zera, to – jak sądzę – znacie Państwo słynne zdanie: jesteśmy po prostu krasnalami na plecach gigantów. W przeciwieństwie do Boga, nie startujemy nigdy od początku. Wiemy doskonale, że odnosimy się do tradycji, ale pamiętajmy również, że z nami tradycja za każdym razem znów się ponawia, przyjmujemy to, co zostało wymyślone przez innych, ale jednocześnie musimy ponownie tkać nowe przekonania. Prawdziwa tradycja nie polega na tym, że jest to coś stałego i zamkniętego.

Natomiast jeśli mówimy o kwestii wygasającej obawy przed totalitaryzmem, to nie jestem pewna, jak to wygląda w Polsce, ale we Francji jest tak, że jak włączamy telewizję, to na którymś z kanałów znajdzie się przynajmniej jeden film na temat nazizmu. Mamy więc wciąż do czynienia z pewnego rodzaju symbolicznym rytuałem.

Mówicie też Państwo, że nie ma ideologii, nie ma projektów ideowych, przyznając, że są tylko retoryki populistyczne. To prawda, ale dlaczego nie ma projektów z wielkimi ideami? Dlatego że boimy się prawdy, bo jest ona zawsze naznaczona pewnego rodzaju fanatyzmem. Dlaczego istnieje retoryka populistyczna? Dlatego że jest ona prezentowana przez osoby, które nie boją się prawdy. To są ci, którzy przejmują prawdę, choć niekoniecznie tę, którą my chcielibyśmy usłyszeć. Zatem jeśli chcielibyśmy, żeby prawdy nadal istniały, należałoby prawdą zaryzykować. Tymczasem mam wrażenie, że w naszych postmodernistycznych społeczeństwach sami pozbawiamy się prawd, dlatego że się ich zwyczajnie obawiamy. Właściwie to odzyskujemy pewne rzeczy przypominające mity, które nie są ani prawdziwe, ani fałszywe. Szukamy więc jakichś przykładów dla naszej etyki, moralności, ale sama prawda nas nie interesuje. A to dlatego że prawda jest czymś bardzo ryzykownym.

Poza fanatyzmem prawdy jest także drugie zagrożenie dla myślenia – rozmienianie wszystkiego na tak drobne cząstki, że właściwie można by powiedzieć, że w każdym stanowisku kryje się jakaś część prawdy. Na jakim gruncie można dzisiaj budować w społeczeństwach demokratycznych kulturę (to, co wspólne, to, co dzielimy), która pozwalałaby każdej jednostce wzrastać w myśleniu? Niegdyś taką funkcję spełniał chociażby uniwersytet, z istotną rolą filozofii, natomiast przynajmniej od początku XX w. osuwamy się w myślenie techniczne, podporządkowane użyteczności.

P.S.: Zacznę od następującej kwestii: dlaczego intelektualiści często lądowali po stronie totalitaryzmu? Przychodzi mi tu na myśl Wittgenstein, który zarzucał filozofom, że myślą na jałowym biegu, tzn. myślą w oderwaniu od życia. Sądzę, że również Platon, autor metafory jaskini filozofów, zgodziłby się z Wittgensteinem, że filozof jest dobry wtedy, gdy jego myślenie jest zaangażowane w życie. Myślę, że nie ma co się bać tego połączenia filozofii z praktyką. Druga uwaga odnosi się do ryzyka prawdy. Wyróżniłbym tu dwie postawy: przy pierwszej prawda wspiera totalitaryzm, a przy drugiej przestajemy szukać prawdy w obawie, że nas zniewoli. Wspólna dla nich jest chęć zachowania tożsamości. Pojęcie tożsamości jest bardzo ważne, bo wiąże się z koncepcją prawdy, która mówi, że prawdę możemy posiąść i ona może nam powiedzieć, kim jesteśmy i jaki jest świat. Obie te postawy zapominają o tym, że prawda jest od nas zawsze większa i że kwestionuje ona naszą aktualną tożsamość. Myślenie czy to indywidualne, czy dialogiczne jest czymś, co zawsze powinno prowadzić nas dalej – poza tożsamość. To jest trudne, wymaga to odwagi, którą pokazał np. Abraham, porzucając wszystko to, co było mu dobrze znane. Z prawdą jest więc raczej tak, że trzeba jej zawsze szukać, zawsze trzeba ryzykować. Mówią to nie tylko tradycje chrześcijańskie, bo właściwie w każdej religii odnajduję nurty, które się z tym zgadzają. Oczywiście wspólnoty religijne też mają tendencję do osiadania w dogmatyzmie, ale mają też tradycje pokazujące, jak sobie radzić z pokusą tego osiadania. Mam tu na myśli tradycje religii żywej, zanurzonej w świadomości apofatycznej. Tego typu wspólnoty mają szansę rozbudzić w naszej cywilizacji pragnienie poszukiwania prawdy nas przekraczającej. I nie chodzi mi tylko o poszukiwanie prawdy mistycznego zjednoczenia z Bogiem, ale również o to, jak należy urządzać życie społeczne, żeby coraz lepiej służyło ono godności człowieka.

K.W.: Najpierw krótko odniosę się do słów Pani Profesor na temat obawy przed totalitaryzmem. Oczywiście jest bardzo wielu myślicieli, naukowców, filozofów, artystów, którzy biorą te rzeczy na poważnie, działają, radzą i dyskutują. Kłopot pojawia się jednak w związku z retoryką używaną przez polityków. Za każdym razem kiedy dyskryminujący mniejszości populizm wciska się ze skrajności politycznych do samego centrum – a tego przykłady mamy w całej Europie – widać, że obawa przed totalitaryzmem, przynajmniej w głowach polityków, już być może nie istnieje.

W przypadku ryzyka, jakie niesie ze sobą prawda, zaczęłam się zastanawiać: jaka prawda? Ile prawdy jest w polityce i na czym polega jej przenikanie do polityki? Można powiedzieć, że prawda jest domeną myślenia (vita contemplativa), a polityka domeną działania (vita activa), że są to zupełnie dwie różne sfery. Jeśli jednak posłuchamy Arystotelesa, który mówił, że to polityka jest najbardziej wartościowym spełnieniem tego, czym my, ludzie, jesteśmy, czyli przeniesieniem prawdy i moralności w sferę działania (oczywiście ze świadomością tego, jak bardzo jest to idealne), to wtedy będziemy rozumieli, że prawda w polityce pojawia się bardzo rzadko. Gdy jednak myślę o Willym Brandcie i o tym, jak w 1970 r. klęka przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, stwierdzam: to jest prawda. Wydarzenia tego typu są wyjątkowe i rzeczywiście mężowie stanu ryzykują w tego typu sytuacjach swoją reputację. Problem polega na tym, jaki stosunek do prawdy mają politycy dzisiaj. Bułgarski politolog Iwan Krastew mówi, że obecnie politycy niczego tak bardzo się nie boją jak prawdy na swój temat. Dlatego też chcą od niej odsunąć obywateli, żeby ci przypadkiem im nie przeszkadzali. Na tym polega największy kryzys dzisiejszej demokracji.

Ostatnia rzecz to: gdzie możemy tworzyć przestrzenie myślenia? Amerykańska filozof Marta Nussbaum w książce Non for Profit buduje wizję odnowy nauk humanistycznych w imię budowania wspólnoty świadomych, krytycznych i empatycznych obywateli. Pisze, że nauczyć myślenia to nie tylko nauczyć zasad wynikania, ale także nauczyć krytyki wobec zastanej rzeczywistości i empatii wobec cierpienia innego. To, że z uniwersytetów na całym świecie wypychane są nauki humanistyczne, może być przyczyną kryzysu, który mimo że jest dziś znacznie cichszy niż kryzys finansowy, to może być znacznie poważniejszy. Czy możemy coś z tym zrobić? Piotr Sikora ma z pewnością rację, kiedy mówi o wspólnotach wiary, dodałabym do tego żywe i debatujące środowiska młodych gromadzące się np. wokół „Znaku” czy „Kultury Liberalnej”. Sądzę, że to są obecnie kuźnie myśli.

Jeżeli myślimy samodzielnie, to jak zobowiązać innych do przyjęcia czegoś, co pojawiło się jako owoc naszego myślenia? Czy powinniśmy unikać pokusy narzucenia go innym siłą?

CH.D.: Przy wielobarwnej prawdzie słowa są prawdziwe nie dlatego, że ktoś ją posiadł, ale z tej przyczyny, że każdy z nas stara się jej szukać. Wszyscy jesteśmy żebrakami prawdy. Takie podejście oznacza, że jesteśmy tolerancyjni, bo nie wiemy, w czym się mylimy, a w czym mamy rację. Natomiast jest jeszcze inna postawa, która jest moim zdaniem niebezpieczna. Mianowicie – ta wielostronna prawda może być również formą synkretyzmu. Co to jest synkretyzm? Nie wiem, czy znacie Państwo historię Matteo Ricci? Dla mnie to bardzo ważna postać, jezuita, który na przełomie XVI i XVII w. zjawił się w Chinach i nie mając żadnego słownika, uczył się języka i próbował przekonać do swojej wiary tamtejszych ludzi. Najpoważniejszym problemem, z którym musiał się mierzyć, był właśnie synkretyzm. Znajdował ludzi, którzy mówili: my chcemy wierzyć w Jezusa Chrystusa, ta wiara nam odpowiada, ale jednocześnie jesteśmy buddystami, taoistami. I zamiast chodzić do dwóch świątyń jednocześnie, będziemy chodzić do trzech. Prawda na zasadzie wyłączności była zaś dla nich nie do przyjęcia. Wydaje mi się, że dziś, nie zdając sobie do końca z tego sprawy, stajemy się na nowo kimś takim jak Chińczycy w czasach, gdy przybył do nich Matteo Ricci. Jesteśmy otoczeni synkretyzmem. Wszystko jest prawdą jednocześnie. To jest coś zupełnie innego niż tylko odmiana relatywizmu. Pytała Pani: czym jest prawda? Prawda jest tym, co rzeczywiste. Willy Brandt klęknął przed pomnikiem Bohaterów Getta, i to po prostu miało miejsce. To tylko tyle, jeśli można tak powiedzieć, to właśnie rzeczywistość. Niektórzy Grecy, np. Herodot, mówili: powiem to, co istniało. To jest właśnie prawda.

I jeszcze słowo na temat myślenia technicznego. Jest ono podporządkowane użyteczności. Pytanie zatem, na czym można zbudować kulturę, która nie byłaby podporządkowana użyteczności. Właściwie kiedy szukamy prawdy, to nie szukamy użyteczności, a przynajmniej nie interesuje nas ona w pierwszej kolejności. To jest jedyna możliwość dla nas: jeżeli nie chcemy szukać użyteczności, szukajmy prawdy.

Ostatnio ukazała się w Polsce niezwykle ciekawa książka Jonathana Leara Nadzieja radykalna. Etyka w obliczu spustoszenia religijnego. Lear analizuje plemię Wron w momencie końca znanego im życia i stawia pytanie, co znaczy znaleźć w obliczu takiej sytuacji nową, dającą nadzieję drogę życia. Myślę, że ta książka jest ważna dlatego, że rozpoznaje nasz europejski moment dziejowy. Czy nie jest tak, że myślenie i formacja intelektualna potrzebują nie tylko dobrych reguł myślenia, ale również pewnego rodzaju cnót etycznych, które to myślenie prowadzą? Hipotezę o konieczności powrotu do takich tradycyjnie rozumianych cnót stawia właśnie Jonathan Lear, a również w wykładzie prof. Delsol pojawił się niezwykle ciekawy koncept myślenia zorientowanego na drugiego człowieka. Jest w tym bardzo głęboka myśl, że prawda ostatecznie nie jest rzeczą, którą można posiąść, jest raczej osobą, którą można co najwyżej spotkać.

K.W.: W tym kontekście można też zaryzykować stwierdzenie, że intelektualista jest właściwie tylko wytworem swojej epoki. To jest podejście choćby Petera Sloterdijka. Odpowiadając na zadane przez siebie pytanie: czy Fryderyk Nietzsche w jakikolwiek sposób jest odpowiedzialny za nazizm, stwierdził on, że gdyby Nietzsche nie napisał tego, co napisał o nadczłowieku, na pewno zrobiłby to ktoś inny. Jeśli myśliciel wyrażałby tylko ducha epoki, to znaczyłoby, że cnót etycznych nie brakowało tylko myślicielom, ale wszystkim. Patrząc zaś z innej perspektywy, przywołać można w kontekście zaangażowania intelektualistów w przemoc dwa interesujące głosy. Pierwszy z nich należy do Alexisa de Tocqueville’a (powtórzony później przez Hannę Arendt): zaangażowanie intelektualistów w przemoc wynika ze stopniowego przesuwania granic – jeżeli raz użyjemy przemocy w polityce, to można się spodziewać, że później te granice zostaną przesunięte jeszcze bardziej. Drugi głos należy do Czesława Miłosza. Dla niego tą przyczyną jest nihilizm, czyli głęboko zawiedziona nadzieja i miłość do świata.

P.S.: Czy istnieje związek między dobrym myśleniem a cnotami etycznymi? Zdecydowanie tak. W wielu różnych tradycjach podkreśla się mocno, że prawdę widzą ci, co mają czyste serca. Potwierdzają to również współczesne badania empiryczne, wskazując, jak bardzo nasze myślenie jest uwikłane w emocje, pragnienia, problemy. To wszystko zaś zbiega się w ideale człowieka jako harmonijnej całości, bez której nie ma pięknego myślenia. Celowo przywołałem tu piękno, bo być może to jest właśnie droga do budowy „etyki myśli” niestawiającej na piedestale pojęcia zobowiązania.

W końcu chciałabym bronić synkretyzmu. Z pewnością istnieje zły synkretyzm, ale istnieje również synkretyzm dobry – uznanie perspektywiczności naszego poznania i tego, że warto w większej harmonii z innymi współmyśleć i próbować zobaczyć rzeczywistość jako prawdę z wielu stron. Okazuje się, że przy takim spotkaniu każdy musi zrezygnować z pierwotnej tożsamości w imię prawdy, która jest zawsze większa. Dlatego właśnie jest to trudne, ryzykowne i wymaga odwagi.

CH.D.: O tym, czym jest nadzieja radykalna można by mówić godzinami, ale chciałabym przywołać aforyzm Heraklita: ten, kto nie ma nadziei, nie osiągnie tego, co nieosiągalne. Nadzieja to droga dojścia. Pięknie mówił też o tym Filon z Aleksandrii, opowiadając o odnalezieniu skarbu podczas sadzenia drzewa owocowego. Intencją było zbieranie w przyszłości owoców tego drzewa, ale kopiąc dołek, przypadkiem natrafiono na skarb. Inaczej mówiąc, nadzieja radykalna to radości, których nie można się było z góry spodziewać.

Następnie: czy intelektualista potrzebuje cnót? Oczywiście, że tak. Pitagoras uważał, że umysł naukowy powinien być cnotliwy, i zażądał od swoich uczniów, aby nie mówili ludziom o potędze wynikającej ze znajomości liczb. Ponieważ jego uczniowie nie potrafili trzymać języka za zębami, rozpowiadali o wszystkim, co wiedzieli, aż w końcu wszyscy razem zginęli jako rozbitkowie. Jeżeli naukowcy nie utrzymają odpowiedniej cnoty, wówczas będzie ich to bardzo drogo kosztowało. Wydaje mi się, że właściwą dla naukowca cnotą jest być pokornym, przekonanym, że ponad nami jest wiedza, której nie jesteśmy w stanie w całości objąć.

Wracam w końcu do synkretyzmu i postawy, dla której nieważne, co jest prawdziwe, a co nie, znaczenie ma tylko to, czy ludzie są dobrzy, liczy się tylko moralność. Zauważmy jednak, że w ten sposób myślimy już w opozycji do prawdy.

Co jednak, spróbujmy ustalić na koniec, jest nadrzędną wartością myślenia: prawda czy dobro? A może odwaga?

P.S.: Jeśli chodzi o prawdę, to w pewnym sensie zgodziłbym się z Panią Profesor: prawda jest bardzo mocno związana z rzeczywistością. Nie widzę też sprzeczności między prawdą, dobrem i odwagą w myśleniu. Choć z pewnej perspektywy te rzeczy mogą się nam jawić jako różne, to im głębiej się spogląda, łączą się one w całość. Jest taki fragment z Ewangelii św. Jana, gdy Jezus uzdrowił w szabat i odpierając zarzuty Żydów o dokonanie cudu właśnie w ten dzień, mówił: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam” (J 5, 17). Jest to odwrócenie obrazu z Księgi Rodzaju, kiedy Bóg po dziele stworzenia odpoczął. Szabatu, odpoczynku prawdziwego, jeszcze nie ma, bo stworzenie wciąż się staje, a stawanie się wymaga odwagi, bo jest trudne i ryzykowne. W tym sensie odważne myślenie jest wartością, dlatego że jest odwagą zmierzania ku prawdzie.

K.W.: Cel myślenia zależy od zastosowanej perspektywy – społecznej, politycznej, rynkowej. Rynek jest na pewno wspaniałym wynalazkiem, ale nie jest też rajem. Jeśli nie dysponujemy umiejętnością krytycznego i empatycznego myślenia, to łatwo można się stać bezmyślnym obywatelem, bo taki – jako najmniej przeszkadzający – jest najbardziej pożądany. Wszyscy zatem powinniśmy sobie życzyć, aby być krytycznym uczestnikiem rynku. Pomyślałam jeszcze o filozofach, których znam i szanuję i którzy uczą swoich studentów, po co się myśli. Paweł Śpiewak zawsze powtarza, że myśli się po to, żeby domyśleć do końca – nawet jeżeliby się potem nie zrobiło tego, do czego się w myśleniu doszło. Z kolei Krzysztof Michalski uczył, że myśli się, aby okiełznać ból. Myśl jest sposobem – może jedynym – radzenia sobie ze strasznym bólem związanym z tym, że przemijamy.

CH.D.: Czy prawda jest wartością wyższą? Nie odważyłabym się tego powiedzieć, dlatego że wtedy powiedziałabym jednocześnie, że nasza cywilizacja jest czymś lepszym od innych. Odpowiedziałabym, przypominając słowa Charles’a Péguy, tak: jest wiele narodów, które nigdy nie zaznały chrześcijaństwa i prawdziwego Boga, które nigdy nie były ochrzczone, ale największą tajemnicą jest przy tym to, że z tego powodu wcale nie miały się gorzej. I to wydaje mi się bardzo istotne. Należy to, jak mówił Nietzsche, solidnie przetrawić.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata