70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rosyjskie ruchy tektoniczne

Aneksja Krymu jawi się jako próba stworzenia nowego porządku świata. Władimir Putin w swoich działaniach kieruje się tyleż własnymi dążeniami do zbudowania państwa narodowego, co oczekiwaniami społeczeństwa. Spełnianie tych ostatnich to również sposób na zapewnienie wzrostu poparcia dla prezydenta i legitymizacji jego władzy.

Wiele się dzisiaj mówi o polityce Władimira Putina i o nim samym, a jakie jest rosyjskie społeczeństwo? Co można powiedzieć o Rosjanach?

Jesteśmy społeczeństwem doby transformacji i przełomu. Mamy już za sobą czasy, w których narzucano nam wizję rzeczywistości i sposób myślenia. Spełzły na niczym wszelkie próby stworzenia nowego obrazu świata. Ludzie zupełnie niespodziewanie zostali pozostawieni samym sobie i w bardzo różny sposób reagowali na zmiany, które zaszły w naszym kraju. Dlatego jesteśmy społeczeństwem nieskonsolidowanym, konglomeratem różnych grup, z których każda w nieco innym wymiarze zachowała dziedzictwo sowieckiej przeszłości, pozostające jednym z fundamentalnych czynników kształtujących naszą świadomość. Widać to bardzo wyraźnie chociażby w przywiązaniu do paternalizmu i socjalistycznych wartości oraz w przekonaniu, że w sporze państwa z obywatelem racja zawsze leży po stronie tego pierwszego. Mamy także wyidealizowaną wizję czasów sowieckich, kiedy nas szanowano i kiedy losy świata rozstrzygały się w Moskwie, choć może samo życie było trudniejsze i mniej wygodne niż na Zachodzie. Taki obraz rzeczywistości – w który szczerze wierzono – wraz z rozpadem ZSRR rozsypał się.

Po tej katastrofie nikt nie podjął poważnej dyskusji na temat nas samych, naszej tożsamości i historii, do głosu zaś zaczęły dochodzić wszelkiej maści nacjonalizmy i ekstremizmy. Rosjanie nagle musieli zmierzyć się sami ze sobą. Ze społeczeństwa strukturą przypominającego wojsko nagle przeobraziliśmy się w nieco partyzancki twór, w którym nikt o sobie nic nie wie. W tym kontekście niezwykle ważną rolę odegrały w Rosji sieci społecznościowe i doświadczenie protestów lat 2011–2012. Nagle zobaczyliśmy, że inni myślą podobnie do nas. Było to jednak doświadczenie pewnej określonej grupy, ludzi młodych, z wielkich miast, świetnie poruszających się w Internecie. Wszyscy pozostali wciąż czują się wyalienowani, co jest jednym ze źródeł rosnącego poparcia dla rosyjskich władz. Badania pokazują, że jedynie 10% Rosjan ma jakieś wątpliwości co do rosyjskich działań na Ukrainie. Te 10% naszego społeczeństwa stanowią ci, którzy dokonali transformacji swojej świadomości i mentalnie wyszli z ZSRR.

A wszyscy pozostali jeszcze tam tkwią?

Każdy Rosjanin żyje z bagażem sowieckiej przeszłości, co sprawia, że ma pewien kompleks i odczuwa fantomowy ból po świecie, który został utracony. Rosja – w odróżnieniu od innych republik, które tworzyły Związek Radziecki – znajduje się w trudnej sytuacji, bo nie może zrzucić na innych odpowiedzialności za swoją przeszłość. W pozostałych krajach w miejsce sowieckiej ideologii szybko pojawiły się ideologie narodowe, bardzo często konstruowane w opozycji do rosyjskości. Nagle okazywało się, że Rosja i rosyjski imperializm przez dziesięciolecia nie pozwalały Ukraińcom budować własnego państwa i odkrywać własnej tożsamości. A my nie mogliśmy powiedzieć, że przyszedł ktoś z zewnątrz i wbrew naszej woli narzucił nam swoje porządki.

Trzeba jednak przyznać, że Rosjanie protestują przeciwko narracji, w której to oni na siłę wprowadzają komunizm, np. w Gruzji. W takiej sytuacji często pada pytanie o Stalina, Chruszczowa – kim oni byli? Dlaczego my, Rosjanie, mamy pozostawać tymi złymi, którzy zmuszali do przyjęcia ustroju komunistycznego? Dlaczego tak łatwo wszystkim przychodzi obarczanie nas odpowiedzialnością, a zapomina się o zaangażowaniu elit politycznych innych krajów i narodów? Mamy zatem w Rosji do czynienia z pewnym vacuum, którego póki co nic nie jest w stanie zapełnić.

Jak można sobie poradzić z tą posowiecką traumą, o której Pan wspomina?

Pomóc nam może jedynie czas. Gdy analizujemy nasze społeczeństwo, można zauważyć, że są dwie wyraźne grupy, które aktywnie popierają rosyjską politykę wobec Krymu i Ukrainy. Pierwsza – to ludzie starszego pokolenia, którzy nie pogodzili się z tym, że ich świat przestał istnieć. Patrzą na to, co się dzieje wokół Ukrainy, z nadzieją na odwrócenie pewnych tendencji. Druga grupa to ludzie młodzi, którzy nie pamiętają ZSRR. Oni tylko słyszeli o sowieckiej przeszłości i wielkości. Wydaje im się, że ona nic nie kosztowała. Wśród mojego pokolenia 40-, 50-latków nie ma idealistycznej nostalgii, bo wciąż jeszcze pamiętamy, jak wyglądało tamto życie.

Okazuje się zatem, że liberalne Moskwa i Petersburg, które dotąd uważano za promodernizacyjne, stoją murem za Putinem. To właśnie w tych miastach poparcie dla aneksji Krymu jest większe, niż się spodziewano. Dla Moskwy Krym jest „nasz”. On jest bardziej „nasz” dla inteligencji i mieszkańców stolic niż dla tych, którzy nigdy tam nie jeździli i nie mają żadnych skojarzeń z Puszkinem, Sewastopolem czy rosyjską historią, a zatem dla prowincji. Mapa, na której dzielono Rosję na popierające modernizację stolicę i przeciwstawiającą się jej prowincję, zmieniła się.

Po co więc Putinowi jest potrzebny Krym?

Myślę, że ostatnie miesiące są niezwykle ważne dla rosyjskiej historii i świadomości. Władimir Putin i rosyjskie elity polityczne przez długi czas znajdowali się na rozdrożu: budować państwo narodowe czy też odbudowywać imperium. Wydarzenia na Krymie pokazały, że wybór został dokonany. Putin zdecydował się na tworzenie nowej Rosji – państwa narodowego. I ta decyzja będzie miała bardzo poważne konsekwencje, zarówno geopolityczne, jak i dotyczące świadomości samych Rosjan.

Anektując Krym, Putin ostatecznie przekreślił wszelkie projekty integracji eurazjatyckiej. Od teraz nawet Białoruś i Kazachstan będą podchodzić do Rosji z jeszcze większą rezerwą, obawiając się utraty swoich terytoriów. Zatem projekty integracyjne wewnątrz WNP – o ile ta instytucja przetrwa po wyjściu z niej Ukrainy – ograniczą się jedynie do kwestii ekonomicznych.

Dzisiejsza Rosja nie jest państwem narodowym, lecz pozostałością wielonarodowego i wielokulturowego imperium. Jeśli więc staje w obronie praw etnicznych Rosjan i podejmuje działania na rzecz budowy państwa narodowego, to nagle rosyjscy obywatele nie-Rosjanie – Czeczeńcy, Ingusze, Tatarzy i dziesiątki innych – stają się żyjącymi w cudzym kraju obywatelami drugiej kategorii. Odrzucając wieloetniczną tożsamość, Rosja dystansuje się od narodów i etnosów, które tworzą rosyjskie społeczeństwo, i skazuje te narody na samodzielne szukanie własnej tożsamości. A w konsekwencji na budowanie swoich państw narodowych.

Czy tego właśnie chcą Rosjanie? Rankingi poparcia dla Władimira Putina pokazują, że tak właśnie jest.

Warto pamiętać, że zanim jeszcze zaczęła się ukraińska rewolucja, Rosjanie – widać to wyraźnie w badaniach socjologicznych – traktowali Krym jako część Rosji, w odróżnieniu np. od rosyjskiego Kaukazu Północnego. Historycznie, kulturowo, mentalnie Krym z Sewastopolem był zawsze uważany za część tzw. Russkogo Mira, podczas gdy nikt nie traktował w ten sposób Kaukazu Północnego. Przekazanie Krymu Ukraińskiej SRR i przypieczętowanie tego przez Borysa Jelcyna zawsze było postrzegane w Rosji jako historyczna niesprawiedliwość. To było bardzo nieracjonalne przekonanie, bo przecież Rosjanie mogli swobodnie jeździć na Krym, osiedlać się tam, mówić w języku rosyjskim. Mieli więc to, czego chcieli, i nie musieli za to płacić. A dzisiaj przyjdzie nam za Krym słono zapłacić, choć cena nie jest jeszcze znana.

Natomiast przyłączenie Krymu do Rosji jest niezwykle ważne propagandowo. Putin szykował się do tego już od jakiegoś czasu. Jeszcze w połowie 2013 r. zaczęto niszczyć wszystkie oazy niezależności i swobody wypowiedzi. W ten sposób stworzono potężną maszynę propagandową, która dziś na okrągło wmawia nam, że na Ukrainie dokonał się faszystowski przewrót, a banderowcy zagrażają życiu Rosjan i Ukraińców. Rosjanie wierzą w to, że interwencja na Krymie jest elementem walki z faszyzmem w obronie rosyjskich mieszkańców półwyspu.

Rosyjski reżim bardzo dokładnie analizuje społeczeństwo. Regularnie przeprowadzane są badania, na podstawie których władze podejmują konkretne działania. Ostatnie lata charakteryzowały się spadkiem popularności Władimira Putina i stopniową utratą legitymizacji jego władzy, stąd próba pokazania się prezydenta w roli obrońcy rosyjskich obywateli. Podobnie widziałbym wszystkie ustawy antyrównościowe. To swoisty populizm. W trudnej sytuacji ekonomicznej, w jakiej dzisiaj znajduje się Rosja, nie można odwoływać się do twardego populizmu, bo za niego trzeba zapłacić.

Aneksja Krymu była idealnym krokiem na rzecz odbudowy legitymizacji. Nie pamiętam, kiedy popularność Putina była tak duża. Może w 2008 r., podczas wojny z Gruzją było podobnie. Ale ta popularność to efekt propagandy, dlatego jestem przekonany, że skończy się wtedy, gdy okaże się, że za obecną politykę trzeba będzie zapłacić.

Mówi Pan o tworzeniu państwa narodowego. Dlaczego Władimir Putin zdecydował się zrezygnować z projektu budowania imperium?

Ma to związek z sytuacją wewnętrzną, która jest niezwykle trudna dla rosyjskich władz. Rosję dotyka bardzo poważny kryzys ekonomiczny. Do tej pory układ między władzą a społeczeństwem był prosty – władza zapewniała mieszkańcom odpowiednie warunki do bogacenia się, a ludzie nie mieszali się zbytnio w politykę i nie przeszkadzali w rządzeniu. Ale nagle zaczęło brakować pieniędzy. Putin stanął więc przed problemem, jak wytłumaczyć obywatelom, że ten układ dłużej nie może funkcjonować. Dodatkowo kryzys dotykający Europę właśnie się kończy, natomiast w Rosji, która miała się go ustrzec, sytuacja gospodarcza staje się coraz trudniejsza. Dlatego polityka wobec Ukrainy jest efektem pewnego wyboru pomiędzy modernizacją gospodarczą i polityczną a mobilizacją. Putin zdecydował się na wariant łatwiejszy – mobilizację. Jeśli wybucha wojna, to, naturalnie, naród jednoczy się wokół wodza i walczy z wrogiem, a wszystko inne schodzi na dalszy plan.

W konsekwencji Putin dokonał także wyboru dotyczącego kształtu reżimu. To już nie będzie hybryda, ale czysty autorytaryzm. Po wydarzeniach na Ukrainie Rosja nie musi już udawać przed Zachodem, że stara się przestrzegać demokratycznych zasad. Ta fasada nie jest już nikomu potrzebna. A z nią kończy się dylemat Rosji dotyczący orientacji na Zachód czy na Wschód.

Czy ten plan jest realizowany od dawna?

Nie, styl Kremla jest taki, że przez cały czas możliwe były wszystkie warianty i aż do ostatniego momentu nie było wiadomo, który z nich ostatecznie zostanie wybrany. Jeszcze w grudniu 2013 r. Putin zdecydował się na uwolnienie Chodorkowskiego, co było ważnym elementem zupełnie innego scenariusza.

Trzeba pamiętać, że w Rosji kluczową rolę odgrywają elity polityczne, które również przestawały być wobec Putina lojalne. Więcej, stawały się coraz bardziej niezależne. Paradoksalnie, sprzyjała temu korupcja. W końcu, jeśli jesteś członkiem elity i twój syn, wykorzystując to, prowadzi biznes, to jest niemal pewne, że tak „zarobione” pieniądze trafiają na konta w zachodnich bankach. Tym samym stajesz się coraz bardziej niezależny, bo zawsze masz dokąd uciec. Tę sytuację wzmocniły protesty lat 2011–2012. Putin rozpoczął wówczas walkę z elitą, ograniczając możliwości trzymania pieniędzy na zagranicznych kontach. Co ciekawe, dzisiaj reakcja Zachodu na politykę wobec Ukrainy sprzyja Putinowi, bo sankcje, którymi obejmowani są członkowie elit, sprawiają, że poza Rosją nie mają oni innego wyboru.

Zagrała też karta nacjonalizmu. Putin doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa tego zjawiska, które w Rosji może być nacjonalizmem rosyjskim bądź antyrosyjskim, jak np. na Kaukazie Północnym. Dlatego też prezydent, jako głowa tego półimperialnego państwa, musi znaleźć pewną równowagę. Nie jest on też w stanie konkurować z rzeczywistymi rosyjskimi nacjonalistami, bo z nimi nie wygra. Dlatego aneksja Krymu była świetnym zabiegiem, tworzącym z Putina prawdziwego rosyjskiego lidera patriotę, który zwraca Rosji to, co do niej należy. Ale ta gra jest niezwykle niebezpieczna, bo bardzo szybko może się okazać, że nacjonalizm uwolni się spod władzy Kremla i zacznie żyć swoim życiem. Podobnie było z Gorbaczowem, który rozpoczynając pieriestrojkę, liczył, że zdoła ją kontrolować, jednak ostatecznie utracił nad nią władzę. Niestety, dziś nie chodzi o pieriestrojkę, ale o bardzo niebezpieczne tendencje nacjonalistyczne. Najpierw Putin może zostać zmuszony do tego, by wyprzedzić pewne procesy, a następnie – podobnie jak Gorbaczow – może zostać zmieciony przez to, co sam zainicjował.

A gdyby tego wyboru – państwo narodowe czy imperium – miało dokonywać społeczeństwo, to na co zdecydowaliby się ludzie?

Rosyjskie społeczeństwo nie jest społeczeństwem imperialnym. Nie jest gotowe płacić za tego typu ambicje. Zrozumiał to prezydent Putin, który jeszcze nie tak dawno proponował Rosjanom odbudowę imperium i myślał, że takie są ich oczekiwania. Okazało się jednak, że społeczeństwo wcale nie chce Unii Eurazjatyckiej, bo trzeba ponosić koszty jej istnienia.

Krym teoretycznie został wzięty za darmo, więc na razie wszyscy są zadowoleni. Pytanie, co się stanie, gdy okaże się, że czas zapłacić rachunki. To prawda, że imperializm na poziomie demagogii znajduje w rosyjskim społeczeństwie poparcie, ale szybko wychodzi na jaw, że nie ma to związku ze stanem faktycznym. Rosjanie są pod tym względem niezwykle pragmatyczni. Krym dał też Putinowi dodatkowy potencjał do budowania państwa narodowego. Rosja ma dziś wroga w postaci Zachodu, co bardzo sprzyja konsolidacji społeczeństwa wokół władzy i tworzeniu się tożsamości. Rosjanom potrzebne jest przeciwstawienie „my” – „oni”. I o ile wcześniej „oni” byli strukturą dość amorficzną, o tyle dzisiaj wszystko jest jasne – „my” to Rosjanie i Russkij Mir, a „oni” to wrogi nam Zachód.

Czy nie jest tak, że ten proces budowania państwa narodowego ostatecznie może okazać się pozytywny? W końcu Europy nie tworzą imperia, ale demokratyczne państwa narodowe.

W Rosji jest inna sytuacja. Rosyjski reżim jest bardzo spersonalizowany, a ta tendencja jeszcze się nasila. Putin staje się coraz silniejszy, elity zaś słabną, nie wspominając o instytucjach państwowych. W takiej sytuacji brak Putina oznaczałby totalny chaos. Nie ma instytucji i mechanizmów, które pozwoliłyby na zbudowanie dobrze funkcjonującego państwa. Jedyny możliwy scenariusz to rewolucja, jednak gdy nie ma elit i instytucji, nikt nie jest w stanie przewidzieć, do czego mogłaby ona doprowadzić.

A gdzie w tym wszystkim jest Europa Wschodnia? Jeszcze nie tak dawno Rosjanie i Ukraińcy byli bratnimi narodami, a dziś nie jest to tak oczywiste.

Przyznam, że niesłychane dla mnie jest to, iż ponad 30% Rosjan deklaruje bliskie związki rodzinne bądź przyjacielskie z Ukrainą i jednocześnie 90% naszego społeczeństwa popiera politykę Kremla wobec tego kraju. To niewyobrażalny sukces rosyjskiej propagandy i odwołania do faszyzmu, z którym walka jest jedną z niewielu rzeczy mogących jednoczyć nasze społeczeństwo.

Trzeba pamiętać, że Rosjanie, w odróżnieniu chociażby od Polaków, nie mają przepracowanej swojej historii i oceniają ją bardzo różnie. Jedynym wydarzeniem, co do oceny którego zgadzają się niemal wszyscy, jest II wojna światowa. Aż 90% społeczeństwa jest pewne, że wtedy uratowaliśmy świat przed faszyzmem. Kiedy więc Putin nazwał wydarzenia na Ukrainie przewrotem faszystów, to udało mu się stworzyć wizję, zgodnie z którą po raz kolejny możemy stanąć do boju przeciwko tej ideologii.

A Ukraińcy, Białorusini – czy dla Rosjan to oddzielne narody?

Jeśli chodzi o Ukraińców, to przyznam, że kończyłem szkołę na Krymie i uczyłem się języka ukraińskiego oraz ukraińskiej literatury. Wówczas nie mogłem zrozumieć, dlaczego oprócz gigantycznej literatury rosyjskiej poświęcano czas skromnej literaturze ukraińskiej. Dziwiło mnie to, że Ukraińcy skłonni byli uważać Tołstoja, Dostojewskiego czy nawet Gogola za pisarzy rosyjskich, a więc zewnętrznych wobec siebie, a za swoich uważali jedynie Łesię Ukrainkę, Iwana Frankę i Tarasa Szewczenkę. A przecież Tołstoj nie jest pisarzem rosyjskim, tylko – w najlepszym razie – pisarzem wyrosłym w Imperium Rosyjskim. Wśród Rosjan popularne jest przekonanie, że Ukraina to takie nie-do-końca państwo, że to nasi „młodsi bracia”, którzy są może trochę nie-do- -końca wykształceni i mają taki nieco śmiesznie brzmiący język. Dlatego kiedy Putin mówił o tym, że jesteśmy jednym narodem, który historia rozdzieliła na dwie części, były to szczere deklaracje.

Prawda jest też taka, że w Rosji – może z wyjątkiem chwili obecnej – nie ma zbyt dużego zainteresowania Ukrainą. Brakuje rosyjskich ekspertów, którzy przyglądaliby się sytuacji wewnętrznej, gospodarczej i politycznej w tym kraju. Nie dostrzega się, że to może być ważne. Wyjątkami są bardzo zideologizowane instytucje, jak np. Instytut Państw WNP. Dopiero teraz Rosjanie zaczynają się interesować tym, co się dzieje na Ukrainie, i zaczyna docierać do naszej świadomości, że ten kraj to już nie jest Rosja. A na pewno Rosją nie jest zachodnia Ukraina, gdzie „królują banderowcy”. Wschodnia Ukraina wciąż jednak jest taka jakby bardziej „nasza”.

Z Białorusinami jest prościej. Białoruś dla tzw. zwykłych Rosjan to Łukaszenka. Zwłaszcza pod koniec lat 90. był on w Rosji bardzo popularny i miał realne szanse stać się prezydentem kraju związkowego. Dużo jeździł po rosyjskich regionach, miał świetne kontakty z gubernatorami, ale w pewnym momencie Jelcyn zabronił mu tego. Białoruś jest jednak w Rosji jeszcze mniej znana niż Ukraina, choć wielu Rosjan zachwyca jej ustrój. Białoruś jawi się im jako swoisty wzór sowieckiego porządku. To są jednak absolutne peryferie naszego dyskursu.

Powinniśmy zatem zabrać się za klasyków, czytać Fromma? Oj tak… Putin mógłby czytać Spenglera. Jestem przekonany, że Putin nie zdecydowałby się na aneksję Krymu, gdyby nie miał absolutnej pewności, że stary porządek właśnie się zakończył. On był pewien, że Zachód nie wejdzie już w swoją rolę sprzed lat. A zwycięża ten, kto pierwszy zaczyna tworzyć nowy układ, bo to on narzuca zasady gry. To jest perspektywa Putina. Sytuacja pozwoliła mu pierwszemu naruszyć porządek, który przestał istnieć. Jest przekonany, że wygrał.

Przez długi czas mówiliśmy sobie, że Putin to nie Rosja. Dziś trudno dostrzec tę inną Rosję. Putin i rosyjskie społeczeństwo grają razem.

Nie jest to takie proste. Ostatnia kadencja Putina upływa pod znakiem spadku poparcia i stopniowej utraty legitymizacji jego władzy. Pamiętajmy, że społeczeństwo nie tak dawno rzuciło jej wyzwanie, co ważne, zrobiło to tzw. putinowskie pokolenie, a więc ludzie, którzy w dorosłość wchodzili w trakcie trwania prezydentury Putina i jemu zawdzięczają swój sukces. Bo to on zbudował Rosję, która pozwala im się bogacić. Putin poczuł się szczególnie urażony tym, że ci, dla których tworzył ten stabilny świat, odwrócili się od niego. A oni powiedzieli: czas na zmiany, pozwól nam samym podejmować decyzje o tym, jak chcemy żyć.

Trzeba też pamiętać, że Putin nie jest człowiekiem, który działa samodzielnie. On jest zakładnikiem elit, pewnym gwarantem i wskaźnikiem równowagi, który balansuje pomiędzy interesami przedstawicieli różnych grup. Robi więc to, czego chcą elity. Sytuacja w Rosji jest zatem efektem transformacji, która zaszła również w środowisku elit, a Putin jest odbiciem tej zmiany.

Ta kadencja jest także kadencją populizmu, kiedy to władza nie prowadzi już polityki, narzucając czy proponując społeczeństwu swoją wizję, lecz jedynie odpowiada na społeczne zapotrzebowania. A społeczeństwo rzadko chce modernizacji. Większość zwykle jest konserwatywna i woli trwać w tym, co zna. Dzisiaj więc Putin prowadzi kraj ku archaizacji. Nie jest liderem, który wytycza cele i dąży do ich osiągnięcia. Jego działania to wynik bilansu oczekiwań i możliwości elit oraz nastrojów społecznych. Zwrot, jakiego dokonał Putin, tworząc z Rosji oblężoną twierdzę, nie byłby możliwy do zrealizowania, gdyby nie potrzebowały go elity. Jest w tym wszystkim jakaś wewnętrzna logika, która wcześniej czy później zmusiłaby reżim do konfrontacji z Zachodem. I tu nie chodzi o Ukrainę, która jest jedynie katalizatorem. Mam wrażenie, że następują poważne wewnętrzne ruchy tektoniczne, za sprawą których dzieje się to wszystko, i nie wiemy, dokąd nas te wydarzenia zaprowadzą.


Nikołaj Pietrow– politolog i geograf, prof. na Wydziale Politologii Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie. Do końca 2012 r. dyrektor programu Społeczeństwo i Polityka Regionalna Moskiewskiego Centrum Carnegie. W latach 1982–2006 pracował w Instytucie Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk. W latach 1991–1992 kierował sekcją analiz i prognoz Rady Najwyższej Rosji. W latach 1993–1994 wykładał w Instytucie Kennana, a w latach 1994–1995 był analitykiem w administracji prezydenckiej. Stały komentator gazety „The Moscow Times”. Urodził się i wychował na Krymie

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata