70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Populizm ze wsparciem euroelit

Bardzo dobry wynik partii populistycznych w wyborach do Parlamentu Europejskiego zaniepokoił europejski mainstream. Jednak zamiast oczekiwanej refleksji nad przyczynami popularności eurosceptyków mamy do czynienia z ich lekceważeniem. Pojawia się nawet nuta urazy do wyborców.

Rok 2004 stał się dla nas symbolem historycznego powiększenia Unii Europejskiej o 10 nowych państw, z czego 9 pochodziło z obszaru wpływów komunistycznych. Może ta euforia zjednoczeniowa sprawiła, że umknęło nam inne ważne unijne wydarzenie – referendum w sprawie konstytucji europejskiej. Jego wynik w większości krajów unijnych wydawał się oczywisty i z założenia triumfalny pochód rozpoczęto od dwóch państw założycielskich wspólnoty – Francji i Holandii. Odrzucenie konstytucji przez Paryż i Hagę było szokiem. W przypadku Francji początkowo próbowano to wyjaśniać niechęcią do ówczesnego prawicowego rządu i prezydenta Chiraca. Później pojawiło się inne tłumaczenie, prawdopodobnie bliższe prawdy – strach przed słynnym polskim hydraulikiem. Francuzi faktycznie utożsamili konstytucję i dalszą integrację z otwarciem granic i rynku pracy dla obywateli nowej Europy. Front Narodowy posłużył się odwróconą symboliką polskiego hydraulika (w intencji naszych specjalistów plakaty z przystojnym fachowcem miały pokazać przyjazną twarz pracowników z Polski), który czyha na miejsca pracy francuskich speców i chce zająć ich miejsce. Całe rozszerzenie, a właściwie zjednoczenie Europy, zostało sprowadzone li tylko do kwestii rynku pracy i konkurencji na nim. Był to sygnał – niestety, po części zignorowany – że na mieszkańców starej Europy przestały już działać hasła odwołujące się do wspólnoty europejskiej i że ważniejsze są egoizmy narodowe. W Holandii przyczyny odrzucenia konstytucji były podobne jak we Francji – strach przed uwolnieniem rynku pracy, ale także rosnąca niechęć do imigrantów. Poprawność polityczna, wówczas jeszcze dominująca, sprawiła jednak, że nie mówiono oficjalnie o muzułmańskich przybyszach, lecz o Polakach.

Dopiero od czasu klęski referendum konstytucyjnego zaczęto przełamywać tabu politycznej poprawności. Chociaż w gruncie rzeczy w Holandii ten proces zaczął się kilka lat wcześniej, gdy na arenie pojawił się charyzmatyczny i niebezpieczny polityk Pim Fortuyn. To on, wspierany przez antyislamskiego reżysera Theo van Gogha, zaczął otwarcie krytykować tolerancyjną politykę imigracyjno- integracyjną Holandii. „Dotychczasowy model integracji nie zdał egzaminu, od tej pory musimy uzależniać przyznanie obywatelstwa od akceptacji naszego systemu wartości” – głosił Fortuyn. Jego retorykę stopniowo zaczęli przejmować inni, bardziej umiarkowani politycy. Efektem było wprowadzenie egzaminów integracyjnych (obejmujących m.in. znajomość języka niderlandzkiego oraz norm obyczajowych obowiązujących w Holandii). Do Holendrów jeszcze bardziej niż filmy van Gogha przemówiła jego śmierć – w 2004 r. zastrzelił go i następnie poderżnął mu gardło muzułmanin oburzony bluźnierczymi obrazami (Fortuyn został zabity w 2002 r. przez aktywistę proekologicznego). Wielu Holendrów uznało wtedy, że Fortuyn miał rację, strasząc islamem. Na te obawy nałożyły się dane demograficzne – podczas gdy przyrost naturalny u Holendrów jest z roku na rok coraz niższy, u przybyszów z krajów afrykańskich i bliskowschodnich ma on wyraźną tendencję zwyżkową. Według oficjalnych danych 60% dzieci przychodzących na świat w Rotterdamie jest nieholenderskiego pochodzenia. Politycznym spadkobiercą Fortuyna został Geert Wilders. Farbowany blondyn przejął antyimigrancką retorykę. Rozszerzył ją jednak na Polaków i innych przybyszów ze wschodniej Europy. To z inicjatywy Wildersa powstała antypolska strona internetowa, to on zachęca do denuncjowania pracujących na czarno Polaków.

Kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego (PE) zbudował Wilders na dwóch filarach – antyimigranckich nastrojach i eurosceptycznej retoryce. I choć ostatecznie polityk nie odniósł porażającego sukcesu, jego partia okazała się drugą co do wielkości siłą w Holandii.

Różne barwy populistów

W majowych wyborach do europarlamentu populiści uzyskali w sumie w różnych krajach ponad 100 mandatów. Teoretycznie to bardzo dużo – ale ten dobry wynik okazuje się bardziej siłą destrukcyjną niż sprawczą. Jeszcze przed wyborami Marine Le Pen i Geert Wilders zapowiedzieli, że stworzą wspólną eurosceptyczną frakcję. Plan się nie powiódł, bo zgodnie z zasadami obowiązującymi w Parlamencie Europejskim do stworzenia frakcji potrzeba co najmniej 25 eurodeputowanych z siedmiu krajów członkowskich. Le Pen udało się porozumieć z partiami z pięciu krajów. Szóstą siłą miał być Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego. Okazało się jednak, że kontrowersyjne wypowiedzi polskiego polityka (np. o Hitlerze, Holokauście, kobietach i homoseksualnych małżeństwach) są nawet dla eurosceptyków, słynących z ostrego języka, nie do przyjęcia. Ponoć sama Le Pen skłonna byłaby przyjąć KNP, ale sprzeciwił się temu jej zastępca. A ponieważ wybory do PE były dla Frontu Narodowego tylko rozgrzewką przed wyborami krajowymi, Francuzi działają bardzo ostrożnie. Do stworzenia samodzielnej frakcji zabrakło zatem tym populistom partii z dwóch krajów.

Cel udało się jednak osiągnąć po raz kolejny brytyjskiemu eurosceptykowi Nigelowi Farage’owi. Stworzył on frakcję Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej (EFDD), w której brakującym ogniwem stał się włoski Ruch Pięciu Gwiazd. Farage jeszcze na długo przed wyborami zadeklarował, że nie wejdzie w koalicję z Le Pen i Wildersem. Jedynym spoiwem łączącym eurosceptyków z Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii jest niechęć do Unii Europejskiej i pogłębionej integracji. Farage jest także nieprzychylnie nastawiony do imigracji i bardzo chętnie odesłałby np. polskich pracowników z powrotem do kraju. Jego zdaniem polskie dzieci w szkołach, nieznające jeszcze języka angielskiego, przyczyniają się do obniżenia ogólnego poziomu nauczania, a ich rodzice oczywiście zabierają miejsca pracy Brytyjczykom. Farage podobnie niechętnie nastawiony jest do Rumunów, Litwinów czy Czechów. To łączy go z Wildersem i Le Pen. Jednak u Farage’a – inaczej niż u pozostałej dwójki – trudno się dopatrzyć retoryki antyislamskiej. On jest sceptyczny wobec imigracji zarobkowej jako takiej, bez dodatkowego wskazania na muzułmanów. Poza tym ma o wiele bardziej liberalne poglądy na gospodarkę niż Le Pen.

Należy postawić pytanie: co w ogóle łączy populistów i eurosceptyków z różnych krajów? Dzielą ich przecież np. kwestie etyczne – stosunek do małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci przez tego typu pary. Tym, co wspólne dla populistów, jest sprzeciw wobec pogłębiania integracji europejskiej i prymatu instytucji unijnych. Łączy ich także niechęć do wspólnej waluty – pani Le Pen postuluje wystąpienie Francji ze strefy euro i powrót franka. Mało tego, idzie o krok dalej i zapowiada przeprowadzenie we Francji referendum w sprawie dalszego członkostwa w Unii, podobnie jak w wypadku Wielkiej Brytanii chce uczynić Farage. Wszyscy eurosceptycy są także zwolennikami ponownego zwiększenia siły krajów członkowskich i osłabienia instytucji unijnych, z Komisją Europejską (KE) na czele. „Nie może być tak, by 60% prawa obowiązującego w Wielkiej Brytanii było tworzone przez eurokratów w Brukseli” – grzmi Farage.

Kolejnym, wynikającym z tego postulatem jest chęć zredukowania administracji unijnej – Wielka Brytania od lat domaga się zmniejszenia funduszów na opłacanie brukselskich urzędników. Negacja pomysłów typu unia bankowa czy unia fiskalna to oczywisty punkt. Brytyjczycy chcą także ograniczenia swobody przemieszczania się obywateli unijnych – jednej z prymarnych zasad UE – w celu zmniejszenia imigracji zarobkowej. W podobnym tonie wypowiada się Wilders. Wodą na młyn dla eurosceptyków okazał się kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r. Poza oczywistym doprowadzeniem do bankructwa wielu banków i zwykłych obywateli ujawnił on także słabość KE, która początkowo zareagowała na wydarzenia całkowitym zaskoczeniem i biernością. Więcej inicjatywy wykazała Francja, która wtedy rotacyjnie przewodniczyła Unii. Przeciwnicy unii monetarnej wykorzystali kryzys jako argument na rzecz odejścia od euro – ich zdaniem wspólna waluta przyśpieszyła upadek kolejnych klocków domina. W sytuacji wzrostu bezrobocia, będącego pokłosiem recesji, doszło do walki o rynek pracy. Populiści wykorzystali to do wskazania winnych kryzysowi: partii mainstreamowych, instytucji unijnych i imigrantów, którzy zabierają pracę autochtonom.

Bunt klasy średniej

Pytaniem jeszcze istotniejszym jest to: kto i dlaczego głosuje na populistów? Odpowiedź nie jest oczywista. Jak dowodzą sondaże przeprowadzane w różnych krajach, partie o odcieniu nacjonalistyczno-populistycznym coraz częściej popiera klasa średnia. Tak jest we Francji, w której zwolennicy Frontu Narodowego rekrutują się spośród burżuazji zaniepokojonej coraz większą liczbą islamskich mieszkańców przedmieść dużych miast. Co ciekawe, wśród zwolenników Le Penów są także znane i szanowane postacie, takie jak np. wybitny aktor Alain Delon. Nie brakuje analityków, którzy winą za wzrost popularności eurosceptyków obarczają elity polityczne. Od lat za wszelkie – często własne – błędy i pogarszającą się sytuację politycy francuscy, brytyjscy czy duńscy obwiniali mityczną Brukselę. To Unia nam kazała, zmusiła nas, narzuciła nam. „Przyjęła się dziwaczna praktyka. Jeśli coś się udawało, politycy przypisywali tę zasługę sobie. Jeśli jednak coś się psuło, ci sami politycy wskazywali winnego – Brukselę. Nie można przez lata bezkarnie stosować takich trików, w końcu zaowocuje to ogólną niechęcią do Unii” – diagnozuje włoska dziennikarka, weteranka wśród korespondentów w Brukseli, Maria Laura Francosi. Jej zdaniem niektórzy zwolennicy populistów, oddając na nich głos, tak naprawdę opowiadali się nie za nimi, ale przeciwko politycznemu głównemu nurtowi – była to żółta kartka dla elit rządzących.

Czy to jednak jedyna przyczyna poparcia dla radykałów? Nie. Innym, nie mniej istotnym powodem jest pogłębiający się rozdźwięk między obywatelami a europejskim głównym nurtem. Chodzi zarówno o rozdźwięk ideologiczny, jak i komunikacyjny, przy czym oba są ze sobą ściśle powiązane. Przyznaje to nawet prof. Danuta Hübner, była komisarz unijna, od dwóch kadencji eurodeputowana PO. „Niestety, komunikacja między obywatelami a klasą polityczną szwankuje, ludzie czują rosnącą przepaść” – mówi.

Ważne decyzje polityczne, które przecież mają bezpośredni wpływ na nasze życie, są podejmowane na drodze porozumienia między przywódcami europejskimi. Bardzo rzadko poprzedzone są poważną debatą publiczną. Prawie nigdy nie są w ich sprawie organizowane referenda. Do referendów elity europejskie zniechęciły się po fiaskach we Francji i w Holandii w 2004 r. i w Irlandii w 2007 r. (referendum w sprawie traktatu lizbońskiego, który był przerobioną i okrojoną wersją konstytucji europejskiej). Dopiero rok później w powtórzonym głosowaniu udało się uzyskać akceptację Irlandczyków. Przy tej okazji zresztą powstał typowo brukselski żart: „Ile razy w Unii Europejskiej przeprowadza się referenda? Aż do skutku”. Można się z tego śmiać, ale był to też błąd wykorzystany przez przeciwników projektu europejskiego. Lekceważenie opinii publicznej. „»Nie« znaczy »nie«” – mówił Declan Ganley, lider ruchu- -efemerydy Libertas. Stosunek elit europejskich do obywateli można uznać za lekceważący i protekcjonalny. Jeśli obywatele nie głosują tak, jakby to widzieli liderzy głównego nurtu, to albo się na nich obraża, albo się ich obraża. W tym wszystkim brakuje poważnego podejścia, prawdziwej debaty i jednocześnie przejrzystości.

Sam proces podejmowania decyzji jest w UE niedostatecznie transparentny. Miało się to zmienić w tym roku, dzięki zastosowaniu zapisów z traktatu lizbońskiego. I faktycznie, po raz pierwszy o tym, kto zostanie szefem Komisji Europejskiej, miały decydować nie tajne narady w gronie przywódców krajów unijnych, ale prawybory wewnątrz frakcji i następnie sam wynik wyborów do europarlamentu. Tak też się stało. Ponieważ wybory wygrali chadecy, ich kandydat – były premier Luksemburga Jean-Claude Juncker – został kandydatem na następcę José Manuela Barroso. I pomimo sprzeciwu Węgier i Wielkiej Brytanii (po raz pierwszy w historii o nominacji na szefa KE zadecydował nie konsensus, ale metoda liczenia głosów w głosowaniu) to on został nominowany na stanowisko przewodniczącego i następnie wybrany przez eurodeputowanych. Przed wyborami Juncker brał udział w debatach wraz z kandydatami pozostałych frakcji: socjalistów, liberałów i Zielonych. Ale i do ich konfrontacji można mieć zastrzeżenia – wszyscy czterej kandydaci opowiadali się de facto za bardzo zbliżoną wizją Unii, dążącej do eurofederacji. Nie było żadnego kandydata dla wyborców mniej euroentuzjastycznych, nawet nie skrajnie eurosceptycznych, ale eurorealistycznych.

Eurosceptycy zadebiutowali w PE, budząc kontrowersje. W czasie pierwszej sesji plenarnej, gdy odegrano nieoficjalny hymn unijny – Odę do radości – część z nich ostentacyjnie siedziała, a część wstała i odwróciła się tyłem. Włoski poseł z Ligi Lombardzkiej przyszedł ubrany w burkę. Takie zachowanie to znak dla sympatyków partii – kpimy z instytucji unijnych, bo na nic lepszego nie zasługują.

Siła populistów będzie siłą jedynie niszczącą, można się spodziewać, że zagłosują przeciwko większości projektów. Ale spora też w tym wina głównego nurtu. Trzy duże partie – chadecy, socjaliści i liberałowie – zgodnie z oczekiwaniami stworzyły wokół populistów polityczny kordon sanitarny. W przypadku deputowanych z Frontu Narodowego czy Partii Wolności było to bardzo łatwe – ponieważ Le Pen nie udało się stworzyć frakcji, jej posłowie i sojusznicy z innych krajów są niezrzeszeni. Przysługują im zatem mniejsze fundusze na działalność partyjną, mają krótszy czas wystąpień i przede wszystkim radykalnie mniejszy niż w wypadku frakcji parlamentarnych wpływ polityczny. Ogranicza się on w zasadzie tylko do działań destrukcyjnych. Frakcji Farage’a zgodnie z tzw. metodą D’Hondta przysługiwało szefostwo jednej z dwudziestu komisji w europarlamencie, a dokładniej – komisji petycji. Chadecy, liberałowie i socjaliści umówili się jednak i zagłosowali przeciwko kandydaturze zgłoszonej przez frakcję deputowanej. Ten fakt potępiła jedynie frakcja Zielonych. Powstał bardzo groźny i szkodliwy precedens, który przede wszystkim może w przyszłości posłużyć do podważenia zasad obowiązujących w PE i – co za tym idzie – przyczynić się do zwiększenia chaosu w tej instytucji. Ale to także woda na młyn dla populistów, którzy mają teraz kolejny argument na rzecz gwałcenia zasad demokracji przez elity europejskie. Przecież takie sabotowanie frakcji populistycznej to wyraz lekceważenia wyborców, którzy na tę frakcję oddali głos. Farage ma prawo mówić o kpinie z demokracji i wytykać Parlamentowi Europejskiemu brak szacunku dla wyborów i wyborców. Takie traktowanie populistów może tylko przysporzyć im jeszcze większej popularności.

Osobiście żałuję i ubolewam, że zamiast poważnej refleksji nad przyczynami spadku popularności idei europejskiej i braku zaufania do jej przedstawicieli mamy do czynienia z próbą de facto podważenia wyników wyborów i zlekceważenia części elektoratu. To droga donikąd, a raczej do jeszcze wyraźniejszego zwiększenia przepaści między obywatelami a elitami. A to z kolei idealna pożywka dla wszelkiej maści populistów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata