70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dochodzenie w sprawie zbrodni

MOCAK po raz kolejny śledzi relacje, w jakie z innymi sferami życia wchodzi sztuka. Po historii, sporcie i ekonomii przyszedł czas za zbrodnię. Powstała jedna z najbardziej intrygujących wystaw przygotowanych przez to krakowskie muzeum.

Wyobrażenia przestępstw, zabójstw i rozmaitych ludzkich tragedii w sztuce mają ogromną tradycję. To truizm, który jednak trzeba przypomnieć. Przedstawienia te pełniły rozmaite funkcje, od religijnych, poprzez moralizatorskie, po upamiętnianie. Zmieniały się formy i funkcje tych przedstawień. Ich niezwykłym przeglądem – chociaż ograniczającym się do dwóch wieków – była starannie przygotowana wystawa Crime et châtiment zorganizowana w 2010 r. przez paryskie Musée d’Orsay. Stworzona przez byłego ministra sprawiedliwości Francji Roberta Badintera, który doprowadził do zniesienia w tym kraju kary śmierci, oraz znanego historyka sztuki i krytyka Jeana Claira, pokazywała spojrzenie artystów na zbrodnię, poczynając od rewolucji francuskiej aż po 1939 r. Z dzieł m.in. Williama Blake’a, Francisco Goi, Théodore’a Géricaulta, Paula Cézanne’a, Pablo Picassa i René Magritte’a stworzono opowieść o gwałcie, kamienowaniu, dekapitacji, kanibalizmie i maszynach tortur, ale też postrzeganiu zbrodni i karaniu za nią.

Obrazy przemocy

„Śmierć i seks mają udowodnić uprzywilejowanie sfery sztuki” – mówił przy okazji tej wystawy Badinter. „Odkryłem – dodawał – że tym, co interesuje artystę, jest naruszenie podstawowych zakazów, świętokradztwo, seks, śmierć”. Jest w tych słowach pewna przesada. Jednak wystawa w Musée d’Orsay dobrze – i po raz pierwszy w tej skali – pokazywała jeden z istotnych aspektów twórczości ostatnich stuleci. Zbrodnia w sztuce w krakowskim MOCAK-u odwołuje się nawet do dawniejszych czasów. Jednak umieszczenie na wystawie reprodukcji (sic!) XVII-wiecznego obrazu Holendra Jana van Bijlerta oraz płócien Jana Matejki czy Franciszka Żmurki to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie. Przedstawień przemocy w sztuce poprzednich wieków nie sposób zaprezentować za pomocą trzech fotograficznych wydruków dość przypadkowo wybranych prac.

Szczęśliwie to margines ekspozycji. Większość prac zgromadzonych w MOCAK-u powstała od lat 60. XX w. Dzięki temu Zbrodnia w sztuce tworzy dość zwartą całość. Jednak jej największą wartością jest to, jak celnie zauważył w swoim blogu Edwin Bendyk, że ekspozycja, „choć dostarcza mocnych wrażeń, nie polega jednak na prostym epatowaniu spektakularnością zbrodni”. Pozwala natomiast przyjrzeć się temu, jak zmieniło się postrzeganie zbrodni w ostatnim półwieczu, obalanie kolejnych tabu, obecności przestępstw w kulturze masowej, wreszcie spojrzenie na zło i jego źródła. Dotyka też problemu karania za zbrodnie – nie tak dawno przecież zaczęto odchodzić od kary śmierci. Jedną z najważniejszych prac na wystawie są seriografie Andy’ego Warhola z cyklu Krzesło elektryczne (1971). W pustym pomieszczeniu stoi fotel, na którym uśmierca się skazańców. Widz jest pozostawiony sam na sam z narzędziem egzekucji.

„Zbrodnia ma dwa źródła: albo jest efektem »mniejszych « zbrodni, rzadko karanych, bo dokonywanych w zaciszu domowym na słabszych, którzy potem szukają odwetu na społeczeństwie, albo wynika z podjudzania ze strony polityki i religii. Zbrodnia odkrywa wielkie »bogactwo« zła, jakie w nas tkwi” – podkreślają twórcy wystawy. Można spierać się o tę próbę pokazania genezy przestępstwa (podobne generalizacje nieuchronnie są ułomne). Jednak – mimo takich deklaracji – na wystawie trudno doszukać się przykładów zbrodni popełnianych w imię religii i polityki, a przecież także dzisiaj do nich dochodzi. Przeoczenie? A może świadectwo zmian społecznych i zainteresowań samych artystów, chociaż bez problemu można wymienić wybitne filmy poświęcone takim zbrodniom. Podobnie próżno szukać tych popełnianych w imię szlachetnych ideałów. Morderców idealistów, których symbolem u progu nowoczesności stała się Charlotte Corday uśmiercająca Marata dla – jak tłumaczyła – „dobra i spokoju Francji”.

W MOCAK-u oglądamy przestępstwa popełniane bez jakichkolwiek ideologicznych czy religijnych uzasadnień. Nie są przez to mniej przerażające, także za sprawą banalności ich sprawców. I dla niektórych – nie mniej pociągające.

Złowieszcze piękno

Jean Clair powiedział o wystawie w Musée d’Orsay: „Czy ta sztuka może w jakiś sposób zbawić od horroru przez uczynienie go pięknym? Niezupełnie. Czy ta sztuka może produkować piękno z okropieństwa i śmierci? Tak, ale nie w zwyczajnym znaczeniu słowa piękno: raczej poprzez zaoferowanie nam najgłębszego z możliwych sensu, o co w życiu chodzi”.

Jednym z największych problemów sztuki jest właśnie pokusa estetyzacji przemocy, łączenie piękna i grozy, tak bliskie romantykom i wielu późniejszym estetom.

Czy jesteś, Piękno, z nieba czy też z piekła rodem?

W twym spojrzeniu anielskim i szatańskim płynie

Cnota mącona zbrodnią, przesyt truty głodem,

Możesz przejrzeć się w sobie jak pragnienie w winie.

Tak pisał w Hymnie do piękna Charles Baudelaire (wiersz w przekładzie Zbigniewa Bieńkowskiego).

Oprócz tej fascynacji złowieszczym pięknem jest jeszcze pokusa ukazywania zła jako widowiska, na czym często żeruje współczesna telewizja. Co ciekawe, na wystawie niewiele jest przykładów owej estetyzacji przemocy. Do wyjątków należą zdjęcia z cyklu Kostnica (1992) Andresa Serrano, przejmujące i jednocześnie wizualnie wyrafinowane fotografie przedstawiające zamordowanych mieszkańców Nowego Jorku. Poszczególne ujęcia – Wielokrotne rany klatki czy Maltretowane dziecko – mogą budzić odrazę, ale też uwodzą swym niepokojącym pięknem, bliskim płótnom Caravaggia czy Georges’a de La Toura.

Nie tylko Serrano przygląda się ofiarom. W MOCAK-u można zobaczyć całą serię prac Daniela Spoerriego, który archiwalne portrety ofiar połączył z narzędziami zbrodni – sznurem czy łopatą. Są też prace Teresy Margolles: instalacja Plancha (2014) oraz seria Muerte sin fin (2004). Na ścianie wiszą duże abstrakcyjne obrazy na papierze, pełne zacieków i plam. Instygują swą delikatnością. Neutralne, a nawet eleganckie, ale tylko pozornie. Nacieki powstały po zanurzeniu papieru w wodzie pozostałej po sekcjach zwłok osób, często przypadkowych, zamordowanych podczas narkotykowych wojen w Meksyku.

Ofiarom poświęcona jest też instalacja Doroty Nieznalskiej Modus operandi (1998). Artystka porusza problem konfrontacji ofiary ze sprawcą, gwałconych kobiet i ich oprawców. Ukazuje przesłuchania, które stają się dla ofiar kolejnym traumatycznym przeżyciem.

Zbrodniarz

Na wystawie zdaje się dominować jednak pytanie o stosunek do zbrodniarza. Nie tylko o to, kim on jest, lecz o jego status społeczny, fascynację jego osobą, a nawet kult. W MOCAK-u znalazł się dość obszerny wybór prac Danny’ego Devosa poświęconych seryjnym mordercom. Artysta jest nimi niewątpliwie zafascynowany, z niektórymi nawet korespondował. Jego prace to niemalże kapliczki ku czci monstrów: Eda Geina, który z fragmentów ciał wykonywał użytkowe przedmioty, Teda Bundy’ego zwabiającego swoje ofiary do volkswagena garbusa czy Deana Corlla porywającego, gwałcącego i mordującego chłopców. Jest w tej fascynacji Devosa coś niepokojącego, ale też intelektualnie tandetnego. Osobliwe wrażenie robi też film Larsa Laumanna Zamknij się, dzieciaku, to nie bingo (2009) przedstawiający historię młodej Norweżki, która zakochała się w skazanym na śmierć Carltonie Turnerze. Próżno tu szukać informacji o dokonanych przez mężczyznę zbrodniach. To dość banalna historia miłosna.

Wystawa wręcz prowokuje do stawiania kłopotliwych pytań: o dzisiejszy stosunek do przestępcy i jego miejsce w społeczeństwie. W sposób drastyczny ukazuje to Zbigniew Libera. Jego Grób kryminalisty (1998) to projekty nagrobków Stanisława Modzelewskiego i Zdzisława Marchwickiego – seryjnych morderców skazanych na śmierć (wyroki wykonano). Libera, inaczej niż nakazuje tradycja, proponuje monumentalne upamiętnienia. Aby ich sławiły? Stanowiły przestrogę? Tego nie wiemy.

Jest jednak inne spojrzenie na sprawców, odzierające ich z aury niezwykłości. Christian Boltanski w pracy Detektyw (2011) wykorzystał zdjęcia wycięte przed laty z pisma o tym samym tytule. Fotografie pozbawione zostały podpisów. Po latach sam artysta nie wiedział, które ze zdjęć przestawia zbrodniarza, a które ofiarę. Przekonania dawnych fizjonomistów, że z twarzy można „wyczytać” naturę człowieka, okazują się zwykłymi rojeniami. Jeszcze większe wrażenie robią anonimowe, pochodzące z początku XX w. zdjęcia z kroniki policyjnej. Wszystkie osoby ubrane są w cywilne stroje. Jedno z nich przedstawia młodą dziewczynę w zwiewnej letniej sukience. Inne – mężczyznę w sile wieku, w marynarce, pod krawatem i w kapeluszu na głowie. Gdyby nie informacja, że to dokumentacja przestępców, można by ich uznać za przeciętnych mieszkańców ubogich dzielnic.

Artysta

Można, a nawet należy zadać jeszcze jedno pytanie: o status samego artysty, bardzo niejednoznaczny. Teresa Margolles przypomina o zbrodniach i opłakuje ich ofiary. Danny Devos otacza morderców kultem. Jeszcze inny jest przypadek Larry’ego Clarka. Jego cykl Tulsa (1971) to jeden z najsłynniejszych projektów fotograficznych ostatnich dekad. Clark fotografował młodych ludzi, uzależnionych od narkotyków, dokonujących kradzieży, prostytuujących się. Sam był jednym z nich. We wstępie do książkowego wydania Tulsy pisał: „Urodziłem się w Tulsie w Oklahomie w 1943 roku. Gdy miałem szesnaście lat, zacząłem brać amfetaminę. Brałem działki z przyjaciółmi codziennie przez trzy lata, a potem opuściłem miasto, lecz powracałem tu w kolejnych latach. Igła – gdy raz wejdzie, nigdy już nie wyjdzie”. Clark wprowadzał widza we własny świat, odrzucając „zewnętrzne” spojrzenie. Dawał poczucie bliskości, które ociera się o podglądactwo podszyte lubieżnością (seks jest częstym tematem zdjęć Clarka). Podważał granice prywatności.

Ale artysta może przyjąć inną pozycję. Np. tego, który ujawnia błędy systemu. Taryn Simon swą pracę Niewinni (2002) poświęciła skazanym za gwałt czy zabójstwo. Clyde Charles odsiedział 17 lat, Ron Williamson 11 (otrzymał karę śmierci). Okazało się, że byli niewinni. Teraz opowiadają o tym, co ich spotkało. To zwykli ludzie, którzy znaleźli się w złym miejscu, nie ma w nich nic fascynującego. A jednak ich historie są ciekawsze niż te sadystycznych morderców. Taryn Simon pokazuje, jak mylne mogą być nasze wyobrażenia, a także jak złudne jest to, co widzimy. Złudna bywa też sama fotografia – to właśnie zdjęcia były dowodami poświadczającymi winę tych, o których opowiada Taryn Simon. Może warto pamiętać, że często to obrazy tworzą złudzenia.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata