70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tybetański spokój

Colin Thubron pisze jedną z najciekawszych książek drogi. U jej podstaw leży uniwersalny obraz wędrówki żywego ze zmarłym, śladem Orfeusza i Eurydyki, Dantego i Beatrycze. Pożegnanie matki jest w przypadku podróżnika przygotowaniem do własnej śmierci.

Odległe miejsca przyzywają swoją tajemniczością. Zaginione w amazońskiej dżungli Miasto Z, poszukiwane poprzez morza i wieki Królestwo Księdza Jana, wreszcie: Tybet. Ten, w którym nauki mieli pobierać wątpliwej sławy madame Bławatska, Gieorgij Gurdżijew i ci, co pojawiają się nagle, w pełni ukształtowani, z odpowiedzią na każde pytanie.

Thubron wyrusza na szlak pielgrzymi wiodący z Nepalu poprzez wyżyny Tybetu aż do tajemniczych jezior góry Kajlas. Bardziej od świętej góry interesuje mnie cel tej wyprawy, a ten zdaje się osłonięty, niejasny, znikający z pola widzenia podobnie jak szczyt, na który się wspina. Autor wyrusza po śmierci swojej matki. Podróż jest zarazem pożegnaniem z ukochaną osobą, jak również próbą zrozumienia śmierci.

Góra w Tybecie ma wymiar bardzo osobisty, Thurbon wolny jest jednak od wszelkiego ekshibicjonizmu. Wątki rodzinne, opisy odchodzenia bliskiej osoby podane są z pełnym wyczuciem, niezmierną delikatnością. Czytelnik nie czuje się przytłoczony historią rodzinną, mało tego – jej stopniowe odkrywanie, rwana narracja i niedomówienia czynią z niej temat ciekawy. Zanim wejdę na szczyt Kajlas, raz jeszcze przykuwa moją uwagę cel podróży. Thubron rusza szlakiem pielgrzymim, i do tego na świętą górę, sam jednak nie zdradza przed czytelnikiem swojej wiary. Czy jest chrześcijaninem na buddyjskiej drodze? Ateistą na ścieżce wiary? Nie można wejść na pielgrzymi szlak, nie poddając się jego prawom.

Samotna wyspa

Na początku to tylko góra – wysoka, osobna, nawet bez nazwy. Kajlas uważana jest za oś wszechświata. Oddaje jej cześć jedna piąta ludzkości. Z jej podnóży wypływają źródła czterech wielkich rzek indyjskich – Indusu, Brahmaputry, Gangesu oraz Satladź – i m.in. dlatego uważa się ją za pierwowzór wszystkiego, co żyje: ludzi, zwierząt, roślin. Kajlas jest jednak inna niż Himalaje, inna niż wszystkie góry: zbudowana jest ze żwirowego wypiętrzenia trzeciorzędu. Geolodzy wskazują, że jest pozostałością nieistniejącego już Oceanu Tetydy. Samotna wyspa dawnego świata, pozostałość innej rzeczywistości. Nic dziwnego, że mając takie pochodzenie, Kajlas obrosła w znaczenie mistyczne. To ulubiona góra licznego panteonu hinduskiego. Na nią mieli przylatywać i Śiwa, i Budda, aby medytować. W jej jaskiniach można jeszcze spotkać ascetów i joginów, którzy weszli w tęczę. Ich ciał już nie ma, ale pozostała obecność. Okrążenie Kajlas (i tu w zależności od sekty – zgodnie z ruchem wskazówek zegara lub w stronę przeciwną) daje odpuszczenie grzechów. Zanurzenie się i obmycie w jednym ze świętych jezior uwalnia od grzechów dawnych żywotów. „Miejscowi twierdzą, że zioła znad jeziora leczą wszystkie choroby, a kiedy fale wyrzucają na brzeg martwe ryby, robi się z nich kadzidła odstraszające złe duchy. Woda z jeziora pita przez umierającego wprowadza jego duszę do raju, natomiast tutejszy piasek umieszczany w ustach trupa zapobiega odrodzeniu się jako zwierzę”.

Lawirując pomiędzy skąpymi opisami podróży Europejczyków do Tybetu, czytając Tybetańską Księgę Umarłych, patrząc na gwieździste niebo w biednych wioskach, Colin Thubron pisze jedną z najciekawszych książek drogi. U jej podstaw leży uniwersalny obraz wędrówki żywego ze zmarłym, śladem Orfeusza i Eurydyki, Dantego i Beatrycze. Pożegnanie matki jest w przypadku podróżnika przygotowaniem do własnej śmierci. Wędrując na górę Kajlas, żegna się również z pozostałymi członkami swojej rodziny. Thubron jest ostatni, jest sam. Im wyżej wchodzi na górę, im bardziej brakuje tlenu, tym wyraźniejsze okazują się obrazy przywołane z przeszłości. Okoliczności śmierci najbliższych zestawione z jego młodością, dojrzałością i starzeniem się. Te niemal deliryczne opisy odchodzenia zmarłych łączą się z jego wspinaczką. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na kartach Góry w Tybecie dokonuje się swoista wymiana, jakieś obcowanie żywych i umarłych, którego śmierć nie jest w stanie przekreślić. Jeśli Kajlas jest rzeczywiście osią świata, to dla mnie osią książki są te zdania: „Czy zmarłym można pomóc? Drgnęła we mnie dawno porzucona wiara. W kościele anglikańskim mojego dzieciństwa nie odprawiano mszy za zmarłych, nie było żadnego wstawiennictwa. Zmarli znajdowali się poza zasięgiem, nie można ich było pocieszyć”.

Księżycowy krajobraz

Jak zauważa Colin Thubron, kultura tybetańska nawiedzana jest przez śmierć. Rzecz dotyczy nie tylko świętych tekstów o odchodzeniu, ale jeszcze bardziej teraźniejszości. Okupacja chińska uczyniła z tego regionu obszar zamknięty na edukację, pełen podejrzliwości i strachu. Wciąż żywe są wspomnienia rewolucji kulturalnej. „Pośród egzekucji i indoktrynacji wymazano wszelkie publiczne symbole buddyzmu, Buddę uznano za reakcjonistę, święte obrazy wrzucano do latryn, ze świętych tekstów szyto buty dla upokorzonych mnichów. Z ponad sześciu tysięcy klasztorów i świątyń w 1976 roku ostało się trzynaście”. Współczesny Tybet, ze swoją twardą, nieurodzajną glebą, jawi się coraz bardziej jako „księżycowy krajobraz” – pomiędzy lejami jezior walają się puszki po pepsi-coli, stare tenisówki, butelki po piwie Lhasa, beczki po oleju napędowym. Pojedynczy człowiek zawsze uważany jest za zdrajcę, chińscy posterunkowi przejawiają niezwykłą radość w sprawdzaniu dokumentów. Tylko jakom żującym skąpą trawę jest wszystko jedno.

Co robić? Może rzeczywiście Kajlas jest ucieczką? Wchodzenie i schodzenie, miejsce uprzywilejowane przez bóstwa, drabina Jakubowa? Thubron odczytuje znaczenie świętej góry nie tylko poprzez tradycję tybetańską, ale również przez odniesienia do innych kultur, jak choćby egipskiej czy wierzeń Aborygenów. Kajlas unosi się w powietrzu i zmienia swoje położenie, aż Budda musiał ją przybić do ziemi czterema odciskami swojej stopy. Góra jest pierwotna, jest punktem zawieszonym pomiędzy niebem a ziemią. Stąd nieważna jej nazwa – Kajlas, Synaj czy Tabor – to, co się wydarza na jej szczycie, wymyka się słowom.

Szlakiem gęsi

Można czytać Górę w Tybecie na wiele sposobów: jako reportaż, esej, dziennik podróży. To zapis zderzenia starości z młodością, ale też studium odchodzenia spotykającego na swej drodze witalność, wreszcie spotkania Zachodu ze swym mętnym chrześcijaństwem, z uwikłanym w niezliczone synkretyzmy religijne Tybetem. Colin Thubron wobec młodych, wszystkowiedzących lamów staje się niecierpliwy, poirytowany ich niewzruszoną pewnością. Uspokaja się przy starszych mnichach, którzy nie boją się sprzeczności swojej religii. Pomimo różnic tam, na górze, wszyscy zdają się mówić jednym głosem. „Niektórzy pielgrzymi zostawiają fragmenty odzieży ukochanej zmarłej osoby, a nawet zdjęcie lub szczyptę prochów, po czym modlą się za zmarłego w jego lub jej nowym wcieleniu. Buddyści nie mogą jednak pomóc zmarłym, których dusze nie istnieją. Podobne nadzieje kłócą się z prawem karmy, rodzą się z jakiegoś niewyartykułowanego instynktu, pocieszając opłakujących, ale nieopłakiwanych”.

Z ciekawością wobec świata, z pogodną melancholią i brakiem ostatecznych odpowiedzi, Góra w Tybecie, paradoksalnie, niesie pocieszenie. Człowiek zawsze szuka jakiegoś sacrum, a samo podążanie w jego stronę już go przemienia. Colin Thubron napisał współczesną wersję ars moriendi.: „Gdzie jesteś? Wśród grobów przy angielskim kościele – tak wielu z nich nie znam – mój łamiący się głos przypomina mi jakiś inny. Oczywiście twój. Teraz istniejesz w barwie mojego głosu. Gęsi tybetańskie znowu lecą nad piaskiem jakby niepewne, dokąd się skierować”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter