70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świadomość zmian

Elementem łączącym wszystkie sfery naszego życia jest dziś ponad wszystkim technologia. To ona będzie miała największy wpływ na przyszłość. Będziemy musieli się w większym lub mniejszym stopniu podporządkować zmianom zachodzącym w jej obrębie oraz przez nią narzucanym. Technologia już dziś jest wszechobecna.

Co może Pani powiedzieć o przyszłości rzeczy, obserwując je dzisiaj?

Nie zmienimy drastycznie tego, co nas otacza. Podstawa pozostaje niezmienna. Stare domy, tak jak i nowe, mają mury, podłogę, sufit, oświetlenie. Od momentu kiedy wymyśliliśmy koło, zawsze tak samo kołem toczymy. Wyobrażamy sobie świat przyszłości właśnie teraz. Jako osoba profesjonalnie zajmująca się badaniem trendów nie mogę podać jednoznacznej wizji tego, co będzie nas otaczać za 30, 50, 100 lat – takie spojrzenie jest możliwe, ale niedostępne dla konsumentów. To, co staram się robić w mojej pracy, to analizując różne aspekty teraźniejszości, zastanawiać się wraz z moimi klientami, nad tym, co się będzie działo za 5, 10, najdalej za 15 lat. Na pewno bardzo dużo zmieni się w kulturze, systemie politycznym i gospodarczym, a także w przestrzeni, w której będziemy się otaczać przedmiotami. Dziś, w 2014 r. – ludzie nie mają tożsamości, są pozbawieni samych siebie, ponieważ dziś markują ich wielkie korporacje, którym zależy na unifikacji indywiduum.

Jeśli już jesteśmy przy kwestiach tożsamościowych, dlaczego wciąż istnieje silny podział na produkty tylko dla kobiet i tylko dla mężczyzn?

To się zmieni. Żyjemy w czasie, w którym rola płci w rodzinie i społeczeństwie przestaje mieć fundamentalne znaczenie. Różnice płciowe ustępują dziś miejsca różnicom indywidualnym. I takich rzeczy dziś poszukujemy i potrzebujemy – skrojonych na miarę indywiduum, a nie płci.

Czy to znaczy, że będziemy dążyć do tworzenia takich rzeczy, które są unisex, pozbawione cech płciowych?

Takie pytanie to przejaw myślenia kategoriami produkcji masowej. Pomyślmy – jeżeli złamię rękę, zostanie ona zeskanowana i według tego skanu wydrukują mi potem gips, tak by mogła ona w nim swobodnie „oddychać” (co jest dla mnie wtedy przecież najważniejsze), to czy ten gips będzie mieć płeć? Czy da się taki produkt wytwarzać masowo? Nie. To jest ekstremalny przykład, ale bardzo dobrze obrazuje zmianę, jaka zachodzi w myśleniu o wytwarzaniu rzeczy. Dziś mówi się coraz częściej o końcu masowej produkcji i początku ery personalizacji. To jest też teraz najbardziej palący problem wielkich firm, które chcą utrzymać produkcję na ogromną skalę: jak masowo produkować rzeczy, które jednocześnie będą stworzone dla konkretnego, indywidualnego klienta?

Produkcja masowa sprawia, że zapominamy o różnicach kulturowych. A przecież geografia ma silny wpływ na odbiór rzeczy. Postrzegamy i rozumiemy je według określonego kodu kulturowego, nawet jeśli często nie zdajemy sobie sprawy, że Europejczycy używają rzeczy zupełnie inaczej niż Azjaci czy Afrykanie.

To prawda, choć i same te różnice, a nie tylko ich świadomość, w jakimś stopniu ulegają erozji pod wpływem procesów globalizacyjnych. Po II wojnie światowej Europa Zachodnia zachłysnęła się Stanami Zjednoczonymi, przeżyła falę tzw. amerykanizacji. I to tak wielką, że dziś nie możemy już właściwie mówić o tym jak o fenomenie, ponieważ na każdym kroku mamy McDonald’s, nie rozpoznajemy już obcych wpływów. Ale dziś jesteśmy też na szczycie rozwoju, do którego doprowadzić mogła obrana przez nas ścieżka. Dalej już iść nie możemy – więcej mieć i więcej zarabiać. Dlatego musimy redefiniować samo pojęcie ekonomii. Wydawało nam się, że ekonomia jest wzrastającą nieskończonością, że dobra gospodarka, dobry rozwój to coś, co nieustannie rośnie, a jeżeli maleje – to znaczy, że mamy kryzys. W pewnym momencie okazało się jednak, że istnieje punkt graniczny i że właśnie go osiągnęliśmy – nie możemy się już bardziej wzbogacić. Czy można mieć więcej telewizorów, kamer, par butów? Raczej nie. Istnieje też granica, która nie pozwala nam się dalej zapożyczać. Belgijski ekonomista Geert Noels w swojej książce Econoshock 2.0 doskonale zilustrował różne, niekoniecznie pozytywne, skutki dążenia do wzrostu gospodarczego. Kryzys finansowy, którego doświadczyliśmy (osobiście uważam, że był sztuczny i po części rozbuchany przez media), pokazał, że nie możemy mieć więcej. Wiemy, czym jest wzrost gospodarczy, wiemy, czym spadek, ale po gwałtownym załamaniu nie potrafimy sobie poradzić z rozsądnym wychodzeniem z kryzysu. Potrzebujemy jakiegoś zrównoważenia dla dotychczsowego modelu, który zawiódł. Tym balansem jest nadchodząca skandynawizacja.

Co dokładnie miałaby ona oznaczać? Jakie wartości odróżniają skandynawizację od amerykanizacji?

Zaczniemy żyć ze świadomością, że nie potrzebujemy wielu rzeczy. Zrozumiemy, że nie mają już one takiej wartości, jaką miały kiedyś – zastanowimy się np., czy warto kupić duży samochód, jeśli nie jesteśmy w stanie zaparkować go pod domem. Dziś często jeszcze się o tym nie myśli. Ludzie po prostu kupują wielkie auta, chociaż nieraz muszą z braku miejsca parkować je 3 km od miejsca zamieszkania, które pokonują następnie pieszo lub tramwajem. Coraz dotkliwiej będziemy się jednak przekonywać, że samochód w wielkich miastach to ogromny, ale niepotrzebny i bezużyteczny luksus. Ta zmiana świadomości już powoli narasta.

Z czego ona wynika? Czy zmiana modelu z amerykańskiego na skandynawski to rzeczywiście tylko kwestia ekonomii?

Tak, przede wszystkim to skutek wahań ekonomicznych. Choć porównując te dwa modele, nie możemy brać pod uwagę stereotypów. Nie zapominajmy, że elementem łączącym wszystkie sfery naszego życia jest dziś ponad wszystkim technologia. To ona będzie miała największy wpływ na przyszłość, na kształt społeczeństwa. Będziemy musieli się w większym lub mniejszym stopniu podporządkować zmianom zachodzącym w jej obrębie oraz przez nią narzucanym. Technologia już dziś jest wszechobecna. Dzięki niej żyjemy dłużej, ale oznacza to zarazem, że musimy także z jej pomocą dostosować rzeczywistość i otaczające nas rzeczy do osób starszych. To kolejny „luksusowy problem”, tzn. konsekwencja życia całych społeczeństw na bardzo wysokim poziomie. Kiedyś na jednego emeryta przypadało 5 osób pracujących, dziś tendencja się odwraca. System podatkowy i emerytalny, który zbudowaliśmy i w którym się zadomowiliśmy, upada, okazuje się bezużyteczny.

Obserwując to, co się dzieje dzisiaj, musimy nauczyć się przewidywać i znajdować rozwiązania bardziej adekwatne dla następnych pokoleń?

Tak, zmiany są nieuchronne. Choć z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że, jak uważają technologowie, największy rozwój mamy już za sobą, że przyszłość nie zazna już ponoć tak gigantycznych innowacji.

To znaczy, że wymyśliliśmy już wszystko?

Zmniejszyliśmy krzem – najważniejszy materiał w technologii do tworzenia półprzewodników. Wykorzystując krzem, nie jesteśmy w stanie już nic więcej zmienić, nie możemy go bardziej pomniejszyć. Ale powoli wchodzimy w erę grafenu, który może dać nam całą paletę nowych możliwości. Grafen jest znakomitym przewodnikiem ciepła i elektryczności, jest też o wiele mniejszy i tańszy w produkcji, ale problem polega na tym, że brakuje specjalistów, by produkować go na dużą skalę. Choć już zaczyna się interesujący wyścig o to, komu uda się opracowywać jego komercyjną produkcję. Walka toczy się między największymi firmami produkującymi wszelkiego rodzaju chipy, na przykład ASML czy IBM. Również w Polsce jest to główny konik Ministerstwa Gospodarki. Tylko że nam brakuje i doświadczonych specjalistów, i wielkich koncernów, które mogłyby z tymi zagranicznymi konkurować. Gdybym była optymistką, wierzyłabym, że mimo to możemy być w pierwszej lidze wytwarzania grafenu, ale jako realistka uważam, że ładujemy w tej chwili masę pieniędzy w coś, co nie ma szansy się powieść.

Nie wierzy Pani w Polaków, w to, że może nam się udać?

Wierzę, że wszystko nam się uda, tylko w zupełnie inny sposób, niż przewidujemy. Wbrew pozorom, nigdy nie szliśmy tą samą drogą, którą przez kilkadziesiąt lat podążała pozostała część Europy. Droga do bogacenia się Polski nie ewoluowała, raczej opierała się na rewolucji. Polacy przeszli gwałtownie od dawania kopert do płacenia wirtualnymi pieniędzmi. Na Zachodzie te zmiany były wprowadzane na zasadzie eksperymentu, my poszliśmy na całość. W Polsce mamy np. konta długości 27 czy 30 cyfr. W Europie dopiero w tym roku zaczynają być one wprowadzane. Mamy więc za sobą jedną rewolucję finansową, a dziś wraz z całą Europą przechodzimy kolejną. Ale czekają nas też zmiany w edukacji i służbie zdrowia. Niestety, nadchodzi kres takiej dotychczasłużby zdrowia, jaką znaliśmy. Nie będzie ona odpowiedzialna za nasze leczenie, tylko za profilaktykę. My zaś będziemy musieli zadbać o to, by jak najmniej chorować. Tę zmianę podejścia widzimy już dzisiaj – żeby dostać się do specjalisty, najpierw trzeba iść do lekarza domowego, dostęp do leczenia jest powoli zapośredniczany.

A mówiąc o zmianie w edukacji, co ma Pani na myśli? Właściwie nasza edukacja od dłuższego już czasu jest w remoncie?

A mimo to jej stan jest nadal katastrofalny. Reforma wciąż jeszcze jest przed nią. Myślę tu przede wszystkim o przepaści, jaka istnieje między edukacją a biznesem. Tę przepaść trzeba wreszcie zasypać. Problemem akademii jest to, że nauczyciele, wykładowcy nie mają praktyki zawodowej, mają jedynie praktykę w nauczaniu. A sam stopień naukowy, choćby najwyższy, dziś niewiele mówi. Jeśli absolwenci uczelni, inżynierowie nie wiedzą, co się dzieje w firmie obok nich, nie mogą się dziwić, że nikt nie chce ich przyjąć do pracy.

Polskie uczelnie zapomniały o współpracy i kreatywności, o wychodzeniu „na zewnątrz”. Najważniejszy nie powinien być nauczyciel, który naucza, ale ten, który sam ciągle się uczy. Dyplom nie wystarcza – powinniśmy się uczyć przez całe życie.

Dlaczego teoria jest zbyt daleko od praktyki?

Nowe pokolenie przejmuje nawyki pokolenia, które „panuje” obecnie. Czego ma się nauczyć od teoretyków, którzy nigdy nie pracowali praktycznie? To właśnie sprzeciw wobec takiego modelu edukacji był impulsem dla grupy osób, w tym m.in. mnie, aby stworzyć School of Form, szkołę, w której wykładowcami są przede wszystkim praktycy. Tylko oni bowiem mogą nauczyć designerów tego, jak rozmawiać z ludźmi biznesu, a przedsiębiorców z kolei tego, jak powinni komunikować się i nawiązywać współpracę z projektantami. Marzymy o tym, że kiedyś nie trzeba będzie już tego uczyć, bo będzie to obowiązujący wzorzec. To dowartościowanie praktyki nie oznacza odwrócenia się od teorii. Dlatego też w School of Form prowadzimy zajęcia z socjologii, antropologii, etnografii – zdajemy sobie sprawę, że są to dyscypliny niezbędne w edukacji przyszłych projektantów, bo uczą patrzenia na świat z różnych perspektyw. Ale uczy tego, tj. poszerzania wyobraźni i horyzontów, także praktyka.

Bardzo dobrze się o tym słucha, ale trudniej być o tym przekonanym, gdy trzeba wprowadzać już konkretne zmiany, kiedy jednemu trzeba odjąć, by dodać drugiemu?

Ale one są koniecznie. Można się o tym przekonać namacalnie, wystarczy choćby pojechać do Cieszyna, przejść przez most graniczny i zobaczyć, jak diametralnie zmienia się estetyka tego miasta. Czesi mają dwa razy więcej zajęć plastycznych niż Polacy. Nad czeskim Cieszynem trzyma pieczę główny architekt miasta, który jest odpowiedzialny za estetykę i wykończenie, w polskim Cieszynie taki zawód nie istnieje, ponieważ rada miejska wszystko wie najlepiej. Jest ekspertem od wszystkiego i w związku z tym – od i do niczego. Pełno jest dziur w nawierzchni, przejścia dla pieszych są w złych miejscach, a podjazdy dla wózków inwalidzkich, jeśli już są, to zakończone stopniem. Świadomość Polaków i Czechów diametralnie się w tym względzie różni. Polska świadomość przestrzeni jest wciąż minimalna.

Nie wydaje mi się, by wynikało to jedynie z edukacji, może przyczyn poszukać w historii?

Myślę, że to przede wszystkim kwestia edukacji i kultury. Niejednokrotnie możemy spotkać się z tym, że przy wejściu do domu państwa X leżą papiery, a oni tych papierów nie podniosą, ponieważ uważają, że nie należą do nich, i zostawiają je przy drzwiach. Przestrzeń na zewnątrz domu świadczy o człowieku, który w tym domu mieszka. A dla Polaków ona wciąż często po prostu nie istnieje.

Z czego w Polsce wynika ta niedbałość o wspólną przestrzeń?

Nie jestem historykiem ani socjologiem, ale wydaje mi się, iż rację mają ci, którzy mówią, że popsuł nas socjalizm. Wszystkim się należało po równo, wszystko było takie samo. A jak ktoś się wyróżniał, nieważne, dobrze czy źle, to wzbudzał nieufność i zawiść. Trudno nas wyprać z tej postawy, gdzie Polak Polakowi wilkiem. Jeżeli sąsiadowi źle się wiedzie, to my się cieszymy. A powinno być tak, że jeśli sąsiadowi źle się wiedzie, to społeczność mu pomaga. Takie przeobrażanie się postaw społecznych łączę właśnie ze skandynawizacją, o której wspominałam. I te zmiany są nieuchronne, ponieważ wkrótce to nie państwo w sensie politycznym będzie odpowiedzialne za naszą szeroko pojętą przestrzeń życia, ale społeczność. Małe społeczności przejmą „władzę”. Ale – nie łudźmy się – będzie to bolesny proces nabywania świadomości i odpowiedzialności zarazem, oduczania się nawyków, zwłaszcza tych sprzyjających bierności.

A jaki wpływ będą miały te zmiany na przedmioty i ich wytwarzanie?

Unia Europejska przestanie być unią państw, która wiele traci i jest bezsilna jako podmiot, a stanie się unią regionów. Państwo będzie pomagało w realizacji różnych spraw, ale głównym rządem będą rządy regionalne. Na jakiej podstawie taki właśnie kierunek zmian możemy założyć? Wszystkie regiony europejskie (amerykańskie również) zaczynają się definiować i zastanawiać, jakie są ich atuty, także ekonomiczne, w czym leży ich siła. Gdy mówimy: Polska, nic nam nie przychodzi do głowy, ale już zupełnie inaczej jest, kiedy powiem: Śląsk, Pomorze, Warmia i Mazury – od razu do regionu dopasowuję konkretną gałąź gospodarki. Jeżeli wiesz, co jest siłą twojego regionu, wiesz tym samym, jak powinien wyglądać jego rozwój ekonomiczny, na czym powinien się oprzeć. Te zmiany zapoczątkują kolejną wędrówkę ludów (ona już się w zasadzie rozpoczęła), ale tym razem już nie do państw, tylko do regionów atrakcyjnych gospodarczo.

W dobie rzeczy wytwarzanych masowo oraz gwałtownego rozwoju technologicznego, który rodzi, zdaje się, coraz bardziej uzasadnione obawy o to, czy na naszych oczach nie powstają właśnie rzeczy „samowystraczalne”, „samoprodukowalne”, które będą w stanie całkowicie zastąpić człowieka, wizja przyszłości, jaką Pani snuje, może wydawać się więcej niż alternatywna.

Nic podobnego! To, co nas czeka, to pełna polaryzacja – z jednej strony kompletna automatyzacja, robotyzacja, pojawią się maszyny, które będą myśleć za nas, a z drugiej strony rozwijać się będzie rękodzieło, czeladnictwo, rzemiosło. Dojdziemy do takiego momentu, kiedy jedno bez drugiego nie będzie mogło istnieć. Myślenie masowe także powoli się kończy, w Holandii, gdzie mieszkam, zaczynają znikać wielkie centra handlowe, bez szumu, ale sukcesywnie. Ludzie w coraz mniejszym stopniu nastawieni są na sam zakup jakiegoś przedmiotu. Co z tego, że sprawię sobie nowe łóżko, jeśli nie będzie ono pasowało do reszty mieszkania, jeśli nie przygotuję sobie na nie wcześniej miejsca? Coraz częściej słyszy się dziś o tzw. service design, czyli projektowaniu usług, ale wymaga ono edukacji, kultury i zaufania. Przecież akt kupowania w całym procesie kupowania to czynność najprostsza.

Mówi Pani o tendencji do odchodzenia od nabywania nowych przedmiotów, a jednocześnie otwiera szkołę, która uczy designerów i projektantów tworzyć nowe rzeczy.

Uważam, że design to nie jest tworzenie nowego krzesła, lampy czy stołu. Osoby, które projektują krzesło, w rzeczywistości zmieniają jedynie jego stylizację.

Kim w takim razie jest projektant? I co Pani zdaniem znaczy design?

Powszechne pojęcie designu każe myśleć, że projektant działający w tym obszarze to osoba, która dzięki czarodziejskiej różdżce tworzy nowe rzeczy. Zupełnie nie – to jest człowiek, który potrafi spojrzeć na rzecz z innej perspektywy.

Projektant powinien być w stanie ująć otaczające go przedmioty i rzeczy bardziej kompleksowo niż użytkownik. Ten ostatni myśli np., że potrzebuje tylko jednej funkcji, projektant stara się dostrzec ich w jednym przedmiocie jak najwięcej. Projektant przyszłości to człowiek, który potrafi przedstawić wiele alternatywnych rozwiązań. To także osoba, która zacznie się zajmować materiałem, czyli będzie poniekąd rzemieślnikiem, rzemieślnikiem, dodajmy, nastawionym na lokalną działalność.

Design współcześnie definiuje nie pytanie: „dla kogo?”, „jak?”, ale: „dlaczego?”. Ono jest dziś pytaniem podstawowym. Projektant przyszłości na nie właśnie będzie musiał odpowiadać. To na nim zasadza się też nowy marketing. Jako konsumenci chcemy wiedzieć, dlaczego mamy kupić tę właśnie, a nie inną rzecz. Świadomość i tożsamość konsumencka dopiero się kształtują, dopiero zaczynają dochodzić do głosu i przejawiają się właśnie w pytaniu: „dlaczego?”.

Konsument rozumie coraz lepiej swoją wartość, zyskuje coraz większą niezależność i oczekuje, że proces nabywania rzeczy będzie to odzwierciedlał. Ale co w takim razie stanie się z wielkimi koncernami?

Wszystkie wielkie firmy przerzucają się do Azji. Zatruwają tam ludzi, produkując np. mleko w proszku, którego oni nigdy nie mieli w diecie. Firmy farmaceutyczne zacierają już ręce z tego powodu, otwierają konta, bo wiedzą, że ci ludzie za chwilę będą chorzy, a więc będą potrzebowali nowych lekarstw.

Ingerujemy w potrzeby tych ludzi i manipulujemy nimi, tak by mogły je zaspokoić produkty wymyślone przez Zachód.

Tego samego doświadczyliśmy wcześniej na swojej skórze w Europie. Na fali amerykanizacji przeszliśmy przecież gigantyczne reformy jedzenia. Kiedyś w Polsce można było jeść różne rzeczy i ludzie nie byli ani grubi, ani chorzy, a teraz borykamy się w tym względzie z takimi samymi problemami jak Stany Zjednoczone.

Skoro Ameryka narzuciła taki wzorzec Europie, Europa narzuca go teraz Azji…

Chciałaby Pani zadać pytanie, kiedy to wszystko się skończy? Nie wiem, zdaję sobie sprawę, że to błędne koło. Ale być może wyjściem okaże się całkiem nowy sposób myślenia, który ja wiążę z rozpowszechnieniem się modelu skandynawskiego. Chciałabym, by przyjął się on w Polsce i by Polacy szybciej niż ludzie na Zachodzie nauczyli się być szczęśliwymi bez dużej ilości rzeczy. Bardzo lubię fińskie powiedzenie, że szczęście jest zawsze pomiędzy „dużo” i „za mało”. Trudno tylko w nie uwierzyć.

Ale jeszcze trudniej rozstrzygnąć, gdzie jest ów złoty środek. Tej nowej optyki, choć chyba jednak z wychyleniem na „za mało”, próbują małe ruchy minimalistów, którzy przekonują, że bez rzeczy życie jest bogatsze.

Nie nazywałabym minimalizmu „ruchem”, ponieważ tak naprawdę to jedyna droga, którą możemy pójść. A jednocześnie wyzwanie dla firm-gigantów typu multinational, które wyrosły na założeniu, że człowiek nie jest minimalistą, że chce bez końca gromadzić. Wydawać by się mogło, że to uniwersalna zasada antropologiczna, a może się okazać, że to prawidłowość dobrze opisująca jedno pokolenie, a do drugiego już nieprzystająca. Młodzi ludzie postrzegają generację swoich rodziców jako pokolenie śmieci. Społeczeństwo, które się obecnie kształtuje, będzie bliższe pokoleniu naszych dziadków i babć, nie rodziców.

A więc wszystko już było i wracamy do modelu sprzed dwóch pokoleń?

Tak, ten powrót jest w jakiejś mierze reakcją na agresywną amerykanizację, jaką jako społeczeństwo przeszliśmy chwilę po transformacji. Już na początku lat 90. wlały się do nas gigantyczne multinationals i chciały wszystko sprzedać, wykorzystując kasjerki, które zarabiały (i zarabiają) śmieszne pieniądze. Najgorsze jest to, że te firmy nie wpływają korzystnie na rozwój gospodarczy. Podstawą PKB są małe i średnie przedsiębiorstwa, ale to nie one, lecz wielkie firmy są zwolnione z podatków. To jest ogromny błąd, który zniechęca i uczy nieufności wobec całego systemu wytwarzania i sprzedawania dóbr. Tylko małe i średnie przedsiębiorstwa mają tzw. researching development, mogą realnie myśleć o przyszłości, naprawdę budować swoją markę, która ponownie zacznie stanowić synonim wiarygodności firmy.

Marka przestanie być jedynie elementem próżnego snobowania, wekslem bez realnego pokrycia?

Właśnie tak. Marka znów będzie postrzegana jako pewien przykład, wzór. Dawniej, kiedy ktoś chciał stworzyć firmę, dbał o całą infrastrukturę. Budowano domy dla pracowników, szkoły, parki, uniwersytety, przedszkola, doprowadzano kolej, kanały żeglugi, otwierano lotniska. Wielcy kreatorzy marek nie siedzieli na kanapie i nie palili cygara, oni pomagali, pracowali i sponsorowali inwestycje. Prawdziwa marka jest w sercu i dlatego to właśnie małe społeczności mogą dziś tworzyć marki z prawdziwego zdarzenia, którym będziemy w stanie zaufać.

Wracając do świadomości samych Polaków – mamy wiele marek na wysokim poziomie, by wymienić tylko Inglot czy Wittchen. Wśród Polaków są one jednak rozpoznawane jako włoskie lub niemieckie. Wychodzi na to, że polskie nie może być estetyczne, solidne ani ładne.

Może taka jest strategia tych firm, może nie chciały utożsamiać się z Polską, może zrobiły wszystko, żeby się z nią nie kojarzyć. Nikt wcześniej nie pokazał siły polskich marek. A jeśli już, to za czasów PRL-u, tylko że wtedy często były to jedynie propagandowe przechwałki, niewiele nieraz mające wspólnego z rzeczywistością. Może to właśnie tej karykatury wciąż się boimy. To nie jest dobry klimat dla budowania marki.

Czy Pani w swojej pracy stara się wypracować właśnie odpowiednie warunki ku temu, by wspólne tworzenie marki było możliwe?

Pracuję w świecie biznesu, zajmuję się edukacją, zespoleniem zespołu. Jestem zapraszana do firm w roli eksperta, i wtedy często prosi się mnie o ocenę logo marki, o to, bym powiedziała, które moim zdaniem najlepiej będzie ją reprezentować. A ja nie jestem w stanie tego zrobić niejako „z marszu”, ponieważ rzeczy takie jak logotypy świadczą o misji marki, założeniach firmy. Pracownicy, a co gorsza, dyrektorzy i kierownicy bardzo często nie wiedzą, jakie wartości reprezentują. Przychodzą do firmy pracować, a nie nią oddychać.

Często ludziom wydaje się, że żeby otworzyć firmę, wystarczy po prostu porozdzielać obowiązki. To nie jest tak. Najpierw należy zapoznać ludzi ze sobą, stworzyć zespół, dać do zrozumienia pracownikom, że są częścią firmy, że to oni ją tworzą. Dopiero w momencie kiedy wszyscy uwierzą w misję marki, możemy brać się do pracy, także do pracy nad marką, jej reprezentacjami i sposobami komunikowania treści, jakie ma ona nieść. Należy najpierw przygotować grunt. I ja się właśnie tym zajmuję. Dopiero na odpowiednim gruncie możemy tworzyć i projektować przyszłość. I wytwarzać coś wartościowego.


ZUZANNA SKALSKA – doradczyni do spraw innowacji i designu dla polskich i holenderskich instytucji rządowych, światowych korporacji, średnich i mniejszych firm; wykładowczyni na Uniwersytecie Technicznym w Eindhoven; fundatorka i współzałożycielka Wyższej Szkoły Designu – School of Form w Poznaniu, autorka książek i artykułów o trendach i współczesnym designie. Pracowała dla firmy Philips, studia projektowego VanBerlo, obecnie operuje w ramach własnej marki 360 Inspiration. Prowadzi blog 360inspiration.nl

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata