70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powstanie warszawskie, czyli ortografia pamięci

Być może jest tak, że obszary życia społecznego, które raz zostały zatrute nowomową, pozostają pod jej wpływem jeszcze długo po upadku dyktatury – może nawet na zawsze? Z pewnością o powstaniu warszawskim długo jeszcze nie będzie można pisać „tak po prostu”.

Od ośmiu lat naukowo zajmuję się pamięcią kulturową. W skali akademickiej to wprawdzie niewiele, jednak wystarczająco długo, by zaobserwować pewne ciekawostki i powtarzające się zjawiska. Kiedy piszę o rewolucji francuskiej, powstaniu styczniowym albo II wojnie światowej – nikt się nie dziwi. Natomiast gdy piszę o powstaniu warszawskim, pojawia się konsternacja. Czy nie chodzi aby o Powstanie Warszawskie? Niekiedy korekta w dyskretny sposób zamienia „powstanie” na „Powstanie”. Innym razem dostaję e-mail z zapytaniem w tej sprawie. Nie upieram się przy „powstaniu” – choć gdy zależy to ode mnie, to w dyskursie naukowym i publicystycznym staram się konsekwentnie stosować małe litery, a wielkie zachować dla mów okolicznościowych bądź tekstów pamiątkowych. To na pozór błahe zagadnienie skłoniło mnie do napisania tekstu o znaczeniu marginaliów i drobnych szczegółów w polityce pamięci.

Walka o język

„Kwestia ortograficzna” niekiedy pojawia się przy okazji spotkań z ludźmi, którzy „znają mnie tylko z czytania”. Małe litery w zapisie powstania sugerują wbrew mojej intencji negatywny stosunek do wydarzenia. Tymczasem zgodnie z regułami ortografii to właśnie taki zapis powinien być traktowany jako neutralny, natomiast kapitałki – wskazywać na stosunek szczególnie pozytywny. Według Wielkiego słownika ortograficznego PWN nazwy wydarzeń historycznych można pisać wielką literą „ze względów uczuciowych bądź dla uwydatnienia szacunku”. Powstanie Warszawskie jest nawet jednym z przywołanych w tym kontekście przykładów. Mirosław Bańko, autorytet w dziedzinie poprawności językowej, do którego internauci kilkakrotnie zwracali się z pytaniem o „powstanie” lub „Powstanie”, radzi, by „ze swobody, jaką daje ten przepis (…) korzystać z umiarem, aby nie spowodować dewaluacji wielkich liter jako sygnału wyjątkowości wydarzenia”.

Dlaczego więc pisownia „powstanie warszawskie” zaskakuje tak wielu, a niektórych nawet oburza? Wydaje się, że nie chodzi tu o językową poprawność. Język jest podstawowym narzędziem kształtowania pamięci historycznej – bronią w walce o interpretację i ocenę poszczególnych wydarzeń. Powstanie warszawskie, szczególnie doświadczone językowymi zabiegami komunistycznej propagandy, jest niezwykle wrażliwym punktem, jeśli chodzi o wszelkie interwencje lingwistyczne i retoryczne.

Cztery i pół dekady Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej to czas walki o pamięć historyczną prowadzonej różnymi środkami. Często były to także potyczki z komunistyczną nowomową. Szczególne znaczenie powstania we współczesnym pejzażu polskiej pamięci zbiorowej jest w dużej mierze skutkiem tej długiej walki i wynikającego z niej wyczulenia, a nawet uczulenia na najdrobniejsze szczegóły, nierzadko związane właśnie z językiem, gestami, konwencją. W rzeczywistości, w której relacja między władzą a obywatelami często opierała się na czytelnych dla obu stron oszustwach językowych, sztuka czytania między wierszami i wrażliwość na niuanse stanowiły warunek przetrwania i działania w sferze publicznej. Często także były jedynym środkiem ocalenia pamięci. Wielka litera, cudzysłów, drobna, na pozór nieznacząca zmiana – obrazy przeszłości atakuje się właśnie poprzez szczegóły i poprzez szczegóły się ich broni…

Podobnie jak mity i rytuały, język propagandy politycznej nie tyle opisuje rzeczywistość, ile ją tworzy. Słowo powołuje do istnienia fakty. Co w nowomowie nie ma odpowiedniego określenia – stwierdza w pewnym momencie bohaterRoku 1984 – przestaje istnieć. Ze względu na tę specyfikę propagandy walka o pamięć często odbywała się nie w języku historyków, którzy także potrafią spierać się o szczegóły, lecz w języku kapłanów-strażników pamięci. Opozycja mierząca się z językiem magicznym propagandy politycznej czasem musiała sama uciekać się do środków rytualnych. Dzisiejszy język zbiorowej pamięci jako spadkobierca tamtej walki zachował wiele z tych cech. Oczywiście biada temu, kto zostanie przyłapany na pomyleniu nazw batalionów albo zagubi się w skomplikowanej geografii przedwojennych ulic. Nie tylko me r y t o r y c z n e szczegóły liczą się jednak w walce o pamięć.

Rok 1984

Trudno się temu dziwić. Przez ponad 40 lat to, j a k mówiono o powstaniu, nierzadko okazywało się istotniejsze, niż to, c o mówiono. Język oficjalnych przemówień i okolicznościowych artykułów prasowych został trwale skażony przez jego utożsamienie z propagandą. Granica dzieląca dwie wizje przeszłości przebiegała pomiędzy tym, co mówiło się w domu i wśród przyjaciół, a tym, co słyszało się na wiecach, oglądało w telewizji i czytało w podręcznikach. Konsekwentna walka z propagandą – także w wymiarze drobnych językowych szczegółów – stanowiła istotę zmagań o pamięć historyczną.

Przyjrzyjmy się działaniu propagandy dotyczącej pamięci na przykładzie obchodów 40. rocznicy powstania. W notatce sporządzonej przez Wydział Ideologiczny Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czytamy: „Obchody 40. wybuchu Powstania Warszawskiego [!] zbiegają się w czasie z kulminacją obchodów 40. Polski Ludowej, a tym samym są częścią kampanii ideowo-politycznej związanej z jubileuszem ludowej państwowości. Ten fakt nadaje szczególny sens propagandowym przygotowaniom do rocznicy Powstania Warszawskiego”1.

Proponowany kalendarz imprez przedstawia się rzeczywiście okazale. Na liście planowanych „imprez głównych” liczącej kilkanaście punktów znalazły się m.in.: „uroczysta akademia w Sali Kongresowej PKiN”, „wmurowanie kamienia węgielnego pod budowę Pomnika Powstańców Warszawy”, „sesja naukowa poświęcona 40. rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowana przez Wojskowy Instytut Historyczny przy współudziale ZG ZBoWiD i Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, „oddanie hołdu poległym członkom Sztabu AL”, „widowisko plenerowe (…) związane treścią z 45. rocznicą Września pod hasłem »Nigdy więcej wojny – pokój światu«”. Przewidziano także okolicznościowe programy w radio i telewizji oraz „publicystykę prasową opartą na wstępnych założeniach notatki”. Te ostatnie brzmiały następująco: „Pamięć o Powstaniu Warszawskim to trwały element polskiej świadomości narodowej. Pamięć ta powinna łączyć nas dzisiaj nie tylko w szacunku do bohaterskich losów walczącej stolicy, lecz i w świadomości rezultatów klasowego egoizmu, politycznej głupoty i nieodpowiedzialności inicjatorów Powstania Warszawskiego”2.

Mimo wszystkich zmian, jakie w ciągu 40 lat zaszły w rzeczywistości społecznej i politycznej, a także – jak by się wydawało – w języku propagandy, słowa te są niemal dosłownym powtórzeniem tego, co w pierwszą rocznicę powstania powiedział Władysław Gomułka: „Trzeba powiedzieć o nim [o powstaniu warszawskim – M.N.] (…) pełną i całkowitą prawdę, wszystkim i każdemu: i bohaterom, biorącym w nim udział, i jego sanacyjnym aranżerom”3.

Dlaczego kalki językowe takie jak „sanacyjni aranżerowie” czy „klasowy egoizm” okazały się tak trwałe? „Procedurą w nowomowie najistotniejszą jest narzucanie wyrazistego znaku wartości – pisze Michał Głowiński w najważniejszym chyba opracowaniu na temat polskiej nowomowy komunistycznej – znak ten, prowadzący do przejrzystych polaryzacji, nie ma prawa budzić wątpliwości, jego punktem docelowym jest zdecydowana, nie podlegająca zakwestionowaniu ocena”. Nierzadko oceny te, podkreśla Głowiński, stają się ważniejsze od znaczenia4. Negatywna ocena ideologicznej słuszności powstania była więc niejako niezależna od (ewentualnego) oddawania hołdu poległym, który w niektórych okresach PRL dopuszczano, a nawet pochwalano.

Przyjęcie języka, za pomocą którego władza mówiła o powstaniu, oznaczało podpisanie się pod jego oceną opartą na wizji „klasowych aranżerów”. Stąd też brała się wrażliwość opozycji na wszelkie subtelności odnośnie do tego, jak o powstaniu mówiono, a także – bo relacja ta jest obustronna – waga, którą do szczegółów przywiązywała władza. Zwłaszcza wówczas kiedy – jak w roku 1984 – jej monopol na interpretację przeszłości był wyraźnie zagrożony. W 40. rocznicę powstania decydenci zajmujący się pamięcią oficjalną mieli już tego faktu świadomość. „Trzeba się liczyć z tym – czytamy w przywoływanej już notatce Wydziału Ideologicznego KC PZPR – że antysocjalistyczne ośrodki za granicą i w kraju oraz część prasy katolickiej, podejmą próbę stworzenia atmosfery, w której antykomunistyczna i antyradziecka interpretacja rocznicy Powstania miałaby zdominować nasze dotychczasowe oceny w tym zakresie”.

Przez wszystkie lata PRL walka o pamięć historyczną toczyła się więc nie tylko o wielkie kłamstwa i ideologiczne zniekształcenia historii, lecz także – a może przede wszystkim – o drobne, lecz znaczące szczegóły.

Rząd i „rząd”

Wypowiadając się, nieustannie przywołujemy nieswoje opinie, nieraz całe wypowiedzi. Mowa cudza, jak często określa się to zjawisko za rosyjskim literaturoznawcą Michaiłem Bachtinem, stanowi ważny element poezji, prozy, a także codziennego dialogu. Dla języka propagandy łatwo jednak może stać się problemem. Jak bowiem cytować tezy wypowiadane przez wroga, żeby je potem obalić, jeśli – jak widzieliśmy – każde słowo w języku propagandy niesie ze sobą ocenę? Jak na chwilę zawiesić magiczną moc twórczą, którą nadało się propagandzie, żeby powtarzając słowa adwersarzy, nie powoływać do rzeczy tego, co oni głoszą?

Ironiczny cudzysłów był jedną z ulubionych figur propagandy komunistycznej. Na Zachodzie według „Trybuny Ludu” panował nie dobrobyt, ale „dobrobyt”; zamiary Harry’ego Trumana były nie pokojowe, ale „pokojowe”; walczący z systemem zamiast odwagi wykazywali się „odwagą”. „W przypadku arbitralnie przyjętej czy narzuconej nazwy – pisze w tym kontekście Jerzy Bralczyk – zawsze można mieć zastrzeżenia do jej adekwatności. Podając zatem jakąś nazwę, która zdaniem nadawcy nie jest dobra i odpowiednia (…) nadawca może ją wziąć w cudzysłów. Spotęgowaniem tego zabiegu jest użycie przed przytoczeniem nazwy zwrotu tak zwany lub jego skrótu tzw”5.

W przypadku upamiętniania powstania warszawskiego tego rodzaju ironia i odcięcie się od opisywanych wydarzeń było częstym zjawiskiem. Chodziło o to, by powstanie upamiętnić (zupełne milczenie zbyt odcięłoby władzę od społeczeństwa), lecz jednocześnie odmówić wydarzeniu „ideologicznej słuszności”. Mamy tu zatem do czynienia z interesującą sytuacją, w której spór o polityczną legitymizację przeniesiony został na grunt językowy, obejmując nazewnictwo, a nawet zapis.

Na przykład kwestia tego, który rząd w 1944 r. był w Polsce legalny, stanowił kluczowe zagadnienie leżące u źródeł powstania. Kiedy 1 sierpnia powstańcy chwytali za broń, czynili to m.in. po to, by potwierdzić swój status gospodarzy przed nadchodzącą Armią Czerwoną oraz towarzyszącymi jej żołnierzami Berlinga i wysłannikami Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Nieco upraszczając złożoną sytuację polityczną, powiedzieć można, że Rząd Londyński chciał w Warszawie powitać Rząd Lubelski.

To, których słów (i znaków) używało się, mówiąc o tych dwóch rządach, stanowiło przez cały czas PRL niezawodną miarę tego, po której stronie znajduje się nadawca. Czytelnik, dostając do rąk tekst, w którym mianem rządu określano „Londyńczyków”, mógł być niemal pewny, że jest to publikacja nieskażona propagandą. Tam gdzie rządem nazywano PKWN, spodziewać się można było przedstawienia całkiem innej wizji historii.

Utożsamienie walki o słowa i walki o władzę miało szczególne znaczenie w pierwszych miesiącach po powstaniu. Warszawę wyzwolono 17 stycznia 1945 r. Rada Ministrów odbyła tam pierwsze posiedzenie już 1 lutego! Imponujące tempo przeprowadzki do zrujnowanego przecież miasta miało swój wyraźny propagandowy wymiar. Dotychczas o miano legalnej władzy rywalizowały Rząd Lubelski i Rząd Londyński. W momencie gdy jeden z nich dla swych potrzeb zajął stolicę, stał się, przynajmniej według sprzyjającej komunistom prasy, po prostu rządem, a więc rządem prawdziwym. Trudno wszak mówić „Rząd Lubelski” o organizacji, która obraduje w Warszawie… Zarazem nowa władza konsekwentnie określała swych przeciwników mianem rządu londyńskiego, później zaś: „rządu” londyńskiego, przez ironiczny cudzysłów podkreślając nieprawomocny charakter tej nazwy, by w końcu mówić po prostu o Londynie. Ostatnim etapem tej fascynującej kampanii semiotycznej były doniesienia prasowe o zwycięstwie w Anglii Partii Pracy i rzekomym odcięciu się Anglików od emigracyjnych władz polskich. W ten sposób Londyńczycy pozbawieni zostali także tej etykiety i skazani na językową banicję. Wszak, jak wspomnieliśmy, w świecie propagandy to, co nie ma właściwego określenia, przestaje istnieć…

Powstanie czy Powstańcy?

Szczegóły okazały się kluczowe także w walce o pomnik upamiętniający zryw z sierpnia 1944 r. Wydaje się, że poświęconych mu monumentów jest w Warszawie bardzo wiele. Są to jednak pomniki wzniesione, by uczcić bohaterów, ofiary, konkretne bataliony, uniwersalne figury, jak Mały Powstaniec, lecz nie samo powstanie.

Już na początku lipca 1945 r. Jerzy Albrecht, sekretarz Komitetu Warszawskiego Polskiej Partii Robotniczej, postuluje niezwłoczne powołanie „komitetu uczczenia pamięci bohaterów powstania warszawskiego”, który miałby m.in. rozpocząć prace nad postawieniem pomnika „dla uczczenia bohaterstwa powstańczej Warszawy”. Do końca nie wiadomo, czy Albrecht miał na myśli realny pomnik, czy posłużył się raczej metaforą – w jego apelu opublikowanym przez „Głos Ludu” można wszak przeczytać, że to podniesiona z gruzów stolica „będzie pomnikiem wytrwałości, ofiarności i bohaterstwa ludu Warszawy”6. Dla większości czytelników pomnik oznaczał jednak pomnik. Komu lub czemu się należał? Nie było to oczywiste. Od tej wątpliwości rozpoczęła się trwająca 40 lat walka o szczegóły. Zdzisław Życieński, zdający relację z trudnych debat o nazwie pomnika, opowiada: „Padały też róż ne propozycje nazwania tego, nieistniejącego jeszcze pomnika: »Pomnik Powstania«, »Pomnik Powstańca«, »Pomnik Bojowników Warszawy«, w końcu – Pomnik Bojowników o Wolność i Demokrację, co nie miało oczywiście nic wspólnego z Powstaniem Warszawskim. Jak się póź niej okazało, sprawa nazwy Pomnika była zasadnicza i nad wyraz polityczna”7.

Zaciętość walki o drobne szczegóły i ich niezwykłe znaczenie dla kształtowania się opozycyjnej pamięci najlepiej chyba oddaje historia pomnika stojącego dziś przy pl. Krasińskich. Po raz pierwszy z propozycją jego budowy wystąpiono w 1980 r. Była to inicjatywa podjęta przez członków Staromiejskiego Koła Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego zgłoszona przez inż. Mariana Pyzela. Miał to być, jak podkreślali inicjatorzy, pierwszy pomnik upamiętniający właśnie „Powstanie Warszawskie 1944”. W maju 1981 r. zarejestrowano Społeczny Komitet Budowy Pomnika Powstania Warszawskiego. Działał on jednak bez poparcia oficjalnych podmiotów, przede wszystkim zaś Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, a więc organizacji mającej monopol na tego rodzaju inicjatywy. W tym samym czasie działacze związku zarejestrowali… własny komitet o na pozór identycznej, lecz dla wtajemniczonych znacząco innej nazwie: Komitet Budowy Pomnika Powstańców Warszawy. Rozpoczęła się więc wojna pozycyjna pomiędzy Pomnikiem Powstania a Pomnikiem Powstańców.

Początkowo wydawało się, że zwycięsko wyszedł z niej komitet Pyzela. W nieco ponad rok po jego powołaniu na łamach „Stolicy” możemy przeczytać, że zebrano do tego czasu ponad 18 mln złotych i 2,5 tys. dolarów amerykańskich8. Uroczyste odsłonięcie pomnika miało być kulminacyjnym momentem obchodów 40. rocznicy powstania, lecz opóźnienia sprawiły, że 1 sierpnia 1984 r. został wybrany nie na datę odsłonięcia, ale rozpoczęcia budowy pomnika. Ponownie przenosimy się więc w niezwykle burzliwy czas 40. rocznicy.

6 lipca tuż przed uroczystościami przedstawicieli Społecznego Komitetu oraz konkurencyjnej inicjatywy ZBoWiD-u wezwał do siebie prezydent miasta gen. Mieczysław Dębicki, żądając odstąpienia od nazwy: Pomnik Powstania Warszawskiego. Ponieważ Pyzel i jego współpracownicy wyrazili kategoryczny sprzeciw, urząd miasta zawiesił prezydium Komitetu i wyznaczył jego zarząd tymczasowy pod przewodnictwem ludzi ze ZBoWiD-u. Zmianę nazwy uzasadniano faktem, że Pomnik Powstania uczciłby jedynie tych, którzy chcieli walczyć, podczas gdy Pomnik Powstańców odda hołd także tym, którzy – nie pragnąc zbrojnego zrywu – walczyli i ponieśli śmierć 9. Obrońcy Pomnika Powstania tłumaczyli swój opór: „Przyjęcie innej nazwy pomnika (Bohaterów, Powstańców itp.) nie zapobiegnie szkalowaniu Powstania. Można bowiem uczcić pomnikiem żołnierzy, można uczcić ludność, ale Powstanie szkalować (…). Nie jesteśmy jego [Pomnika Powstańców – M.N.] przeciwnikami, ale chcemy budować pomnik POWSTANIA, jego Idei. Jeżeli ktoś chce stawiać jakiś inny pomnik, to my mu nie przeszkadzamy, więc i nam niech nikt nie przeszkadza”10.

Na sprzeciw było jednak za późno. Ostatecznie pomnik odsłonięto 1 sierpnia 1989 r. pod kompromisową nazwą Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego 1944 r., która nie satysfakcjonowała w pełni żadnej ze stron…

Unieważniane podziemie

Praca w archiwach ma swoją specyfikę. Trudno długo skupić się wyłącznie na treści tego, co się czyta. Nawet przekopując się przez kolejne tomy wstrząsających akt ukazujących represje, jakim pod koniec lat 40. i w latach 50. poddano najważniejszych strażników pamięci o powstaniu warszawskim, z czasem przestaje się dostrzegać grozę kolejnych przesłuchań i absurdalność wymuszonych lub sfałszowanych zeznań. Na pierwszy plan zaczyna natomiast wybijać się dziwny język sporządzających notatki funkcjonariuszy – unikalne połączenie słabych wypracowań szkolnych, entuzjastycznie adaptowanej nowomowy i wyuczanych w pośpiechu, często zniekształcanych terminów prawniczych.

Wśród szczególnie intrygujących detali, które zwróciły moją uwagę, znalazła się niepozorna litera „b.”, oznaczająca „były”. Przy dłuższym studiowaniu materiałów pochodzących z archiwum Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i powstałej po jego rozwiązaniu Służby Bezpieczeństwa uderza magiczna, zaklinająca rzeczywistość funkcja tego epitetu, obowiązkowo dodawanego przy niemal każdej wzmiance o Armii Krajowej. Jak gdyby najmniejsze potknięcie i pozostawienie AK bez tego znacznika mogło doprowadzić do poważnych konsekwencji…

Archiwa aparatu represji – niczym Orwellowskie Ministerstwo Prawdy – wypełnione są dokumentami, które poprzez samo swoje istnienie powołują do życia pewne fakty. Tym, którym nie udowodniono uczestnictwa w żadnej organizacji konspiracyjnej, bez skrępowania wymyślano tę przynależność, nierzadko tworząc organizacje widma z rozbudowaną strukturą. Świadomi tej demiurgicznej roli lub przynajmniej ją przeczuwający funkcjonariusze, którzy sporządzali raporty o AK, musieli się zatem zmierzyć z nie lada wyzwaniem. Jeśli pisząc, powołujemy do życia to, co opisane, to jak pisać o wrogach, żeby nie mnożyć ich ponad potrzebę? Zmyślone organizacje łatwo było prezentować jako wewnętrznych wrogów i agentów imperializmu czy faszyzmu, gdy tymczasem AK cieszyła się znacznym poparciem społecznym. W interesie aparatu bezpieczeństwa było więc raczej marginalizowanie zarówno jej roli – w wydarzeniach historycznych, jak i wpływu na bieżącą sytuację polityczną. W dokumentach widoczne są liczne próby wybrnięcia z tego kłopotu podejmowane przez sporządzających raporty. Można więc posłużyć się określeniem „b. członek AK”. Kształtujemy w ten sposób rzeczywistość, w której X nie jest już co prawda członkiem AK, zarazem jednak sugerujemy, że sama organizacja istnieje. Z kolei alternatywne określenie: „członek b. AK” daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z wciąż czynnym konspiratorem, który działa w nowej organizacji dawnej Armii Krajowej. Można w ogóle zrezygnować z określenia „były”, ale jest to najgorsze rozwiązanie z możliwych, bowiem powołuje do życia i aktywnego konspiratora, i jego organizację. W końcu można się zdecydować na dwukrotne użycie epitetu w karkołomnej konstrukcji „były członek byłej AK”. W analizowanych dokumentach pojawiły się wszystkie te sformułowania, a nawet jeszcze bardziej zaskakujące określenia, jak np.: „powstały zalążki b. dawnych ugrupowań wzorujących się w zasadzie na starej strukturze organizacyjnej”. Jeszcze w roku 1974 w raporcie bezpieki możemy przeczytać, że na cmentarzu odbyły się nielegalne „uroczystości dla upamiętnienia poległych b. członków AK”. Choć w momencie śmierci – w powstaniu warszawskim – byli oni aktywnymi uczestnikami konspiracji, to zaklinający rzeczywistość język raportów, nie chcąc czynić wrogów nawet z umarłych, pozbawił ich „wstecznie” niewygodnego członkostwa w organizacji.

Ortografia pamięci

Na zakończenie wypadałoby w końcu wspomnieć o tym, jak w okresie PRL przedstawiała się kwestia wielkich bądź małych liter, będąca punktem wyjścia tego szkicu. Otóż nie była wcale tak jednoznaczna, jak mogło by się to wydawać. Na przykład – jak już widzieliśmy – w notatce Wydziału Ideologicznego, której autorom na pewno nie można odmówić ani staranności, ani rewolucyjnej czujności, konsekwentnie stosowano zapis „Powstanie Warszawskie”. Wydaje się jednak, że przynajmniej w pierwszym okresie kształtowania się ustroju dość konsekwentnie odróżniano „powstanie” od „Powstania”. Warszawski zryw w zależności od kontekstu otrzymywał wielkie litery bądź nie. „Głos Ludu” pisze więc o inicjatorach powstania warszawskiego, lecz uczczone są zwykle niewinne ofiary Powstania Warszawskiego. W świecie przedstawianym przez propagandę, choć siły reakcji rozpętały powstanie, to bohaterski lud walczył w innej zgoła bitwie, jaką było Powstanie.

* * *

„W ustrojach totalitarnych przeraża nas nie tylko pogwałcenie ludzkiej godności – pisze brytyjski socjolog Paul Connerton – lecz także strach, że być może nie pozostanie już nikt, kto mógłby jeszcze kiedyś dać świadectwo o przeszłości. Orwellowska wizja władzy ukazuje swą przenikliwość również w pojmowaniu tego stanu zbiorowej amnezji. A jednak okazało się – w rzeczywistości, nie w Roku 1984 – że znaleźli się ludzie, którzy uświadamiali sobie, iż walka obywateli przeciw władzy państwa jest walką ich pamięci przeciw wymuszonemu zapominaniu i którzy od samego początku uczynili swoim zadaniem nie tylko uratować się, lecz przetrwać jako świadkowie dla przyszłych pokoleń, pozostać nieubłaganymi nosicielami pamięci”11.

Jeśli wierzyć George’owi Orwellowi, nowomowa ma potężną moc sprawczą. Przez sam akt mówienia powołuje fakty do istnienia; milcząc – wymazuje je z historii; mówiąc o danym zjawisku, zawsze je ocenia, nie pozostawiając miejsca na neutralność ani rzeczową debatę. By podjąć rzucone wyzwanie, strażnicy pamięci musieli stać się równie czujni i wrażliwi na szczegóły jak cenzorzy, z którymi walczyli. Być może jest więc tak, że obszary życia społecznego, które raz zostały zatrute nowomową, pozostają pod jej wpływem jeszcze długo po upadku dyktatury – może nawet na zawsze? Z pewnością o powstaniu warszawskim długo jeszcze nie będzie można pisać „tak po prostu”, jak to się dzieje dziś z wojnami napoleońskimi czy powstaniem styczniowym. Dowodem tego jest nasza wrażliwość na ortografię pamięci.

 

Tekst powstał przy wsparciu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, stypendium START 2014.

 

1 Notatka informacyjna w sprawie obchodów 40. rocznicy Powstania Warszawskiego sporządzona przez Wydział Ideologiczny KC PZPR, 18 czerwca1984, IPN BU 1585/4536.

2 Tamże.

3 W. Gomułka, Prawda o powstaniu warszawskim, „Głos Ludu”, 1 sierpnia 1945.

4 M. Głowiński, Nowomowa, w: tenże, Nowomowa i ciągi dalsze, Kraków 2009, s. 12.

5 J. Bralczyk, Język polskiej propagandy politycznej lat siedemdziesiątych, Warszawa 2001, s. 94.

6 „Głos Ludu”, 7 lipca 1945.

7 Z. Życieński, O pomnik Powstania Warszawskiego, „Biuletyn IPN” 2007, nr 8‒9, s. 184.

8 Przygotowania do budowy pomnika, „Stolica”, 1 sierpnia 1982.

9 Zob. S. Mazurkiewicz, Działalność społeczno-polityczna w l. 1956‒1988, w: tenże, Jan Mazurkiewicz „Radosław”, „Sęp”, „Zagłoba”, maszynopis, Warszawa 1994, s. 12.

10 M. Pyzel, Zakazany Pomnik, „Arcy-tektura” 1989, nr 1, cyt. za: Z. Życieński, O pomnik Powstania Warszawskiego, dz. cyt., s. 189.

11 P. Connerton, Jak społeczeństwa pamiętają, tłum. M. Napiórkowski, Warszawa 2012, s. 49‒50.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter