70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wędrowiec i jego rzeczy

Pisarze i filozofowie, zwłaszcza ci wędrujący, nie pozostawiają po sobie pamiątek. Po malarzach zostają płótna i farby, po gwiazdach rocka – gitary, kostiumy sceniczne i tuziny brzdąców zmajstrowanych w hotelach. Podobnie jest z reżyserami i aktorami. Tymczasem filozofujący wędrowiec, nomada z piórem lub laptopem, pozostawi po sobie kupkę szmelcu. Z pewnym poczuciem niestosowności uświadamiam sobie, że po takim Orbitowskim pozostanie znacznie więcej niż po Nietzschem. Tak nie powinno być, tak będzie, i trudno.

1. – Nie masz domu, tylko obozowiska, Orbitowski – mówi mój przyjaciel. Siedzimy w warszawskiej Charlotcie, na placu Zbawiciela, pod tęczą czekającą na spalenie. Z własnej woli bym tutaj nie przyszedł. Kobiety są za chude. Mężczyźni mają nazbyt wyszukane tatuaże, ale mój przyjaciel lubi to miejsce, no i ma dom.

Jego dom stoi na wsi, zwrócony do niej ślepą ścianą bez okna, za to otwarty na łąkę, po której w pasmach porannej mgły gonią się stada saren. Wnętrze przypomina mi koszary: długi korytarz z pokojami po obu stronach wiedzie do salonu, gdzie ekran, projektor, wieża, co gra jak marzenie, i drewniane belki ciągnące się pod sufitem. Dom zaprojektowała żona mojego przyjaciela. W jego bryle zaklęta jest miłość.

Siedzimy w Charlotcie i pijemy szampana. Jest jedenasta przed południem, więc chyba powinniśmy poprzestać na kawie. Zezuję w stronę czarnej walizki ustawionej przy schodach do toalety. Nie bardzo było co z nią zrobić, każdy kawałek podłogi przeznaczono tutaj na stoliki. Niedługo pociągnę tę walizkę do taksówki jak upośledzonego brata. Miesięczny pobyt w Polsce dobiegł końca.

Mieszkam w Kopenhadze, gdzie pracuje moja dziewczyna. W Warszawie mam przyjaciół i interesy, w Krakowie rodziców i przyjaciół, w maleńkim miasteczku pod Wrocławiem żyje mój syn z mamą i nową rodziną. Miasteczko to nazwałem Rykusmyku.

Miesiąc temu przyleciałem z Kopenhagi do Warszawy, gdzie spędziłem dwa dni tak miło, jak potrafiłem. Autobusem pojechałem do Wrocławia. Stamtąd, innym autobusem, przebyłem dwadzieścia kilometrów do Oławy. Tam mój druh dentysta wyrwał mi zęba, nakarmił, napoił i ułożył do snu. Rano wróciłem do Wrocławia, na dworcu rozdałem większość papierosów, złapałem busa do Rykusmyku, gdzie już czekał mój syn. Do walizki dołączyła jego torba. Busem wróciliśmy do Wrocławia, skąd odchodził transport do Krakowa, do dziadków. Tam spędziłem trzy tygodnie, okazjonalnie wypuszczając się do Warszawy, Zagłębia i na Śląsk. Potem musiałem odwieźć Julka z powrotem do mamy. Kraków, Wrocław, Rykusmyku, Oława, Warszawa, Kopenhaga i chwila oddechu. Tę trasę powtarzam co dwa miesiące.

2. Jestem już u siebie. Za oknem rozciąga się ceglana symetria Kopenhagi, zakłócona tylko przez żółte ramię żurawia zawieszone nad rozbudowywanym centrum handlowym. Drzewo puka mi w okno, pastor wali w dzwony, na kanapie śpi kot. Piszę te słowa, mając z jednej strony torbę na ramię, z drugiej, walizkę, tę samą, którą wczoraj zabrałem z Charlotty. Przystępuję do pierwszej w historii – mam nadzieję – próby literackiego rozpakowania klamotów po miesięcznej podróży.

Z torby wydobywam trzy fiolki po płynie do e-papierosa, pudełko na szkła kontaktowe, przenośną ładowarkę i dwa różne laptopy, jeden z zasilaczem, a drugi bez. Mógłbym opowiedzieć ze szczegółami, dlaczego ten jeden raz zabrałem ze sobą dwa komputery, ale nie chcę tego robić. Opowieść byłaby zawiła, nudna i wiązałaby się z procedurą gwarancyjną firmy Sony. Laptopy włożyłem do podręcznego, żeby mi ich nie ukradli.

Otwieram walizkę. Wyjmuję DVD z filmem Dziewczyna z szafy, ofiarowanym mi przez producentkę tego majstersztyku, spodnie dresowe, pięć par bokserek, kilka skarpetek (każda nie do pary), dwa podkoszulki z krótkim i jeden z długim rękawem, dalej dwie koszule (wizytową i w kratę), dżinsową kamizelkę, pastę do zębów, zasilacz do laptopa i dezodorant. Przychodzi kolej na książki: W oblężeniu Barbary Demic, Zawsze jest dzisiaj Michała Cichego, South Africa Folk Tales (reprint XIX-wiecznej broszury autorstwa Jamesa Honneya), Pątników z macierzyny Mariana Pankowskiego, kazania Mistrza Eckharta i Sto dni bez słońca Wita Szostaka. Tę ostatnią czytałem jeszcze w pliku, przed wydaniem. Pozostałych nawet nie otworzyłem. Również czytnik e-booków nie opuścił kieszonki, do której włożyłem go miesiąc temu. Na dnie walizki leżą dwa notatniki (pierwszy zapisany niemal do ostatniej strony, drugi nowiutki), zewnętrzna karta dźwiękowa (wyprana, ale działa) oraz dwadzieścia pięć płyt kompaktowych.

Książki i płyty kupiłem. W macierzystym obozowisku będę czytał książki i słuchał muzyki.

Komputera potrzebuję do pracy. Czytnik i notatniki zabrałem, kierując się przesadnym optymizmem.

Przeznaczenie bielizny jest jasne. Spodnie dresowe wyznaczają szczyt komfortu, na który śmiem sobie pozwolić. Koszulę, jeśli jakimś cudem okaże się potrzebna, wyprasuję w którymś z obozowisk pomniejszych albo w pokoju hotelowym. Do dżinsowej kamizelki schowam portfel, dokumenty, wodę dla syna i telefon komórkowy. Dzięki niej codzienną wędrówkę mogę odbywać nawet bez torby. Bardzo lubię tę kamizelkę, jest przyjemnie archaiczna i nie przystoi dorosłemu człowiekowi.

Ten skromny bagaż wędrowca pozostaje nieważny. Liczą się te przedmioty, których wędrowiec nie potrzebuje.

3. Wyliczenie różnic pomiędzy mną i Fryderykiem Nietzsche zajmie więcej miejsca niż znalezienie punktów wspólnych. Po sześciu latach studiowania filozofii pojąłem, że nie mam natury myśliciela, i zająłem się literaturą. Nietzsche po serii młodzieńczych poematów zwrócił się ku filozofii. Z całą pewnością był geniuszem, którym ja nie jestem. Dbał o wygląd z przesadą wpadającą w śmieszność. Chodzę w trampkach, dżinsach i koszulkach metalowych zespołów, którym lubię obcinać rękawy, co w przypadku faceta dobiegającego czterdziestki również może zostać uznane za zabawną niedorzeczność. Znaleźliśmy więc punkt wspólny dla Nietzschego i dla mnie, oparty na zjednoczeniu przeciwieństw.

Jego ruch był chaotyczny, bez planu i przyszłości, zapowiadał baumanowskiego wędrowca (tego terminu używam jednak w intuicyjnym, niebaumanowskim znaczeniu). Ja krążę po elipsie i zawsze mam swój bagaż przy sobie. Dostosowuję się do warunków podróży, do limitu w samolocie i własnej siły. Muszę udźwignąć wszystko, co zabieram ze sobą. Nietzsche podróżował rozłącznie, wysyłając toboły przodem, osobnym pociągiem czy też dyliżansem. Niekiedy rzeczy wyprzedzały go, niekiedy to on je wyprzedzał, lądując w pustym obozowisku. Miotał się wówczas, wściekał, jak na furiata przystało, słał depesze i pędził do antykwariatu po ukojenie.

4. Prócz obozowiska macierzystego posiadam kilka innych, pomniejszych, do których powracam, tak jak moi okutani w skóry poprzednicy odnajdywali zimne okręgi po ogniskach, które rozpalili dawno temu. Rozpoznaję stare pnie i dziwię się młodym drzewom, że tak wysoko wyrosły.

Pierwsze obozowisko znajduje się w Krakowie, u przyjaciół. To szczęśliwe małżeństwo zajmowało do niedawna maleńkie mieszkanie na poddaszu. Przypadła mi antresola, podczas gdy oni rezydowali na dole. Nocą w półśnie słyszałem, jak szepczą, a deszcz bębnił o okno w suficie. Teraz przyjaciele przeprowadzili się piętro niżej, do mieszkania, gdzie można by urządzić mecz rugby. Mam swój pokój z komodą na ubrania i długim parapetem, na którym układam książki.

Obozowisko warszawskie należy do innego przyjaciela. Przyjaciel jest bardzo bogaty i kupił sobie mieszkanie w Warszawie. Mieszka gdzie indziej, bywa tam dwa razy w miesiącu. Dorobił mi klucze i mogę przyjeżdżać, kiedy zechcę, pod warunkiem że zapowiem się parę dni wcześniej. Mieszkanie znajduje się na strzeżonym osiedlu, w nowoczesnej fortecy z fosą, bramą i strażnikami. Pośrodku wewnętrznego dziedzińca zamiast szubienicy znajduje się dziecięca huśtawka. W mieszkaniu nie ma nic. Żadnej książki, ani jednego łacha, tylko talerzyk, garnek i kieliszki do wina. Cały czas je tłukę i odkupuję. Przyjeżdżam tam od roku i obserwuję, jak forteca powoli się zaludnia, tętni życiem. Dochodzą do mnie kłótnie małżeńskie, wrzaski brzdąców i miłosne sapanie – te mury kryją również doły na fikoły. Patrzę na wnętrze obozowiska i myślę, że to mieszkanie zawsze będzie właśnie tym. Nie ma gdzie zawiesić telewizora, brakuje miejsca na zdjęcia, na półki na książki, kąta do posiedzenia we dwoje.

Trzecie obozowisko znajduje się w Rykusmyku. To mały hotelik prowadzony przez zaradną kobietę, bardzo mi życzliwą. Jej były mąż nie interesuje się dziećmi, choć mieszka w Rykusmyku, i ja, facet przyjeżdżający do syna ze Skandynawii, stanowię dla niej, jak lubię myśleć, przyjemny kontrast z tym człowiekiem. Czasem zrobi mi pranie. Załatwiła też kierowcę bez nogi (nie mam prawa jazdy). Mój pokój jest malutki. Mam w nim wąskie łóżko, szafę i stolik. Wieczorami schodzą się robotnicy remontujący rynek za unijne pieniądze. Z rzadka pijemy wódkę, ale odnoszą się do mnie z rezerwą, zapewne dlatego, że pokój wynajmuję samodzielnie, a oni mieszkają we czterech, w sześciu, bo taniej. Rozwarstwienie społeczne przebiega nawet wzdłuż kuchennego stołu i korytarza.

Czwarte obozowisko jest obozowiskiem najdziwniejszym i pojawiło się w moim życiu dopiero niedawno. Dziewczyna, którą znam od prawie dwudziestu lat, przeprowadziła się z mężem i dzieckiem do Stanów Zjednoczonych. Zapytała, czy chciałbym pomieszkać w ich krakowskim mieszkaniu. Nigdy w nim nie byłem. Przystałem na tę propozycję głównie ze względów topograficznych: serce Kazimierza, do ojca rzut beretem.

Zastałem dom jak Mary Celeste – ten okręt, z którego, z jakiejś tajemniczej przyczyny, zniknęli wszyscy marynarze. Mówię o półkach pełnych książek, dziecięcych rysunkach na lodówce, o kijach do hokeja ustawionych w przedpokoju, o półkach pełnych przypraw i rosiczce na oknie, o komiksach w ubikacji, klockach Lego i samochodzikach. Znalazłem się w sercu cudzego życia – życia, które się wyprowadziło. Zamiast ducha nawiedzało mnie mieszkanie, dom będący nawiedzeniem. Pierwszej nocy musiałem położyć ramki na zdjęcia na półkach wokół łóżka. Rano wyznaczyłem sobie ścieżki: do łazienki, do kuchni, do krawędzi stołu, gdzie mogłem przysiąść z komputerem. Nigdzie więcej. Jadłem z jednego talerza. Piłem z jednego kubka. Niczego nie dotykałem, jakbym mieszkał wśród przedmiotów należących do zmarłych i obłożonych klątwą.

5. W większości obozowisk pochowałem drobiazgi pozwalające przeżyć – współczesne odpowiedniki hubki, krzesiwa, grotów do strzał, olejów i mazideł. Wożę ze sobą dobre perfumy, ale w Krakowie czy Warszawie czekają na mnie szczoteczka i pasta, kosmetyki i ubrania. Bieliznę i skarpetki kupuję na bieżąco, na bieżąco też przepadają: jak garnek staczający się z wozu, podkowa oderwana od kopyta. Niekiedy zostawiam książki w przedziale pociągu albo oddaję współpasażerowi, towarzyszowi kolejowej niedoli, gdy widzę, że jest jakąś zainteresowany. Obozowiska zasysają rzeczy i uczą ich nieważności. Niewiele wiem o obozowiskach Nietzschego. To znaczy wiem, że miał ich bardzo dużo i zmieniał je często, ujawniając kapryśną stronę swojej natury. Korzystał z hoteli, wynajmowanych mieszkań, pokoi gościnnych i uzdrowisk. Chętnie wykorzystywał innych. Potrafił zmieniać mieszkanie kilkukrotnie w ciągu tygodnia i wrzeszczeć na przyjaciela, który chcąc jak najlepiej, załatwił mu brudny pokój w hałaśliwej okolicy: „To chyba wynajęte od kurwy!”. Ludzie bezbronni są najbardziej okrutni. Jestem mało wymagającym wędrowcem. Trzeba mi tylko ciemności. W Rykusmyku zasypiałem zasłuchany w łomot weselnych poprawin. Gdy obozowisko krakowskie było w remoncie, leżałem na materacu otoczony przez meble i sprzęty pokryte suchym kurzem, który wwiercał się w nos. Rano obserwowałem ludzki cień, który wziąłem za zombie, a który był robotnikiem. W porównaniu ze mną Nietzsche był niesłychanie marudny. Gdy wynajmował mieszkanie w Lipsku, narzekał nie tylko na wszy, co każdy zrozumie. Przeszkadzał mu huk pobliskiej fabryki, wrzaski dzieci gospodarza i bębnienie deszczu o cynowy dach. Hałas zatruwał mu przestrzeń i czynił wszystko żółtym. Ten elegant z wypomadowanym wąsem powoli osuwał się w gnój. Taki, być może, jest koniec każdego wędrowca – rozpada się wraz ze swoim światem, jeśli nie zdoła znaleźć przystani. Paul Deussen, dawny przeciwnik Nietzschego, znalazł dla niego odrobinę współczucia. Pisał o człowieku złamanym przez życie, „fizycznie i moralnie chorym, skłóconym z Bogiem, światem i samym sobą”. Zastał Nietzschego w macierzystym obozowisku, górskiej miejscowości Sils Maria, i jeśli wierzyć jego świadectwu, dom przypominał melinę upadłego inteligenta. Wszędzie walały się książki, pootwierane i poplamione, skorupki jajek, manuskrypty i przybory toaletowe rozrzucone w „malowniczym nieładzie”. Deussen, człowiek dyskretny, pewne rzeczy woli zachować dla siebie i nie wspomina o buteleczkach z opium. Ich obecność dopowiadam sam. Nietzsche uzależnił się od tego narkotyku, pogłębiając swoją chorobę. Widzę go, jak potyka się o te fiolki, jak na czworakach, niby Nabuchodonozor Williama Blake’a, pełznie w poszukiwaniu pełnego między pustym. Przy moim łóżku znajdziecie butelki po piwie, filiżanki z zaschniętą kawą, wygazowaną wodę mineralną i nic więcej.

6. Powtórzę: liczą się tylko te przedmioty, których wędrowiec nie posiada. W 1868 r. Nietzsche znajduje się u progu wielkiej wędrówki. Profesura w Bazylei jeszcze nie stała się uciążliwą, choć koledzy już podśmiewują się z młodego dziwaka o nieruchomych oczach: szyderstwo to zapowiada klęskę Narodzin tragedii, przedwczesną emeryturę i długą, najeżoną cierpieniem drogę w stronę Zaratustry i domu wariatów. Nietzsche czuje się samotny. Dobrze mu w towarzystwie studentów, najlepszych zaprasza do siebie na pogaduszki, chwali się osiągnięciami pedagogicznymi i chce być słuchany. W Lipsku zjawia się Wagner, którego Nietzsche uwielbia i chce poznać – nie spodziewa się licznych upokorzeń, jakich doświadczy w przyszłości ze strony bezlitosnego kompozytora. Przejęty perspektywą spotkania, zamawia nowy garnitur balowy. Błędnie sądzi, że spotkają się w tłumie. W niedzielę, przed samym spotkaniem, zjawia się posłaniec, kurier, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Garnitur spełnił wysokie wymagania filozofa, niestety, trzeba za niego zapłacić. Nietzsche nie ma pieniędzy. Obiecuje dostarczyć je później, a jego szczerość nie budzi wątpliwości. Nietzschemu przez myśl nie przejdzie, że mógłby nie zapłacić. Posłaniec ma inne zdanie. Jego też mogę zrozumieć. Dwóch mężczyzn, filozof i prosty chłopak, stają naprzeciw siebie uzbrojeni w równoważne racje. Nietzsche próbuje założyć marynarkę, posłaniec szarpie za rękaw, ściąga. Nietzsche podejmuje walkę. Szarpią się o ubranie w małym, wypełnionym książkami pokoju. Nietzsche gryzie wargi, prycha i wybałusza oczy. Posłaniec ma spokojny wyraz twarzy, popycha filozofa w pierś, ale Nietzsche nie daje za wygraną, przyciąga marynarkę ku sobie, wydając z siebie coś pomiędzy rykiem a piskiem – jest i lwem, i dziecięciem. Dzieci i zwierzęta nie wiedzą, co to śmieszność. Szarpanina trwa kilka minut. Pięść filozofa raz po raz zatacza łuk i trafia w pustkę. Posłaniec nurkuje, sięga po spodnie porzucone na sofie (przynajmniej wyobrażam sobie, że młody profesor walczy o garnitur w bieliźnie), Nietzsche próbuje go ubiec, lecz wynik tego starcia jest przesądzony. Posłaniec po prostu nie chciał skrzywdzić słabszego przeciwnika. Zabiera mu marynarkę, porywa spodnie i odchodzi spokojnie, dając pokaz siły. Nietzsche zostaje na podłodze, w bieliźnie i koszuli. Odkrywa w sobie uczucie, którym odtąd będzie pogardzał: pragnienie zemsty na maluczkim. Zakłada stary garnitur i idzie do Wagnera przez deszcz.

7. Nietzsche, jeśli nie liczyć Lou Salomé – bliskiej i niedostępnej jednocześnie – unikał kobiet, ale mógł mieć syna. Wędrując po Alpach ze swoim przyjacielem i wyznawcą Ottonem Eiserem, w górskiej chacie natknął się na niewidomego chłopca. Możliwe, że chłopiec był tylko niedowidzący. Nietzsche wspomina o jego „zmęczonych, gorących oczach”. Zabrakło dlań pomocy. Rodzice pracowali w polu. Uznali, że choroba określiła już los ich dziecka. Nietzsche miał jednak inne zdanie. Przychodził do tej chaty codziennie, przynosząc cukierki i marcepany. Po drodze zachodził do studni, zwilżał chusteczkę i ocierał chłopcu twarz. Malec wkrótce przywiązał się do „dobrego pana” i z ogromnym żalem przyjął informację o jego wyjeździe. Lata w górach są krótkie. Pamiętali o sobie. Nietzsche zarezerwował miejsce w klinice w Bazylei i wziął na siebie koszt leczenia chłopca, ten zmarł jednak przed wyjazdem. Przed śmiercią – co może być już tylko kłamstwem rodziców – powtarzał, że idzie do „dobrego pana”, który odwiedzał go w lecie, z wilgotną chustką, ze słodyczami, i który obiecał naprawić jego oczy. Ten bezimienny chłopiec mógł stać się kotwicą Nietzschego. Nie ulega wątpliwości, że chimeryczny filozof byłby okropnym ojcem: szybko straciłby cierpliwość, narastająca irytacja zastąpiłaby fantastyczne poczucie bliskości z alpejskiej przełęczy. Najpewniej chłopiec tułałby się po szkołach i internatach, a ojciec odwiedzałby go z rzadka, przywożąc książki, czułość i złość. Byłoby to jednak lepsze dla nich obydwu, nie tylko dlatego, że chłopiec by przeżył i stał się zwichrowanym mężczyzną. Nietzsche zyskałby punkt oparcia, jakąś stałość w swoim wędrownym życiu. Przybrany syn zyskałby rolę kotwicy i nie pozwalałby ojcu odpływać za daleko.

8. Próbuję odszukać rzeczy osobiste Nietzschego. Gablota muzeum w Sils Maria mieści kilkanaście książek o wymiętych błękitnych bądź żółtych okładkach. Mogły należeć do kogokolwiek. Aby uciec przed pustką sali poświęconej filozofowi, powieszono tutaj powszechnie znane fotografie i kopie artykułów prasowych. Marmurowe popiersie wyróżnia się przesadzonym wąsem. Wąs Nietzschego sam w sobie był przesadzoną, zadbaną śmiesznością. Tu jeszcze uległ pomnikowemu powiększeniu. Muzeum berlińskie przechowuje okulary z pokrowcem, kałamarz, nóż do papieru, pióro oraz laskę, którą Nietzsche otrzymał od żony Wagnera. Okulary są bardzo delikatne: odnoszę wrażenie, że wypukłe szkła osadzono na nicości. Zza tych szkieł spoglądały kiedyś dziwne, nieobecne oczy, które tak nie podobały się studentom i profesorom w Bazylei. O kałamarzu niewiele mogę powiedzieć, gdyż nie znam się na kałamarzach, zaś zdjęcie, którym dysponuję, jest malutkie. Za to ostrze noża wygląda solidnie, to znaczy moim zdaniem mogłoby dziurawić nie tylko papier. Najbardziej interesuje mnie laska. Nie ta smukła, z elegancko zdobioną srebrną rączką, lecz inna, ofiarowana Hitlerowi przez siostrę filozofa, Elżbietę, w 1935 r. Złośliwiec we mnie mówi: stare wredne pudło dało tę laskę i poszło w piach. Co się z nią stało? To znaczy z laską, los Elżbiety jest znany. Wątpię, by Hitler, dużo niższy od Nietzschego, jej używał. Zapewne zaległa w magazynie wśród podobnych sobie, cennych darów i wraz z nimi spłonęła. Mógł też przywłaszczyć ją sobie jakiś amerykański oficer, który, choć wiedział, że należała do Hitlera, nigdy nie poznał nazwiska jej poprzedniego właściciela. Pisarze i filozofowie, zwłaszcza ci wędrujący, nie pozostawiają po sobie pamiątek. Po malarzach zostają płótna i farby, po gwiazdach rocka – gitary, kostiumy sceniczne i tuziny brzdąców zmajstrowanych w hotelach. Podobnie jest z reżyserami i aktorami. Tymczasem filozofujący wędrowiec, nomada z piórem lub laptopem, pozostawi po sobie kupkę szmelcu. Godzi się ją nazwać nawet kupką nieszczęścia. Z pewnym poczuciem niestosowności uświadamiam sobie, że po takim Orbitowskim pozostanie znacznie więcej niż po Nietzschem. Tak nie powinno być, tak będzie, i trudno. Nic z tym nie zrobimy. Nieszczęsna kupka szmelcu dowodzi tylko, że wędrowanie prowadzi do zaniku.

9. Wędrowanie – tak jak je rozumiem i wcielam w życie – polega na zataczaniu okręgów po własnych śladach. Przypominam kometę krążącą wokół Słońca. Moim warkoczem jest walizka, a Słońcem Rykusmyku. Opuszczam wciąż te same miejsca i powracam do nich wciąż i wciąż. Ruch, tak jak chciał Zenon z Elei, staje się ułudą, moje wędrowanie jest dziwaczną formą zadomowienia się w określonym cyklu, innym rodzajem stałości. Dlatego sądzę, że Bauman – ze swoją tezą o epizodyczności wszystkiego – odrobinę przeholował. Trajektoria mojej wędrówki jest nieubłagana, szereg obozowisk przykuwa bardziej niż jeden dom, a przesunięcia w ich obrębie nie mają wielkiego znaczenia. Kosmos nie zna spoczynku, ale zawsze będzie Słońce i kometa krążąca wokół niego na wykręconej elipsie. Jaka była elipsa Nietzschego? Wokół czego krążył? W swojej ironicznej autobiografii sugeruje, że zawsze poszukiwał „wyżynnego”, „ostrego”, „wybornie suchego” powietrza. Nie ufał żadnej myśli, która nie narodziła się na świeżym powietrzu i w swobodnym ruchu. Ciążył ku południu Europy, ku włoskim wyspom, a nade wszystko ku alpejskim szczytom. Wizja wielkiego powrotu dopadła go na przełęczy – zszedł ku dolinie krokiem Zaratustry, żeby ją spisać. Nietzsche wspinający się z przyjaciółmi, wędrujący samotnie po przełęczy, ciążący ku swojemu macierzystemu obozowisku w Sils Maria naprowadza na kolejną różnicę między nim a mną. Mój ruch jest poziomy, jakbym krążył po planszy. Z płaskiej Danii na płaski Śląsk. Nietzsche poruszał się w pionie, z góry na dół, jakby próbował się wspinać. Pechowy linoskoczek z To rzekł Zaratustra powinien być alpinistą. Istnieje inna możliwość: Nietzsche, tak jak ja, krążył wokół ludzi. Mam na myśli przyjaciół Dioskurów w rodzaju Paula Ree, pięknych młodzieńców na Capri, chorego chłopca w górach i Lou Salomé – kobietę niekobiecą na tyle, że mógł być przy niej mężczyzną czy może raczej stwarzać pozór męskości w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ludzie, wokół których krążę, pozostają nieruchomi. Julek od lat mieszka w Rykusmyku, przyjaciele są, byli i będą w Krakowie i Warszawie. Chory chłopiec w górach umarł, nim Nietzsche zdołał mu pomóc. Paul Ree, Lou Salomé i inni krążyli po Europie tak samo, jak czynił to Nietzsche. Jestem kometą w stabilnym kosmosie. On był kometą wśród komet. Dlatego cierpiał i umarł.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter