70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ciałopisanie

Wobec smugi cienia nikt nie jest obojętny – to pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po lekturze Dziennika zimowego Paula Austera. Bez względu na to, jak intensywna jest narzucająca się zewsząd kampania wiecznej młodości, po sześćdziesiątce trudno oprzeć się pokusie przeprowadzenia bilansu zysków i strat, trudno nie spojrzeć wstecz, ale i – co być może trudniejsze – przed siebie.

Nie inaczej sprawy się mają w diariuszu autora Trylogii nowojorskiej, który jest zapisem wkraczania w „zimę życia”. Jednak praca pamięci, odzyskiwanie minionego we wspomnieniu, restytucja czasu przeszłego odbywa się w Dzienniku… głównie poprzez ciało. To ono jest w zapiskach amerykańskiego pisarza najsilniejszym znakiem rozwarstwienia „ja” i najczulszym instrumentem egzystencjalnym.

Bohater i narrator najnowszej książki Austera ma sześćdziesiąt cztery lata i, jak powiada, nosi w sobie jakąś skazę czy ranę, która każe mu „przez całe swoje dorosłe życie krwawić słowami po papierze”. Już w tym zdaniu, które pada na samym początku narracji nowojorskiego pisarza, widać splot cielesności i dyskursu, wzajemną zależność pracy wspominania od czystej fizjologii. Opowieść o swoim życiu rozpoczyna jednak Auster od gestu separatystycznego, sięgając po narrację drugoosobową, wprowadzającą obiektywizujące rozsunięcie, które pozwala z dystansu spojrzeć na przeszłość. Albo raczej pozwalałoby, gdyby nie pamięć ciała – koleje życia, odciśnięte w bliznach, pogruchotanych kręgach szyjnych, ciętych ranach głowy, chronicznych problemach z rogówką czy złamanym lewym ramieniem. Ale także w smaku lodów, płatków śniadaniowych, hamburgerów, soków owocowych, zup Campbella, francuskich tostów z syropem klonowym, ziemniaków w każdej postaci i tysiąca innych (nie tylko, powiedzmy, kulinarnych) doznań zmysłowych. W Dzienniku… Austera rzeczywistość jest w pierwszej kolejności obszarem doświadczenia sensualnego, biologicznego, granicznie – by tak rzec – dotykalnego. Kluczowe momenty życia narratora zawsze związane są ze skrajnymi reakcjami somatycznymi – od wyjazdu za granicę, przez liczne przeprowadzki, po śmierć matki (wydarzenie, któremu autor Człowieka w ciemności poświęca z pewnością najwięcej miejsca), każda ważna sytuacja ma swoje fizyczne reperkusje.

Dlatego Paul Auster przypomina za Rolandem Barthes’em, że nie ma jednego ciała, lecz jego wiele (zaplątanych w najróżniejsze funkcje) modalności. Jest więc ciało emocjonalne, które nie potrafi sfunkcjonalizować śmierci matki, jest ciało zmysłowe, które doznaje bólu licznych urazów, ale i nie mniej licznych spazmów rozkoszy, jest ciało społeczne, uwikłane w relacje (na przykład) damsko-męskie, czy rodzinne, jest wreszcie ciało fizjologiczne, siedzące na klozetach, przeżuwające pokarm, trujące się dymem papierosów. Wszystkie te „warianty” nieustannie się przenikają, bo przecież wizyta w domu publicznym jest równocześnie rozkoszą i upokorzeniem, a dym papierosowy zabija, ale i ewokuje najczystszej nuty tęsknotę („jednak za niczym tak nie tęsknisz, jak za światem, w którym można było palić w miejscach publicznych”).

Dziennik zimowy trudno byłoby jednak nazwać prozą nostalgiczną, dla Austera „Teraz i Wtedy są w zasadzie identyczne”. Widać to także w narracyjnej dykcji – konkretnej, mięsistej, pełnej dość oszczędnych, ale obrazowych opisów, przeplatanych rzadkimi, zatrzymanymi w niedopowiedzeniu, fragmentami nieco bardziej lirycznymi. I nawet jeśli materią dziennika Austera są przede wszystkim wspomnienia, pojęcie „starych dobrych czasów” właściwie tu nie występuje, a powrót do przeszłości nie spędza snu z powiek narratora. Nawet jeśli tęskni on za kilkoma rzeczami – stukaniem na maszynie, winylowymi płytami, koszykówką bez rzutów za trzy punkty, butelkami na mleko czy polityczną lewicą – to nie nostalgia jest narracyjnym fundamentem Dziennika… Wątkiem, który przewija się w tej autobiograficznej prozie dyskretnie, acz stanowczo, jest kwestia pisania. Ściśle zaś rzecz biorąc, chodzi o żelazną determinację bohatera, by tworzyć, by kłaść na papierze słowa w każdej sytuacji, za wszelką cenę i na przekór wszystkiemu – na francuskiej prowincji i w paryskiej służbówce na poddaszu, w jednopokojowym mieszkaniu na Manhattanie i brooklińskim apartamencie, w trakcie rozwodu z pierwszą żoną i przez wiele lat szczęśliwego małżeństwa z drugą, w zdrowiu i chorobie, w biedzie i z pełnym portfelem. Narrator zawsze wraca do pisania, bo właśnie ono jest dla niego życiem samym, tak samo jak radość wczesnego dzieciństwa, pierwsze uniesienia miłosne, europejskie wojaże, śmierć przyjaciela, wypadek samochodowy, pogrzeb matki czy (znacząca dla drogi życiowej Austera) obserwacja tancerzy. Może nawet bardziej, skoro właśnie dzięki pisaniu można przywrócić każde doświadczenie, można próbować zakorzenić się w szczelinie „pomiędzy światem a słowem”, można ciągle od początku podejmować próby rozwiązania „upiornej trygonometrii losu”, jak amerykański prozaik nazywa życie.

„Pisanie zaczyna się w ciele, jest muzyką ciała (…). Siedzisz przy biurku, by zapisywać słowa, lecz w myślach ciągle chodzisz, a to, co słyszysz, to rytm twojego serca, to jego bicie” – pisze Auster pod koniec Dziennika zimowego. I nawet jeśli ciało zawsze nas zdradza, to przecież jest znakiem naszej jednostkowości i – w gruncie rzeczy – warunkiem naszej twórczości. O to toczy się gra i o tym znakomicie opowiada autor Księgi złudzeń.

_

Paul Auster

Dziennik zimowy. Autobiografia

tłum. Maria Makuch

Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 208

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter