70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O zawiłych dziejach pracy spostrzeżeń parę

Praca dodaje do świata, konsumpcja zeń ujmuje. Praca wzbogaca świat, konsumpcja świat zubaża. Konsumując, zaciągamy dług u świata. Pracując, ten dług spłacamy. I spłacając go, sprawiamy, że świat nadal będzie stać na udzielanie nam kredytu, nam i naszym dzieciom, wnukom, nienarodzonym jeszcze prawnukom…

Zaiste, banalne to stwierdzenie, gdy o gatunku homo sapiens mowa, ale nigdy dotąd zawarte w nim przesłanie nie nabierało takiej wagi jak dziś, gdy wedle ekologa Eugene’a Stoermera oraz chemika atmosferycznego Paula Crutzena, a także rosnącej liczby geologów, żyjemy już w epoce geologicznej „antropocenu”. Już sama nazwa epoki sygnalizuje, że to właśnie gatunek ludzki wywiera dziś wpływ wyraźny i coraz oczywistszy, a w ostatecznym rachunku być może nawet decydujący, na stan i przemiany planetarnego ekosystemu. To od tego, co i jak wytwarzamy i co i jak spożywamy, zależeć może wydolność planety: jej zdolność odtwarzania warunków życia (w tym też i naszego) na Ziemi.

Wytwory pracy służą dziś nie tylko zaspokajaniu potrzeb ludzi żyjących, jak od niepamiętnych czasów wierzono i twierdzono lub milcząco zakładano. Ich charakter i sposób wytwarzania wpływają na szanse zaspokajania potrzeb także i    w    w i e l c e   o d l e g ł e j    przyszłości. Jeśli owa pierwsza funkcja pracy poddaje się mniej lub bardziej obrachunkowi, to tego, jak wyceniać i kontrolować tę drugą, musimy się jeszcze nauczyć – a sama konieczność nauczenia się i jej pilność nie przez wszystkich ludzi decydujących o sposobie wykorzystania ludzkiej zdolności pracy jest jak dotąd uznana nawet w teorii, a tym bardziej w praktyce. Wygląda na to, że o skutkach naszych dzisiejszych wyborów dowiedzą się dopiero nasi potomkowie, przekonawszy się o nich wprzódy na własnej skórze. A więc poniewczasie… A jak będzie o tym jeszcze mowa poniżej, obecny moment wspięcia się potencjału pracy ludzkiej na wyżyny nigdy dotąd przez gatunek ludzki nie osiągane i do niedawna nie do pomyślenia zbiega się z raptownym zmniejszaniem się roli pracy w kształtowaniu stosunków społecznych i z uwiądem jej społecznego poważania. Mało kto dziś twierdzi, jak to czynili dwa stulecia temu Adam Smith czy Dawid Ricardo i jak, czerpiąc z ich rozważań natchnienie, powtarzał Karol Marks, że praca jest źródłem wszelkich wartości…

*

Praca towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Ale dopiero przed kilkuset laty wyodrębniono ją i wyosobniono z całości ludzkiego życia, w którą była wtopiona. Stało się to za sprawą, jak orzekł Max Weber, oddzielenia świata interesów od gospodarstwa domowego. Warsztat lub pole uprawne były dotąd organiczną częścią rodzinnego gospodarstwa – a teraz fabryki i kantory handlowe wynosić się zaczęły z rodzinnego domostwa i osiadać na terenach, na które niezatrudnieni w nich członkowie rodziny nie mieli wstępu. Wraz z nimi wyniosła się też „praca”.    S z ł o    s i ę    teraz „do pracy”, i spędzało „przy pracy”    o k r e ś l on ą    c z ę ś ć    d n i a,    w której to części obowiązywały inne niż w rodzinnym domu procedury i wzory zachowania. Na tym nowym gruncie prawa i obowiązki były sprawą jednostek powiązanych li tylko stosunkami kontraktowymi (czyli, jak to zwięźle ujął Thomas Carlyle, li tylko obiegiem gotówki). Mianem „pracy” określano teraz zajęcia przynoszące zarobek pieniężny i czas potrzebny dla ich wykonania. Inne czynności do życia niezbędne były z pola semantycznego pojęcia „pracy” wyłączone – m.in. zajęcia istot ludzkich porzuconych w rodzinnym gospodarstwie, głównie kobiet; i to bez względu na to, jak uciążliwe były te zajęcia i jak wielkiego wymagały kunsztu. Adam Smith definiował już pracę jako miarę wartości wymiennej wszelkich towarów; tym samym wysiłek włożony w wytwarzanie dóbr i usług nie przeznaczonych do wymiany rynkowej, lecz do rodzinnego podziału i spożycia, za „pracę” uważany nie był. Krótko i węzłowato: „praca” była towarem jak inne albo nie była za pracę uznawana.

Innymi słowy, wartość wymienna stała się „pracy” cechą definiującą i znamieniem rozpoznawczym. I pozostała nią poniekąd do dziś. Tyle że przedział między „pracą” a czasem od niej „wolnym”, między czasem biurowym a prywatnym, a ogólniej biorąc: między „pracą” a „odpoczynkiem”, traci w naszych czasach swą dwuchsetletniej dawności wyrazistość. Kusi, by rzec, że w toku owych dwu stuleci status pracy dokonał pełnego obrotu; albo że relacje między pracą a resztą życiowych procesów dotarły pod koniec tego okresu do Heglowskiej „negacji negacji”, negacji powtórnej: powróciły niejako, choć w nieco czy znacznie (zależnie do wagi, jaką owym odmiennościom przypisujemy) zmienionej postaci, do wyjściowego stanu stopienia i nierozróżnialności – ale zachowując „towarowość” nadaną pracy przy opisanej przez Webera negacji pierwotnej.

Czym się zatem różni obecna wersja nierozgraniczenia pracy i „czasu wolnego (od pracy)” od ich spójni początkowej? Ano tym właśnie i tym głównie, że spójnia początkowa poprzedzała urynkowienie i utowarowienie pracy, gdy obecne nierozgraniczenie kwituje doprowadzenie procesu urynkowienia / utowarowienia do logicznego kresu.

Już nie tylko cząstka czasu pracowniczego jest dziś przedmiotem kupna-sprzedaży; kupujący, nie bez powodzenia, roszczą sobie prawo do całości czasu i uwagi, jaką sprzedający dysponują. I nie tylko do aspektów osobowości odnoszących się bezpośrednio do czynności wymienionych w kontrakcie kupna-sprzedaży roszczą sobie pretensję, ale do całości zasobów, fizycznych i duchowych, jakie pracownicy posiadają. W skrócie (a więc z konieczności w sporym uproszczeniu) stwierdzić można, że    c a ł o ś ć    czasu    i    c a ł o ś ć    pracowniczej osobowości są dziś w rzeczy samej towarami kupowanymi i sprzedawanymi w umowie o pracę zarobkową, choćby na piśmie ich z nazwy w kontraktach nie wymieniono. Wszyscyśmy dziś, ciałem i duszą, na rynku. Wszyscyśmy dziś towarami, których wartość wymienną określa gra popytu i podaży. A w epoce telefonów komórkowych, „elastycznych” godzin pracy i zacierania się różnicy między czasem pracy i czasem odpoczynku czy „pracą” a „domem” chodliwość towaru zależy od jego dyspozycyjności i spolegliwości, bycia ustawicznie gotowym do usług i „na zawołanie” – i biada tym towarom, które owych warunków nie spełniają przez 24 godziny na dobę i przez siedem dób w tygodniu.

Obowiązek stworzenia popytu na siebie, czyli uzyskania wartości wymiennej, spoczywa na towarach. W przypadku towarów innych niż podmioty ludzkie ubiegające się o płatne zatrudnienie obowiązek ten przejmują promotorzy towarów; ale my, podmioty ludzkie, jesteśmy naraz towarami i ich promotorami. To na nas spada przypisany przez oczekiwania (publiczne, ale skutecznie w nasze osobiste przekonania wtresowane i wmusztrowane) obowiązek zachęcenia potencjalnych nabywców naszych umiejętności do ich kupna obietnicą / zapowiedzią wniesienia do aktywów firmy walorów, jakich (czy wie o tym czy nie) firma potrzebuje, a inni autorzy podań o zatrudnienie zaoferować nie mogą. To naszą powinnością, innymi słowy, jest takie przedstawienie naszych walorów, by powiększało ono grono chętnych do ich nabycia. Wielu z nas doświadczyło tej prawdy, sporządzając dziesiątki podań o pracę i stawiając się przed komisją przyjęć, jeśli któreś z tych podań (co wprawdzie zdarza się nieczęsto) zachęciło przyszłych zwierzchników do wezwania petenta na rozmowę. A i niemal każdy z nas, świadomie czy nieświadomie, celowo podążając potulnie za coraz powszechniejszym obyczajem, skłonny jest umieszczać na wszelki wypadek swój odmalowany w możliwie atrakcyjnych barwach „profil” na stronach internetowych, czyli w wirtualnej przestrzeni publicznej.

*

Rozciągnięcie utowarowienia z kontraktowego „czasu pracy” i kontraktowych obowiązków wobec firmy na całość czasu i osoby pracownika dokonuje się równolegle z radykalną zmianą w filozofii zarządzania. Jedna z rozpowszechnionych definicji „zarządzania”, które znaleźć można wśród wymienionych 9 marca 2014 r. w polskiej wersji Wikipedii i chyba szczególnie wśród wymienionych trafna, powiada, że „zarządzanie jest sztuką osiągania zamierzonych rezultatów przez innych ludzi, zarządzający (menedżerowie) osiągają cele organizacji poprzez organizowanie pracy innych, a nie przez wykonywanie zadań osobiście”. Powyższa definicja dzieli ludzi na tych z zamierzeniami i tych, co owe zamierzenia przekuwają w rzeczywistość. Nie wspomina ona o tym, czy własne zamierzenia wykonawców zbieżne są z zamierzeniami, na których realizację ich wysiłek jest skierowany – i czy w ogóle od owej zbieżności realizacja zamierzeń zarządców zależy, a jeśli zależy, to w jakim stopniu. Uwypukla natomiast tę okoliczność, że to inni ludzie, a nie zarządcy, mają zamierzenia (nie swoje w ich przypadku) realizować. Można to też tak sformułować: zarządzanie to tyle, co praktyka manipulowania prawdopodobieństwem zachowań innych ludzi – a mianowicie zwiększania prawdopodobieństwa postępków przez zarządzających pożądanych, kosztem prawdopodobieństwa postępków alternatywnych.

Manipulowanie zachowaniami innych ludzi jest istotnie sednem zarządzania. Jest też metazadaniem wszelkich zarządców / kierowników / szefów (albo jak się dziś w Polsce nagminnie ich nazywa, „menedżerów”) bez względu na to, na jakim konkretnie zachowaniu i których konkretnych „innych” im zależy. Ale metody stosowane w manipulacji, podobnie jak preferowane sposoby zapewniania jej skuteczności, mogą być i są różne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że noszą one piętno czasu, w którym nabrały popularności. Inne sposoby stosowali zarządcy najchętniej i najczęściej w czasach społeczeństwa wytwórców, a inne skłonni są stosować w dzisiejszym społeczeństwie konsumentów. Z grubsza biorąc: gdy te pierwsze uciekały się głównie do przemocy (czyli piętrzenia kosztów niezgody), te drugie liczą głównie na pokusę (czyli zwiększanie atrakcyjności zgody). Jak już z tego zestawienia wynika, sposoby zaliczane do tych dwu różnych kategorii nie są wzajem przeciwstawne: w obu kategoriach obecny jest wszak przymus, choćby i odmiennymi środkami ustanawiany – i celem obu jest    d y s c y p l i n a    podwładnych oraz przewidywalność ich zachowań; różnią się te strategie od siebie li tylko wyborem broni i rozlokowaniem odpowiedzialności za efekty konfrontacji.

Klasyczna strategia zarządzania, uprawiana od zarania społeczeństwa przemysłowego (angażującego swych członków w charakterze aktualnych czy potencjalnych wytwórców dóbr), poczęła się jak gdyby z Kartezjuszowego rozdziału podmiotu i przedmiotu działania i napędzana była chęcią / postanowieniem przerobu realiów na kształt i podobieństwo owego modelu idealnego. W czystej postaci model Kartezjuszowy przyznawał prawo i zdolność do oceny sytuacji, do inicjowania czynu, wytyczania jego celu i nakreślania jego procedury, podobnie jak władzę oceniania ich wyników, wyłącznie podmiotowi – skazując przedmioty na bierną tylko, przez podmiot określoną i z zewnątrz narzuconą rolę w działaniu, pozbawiając przedmioty głosu w ocenie sytuacji, ogołacając je z własnych preferencji i inicjatyw i podporządkowując je bezwzględnie programowi czynności przez podmiot sporządzonemu; a także odmawiając przedmiotom władzy sądzenia lub z tej władzy je wywłaszczając. W relacji kapitału z pracą czy kierownika z kierowanymi własności Kartezjuszowego „podmiotu” przyznawano w tej strategii wyłącznie zarządcom, relegując zarządzanych jednoznacznie i całkowicie do rzędu „przedmiotów”.

Pierwszym świadomym projektem zastosowania omawianej tu strategii był model „panoptikonu” Jeremy’ego Benthama, a jej radykalną kulminacją były pomiary ruchu i czasu Fryderyka Taylora i taśma montażowa Henryka Forda. Łączyło je to, że kurczyły do minimum to, co pozostało z „podmiotowości” przedmiotów zarządzania; jeśliby się praktyczne wcielenia tych strategii powiodły, nie pozostawiłyby one zarządzanym, zredukowanym do przedmiotów zarządzania, niczego do wyboru. Bentham postrzegał środek do osiągnięcia tego celu w ustawieniu kontrolowanych pod ustawicznym nadzorem zarządców; a raczej we wpojeniu im przeświadczenia, że władza (z górą 100 lat później uosobiona w Orwellowej postaci Wielkiego Brata) zawsze czuwa, a więc nic nigdy nie umknie jej wszędobylskiej uwadze. Taylor dążył do takiego ustawienia narzędzi w miejscu pracy, które bez reszty i w każdej chwili dnia roboczego determinowałoby ruchy robotnika i eliminowało ruchy zbędne, uznane z góry za nieproduktywne. Ford dla odmiany podporządkował rytm pracy szybkości nadanej taśmie montażowej – eliminując tym samym wszystkie indywidualne odstępstwa od harmonogramu podejrzane o to, że mogłyby ów rytm zakłócić. Nie szło o to zresztą, a w każdym razie nie o to tylko, że nie ufając dobrej woli nadzorowanych i obawiając się ich sprzeciwu czy nawet sabotażu, nadzorcy uciekali się do przymuszania podwładnych, miast ich przekonywać, i do narzucania im rytmu, miast liczyć na ich zdolność nabywania umiejętności czy własną pomysłowość. Główną stawką w rachubach i staraniach zarządców było uniezależnienie procesu produkcji od dobrej czy złej woli pracowników, ich upodobań czy preferencji, czy ogólnie rzecz biorąc, jakichkolwiek niewyplenionych jeszcze do końca objawów ich podmiotowości. Podmiotowość podwładnych zapisywano w księgach buchalteryjnych w rubryce „winien”, a nie „ma”, „pasywów”, a nie „aktywów” przedsiębiorstwa. Nie uważano jej za zasób, lecz za koszt produkcji. Zarządcy woleli inwestować w tłamszenie, tępienie i dławienie pracowniczych idiosynkrazji, niż zabiegać o ich wykorzystanie do zwiększania wydajności ich pracy… O ile owa druga możliwość w ogóle wpadała im do głowy, co się nieczęsto zdarzało.

*

Strategia zarządców epoki industrializacji i społeczeństwa wytwórców harmonizowała wiernie z techniką dominacji i kontroli powszechnie w owych czasach uznawaną i praktykowaną. Patrząc wstecz z perspektywy praktyk dzisiejszych na czasy, w których Niccolò Machiavelli uświadamiał Księcia, że lepiej dlań, by poddani się go bali, niż kochali, prof. Harvardu Joseph S. Nye Jr. nazwie tę technikę w swym wydanym w 2004 r. studium Soft Power poświęconym stosunkom międzynarodowym „twardą władzą” – krańcowo od owej „władzy miękkiej” w tytule, dziś raptownie w popularność rosnącej, odmienną. Nadciągający zmierzch „twardej władzy” sygnalizował wszakże już ćwierć wieku wcześniej Pierre Bourdieu w fundamentalnym studium La Distinction poświęconym rozwarstwiającym społeczeństwo funkcjom kulturowych gustów i wyborów. Bourdieu bodaj pierwszy zauważył, iż w narzędziowni dominacji społecznej normatywna regulacja zastępowana jest w naszych czasach mnożeniem pokus i uwodzeniem, nadzór policyjny natrętną reklamą, a przymus insynuowaniem i wdrażaniem nowych potrzeb / pragnień / zachcianek. Wybory ludzkie nie mniej są dziś manipulowane i kontrolowane niż w początkach ery nowoczesnej, lecz ich zdominowanie dzięki nowym technikom władzy z zewnątrz przedstawiane jest i odbierane jako przejaw osobistej wolności i rezultat wolnego wyboru. „Miękka władza” stawia na atrakcyjność i moc kuszącą swej oferty, a nie na bezwzględność i bezlitosność kary za nieposłuszeństwo. Przykrość wynikła z niedostępności, przegapienia lub świadomego wyrzeczenia się atrakcyjnej szansy sama przez się ma być bądź jest już karą aż nadto dostateczną; a jest nadto taką karą, którą ukarany postrzega jako wymierzoną własnoręcznie sobie samemu. Winy za sprawiony przez nią ból ukarany będzie szukał w sobie samym. Miast zaganiać biczem do czyśćca lub wręcz piekła, „miękka władza” zaprasza do przedsionka raju. I przyrzeka też, kusząco a wiarygodnie, choćby i podstępnie a kłamliwie, że dla chętnych i wystarczająco gorliwych zawsze znajdzie się w owym przedsionku miejsce.

Żyjemy dziś w społeczeństwie konsumentów i rynki towarowe nadają ton naszemu życiu. One układają melodie i obiecują wynagrodzenie tym, którzy je wiernie naśladują i idą w podyktowany nimi tan: choćby tylko nucąc mimo woli i naśladując bezwiednie wszędobylskiego natręta, co to się przyczepił i odczepić się nie daje – ale lepiej jeśli świadomie, pełnym głosem, energicznie i z oddaniem. Melodie są różne, ale refren mają wspólny: na każdy kłopot w sklepie tym czy innym znajdziesz lekarstwo, a wszystkie drogi do szczęścia przez sklepy wiodą. „Miękka władza” to przeniesione na teren dominacji społecznej przesłanie owego refrenu, dochodzącego zewsząd, i to z rosnącą mocą, od ostatniego ćwierćwiecza XIX stulecia, kiedy to zdaniem licznych badaczy proces przeobrażania się społeczeństwa wytwórców w społeczeństwo konsumentów się rozpoczął.

Nieujawniona we wspomnianym refrenie jest wszakże inna wspólna cecha wszystkich melodii: a mianowicie wspólne im założenie, czy raczej wspólny motyw, który wszystkie one, choć w różnych tonacjach i na nieco inne sposoby przetwarzają: że po obu stronach sklepowej lady jest miejsce tylko dla chodliwych towarów i że promocja bubla do rangi towarów chodliwych jest tegoż sprawą, zadaniem i odpowiedzialnością… A my wszyscy, czy tego pragniemy czy nie i czy cieszymy się z tego, czy martwimy, jesteśmy dziś w społeczeństwie rynkowym, jak już o tym była mowa, towarami – zobowiązanymi, jak wszystkie towary, stworzyć popyt na siebie; starania nasze w tym zakresie pobudza obietnica, że stworzywszy ów popyt, uzyskamy dostęp do sklepów, w których, jak już wiemy ze wspomnianego refrenu, znajdziemy lekarstwa na życiowe dolegliwości i przez które wszystkie drogi do szczęścia prowadzą. Z tego to założenia „zmiękczenie” władzy się wywodzi i na jego milczącym a coraz powszechniejszym przyjęciu się wspiera.

„Zmiękczenie” władzy zarządców nad zarządzanymi w miejscu ich pracy przychodzi zarządcom łatwo i nie napotyka trudnych do pokonania przeszkód – bowiem obiekty owej władzy, pracownicy, pojawiając się w miejscu pracy, są już z góry wdrożeni, jako konsumenci, do „pozytywnych” (tzn. zgodnych z oczekiwaniami jej inicjatorów) reakcji na podobne gambity. Wiedzą, a przynajmniej czują, że to na nich samych odpowiedzialność za wydajność i skuteczność ich wysiłków spoczywa, i jeśli im się „sprzedać” swych zalet i swej przydatności za godziwą cenę nie uda, nie będą mieli na kogo ani na co się skarżyć prócz własnych uchybień – np. ignorancji, próżniactwa, opieszałości czy braku talentu. Wartość ich pracy mierzyć się będzie ceną rynkową pomysłowości i oddania, z jakimi stosować się będą, z własnej nieprzymuszonej woli, do realizacji celów przez ich nadzorców – mocodawców i sędziów zarazem – stanowionych.

*

Pod koniec XIX stulecia wybitny socjolog amerykański Thorstein Veblen wystąpił z koncepcją dwu ostro sobie przeciwstawnych sposobów ludzkiego bycia-w-świecie, sięgających korzeniami prehistorycznego podziału na myśliwych i zbieraczy, lecz pozostawiających głębokie piętno na podziałach społecznych na przestrzeni dziejów; także i na podziałach, których niechybną kulminację w nadchodzących czasach dostrzegł i zapowiedział już u zarania społeczeństwa konsumentów:

„W miarę rozwoju kultury drapieżno-grabieżczej (predatory) wyłania się rozróżnienie między rodzajami zajęć. Idea dzielności / waleczności (prowess) jako cnoty par excellence nabiera rozmachu i spójności, aż ową cechę postrzega się jako cnotę niemal jedyną. Tylko takie zajęcia uznaje się wówczas za godne i szacunku warte, jakie zastosowania tej cnoty wymagają. Inne zajęcia, w jakich ludzie pokornie przerabiają obojętne materiały na ludzki użytek, postrzega się jako niegodne i w ostatecznym rachunku poniżające. Człowiek honorowy musi nie tylko wykazać się zdolnością do łupieżczych wyczynów, ale i stronić od zajęć, które wyczynów takich nie zawierają. Zajęcia łagodne, niewymagające niszczenia życia i spektakularnej przemocy nad krnąbrnymi przeciwnikami, popadają w niełaskę i obarcza się nimi członków społeczności ułomnych pod względem drapieżności: a więc tych, którym brak obrotności i okrucieństwa. Poświęcenie się takim zajęciom wskazuje na brak przyzwoitej miary dzielności, bez której brak człowiekowi tytułu do prestiżowej pozycji społecznej”1.

W rezultacie, odnotowuje Veblen, „dzielni drapieżnicy” pozostawiają pracę, która (jak już na wstępie wspomniałem) „dodaje do świata” i czyni życie ludzkie możliwym (czyli zajęcia doczesne, przyziemne i prozaiczne), kobietom i innym stworom „niższego gatunku” – choćby klasie robotniczej2. Idź swoje do swego: osobnicy zajęci mniej szacowną działalnością są z tej właśnie racji osobnikami niższego gatunku, zaś dowodem pośledniości walorów czy zgoła braku walorów w ich trudach jest to, że są one wykonywane przez osobników pośledniej kategorii („Idź swoje do swego” do wszystkich klas się zresztą na równi odnosi, jak pospolitemu rozsądkowi zasugerowano i wpojono: szlachetność to tyle, co cechy szlachty, a szlachta to klasa ludzi szlachetnością nacechowanych).

Wywodziłem gdzie indziej, że w naszych czasach utopie skrojone dawniej na miarę mentalności ogrodników, świadomych swej odpowiedzialności za harmonię i dobrostan działki powierzonej ich pieczy, zastąpiła utopia łowczych, skupionych na wypełnianiu własnych toreb myśliwskich i niezaprzątających sobie głowy troską o liczebność (o dobru już nie wspominając) zwierzyny. Jak pouczają dziś swych wychowanków renomowani eksperci od zarządzania, świadomi dzisiejszych postaw jego praktyków – „you are as good as your last killing”…

Pierre Bourdieu i Loïc Wacquant3 określili zaś jako iluzję nader rozpowszechnioną a nader naiwną i potencjalnie zgubną skłonność ludzką do bycia motywowanym regułami społecznie uprawianej gry, którą Étienne de la Boétie określił przed laty mianem „dobrowolnego zniewolenia”.

*

Praca, jak widać, do rozmaitych celów może być wyzyskiwana. Dodawanie do świata i świata wzbogacanie, spłacanie zaciągniętych u planety długów i dorabianie się prawa do jej kredytu nie są, jak widać, wbrew przekonaniom żywionym przez Smitha, Ricarda czy Marksa, jej zapewnionym raz na zawsze motywem, treścią i rezultatem. Praca może wypełnić życie ludzkie sensem – szlachetnym i wzniosłym, równie fascynującym jak głęboko moralnym – ale może też pozbawić żyjących nią podmiotowości; w ostatecznym zaś rachunku może uczestniczyć w procederze posłużenia się pracowniczą wolnością samostanowienia dla maskowania postępów pracowniczego zniewolenia.

Mauro Magatti i Chiara Giaccardi, profesorowie Università Cattolica del Sacro Cuore w Mediolanie, opublikowali niedawno studium pod wyzywającym tytułem Generativi di tutto il mondo unitevi! (W luźnym tłumaczeniu, polska wersja tytułu mogłaby brzmieć: „Auktorzy wszystkich krajów, łączcie się!”)4. W podtytule określili swe dzieło jako „Manifest społeczeństwa wolności”. W ognisku uwagi pary autorów są, by to wyrazić w przyjętym w niniejszym szkicu słownictwie, szansa i perspektywa „ponownego upodmiotowienia pracy”. Do innej zaś jeszcze terminologii się uciekając: autorzy dociekają szans i możliwości wskrzeszenia postaci „auktora” – owej unii personalnej autora i aktora, połączenia ról twórcy pomysłu i jego realizatora. Dla określenia produktu zespolenia i wzajemnego przenikania się tych dwu ról (ostro odseparowanych od siebie i sobie nawzajem przeciwstawionych w modelu Kartezjańskim) ukuli Magatti i Giaccardi nowy w języku włoskim termin generativo (podobnie brzmiące i zbliżone, choć niepokrywające się w swym znaczeniu słowa znaleźć można w mowie portugalskiej i – rzadziej – hiszpańskiej). Nie jest łatwo postanowić, w jakiej formie przyswoić owe pojęcie polszczyźnie – termin „generator” zaanektowało już przecież słownictwo elektrotechniki; nie tyle ważny jednak jest wybór terminu, ile zasymilowanie w debacie o perspektywach pracy jego intencjonalnej treści. Jak ją w skrócie wyrazić? Nazywając pracownika przyszłości „indywiduum twórczym”? Bo wszak Magatti i Giaccardi nie zakładają cofnięcia zegara historii ani nie zalecają odwrotu od indywidualizacji, która obok nowych zagrożeń dla jaźni otwiera przecież także i nowe horyzonty przed jednostkowym wkładem w materialne i duchowe bogactwo ludzkiego świata. „Działać generatywnie – piszą Magatti i Giaccardi – to decydować o wartości i ciałem ją czynić”. A wartością jest właśnie wzbogacanie współzamieszkanego z innymi świata, a nie jego zubażanie; dodawanie, a nie ujmowanie. Logika „generowania” sprzeciwia się logice konsumeryzmu. Nie chęcią wchłaniania („inkorporacji”) się kieruje, lecz zamiarem i spełnieniem „ekskorporacji”: „Generatywność to taki sposób bycia, który ma na celu wspomaganie bycia innych, troskę o ich życie i zasób ich możliwości”. Generatywność, powiadają, w przeciwieństwie do konsumpcji, wyraża się w dawaniu, nie braniu. Wolność jednostkowego samostanowienia w połączeniu z osobowością generatywną są w stanie pomnożyć (miast uszczuplać) materialne i duchowe bogactwo świata, a wraz z nim – i dzięki niemu – także i potencjał sensowności oraz jakości moralnej ludzkiego życia i współżycia. Owo połączenie, jeśli da się nim zastąpić autokreację i samostanowienie wsparte dziś na konkurencji, a nie na współpracy, może zapobiec deformacji / degeneracji człowieczeństwa w grę o sumie zerowej. Wolność jednostkowego samostanowienia zespolona z praktyką „ekskorporacji” wiedzie do rosnącej obfitości człowieczych możliwości. A zatem solidarność losów i poczynań z generatywności pracy wyrastająca i na niej się wspierająca może nie być samostanowieniu jednostkowemu przeciwna, lecz stać się, przeciwnie, najwierniejszym i najspolegliwszym z jego sojuszników…

Powyższa wykładnia manifestu Mauro Magattiego i Chiary Giaccardi, wielce skrótowa, a przeto uproszczająca wielostronność autorskiej interpretacji, ogranicza się do zasygnalizowania najistotniejszego z zawartych w nim przesłań: dzieje ludzkiej pracy, ludzkiego podmiotowego – twórczego i świadomego – zaangażowania ze światem dalekie wciąż są od konkluzji. Być może po okresie (epizodzie?) schyłku znaleźliśmy się u progu nowego świtu: być może po erze (incydencie?) uprzedmiotawiania hominem laborantem i utowarowiania pracy i jej wykonawców mamy szansę powrotu do pracy w jej nowym / dawnym, ale odmienionym, „generatywnym” wcieleniu strategii i praktyki uczłowieczenia.

Tym czujniej baczmy przeto, by rosa oczu nie wyjadła, nim słońce wzejdzie…

.

1 T. Veblen, The Instinct of Workmanship and the Irksomeness of Labor, tłum. Z. Bauman, „American Journal of Sociology”, 1898–1899, t. 4.

2 Zob. tamże.

3 P. Bourdieu, L. Wacquant Réponses. Pour une anthropologie réflexive, Paris 1992, s. 92.

4 M. Magatti, C. Giaccardi Generativi di tutto il mondo unitevi!, Milano 2014. Poniższe omówienie oparte jest głównie na rozdziale Generratività come nuovo immaginario della libertà (s. 29‒60), z którego też pochodzą cytaty w tłumaczeniu Z. Baumana.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata