70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Twarda mowa

W okresie sfoborowym, podczas nauk rekolekcyjnych wygłaszanych w jednym z kościołów w Katowicach, poproszono mnie o wykład na temat społecznej nauki Kościoła, którą dopiero co zaczęłam poznawać. Przed wygłoszeniem nauki zachęciłam zebranych, by wysłali do mnie uwagi, zanotowane choćby na pudełku od papierosów. No i dostałam takie pudełko ze słowami: „Dziewczynko, ty jeszcze nic nie wiesz…”. Gdy Kościół będzie się za bardzo wymądrzał, też może usłyszeć takie słowa.

„Chrystus był ubogi” – przypominał Jan Paweł II w Szczecinie, w 1987 r., podczas spotkania z alumnami, księżmi i zakonnikami. I chociaż mieliśmy wówczas kolejki przed sklepami, a żywność i benzynę sprzedawano na kartki, duchowni usłyszeli: „Nie można autentycznie głosić Ewangelii ubogim, nie zachowując właściwego dla swego powołania ubóstwa. (…) Musicie być solidarni z narodem. Stylem życia bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny. Całkowicie oddani Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, i Jego Kościołowi (…). Z tego będzie was sądził Bóg i wasze sumienie”. Ile z tego zapamiętał polski Kościół: tak hierarchowie, jak wierni?

To pytanie o to, jak wyglądała recepcja nauczania Jana Pawła II, która – choćby z tej racji, że wszyscy słyszeliśmy, co do nas mówił – powinna być bezpośrednia. Tak się nie stało, może dlatego że pełnia recepcji dokonuje się w działaniu – w ten sposób przypominamy nauczanie, ale już osadzone w konkretach. Nie twierdzę, że tamte słowa nie odbiły się w rzeszach przeżywających papieskie pielgrzymki żadnym echem. Przeczy temu doświadczenie wielu ludzi – ale właśnie: ludzi, bo wspólnoty i instytucje pod wpływem samego słuchania się nie zmieniają. Taki los – niezrozumienia albo zapomnienia – spotkał posłannictwo, które przeżyliśmy o wiele mocniej niż papieskie nauczanie na temat ubóstwa, a mianowicie umieranie i śmierć Jana Pawła II. Wydawało mi się, że ono będzie kamieniem milowym w myśleniu o opiece nad umierającymi i miejscu w społeczeństwie osób, które są pozbawione kompetencji do samodzielnego życia.

Miała się stać naszym udziałem metanoja…

A było przede wszystkim wielkie poruszenie emocjonalne. Najpierw negowaliśmy możliwość śmierci „naszego Papieża”, kiedy czas był na to, by go ostatni raz wysłuchać i pożegnać. Kiedy zmarł, jeszcze w czasie żałoby, zaczęło się budowanie pomników, ale wedle najmniej odpowiednich wzorców – zachowywaliśmy się jak rodzina, która wyżywa się w tym, by temu, z kim się musiała rozstać, postawić drogi nagrobek ponad stan. Zabrakło przypominania i uczenia się tego, co nam pozostawił w duchowym spadku. Zapomnienie dotknęło także problematyki społecznej, przecież niesłychanie ważnej dla autora encyklik Laborem exercens i Sollicitudo rei socialis oraz duchowego orędownika związku Solidarność. Poza szwankującą recepcją trzeba jeszcze przypomnieć, że Kościół nie jest instytucją, w której możliwe byłoby sprawne przeprowadzanie zmian. Od zakończenia Vaticanum Secundum upłynęło już prawie pół wieku, a przecież daleko nam do rezultatów, o których moglibyśmy powiedzieć, że są owocem przeorania kościelnej świadomości. Wciąż uważamy, że jeszcze na wszystko przyjdzie czas… W polskim Kościele nie bez znaczenia jest i to, że nadal rządzą nim ludzie, którzy otrzymali nominacje biskupie nie tylko przed ’89 rokiem, ale nawet przed powstaniem Solidarności. Świadomość, w jak dużym stopniu Kościół jest gerontokracją – a jest nią przynajmniej od XIX w. – pozwala sporo zrozumieć. Choćby to, że młodzi ludzie są kształtowani przez osoby wiekowe, które nieraz uważają, że współczesny świat z jego problemami (którego często nie miały okazji poznać) jest obcy i zagrażający. Skoro tak, mniej zagadkowy staje się też rozwód między twórczą teologią, która rozgląda się na wszystkie strony świata, a Kościołem instytucjonalnym.

Tyle że nauczanie o ubogich jest obecne w Kościele co najmniej od momentu, kiedy Jezus opowiedział przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu. Św. Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, napisał w komentarzu do niej: „Co dnia możemy znaleźć Łazarza, jeśli go szukamy, i co dnia go napotykamy, nawet jeśli go nie szukamy. Ubodzy pojawiają się przed nami w niestosownej chwili i proszą o coś, oni, którzy będą mogli wstawiać się za nami ostatniego dnia…”. Co więc tutaj przypominać, skoro to żadna nowa nauka, której przyswojenie wymagałoby czasu?

Przypomnę słowa, które usłyszał Jezus po jednej ze swoich nauk: trudna jest ta mowa, któż jej może słuchać… I to się powtarza za każdym razem, ilekroć dotykamy czegoś, co przejmuje ludzi do żywego. Co jest ważne, ale trudne w realizacji. To też, niestety, nie podważa mojej tezy o gerontokracji – całe połacie Kościoła, w których nauczanie o ubóstwie ma uzasadnienie społeczne, nie były dotąd dowartościowane. Miałam szczęście poznać na Soborze dom Héldera Câmarę, ordynariusza diecezji Recife, stolicy prowincji Nord-Este, wówczas najbiedniejszego regionu Brazylii.

„Biskup faveli”, jak go nazywano, który niestrudzenie upominał się o prawa ludzi żyjących w nędzy. Jego mieszkaniem była przykościelna zakrystia, nie miał samochodu, a z oznak biskupich nosił tylko drewniany krzyż.

Jego prostota była najwierniejszym świadectwem tego, komu chciał służyć – biednym. Héldera Câmarę rozpoznaję w papieżu Franciszku, jakby tamten był jego wzorem i nauczycielem, choć nie wiem, czy się w ogóle znali. Obaj przenoszą w sobie echo głosu swoich wiernych i ich potrzeb. Jan Paweł II mówił w Szczecinie: „Nie można autentycznie głosić Ewangelii ubogim, nie zachowując właściwego dla swego powołania ubóstwa”. I, jak przypuszczam, miał na myśli nie tylko posiadanie skromnych zasobów, także umiejętność dzielenia się tym, co się posiada, czy prostotę sposobu bycia. To nie przypadek, że właśnie papież z Ameryki Łacińskiej kładzie nacisk na te elementy nauczania. On wie, czym jest łamanie się struktur, które nie są w stanie udźwignąć Ewangelii w warunkach niesprawiedliwości, jaka dominowała i wciąż dominuje w niektórych krajach jego rodzimego kontynentu. I że w takich warunkach sprawdza się jedynie duszpasterstwo bliskie ludziom – Kościół musi być ubogi dla ubogich, korzystać ze skromnych środków.

Wie, czym jest nędza – dla nas pojęcie zapomniane. Jak pisał w liście na tegoroczny Wielki Post: „Nędza to nie to samo co ubóstwo; nędza to ubóstwo bez wiary w przyszłość, bez solidarności, bez nadziei”. I wyróżnia trzy rodzaje nędzy: materialną, moralną to pojęcie dopiero po transformacji, kiedy przez lata nie wiedzieliśmy, jak pomóc ludności, która została pozostawiona sama sobie po rozwiązaniu Państwowych Gospodarstw Rolnych.

I stanęliśmy przed problemem dziedziczenia biedy czy patologicznego alkoholizmu – nędzy, która prowadzi do degrengolady, bo odbiera ludziom godność. Zadaniem ubóstwa jest niedopuszczenie do sytuacji, kiedy żądza posiadania staje się dominującym motywem działania. Dlatego Kościół ma być ubogi, czyli ma żyć w stanie wolności od pokładania nadziei w „koniach i pieniądzach”. Bo szansa tkwi nie w środkach bogatych, ale w bliskim byciu z ludźmi i bezpośredniości, wolności od tromtradracji kościelnej, przejawiającej się w strojach czy tytulaturze. Z uśmiechem przeczytałam informację o „wielkim wydarzeniu”: papież spowiada się w kościele, przy konfesjonale, jak każdy wierny.

A właściwie dlaczego nas to dziwi?

No właśnie: dlaczego nas dziwi prostota, z jaką papież włącza się do publicznego aktu pokuty przez przystąpienie do konfesjonału? Przecież to powinno być czymś w Kościele naturalnym… Powiem więcej: w sile prostych gestów tkwi tajemnica, która sprawia, że każdy człowiek jest na nie wrażliwy, brak mu tylko okazji, by się tą wrażliwością cieszyć. W moim przekonaniu Franciszek praktykuje kardynalną zasadę pedagogiczną, wedle której do ludzi przemawia się nie tylko słowami, ale także wspólnym działaniem. Dopiero za sprawą połączenia słów i gestów skutki wychowawcze są najbardziej trwałe. Ileż słów musiałoby paść, by wyłożyć w kazaniu wszystkie te kwestie, którym Franciszek dał wyraz, umywając nogi dwunastu osadzonym, w tym muzułmance, w rzymskim więzieniu dla nieletnich, w Wielki Czwartek 2013 r.? A czy my potrafimy tak wyrażoną prawdę wypowiedzieć własnymi gestami, tak by nauczanie Franciszka rozeszło się szeroką falą?

W naszej neoliberalnej rzeczywistości?

Innej, przynajmniej w Polsce, na razie nie mamy. Tyle że nauczanie językiem symbolicznym nie może się ograniczyć li tylko do materialnego naśladownictwa – ascetyka chrześcijańska wręcz przekonywała, że nie wolno naśladować świętych, jeden do jeden, powtarzając ich praktyki. Trzeba odnaleźć własną formułę wyrażenia tego samego. Swoją drogą: nie wiem, jak bym zareagowała, gdyby proboszcz przyszedł do mnie z prośbą, by mu załatwić wstęp do więzienia na Rakowieckiej, gdzie pracuję z więźniami, bo on chce dwunastu z nich umyć nogi. Czy więźniowie w ogóle zgodziliby się na taki gest? Chyba najpierw trzeba byłoby dłużej z nimi pracować, zdobyć zaufanie, by nie poczuli się potraktowani jak narzędzia – jak ozdobniki Wielkiego Czwartku. Ale nam to nie grozi, duchownym daleko do takich gestów.

A jak blisko – my, polski Kościół – jesteśmy realizacji „preferencyjnej opcji na rzecz ubogich”, która była tak ważna dla bp. Câmary, ale też Jana Pawła II? Podczas pielgrzymki w 1999 r., kiedy najgorszy czas transformacji mieliśmy już za sobą, choć ofiar wciąż nikt nie liczył, papież użył tego pojęcia w homilii wygłoszonej w Ełku, przypominając, że „rozwój i postęp gospodarczy nie może dokonywać się kosztem człowieka (…). Musi to być rozwój, w którym człowiek jest podmiotem, czyli najważniejszym punktem odniesienia. (…) Kościół współczesny głosi i stara się realizować miłość i opcję preferencyjną na rzecz ubogich. Nie chodzi tu tylko o przelotne uczucie, o jakąś doraźną akcję, ale o rzeczywistą i trwałą wolę działania na rzecz dobra ludzi będących w potrzebie i pozbawionych niejednokrotnie nadziei na lepszą przyszłość”.

Oby tak było! To kwestia ustawienia priorytetów Kościoła i państwa, o których najłatwiej będzie mi opowiedzieć, przypominając losy niedawnej akcji audiodeskrypcyjnej – miała ona udostępnić dzieła filmowe i teatralne osobom z dysfunkcjami wzrokowymi i słuchowymi. Instytucji, która się tego podjęła, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odmówiło dotacji w wysokości 800 tys. złotych. Ponoć jesienią, gdy pojawią się pieniądze unijne, jest szansa jej otrzymania i rozpoczęcia prac. Decyzja zbiegła się z informacją o przyznaniu 6 mln złotych na budowę muzeum pod kopułą Świątyni Opatrzności Bożej. Z tego wynika, że niewidomi i głusi muszą / mogą poczekać… Ważniejsza jest budowa kolejnej świątyni – de facto niepotrzebnej, bo duszpastersko ta dzielnica Warszawy jest obsłużona – oraz kolejnego muzeum Jana Pawła II. Zamiast komentarza przypomnę słowa tego, którego tak chcemy upamiętniać: tylko ubóstwo może uratować Kościół. A do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Ełku można dodać to, co napisał w encyklice Laborem exercens: praca ludzka nie jest towarem. Jeśli ją kupujemy – to już dodaję od siebie – to za dobrą cenę, bo nie wypada jej zaniżać. Oczywiście jest to śmieszny idealizm, bo cenę pracy ustala rynek, niemniej płaca ma być adekwatna do poniesionych nakładów i poziomu zaangażowania, a przez to zapewnić godne życie temu, kto ją świadczy. Jestem przywiązana do tego przekonania zwłaszcza w odniesieniu do pracy opiekuńczej wykonywanej przez rodziców osób niepełnosprawnych i starszych, pielęgniarek, salowych. Ich praca wymaga dużo więcej niż tylko kompetencji, także cierpliwości, oddania, by nie powiedzieć: serca. I stosownie do tego powinna być wynagradzana.

„Nas na to nie stać” – słyszymy od ćwierć wieku w kraju, w którym Kościół przeznacza sporo energii na walkę z in vitro i warunkami dopuszczalności przerywania ciąży. A na ile jest wiarygodny, przekonując, że należy poprzestawać na małym i przedkładając „być” nad „mieć”, jeśli zaspokajaniu roszczeń przez kościelną Komisję Majątkową kres położyły dopiero dochodzenia prokuratorskie?

Przypomnę definicję ubóstwa: ubodzy Pana Najwyższego to ci, którzy nic prócz Niego nie mają i w Nim pokładają nadzieję. On sam chciał, by jego uczniowie nie mieli torby ani trzosa, ani nawet drugiej pary sandałów. Ale bądźmy realistami – samochód też jest przydatny w misji, choć nie musi to być najnowszy model prestiżowej marki. Może wystarczyłoby nawet używane auto, skoro niezamożnym ludziom albo obarczonym kredytem mieszkaniowym takie musi wystarczać.

Kard. Jean-Marie Lustiger, metropolita Paryża, jeździł małym renault 5 – samochodem popularnym w mało zamożnej klasie średniej.

Przykładów poprzestawania na małym nie brakuje, ale faktem jest, że w polskim Kościele na ogół się tego nie dopatrzymy. A, wydaje mi się, nietrudno być wiarygodnym – ci, którzy potrafią być bardziej dawcami niż zbieraczami i ciułaczami, zapewne by potwierdzili, że dając, więcej zyskują, niż tracą. Jako katechetka pracowałam pod koniec lat 50. u proboszcza, któremu niczego nigdy nie brakowało, mimo że co otrzymywał – rozdawał. Ludzie ofiarowali jednak znowu, i to z nawiązką. Odbywało się to bez żadnej pompy ani nawet przekonania, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Ten proboszcz był po prostu hojnym dawcą. W podobnym stylu postępował w Nowej Hucie ks. Józef Gorzelany – budowniczy Arki Pana, pierwszego kościoła w tej części miasta – który nie żył skromnie, miał extrasamochód, ale ktokolwiek by go poprosił o pomoc, nie odchodził z pustymi rękami. W staraniach o wyszukiwanie tych, którym trzeba pomóc, też nie był ostatni. Tak właśnie wygląda akceptowana w Polsce forma ubóstwa – na imię jej hojność: jeżeli rozdajesz, to także otrzymasz. To jest jednak zasadniczo inna sytuacja niż w Ameryce Łacińskiej, gdzie wierni Kościoła żyją w błocie jak kraby i nie mają z czego dawać. Trzeba być hojnym mimo to, nie oczekując wzajemności innej niż wdzięczność. Niemniej to zbieranie i rozdawanie, w którym duchowni mogą uczestniczyć na zasadzie przekaźnika – kogoś, kto zbiera po to tylko, by przekazywać dalej – wygląda jak krwiobieg w Ciele Chrystusa, którym jest Kościół. Przypomniał mi się św. Wawrzyniec, diakon z połowy III w., który był skarbnikiem Kościoła rzymskiego, w czasach kiedy rozpoczynały się kolejne prześladowania. Rzymianie złota jednak nie znaleźli. Gdzie się podziało? „Ubodzy dostali – odpowiedział męczennik – Idźcie szukać wśród wielu tysięcy, bo każdy dostał po jednej monecie”. A gdyby teraz podstawić w miejsce władz rzymskich śmierć, która nas czeka? Może lepiej rozdać? Tylko co z rynkiem? Kapitał nie powstaje przez rozdawnictwo.

Przypuszczam, że rozdanie zgromadzonych kapitałów doprowadziłoby światowy system bankowy do bankructwa. Ale gdyby tak nie skąpić czasu? Ks. Jerzy Szymik, komentując w KAI słowa papieża Franciszka: „Chciałbym Kościoła ubogiego, dla ubogich”, opowiedział o trzech biskupach, których było mu dane bliżej poznać: Alfonsie Nossolu, Damianie Zimoniu i Józefie Życińskim. „Tylko książek mieli za dużo” – podsumował.

Z adhortacji Evangelii gaudium można się dowiedzieć, jak bardzo papież się tym przejmuje – w jego przekonaniu niedostatki duszpasterskie wynikają z rozpowszechniającego się przekonania, także wśród księży, że każdemu należy się duża ilość czasu do wykorzystania po swojemu. Przypomnijmy sobie, kto zwołał przełomowy dla współczesnego Kościoła II Sobór Watykański? „Papież przejściowy”, jak nazwano 77-letniego Jana XXIII w momencie wyboru w 1958 r., który przywrócił do życia kolegialność Kościoła powszechnego kosztem osobistej wygody czy tzw. świętego spokoju na kilka ostatnich lat życia. To jest wzór służby, której nie sposób pełnić wedle zasady: jestem na placówce od tej do tej godziny, potem zajmuję się swoimi sprawami. Tak też może wyglądać ubóstwo: rezygnujemy z wolnego czasu i tzw. świętego spokoju na rzecz potrzeb innych ludzi. Może nawet będziemy go mieli w takiej sytuacji mniej, niż byśmy potrzebowali, ale należy to potraktować jako formę wyrzeczenia, i to jedną z najcenniejszych. Czasu oddawanego nam przez innych potrzebujemy bowiem najbardziej. Pracując z wolontariuszami, przekonuję się, jak trudno jest o tego rodzaju zaangażowanie, o jakim czytamy w Ewangelii według św. Jana, gdy Maria tłucze flakonik drogocennego olejku nardowego, by wszystko wetrzeć w nogi Jezusa.

Judasz pyta: dlaczego nie sprzedano tego za trzysta denarów i nie rozdano ubogim?

Właśnie: można było zaoszczędzić, starczyłoby na dłużej. Tyle że to nie o to chodzi, podobnie jak nie sposób być wolontariuszem, nie gwarantując swojego czasu z góry. A tak się właśnie teraz dzieje: młodzi ludzie obawiają się, że coś ważnego ich ominie, jeżeli zobowiążą się do regularnych dyżurów w hospicjum czy fundacji albo spędzania czasu z osobą, która po całych dniach siedzi sama w domu. Potrzeba hojnych ofiarodawców czasu, może nawet bardziej niż pieniędzy, bo te, jeżeli zaryzykujemy i poświęcimy czas na wypełnienie wniosku o grant, ostatecznie się pojawią. Wolny rynek też na tym nie cierpi, bo wolontariusz uczy się współpracy, bezinteresowności, umiejętności budowy zespołu, tzw. dobrej roboty. On to nie tylko potrafi, z praktyki wie, że takie cechy się sprawdzają.

Kościół jest tu wzorem?

Jak kiedy, jak kto. Umiejętność animowania współpracy i namawiania ludzi do przezwyciężania egocentryzmu to charyzmat – dar Ducha Świętego Nawet osoby nim obdarzone nie zawsze go wykorzystują, choćby dlatego że od dawna siły wychowawcze w Kościele pochłania prowadzenie katechezy. Kto ma siły na działalność społeczną po przeprowadzeniu 30 godzin lekcji? Na dodatek zaangażowano w katechezę duchownych, zamiast świeckich. Kościół ma w tej dziedzinie do wykonania ważne zadanie jako partner dialogu społecznego: powinien przypominać, czym jest godna praca, ale też jak wygląda dobra praca. Z jednej strony uczyłby, że nie wszystko podlega transakcji kupna i sprzedaży, z drugiej – że jesteśmy zobowiązani do dobrego pracowania. Takiego, jakiego uczono mnie w drugiej połowie lat 50. w Instytucie Katolickim we Wrocławiu, założonym przez pochodzącą z Łucka byłą benedyktynkę Adelę Stefanowicz. Po dyplomie zostałam jedynie katechetką, ale tam nauczyłam się, że praca powinna być wykonywana razem z innymi, dając im szansę wykazania się, należy dbać o ciągłość, nie bać się zmian, działania planować, braków nie przepuszczać.

Twarda ta mowa, któż jej może słuchać…

Ale kto, jak nie Kościół, powinien się o to upominać? Podobnie jak o prawa pracownicze czy losy osób wykluczonych w wyniku transformacji. Strategia nie jest pozbawiona ryzyka, jak zawsze gdy poza przypominaniem, jaka dobra praca ludziom się należy, mówimy też o tym, czego się od nich oczekuje. W okresie soborowym, podczas nauk rekolekcyjnych wygłaszanych w jednym z kościołów w Katowicach, poproszono mnie o wykład na temat społecznej nauki Kościoła, którą dopiero co zaczęłam poznawać. Przed wygłoszeniem nauki zachęciłam zebranych, by wysłali do mnie uwagi, zanotowane choćby na pudełku od papierosów. No i dostałam takie pudełko ze słowami: „Dziewczynko, ty jeszcze nic nie wiesz…”. Gdy Kościół będzie się za bardzo wymądrzał, też może usłyszeć takie słowa.

„Ustrój gospodarczy trzeba oprzeć na bezwzględnej sprawiedliwości” – pisał 20-letni Jerzy Turowicz w 1932 r. na łamach „Życia Technickiego”. „Jedynym celem i racją bytu produkcji jest zaspokojenie potrzeb ludzkości, służenie jej, a nie wyłączny zysk przedsiębiorcy czy kapitalisty”. Po 1989 r., nie tylko w środowisku Znakowo-Tygodnikowym, choć przy jego zgodzie, zaczął jednak rządzić dogmat neoliberalizmu, a miernikiem wartości stał się zysk. Głos Kościoła, który potrafił wydawać nieledwie instrukcje wyborcze, w sprawach gospodarczych był właściwie niesłyszalny. Właściwie dlaczego?

Bo ludzie Kościoła nie znali się na tym. Przez całe lata władza źle patrzyła na zainteresowanie Kościoła sprawami polityczno-gospodarczymi. Kiedy więc i w jakim działaniu mieliby się ukształtować działacze przejęci np. realizacją społecznej nauki Kościoła? I to nie na poziomie powinności, ale konkretów? Tymczasem jeżeli coś można nazwać tzw. trzecią drogą, to jest nią rzymskokatolicka idea społecznej gospodarki rynkowej. Nie stawiałabym jednak naszemu środowisku specjalnie ciężkich zarzutów: że mogliśmy coś zrobić inaczej czy lepiej albo chociaż zrezygnować z przekonywania, że kto sobie nie radzi w gospodarce wolnorynkowej, ten jest nieudolny albo roszczeniowy. Ludzie z tego środowiska, wzywając do tego, by każdy wziął sprawy w swoje ręce, nie czekając na pomoc państwa, po prostu nie owijali niczego w bawełnę. Jeżeli czegoś mi brakowało, to poczucia, że obowiązuje nas solidarność. Ale może jestem niesprawiedliwa? Bo przecież był wśród nas i ktoś taki jak zmarły w 2012 r. Stefan Jurczak – technolog obróbki skrawaniem, działacz Solidarności nowohuckiej, senator – o którym z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: sprawiedliwy w swej solidarności. Przy okazji: nie można o nim zrobić filmu, bo nikogo nie interesuje wyłożenie pieniędzy na taki temat.

Solidarność nigdy nie była pokupna, a Kościół w Polsce będzie kiepskim świadkiem ubóstwa, dopóki księża sami nie poznają, czym jest np. bezrobocie czy brak pieniędzy na rachunki.

Gdy ubóstwo idzie na Kościół jak chmura, tylko niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Sytuacja zmierza bowiem do tego, by Kościół przestał być instytucją budżetowaną. Ludzie muszą więc nauczyć się troski o materialne zabezpieczenie funkcjonowania swojej wspólnoty wyznaniowej, i to nie tylko przez odpis podatkowy. Kolejna sprawa to nasza odpowiedzialność za współbraci z mniejszych Kościołów, którym będzie się utrzymać trudniej. Może nie wypada, by mogli liczyć w tym względzie tylko na swoich współwyznawców z zagranicy. Potrzeba ludzi, którzy rozumieją dynamikę życia we współczesnym społeczeństwie i odpowiedzialność związaną z ciężarem posiadanego przez Kościół majątku. To zobowiązuje, np. za tych, którzy niegodnie służąc Kościołowi, postawili go w stan oskarżenia. Nie rozumiem, dlaczego Kościół uchyla się od wypłacania odszkodowań ofiarom pedofilii, uważając, że powinny one zaspokoić roszczenia na osobistym majątku oskarżonego? Przypomnijmy sobie spryt osób, które nie chcą płacić alimentów – wtedy sobie uświadomimy, jak trudną drogę sądową ofiary będą musiały przejść. To jest przejaw myślenia przeciwko ubogim i słabszym – z tego płynie prawdziwe zgorszenie.

A gdyby poszukać miejsca, gdzie ubóstwo w Kościele katolickim jest praktykowane?

To znaleźlibyśmy je za murem klasztornym, choć nie za każdym. Takie panuje zresztą przekonanie w Kościele katolickim, że rady ewangeliczne, wśród nich ubóstwo, przeznaczone są dla zakonów. Tyle że także w klasztorach, o ile rezygnacja z indywidualnej własności jest posunięta bardzo daleko, o tyle własność wspólna już niekoniecznie jest zgodna ze ślubem ubóstwa. Gdy wyrzucano mój Instytut Katolicki z pierwszej siedziby we Wrocławiu, a zajmowaliśmy wówczas pomieszczenia należące do klasztoru Franciszkanów, panowie przysłani przez UB, którzy najpierw wywieźli zakonników, a potem nas, nie kryli oburzenia: „Franciszkanie ślubowali ubóstwo? Ile oni rzeczy mieli, i to jeszcze jakich!”.

To, ci którym dyrektorka Instytutu kazała wydać obiad i poczęstować herbatą?

Tak, uważała, że gościnność obowiązuje zawsze. Potem dopiero zaczęli wynosić nasze rzeczy – powstała zbieranina jakichś, pożal się Boże, gratów. Wydaje mi się, że kanapy franciszkanów nie powiedziały im o ubóstwie tyle ile nasze rozlatujące się żelazne łóżka.

.

Halina Bortnowska – z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak” (na tych łamach w 1962 r. opublikowała kilka tekstów na temat ubóstwa). W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez 5 lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka (redaktorka książki Sens choroby, sens śmierci, sens życia, która została wydana trzykrotnie przez Znak). W latach 80. była doradcą Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie; brała udział, jako doradca delegatów małopolskich, w I Zjeździe NS ZZ „Solidarność”. Współzałożycielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Publicystka znana z łamów „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”. Wydała m.in.: Już – jeszcze nie. Całoroczne rekolekcje z Ludźmi Adwentu (2005), Wszystko będzie inaczej (wywiad rzeka Jolanty Steciuk, 2010), Co to, to nie: myślennik Haliny Bortnowskiej (2011). Mieszka w Warszawie

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter