70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawo do Sprawiedliwych

Debata o pomniku prowadzi do rozmowy, której jeszcze jako społeczeństwo nie odbyliśmy. Co zrobić z dziedzictwem ratujących – kto ma do niego prawo i co nam mówi o trudnej do zaakceptowania przeszłości?

W Muzeum Historycznym Miasta Krakowa Fabryka Emalia Oskara Schindlera podczas debaty o kuriozalnym tytule Czy Kraków zdał egzamin? O postawach krakowian w latach 1939‒1945 podkreślono, że uczyć powinniśmy głównie o pozytywnych postawach w historii, bo to one zasługują na pamięć następnych pokoleń. Autorzy tych słów mieli na myśli czyny tych, którzy ukrywali Żydów w czasie II wojny światowej; to do nich sprowadzono dyskusję o postawach wspomnianych w tytule spotkania. Trzeba mieć jednak na uwadze, że w przypadku II wojny światowej, a szczególnie Zagłady, której częścią są historie polskich Sprawiedliwych, skupienie się głównie na tym, co dobre, niewiele nam powie o tym, co się wówczas wydarzyło. Ponadto zastanawia również fakt, czy postulujący tego typu edukację historyczną zdają sobie sprawę, że chcąc być konsekwentnym, należałoby również uczyć głównie o pozytywnych postawach Niemców, Sowietów, Ukraińców, komunistów wobec Polaków w czasie wojny i po niej.

Skąd zatem biorą się tego typu nieracjonalne argumenty? Co mamy na myśli, mówiąc: polscy Sprawiedliwi? Jak są wykorzystywani w polskich zmaganiach z trudną pamięcią? Coraz więcej inicjatyw poświęca się dziś losom osób ratujących Żydów. Bez wątpienia zasługują one na upamiętnienie. Warto jednak przemyśleć, w jaki sposób to robić. Wzrasta dziś liczba sygnałów, które wskazują, że będzie nam niezwykle trudno wyłączyć emocje i spokojnie się nad tym zastanowić.

Ukazuje to gorąca debata wokół decyzji o postawieniu pomnika upamiętniającego Sprawiedliwych w pobliżu Muzeum Historii Żydów Polskich, która od wielu miesięcy toczy się na łamach m.in. „Gazety Wyborczej” i „Krytyki Politycznej”. Głównym argumentem przeciwko umieszczeniu go w tym miejscu jest ten, który zwraca uwagę na „wtargnięcie zewnętrznej narracji w przestrzeń narracji żydowskiej, jako rodzaj zawłaszczenia i manipulacji”, oraz na to, że, „pomnik Sprawiedliwych w sąsiedztwie Muzeum to przedstawienie wyjątku jako reguły. Ratujący będą zasłaniać – a w dyskursie dominującym już zasłaniają – tych, którzy donosili, przez których ginęli oni i ich podopieczni” – jak napisały Helena Datner, Elżbieta Janicka, Bożena Keff w liście opublikowanym na łamach „Krytyki Politycznej”. Druga strona w debacie zauważa natomiast, że w ten sposób wyłącza się tę przestrzeń cierpienia Żydów z polskiej historii – „stworzenie swoistego rezerwatu pamięci tylko żydowskiej oznaczać by w sposób nieuchronny musiało jej wykluczenie zarówno z pamięci polskiej, jak i z żywej tkanki miasta, i ustawienie tych dwóch pamięci już nawet nie obok siebie, ale przeciw sobie” – pisze Dawid Warszawski (Miejsce Sprawiedliwych jest obok powstańców, „Gazeta Wyborcza”, 9 kwietnia 2013 r.). Do przemyślenia obaw związanych z postawieniem pomnika zachęcają Agnieszka Graff i Rafał Szymczak: „Pomyślmy też o tej przestrzeni z perspektywy przyszłych odbiorców naszych obecnych upamiętnień – już nie wnuków, lecz praprawnuków uratowanych i tych, którzy ich ratomotywali. Pomyślmy, co chcemy im pokazać. Czy naprawdę tylko i wyłącznie pamięć o straszliwym cierpieniu, osamotnieniu i śmierci? Czy chcemy, by w tej przestrzeni, gdzie upamiętnia się powstańców, nie było ani metra dla tych, którzy przeciwstawili się Zagładzie w inny sposób?” (Wokół pomnika Sprawiedliwych. To są Nasi Sprawiedliwi, „Gazeta Wyborcza”, 23 kwietnia 2013 r.). Debata o pomniku prowadzi do rozmowy, której jeszcze jako społeczeństwo nie odbyliśmy. Co zrobić z dziedzictwem ratujących – kto ma do niego prawo i co nam mówi o trudnej do zaakceptowania przeszłości?

Nasi Sprawiedliwi

W wyłączeniu emocji nie pomaga na pewno określenie Sprawiedliwych świętymi, tak jak uczyniła to historyczka Krystyna Samsonowska, która wraz z Łukaszem Sroką i prowadzącym wspomniane już spotkanie Piotrem Legutką zastanawiała się Czy Kraków zdał egzamin? Zamyka to drogę rozważaniom o tym, kim byli ratujący Żydów, jakie relacje mieli z tymi, którym udzielali pomocy, oraz jakie było to doświadczenie dla ratowanych. W zamian proponuje się złączenie wielu wyjątkowych historii w jedną przypowieść o dobrych Polakach, katolikach heroicznie przeciwstawiających się złu przychodzącemu z zewnątrz wspólnoty. W takim wypadku Zagłada schodzi na drugi plan. Narracja układa się zatem w dwa zdania: wymordowano krakowskich Żydów, my – krakowscy nie-Żydzi, szerzej: Polacy – zdaliśmy egzamin. Nie brzmi to jednak dobrze, dlatego po prostu pomija się pierwsze zdanie.

W trakcie dyskusji kilkakrotnie przyznano, że były przypadki, w których Polacy się źle zachowali wobec Żydów. Nie zostały one natomiast ani nazwane, ani zlokalizowane. Można było pozazdrościć dobrego samopoczucia debatującym, którzy przekonywali o szlachetności i kulturze patriotycznej mieszkańców Krakowa, gdzie, jak twierdzili, złe postawy stanowiły margines. Ta konkretna dyskusja ukazuje charakterystyczne koleiny myślenia o Zagładzie, z których część polskiego społeczeństwa nie może się wydostać. Od momentu ukazania się książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi coraz wyraźniej widać tendencję wśród części polskiego społeczeństwa, by mówić o historii tego okresu tak, żeby przeciwstawić się przedstawionym w niej faktom. Rozumie się je jako mające udowodnić, że to nie Niemcy, ale Polacy odpowiedzialni są za Zagładę. Prowadzący dyskusję Piotr Legutko przywołał oprócz publikacji Grossa te, które wychodzą spod piór historyków Centrum Badań nad Zagładą Żydów jako idące w parze z tezami zachodnich historyków, w tym oczywiście żydowskich bądź izraelskich badaczy.

Dla przeciwwagi, by pokazać, że jest inaczej, mamy zatem Sprawiedliwych. Nie jest to nowa tendencja w polskiej historii. O wykorzystaniu ratujących jako kontrapunktu do rozliczeń z trudną historią w Polsce pisze Dariusz Libionka w przekrojowym tekście Polskie piśmiennictwo na temat zorganizowanej i indywidualnej pomocy Żydom (1945‒2008), który ukazał się w roczniku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Przyjęło się sądzić, że temat osób ratujących Żydów przedostał się do przestrzeni publicznej w Polsce dopiero po 1989 r. Dla przykładu, by pokazać, że tak nie było, przywołać można kampanię antysemicką w 1968 r. W całej Polsce, w każdej lokalnej gazecie ukazywały się wówczas artykuły mówiące o osobach, które pomagały żydowskim mieszkańcom w czasie wojny. Michał Głowiński, analizując marcowy dyskurs, wydzielił nawet blok tekstów o „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”. Dziś, po kilkunastu latach odkrywania trudnej przeszłości o mordowaniu, szantażowaniu, wydawaniu ukrywających się Żydów przez Polaków nie-będących Żydami, wyraźna jest narracja, w której odrzuca się tę wiedzę, a Sprawiedliwymi czyni cały naród. Ku takiej interpretacji skłania choćby konstrukcja pomnika Polaków Ratujących Żydów w Łodzi – gdzie dominujący w założeniu pomnika orzeł osłania gwiazdę Dawida. Ostatnią inicjatywą z tego nurtu jest budowa Kaplicy Pamięci w powstającej świątyni w Toruniu. Na apel ks. Tadeusza Rydzyka na antenie Radia Maryja Polacy mieli odpowiedzieć niezwykle entuzjastycznie – „Do tej pory było ok. 10 tys. połączeń telefonicznych w sprawie składania świadectw i zgłaszania nazwisk do tej Kaplicy. Zebrane zaś dotąd materiały dotyczą ponad 12 tys. Polaków, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów” – czytamy w artykule zatytułowanym Polskie Yad Vashem („Nowy Dziennik”, 20 listopada 2013 r.). W przeciwieństwie do jerozolimskiej instytucji, w Kaplicy znajdą się nazwiska tych, których kandydaturę zgłoszą też Polacy. W ten sposób tworzy się własną wersję historii, której potwierdzenia nie oczekujemy od nikogo poza nami samymi.

Co ciekawe, część społeczeństwa musi mieć świadomość, że sprawy nie przedstawiały się w tak jasnych barwach. Wielu świadków tamtych wydarzeń wciąż o tym pamięta, spora część słyszała o nich od rodziny. Na potwierdzenie tych słów warto przywołać fragment jednego z wywiadów przeprowadzonych współcześnie z mieszkańcem miejscowości pod Sandomierzem: „…było tu takie zdarzenie jedno, pod lasem, to przetrzymywali tych Żydów. Nie wiem jak długo, jak co, tylko wiem, co potem ludzie gadali, nie? Przyjechała policja niemiecka, żandarmeria, i dziesięciu czy jedenastu tych Żydów zabiło… Ale tych nie zabili ludzie, co ich trzymali. Bo rzekomo miał ten facet pójść, co ich trzymał (…) – może korzystał, nie było z czego utrzymać? – poszedł i powiedział, że napadło na niego stado Żydów i nie chce od niego odejść. Nagadał, nagadał, to tamte przyjechali… (…) za coś trzymał tych Żydów, nie? To ich nie ruszyły, ani dzieci jego, nikogo, tylko samych tych Żydów… I nawet – było jedenaścioro tych Żydów – to jeden się gdzieś… tu kula poszła, nie zabiła…” (J. Tokarska-Bakir, Sprawiedliwi niesprawiedliwi, niesprawiedliwi sprawiedliwi, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2012, nr 8). Szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie trudniej o anonimowość, gdzie ludzie siebie znali nawzajem, wiedza na temat tego typu wydarzeń pozostała własnością grupy określonej przez konkretną przestrzeń. Dziś coraz częściej można spotkać osoby, które zaczynają się nią dzielić.

Wśród głównych kategorii udzielanej pomocy przyjętych przez Instytut Jad Waszem są: ukrywanie, fałszowanie dokumentów, towarzyszenie ukrywanej osobie jako kurier bądź pośrednik, pomoc medyczna i dostarczanie jedzenia w przypadku obozów. Wśród kryteriów możemy wyszczególnić: osoba, która udziela pomocy, musi być nie-Żydem, mieszkać w czasie wojny na terytorium kontrolowanym przez Niemców, gdzie Żydzi byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie, mieć moty wację niesienia pomocy Żydom, narażać własne życie w imieniu tych, którym udzielano pomocy oraz mieć świadomość konsekwencji tego, co robi. Przyjęto również, że udzielana pomoc, m.in. nie mogła się wiązać z żadnymi finansowymi korzyściami, cechowała się z pozytywnym traktowaniem, a jej celem nie była konwersja z judaizmu. Do tej pory Instytut uhonorował ponad 23 tys. osób z różnych państw okupowanej wówczas Europy. Polakom przyznano 6454 odznaczeń, w tym jednej organizacji – „Żegocie”. Tytuł może być odebrany.

Niewygodne fakty

Nie chodzi o to, by o Sprawiedliwych nie mówić, natomiast nie można zapominać, w jakich warunkach ratowanie miało miejsce. Nie była to powszechna postawa. Co więcej, często nie była akceptowana przez społeczność, w której ratowanie się odbywało. Dariusz Libionka przywołuje w swoim tekście stwierdzenie Marii Hochberg- Mariańskiej, która przygotowała do druku relacje uratowanych dzieci żydowskich zebrane w zbiorze Dzieci oskarżają, wydanym w 1947 r.: „Nie wiem, czy jakiś człowiek poza granicami Polski pojmie i zrozumie fakt, że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza bezbronnemu dziecku – może okryć kogoś wstydem i hańbą, lub narazić na przykrości” (s. 22). Często podkreśla się, że Polska była jedynym państwem w okupowanej Europie, w którym pomaganie Żydom karano śmiercią, zapomina się natomiast wspomnieć o czujnych sąsiadach, którzy donosili o ukrywaniu bądź szantażowali udzielających pomocy. Wielu z pomagających, którym udało się dochować sekretu do końca wojny, jeszcze przez wiele lat nie ujawniało się z tym, co zrobili.

Niewygodne są również fakty, które ukazują, że wielu Żydów straciło życie z ręki osób, które ich ukrywały – po przekazaniu im pieniędzy bądź gdy te się kończyły. Znane są też przypadki, gdy relacje między ukrywanym a ukrywającym były ambiwalentnej natury, co wynikało z faktu powierzenia swojego losu drugiej osobie – ze strony ukrywającej się osoby, a poczuciem sprawowania władzy nad czyimś życiem – patrząc z perspektywy pomagającego. W artykule Jana Grabowskiego zatytułowanym Życie w ukryciu widziane przez pryzmat pewnego dzienniczka znajdziemy wstrząsający przykład tego typu sytuacji. Zamieszczone są w nim fragmenty dziennika pisanego w czasie wojny przez 13-letnią Melanię, ukrywającą się ze swoją dwudziestoparoletnią kuzynką w okolicach Dąbrowy Tarnowskiej. Wyczytamy z niego wiele o charakterze relacji między nimi a gospodarzem, który je ukrywał. Czytając jej zapiski, można dostrzec, na co również kładzie nacisk Grabowski, jak jej stosunek do ukrywającego je mężczyzny zmieniał się w ciągu tych kilku lat – od uczucia wdzięczności przez silne uzależnienie po żal i złość. W jednym z wpisów Melania przywołuje list, który napisała do gospodarza: „Prosiłabym, aby Pan zechciał przeczytać te parę słów, które tu piszę w niemej rozpaczy i tej kartki papieru chwytam się jako ostatniej naszej deski ratunkowej. Nie będę tu Pana wychwalać, ani schlebiać, bo wiem, że Pan tego nie lubi, ale Pan jest naszą świętością, i to, co Pan dla nas dokonuje, to są nadludzkie wyczyny. Nie chciałabym się Panu narażać, bo i tak już za wiele Pan dla nas robi, ale ostateczna potrzeba zmusza mnie do tego. Dziś tydzień, nie spodziewałam się, że będziemy żyły jeszcze, bo jedno Pańskie słowo, a życie nasze jest skończone” (s. 123‒124). Zrozumie się więcej, gdy doda się jeszcze jedną informację, mianowicie że obie ukrywające się były kochankami gospodarza. Trzeba mieć zatem na względzie, że i taka historia kryje się za jednym z drzewek posadzonych w Alei Sprawiedliwych w Jad Waszem w Jerozolimie. Sprowadzając temat postaw Polaków nie-Żydów do Sprawiedliwych, nie uniknie się trudnej i bolesnej przeszłości.

Uczyć o Sprawiedliwych

Inicjatywy upamiętniające osoby udzielające pomocy Żydom są ważne i potrzebne. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, co zresztą przebija w każdym głosie w debacie na temat pomnika w Warszawie. Im dalej od Zagłady, tym bardziej złożony wyłania się jej obraz. Zapominanie o tym, przedstawianie Polaków jako narodu powszechnie udzielających schronienia szlachetnych i heroicznych buntowników jest działaniem na krótką metę.

Niewykorzystaną szansą, by pokazać złożoność doświadczeń ludzi mierzących się z trudnymi wyborami w tamtym czasie, jest np. wystawa pokazywana w Fabryce Schindlera na przełomie 2013 i 2014 r. – Krakowscy Sprawiedliwi. Motywy, postawy, przesłanie. Wystawa przedstawiała 16 sylwetek osób, które otrzymały medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Antropolożka Erica Lehrer zauważa: „Portrety tych, którzy ratowali, wiszą na wystawie dumnie niczym sztandary, ale wyprane uprzednio z całego społecznego i psychologicznego kontekstu, w jakim dokonywano bohaterskich czynów – z iście piekielnymi wyborami i niełatwymi wyzwaniami po drodze” (Czarno-biali Sprawiedliwi, www.krytykapolitycza.org). Żadnego miejsca nie poświęcono doświadczeniom ratowanych Żydów, temu, jak oni tę sytuację przeżyli, jak dziś to widzą. Dołożono natomiast wszelkich starań, by odbiorca wystawy nie przeoczył informacji o zagrożeniu, które płynęło z decyzji udzielenia schronienia. Jej twórcy wskazali również, jak o tym fakcie myśleć. Na jednej z plansz można było przeczytać: „Mimo grożącej kary śmierci, zagrożenia ze strony szmalcowników i niemieckiej propagandy antysemickiej, znalazło się wielu ludzi, którzy podjęli ogromne ryzyko i zdecydowali się na udzielenie pomocy Żydom”. Co to znaczy „wielu”? Na jakiej podstawie ocenia się liczbę ratujących? „Wielu” w proporcji do jakiej grupy bądź w jakim kontekście? To, czego nie mogło zabraknąć, jeśli chodzi o narrację o ratujących, to wyraźne zaznaczenie, kto był sprawcą Zagłady. Od razu na wejściu wielkimi literami wyeksponowano słowa Hansa Franka z 1941 r.: „Musimy unicestwić Żydów, gdziekolwiek ich znajdziemy i gdzie tylko to jest możliwe”. Mniejszymi literami, w głębi wystawy, zaprezentowano natomiast kopię listu, w którym mieszkaniec Częstochowy szantażował osobę udzielającą pomocy. O strachu przed sąsiadami, którzy mogliby ich wydać Niemcom, wspomniała też jedna ze Sprawiedliwych w krótkim filmie prezentowanym na wystawie. Jednak trudno jest tego typu niuanse zauważyć, poza tym nie wszyscy mogą chcieć je dostrzec. Nie dziwi zatem jeden z wpisów pozostawionych w księdze pamiątkowej wystawy napisany w języku polskim: „Gdzie byli i są ci uratowani Żydzi? Dlaczego nie świadczą w świecie o swoim losie, dlaczego nie bronią dobrego imienia Polaków?”. Wielkim minusem ekspozycji jest brak przedstawienia w kontekście historii Sprawiedliwych oraz podawanych liczb, jak np. 10 tys. Żydów i Żydówek uratowanych na polskich ziemiach. W konsekwencji odbiorca, który nie miał żadnej wiedzy na ten temat, mógł wynieść z niej przeświadczenie, że pomaganie było powszechnym zjawiskiem oraz że wszyscy Żydzi, którzy ocaleli na polskich ziemiach, byli uratowani przez Polaków. W takim wypadku upamiętnienie zupełnie rozmija się z tym, co wiemy dziś z badań naukowych.

W jaki sposób zatem mówić o Sprawiedliwych? Lehrer proponuje, by w historiach ratowania wziąć pod uwagę kilka kwestii, bez których nie sposób ich zrozumieć: „Motywy (Dlaczego nawet niektórzy antysemici byli skłonni ratować Żydów w trakcie wojny?), Zagrożenia (Dlaczego ratujący obawiali się swoich sąsiadów w trakcie wojny, a nawet po jej zakończeniu?), Logistyka (Jak organizowano jedzenie dla ukrywających się? Kto za nie płacił? Co działo się po wyczerpaniu zapasów?), Uznanie / Nagroda (Jakie relacje i odczucia zostały między uratowanymi i ratującymi po wojnie? Kto wnioskował o przyznanie statusu Sprawiedliwych?), Konsekwencje (Jak ratowanie lub bycie uratowanym wpłynęło na poczucie narodowej, etnicznej, politycznej tożsamości?)”. Wydaje się, że równie ważne są relacje między ukrywającymi i ukrywanymi w trakcie udzielanej pomocy, jak pokazuje przywołana historia Melanii.

Posługiwanie się Sprawiedliwymi tak, by służyli jako przeciwwaga do historii o prześladowaniu Żydów przez Polaków w czasie wojny, prowadzi do sytuacji, w której każda wzmianka na ich temat budzi wątpliwości co do intencji osób ją wypowiadających. Przez lata wielu z nich ukrywało fakt udzielania pomocy. Byłoby nieporozumieniem, gdybyśmy każdy akt ich upamiętnienia traktowali jako próbę ukrycia złych postaw wśród lokalnej społeczności Polski podczas wojny. Może to doprowadzić do ponownego zapomnienia, kim byli i z jakimi trudnościami się mierzyli oraz przejęcia ich historii przez narrację, która czyni ich decyzję dowodem heroicznych postaw Polaków podczas wojny.

Warto mieć również na względzie, że operowanie przeciwstawieniem Żyd–Polak, mniejszość–większość lekceważy zmiany, które przeszły i przechodzą tożsamości. Helena Datner, Elżbieta Janicka i Bożena Keff we wspomnianym liście piszą: „Projekt lokalizacji pomnika Sprawiedliwych obok Muzeum odbieramy z przykrością jako gest zgodny z dawniejszym, diasporowym sposobem działania, gdy Żydzi byli w sytuacji pogardzanej i realnie zagrożonej mniejszości. Czuli się wtedy często zobowiązani, jak sądzili, dla własnego bezpieczeństwa, do uprzedzania i spełniania, prawdziwych lub nie, oczekiwań większości. Te oczekiwania wiązały się z aktami żydowskiej samodegradacji, poniżania się, z potwierdzaniem narracji i przekonań większości przeciwko własnym racjom i emocjom”. Tego typu argumentacja musi budzić opór, gdyż po prostu odbiera podmiotom sprawczość i samodzielność myślenia. Narzucanie własnej interpretacji wydarzeń nie prowadzi do porozumienia, ale raczej do pogłębienia konfliktu. Dodatkowo, gdy operuje się schematem mniejszość– większość, pamięć mniejszościowa i pamięć większościowa, z pewnością łatwiej o mocno brzmiące tezy o rzeczywistości, niestety, trudniej ją wtedy zrozumieć. W rozmowie o Sprawiedliwych warto uwzględnić to, że linia podziału pamięci o ich dziele nie przebiega zgodnie z etnicznie zdefiniowaną tożsamością.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter