70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W kryminale

Próbując rozwikłać zagadkę popularności powieści kryminalnej, postanowiliśmy przeprowadzić śledztwo wśród jej Czytelników. Każdemu z Autorów zadaliśmy dwa z pozoru proste pytania:

1. Dlaczego czyta Pan/Pani powieści kryminalne?

2. Czy twórczość któregoś z autorów kryminalnych intryg szczególnie Pana/Panią fascynuje/fascynowała?

.

Rezultaty dochodzenia zamieszczamy poniżej

 .

Zbigniew Mikołejko

Powieści kryminalne czytam od dziecka. I obok powieści historycznej oraz relacji podróżniczych były one pierwszym chyba etapem inicjacji w literaturę, a może i w ogóle w kulturę. Tak się przy tym złożyło, że mogłem przejść stopniowo w swoich lekturach, dorastając, a potem stając się dojrzałym człowiekiem, drogę ewolucji gatunku – od jego klasyki, od Poego, Wilkiego Collinsa i Conan Doyle’a, od Gastona Leroux i Maurice’a Leblanca, poprzez Chandlera, Hammetta, Agathę Christie, Biggersa oraz Dorothy Sayers, do utworów obecnie ważnych czy też przynajmniej modnych. Ale również – mając za sobą tysiące kryminałów – uważam, że tak naprawdę wszystko tutaj, nawet rzeczy genialne (Leroux, Chandler, Hammett czy Christie), to w istocie jeden wielki przypis do opowieści o Sherlocku. Oczywiście mnóstwo jest dla mnie ważnych nowych autorów – takich, których czytam, jak to się powiada, „z wypiekami”. Myślę choćby o weneckich powieściach Donny Leon, o „czterech porach roku” Kubańczyka Leonarda Padury, o „hotelowej trylogii” Marthy Grimes. Zachłannie czytam ponadto wszystko, odkąd trafiłem na Kolekcjonera kości, co napisze Jeffery Deaver – to największy chyba dzisiaj mistrz suspensu i niebywałych zwrotów akcji, przy czym łączy się to z ogromną wiedzą kryminalistyczną i z innych dziedzin. Ze starannym researchem, który w polskich powieściach kryminalnych jest zazwyczaj bardzo niechlujny. Oczekuję bowiem, oprócz rzeczy związanych z zagadką, tajemnicą, pościgiem, aby powieść kryminalna była zawsze poważną powieścią wiedzy. I w istocie mam ją za odpowiednik dawnego Bildungsroman, podobnie zresztą jak za odpowiednik dawnej powieści realistycznej. W jakiejś też mierze w świecie, w którym mamy do czynienia z „metafizyką słabą” albo nawet „śmiercią metafizyki”, to chyba już jedyny rodzaj literatury popularnej, który bierze na poważnie nasze metafizyczne głody. I – chcąc nie chcąc – oscyluje wokół idei czy tematów, które traktujemy potocznie z cynicznym albo przynajmniej wstydliwym dystansem: Dobra, Prawdy, Sprawiedliwości – i oczywiście Zła. Dlatego nie znoszę kryminałów, które umykają w stronę pastiszu, zabawy konwencją, formalistycznych gier literackich, ironicznego grymasu. Jest oczywiście ironiczny wyjątek: to arcydzieło polskiego kryminału, bodaj jedyne, czyli Szatan z siódmej klasy Makuszyńskiego (znakomite są jednak i młodzieżowe powieści Niziurskiego z motywem kryminalnym).

Zbigniew Mikołejko – filozof i historyk religii, eseista. Kierownik Zakładu Badań nad Religią i profesor nadzwyczajny w Instytucie Socjologii i Filozofii PAN . Ostatnio wydał: We władzy wisielca. Z dziejów wyobraźni Zachodu (2012) oraz Jak błądzić skutecznie. Prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską (2013)

.

Małgorzata Szpakowska

Czytam powieści kryminalne, odkąd pamiętam, kiedyś jednak dostęp do nich był trudniejszy. Tak zwana powieść milicyjna stanowiła gatunek odrębny, kto mógł, to szukał gdzie indziej. Światowa kariera Agathy Christie wzięła się zapewne stąd, że na jej książkach uczono się angielskiego; podobnie było z francuskim i z Georges’em Simenonem. W Polsce zachodnie powieści sensacyjne tłumaczono dość wybrednie i chyba dopiero od lat 70.; wtedy zaczął ukazywać się Raymond Chandler i co lepsze powieści Rossa Macdonalda. Wielki boom nastąpił po roku 1989 – wtedy zalała nas fala zaległości, ale i wszelkiego chłamu. Kilkanaście lat później nastała era skandynawska. Tyle historii.

W rozważaniach na temat kryminałów często zapomina się o jednym: że to są po prostu powieści. I jak to powieści, bywają lepsze i gorsze, a te najlepsze zdarzają się rzadko. Wszystkie jednak muszą spełniać pewne kryteria, których w znacznym stopniu wyzbyła się proza XX-wieczna: zachowywać spójną narrację (w końcu czytelnik chce się dowiedzieć, kto zabił i dlaczego), dbać o prawdopodobieństwo psychologiczne (seryjni mordercy to niegodna łatwizna), troszczyć się o wiarygodny obraz środowiska. No i, nie da się ukryć, muszą być ciekawe. Innymi słowy, dobrym kryminałem jest to, co dawniej nazywano powieścią psychologiczną lub społeczną, a co właściwie przestało istnieć, wyparte z jednej strony przez eksperymenty, z drugiej – przez wampiry i harlequiny. Moda na kryminały jest dziś w dużym stopniu wynikiem rozczarowania ewolucją współczesnej sztuki narracyjnej.

Dowodem właśnie popularność kryminałów skandynawskich. Różnych rzeczy można się z nich dowiedzieć: a to o metodach wychowawczych, jakie w dzieciocentrycznej Szwecji stosowano jeszcze pół wieku temu; a to o Norwegach, którzy ochotniczo służyli w Waffen SS; a to o Finach, którym trauma postradziecka każe się dopatrywać komunizmu w całej Unii. Spoza złudzeń równości płci prześwituje zadowolony z siebie patriarchat; spoza nowoczesności – XIX-wieczny konformizm i obłuda. Pewnie, zdarzają się przegięcia. Stieg Larsson bohaterką swej trylogii uczynił kobietę cyborga, która nie tylko zamiast głowy ma komputer, ale jeszcze zdolna jest zmartwychwstać między drugim a trzecim tomem; a z kolei każda kolejna powieść Camilli Läckberg umacnia czytelników w przekonaniu, że miasteczko Fjällbaka, zważywszy na liczbę zamordowanych tam osób, jest najniebezpieczniejszym miejscem na ziemi. Ale i tych dwoje, i inni, równie popularni: Jo Nesbo, Håkan Nesser, Arnaldur Indriðason czy najbardziej z nich znany Henning Mankell, świetnie zdają sobie sprawę, że podstawowym zadaniem, jakie przed nimi stoi, jest sporządzenie spójnej diagnozy społecznej. Bez tego nie zyskają wiarygodności ani zbrodniarz, ani zbrodnia, ani zagadka. Toteż w powieści kryminalnej tropiciel – detektyw, policjant, czasem narrator – działa trochę jak etnolog: aby pojąć mechanizm przestępstwa i odtworzyć działania złoczyńcy, najpierw musi zrozumieć opisywane środowisko jako całość kulturową.

Inna rzecz, że pewne środowiska rozpoznane zostały aż nadmiernie. Myślę tu o lekarzach, prawnikach i policji – pewno dlatego że z tych gremiów wywodzi się znaczna część autorów. Dzięki autotematyzmowi profesjonalnemu z amerykańskich thrillerów można się na ogół sporo dowiedzieć o organizacji służby zdrowia, a nawet o konkretnych procedurach medycznych; ale też można popaść w paranoję, bo jeśli nawet agenci koncernów farmaceutycznych nie potraktują mnie jak królika doświadczalnego, to z pewnością towarzystwo ubezpieczeniowe przyspieszy moją śmierć dla oszczędności. Świat prawników z kolei opisany został we wszelkich odmianach: od parareportażu (np. Adwokat Nathana Harra) po ukazywaną w nieskończonej liczbie wariantów nieskuteczność prawa i aparatu sprawiedliwości (tu oczywiście prym wiedzie John Grisham). Co do policji zaś, to obraz powtarza się nieodmiennie, czy to Minneapolis, czy Szkocja, czy Oslo: kiepska kawa, kłopoty małżeńskie, brak porozumienia z dziećmi, biurokracja, rywalizacja, wrzód żołądka. Etnograficzny opis społeczności bardzo już dokładnie zbadanej rzadko prowadzi do czegoś interesującego. Ale zawsze można mieć nadzieję.

Małgorzata Szpakowska – prof. dr hab., kulturoznawca, krytyk literacki, historyk literatury. Wydała m.in.: Światopogląd Stanisława Ignacego Witkiewicza (1976), O kulturze i znachorach (1983), Dyskusje ze Stanisławem Lemem (1996), „Wiadomości Literackie” prawie dla wszystkich (2012)

.

Wojciech J. Burszta

Mija 10 lat, od kiedy stałem się zażartym, nienasyconym czytelnikiem literatury kryminalnej. To, co na początku traktowałem jako miłe wypełnienie czasu podróży na trasie Poznań–Warszawa, przemieniło się w pasję i uzależnienie. Kryminał to nie tylko zwykła literatura popularna, maksymalnie przy tym skonwencjonalizowana i masowo produkowana, ale także bardzo istotne świadectwo antropologiczne mówiące o stanie kultury, w której żyjemy, literatura „produkująca” realistyczny rodzaj narracji powieściowej, spotykającej się skądinąd z ogromnym odzewem. Siłą rzeczy więc pochylam się nad stronicami tych powieści jako antropolog, ale także jako fan dobrze skonstruowanej intrygi wpisanej w świat przedstawiony, który dzisiaj nie ogranicza się już tylko do spetryfikowanych klisz. Interesują mnie zwłaszcza ci autorzy i autorki, którzy mają ambicje krytycznej wiwisekcji neoliberalnego świata dzisiejszego, zarówno w samym jego centrum – w Europie i Ameryce Północnej – ale także na dawnych peryferiach Zachodu – w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. Ponadto w coraz większym zakresie powieść kryminalna służy za poręczne narzędzie do popkulturowej edukacji historycznej, jako że w sporej jej części znajdziemy wątki rekonstruujące mniej znane epizody historii lokalnej, odwołujące się chętnie do „miejsc pamięci” i dokonujące swoistej wiwisekcji przeszłości na potrzeby teraźniejszości.

Wielka fala powodziowa „literatury przemysłowej”, która nas obecnie zalewa, wymaga kompetencji i rozeznania, a więc znalezienia tych pozycji, które są warte lektury. Trop, którym ja staram się podążać, wpisuje się w tym wypadku w moje zawodowe zainteresowania, a więc w pewien, wielce interesujący, nurt współczesnej antropologii, zajmującej się codziennością, a zwłaszcza tym, co w tradycji anglosaskiej nazywa się mianem ordinary affects. W niezwykłej pracy pod takim właśnie tytułem Kathleen Stewart, amerykańska antropolożka z Teksasu, pokazuje narracyjne wymiary kultury: w symultanicznym świecie nawarstwiających się i konkurencyjnych wizji świata nasza codzienność wypełnia się praktykami narracyjnymi, których celem jest okiełznanie tego nadmiaru i znalezienie dla siebie miejsca w postaci pewnej w miarę spójnej postawy wobec zastanych realiów. Literatura kryminalna – pisze Stewart – dostarcza współczesnym Amerykanom i Amerykankom (wierzę, że wszystkim czytającym!) ważnych punktów orientacyjnych w neoliberalnej rzeczywistości, na równi ucząc i przestrzegając przed tym, z czym mają do czynienia jednostki w pełnej niebezpieczeństw (urojonych i realnych), sprywatyzowanej sferze publicznej. Kryminał to soczewka pozwalająca wejrzeć w społeczne lęki, obsesje, ale także źródło praktyk kulturowych polegających na radzeniu sobie z codziennością. W tym właśnie upatrywałbym jej największych walorów i jednocześnie powodów, dlaczego po tę formę literatury sięgamy.

Ostatnim moim odkryciem są powieści niemieckiego autora, poddanego całkowicie socjalizacji do kultury włoskiej, Veita Heinichena, dziejące się nieodmiennie w Trieście. Jego Zbrodnia i kawa to przykład ironicznego porteru Włoch pod rządami Berlusconiego, to opowieść o upadku tych wszystkich wartości, które wiążemy z utopią demokratyczną, i posępne przypomnienie faszystowskiego cienia przeszłości, który potrafi przysłaniać optymistyczny obraz teraźniejszości. To takie pendant i dopełnienie obrazu Wenecji z książek Donny Leon…

Wojciech J. Burszta – prof. dr hab., antropolog kultury, pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i Instytucie Slawistyki PAN . Ostatnio wydał Kotwice pewności. Wojny kulturowe z popnacjonalizmem w tle (2013)

.

Małgorzata Łukasiewicz

Czytam kryminały, a raczej czytuję, od czasu do czasu. Na ogół w odpowiednich po temu okolicznościach w rodzaju grypa, plaża, podróż pociągiem.

Powieść kryminalna znakomicie zaspokaja potrzeby związane z popędem poznawczym. Gra o prawdę, zawsze warta świeczki, w kryminałach jest dodatkowo udramatyzowana, chodzi przecież o to, kto popełnił zbrodnię.

Czasem autor rozsypuje przed czytelnikiem wszystkie tropy wiodące do celu, czasem rozwiązanie jest zastrzeżone dla obdarzonego ponadprzeciętnymi przymiotami bohatera-detektywa. Uznaję oba modele i wszystkie formy pośrednie. Sama i tak nigdy nie wdaję się w konkurencję z detektywem, nie próbuję go wyprzedzać (mimo woli zdarzyło mi się to raz, przy czytaniu Imienia róży, i mocno zraziło mnie do tej książki). Wolę zatrzymywać się przy sztafażu obliczonym na kamuflowanie i zaciemnianie zasadniczego wątku. Pod tym względem nie jestem wybredna. Mogą być paryskie bistra, asfaltowa dżungla Los Angeles, ponure klimaty skandynawskie, angielska prowincja (zawsze też ceniłam podróbki marki Joe Alex), Berlin przełomu lat 20. i 30. (Volker Kutscher! autor w Polsce jeszcze nieznany, polecam), Wrocław/Breslau, Warszawa z ledwie przedwczoraj otwartymi lokalami. Nie pogardzę niuansami psychologicznymi, obyczajowością środowiska, komplikacjami życia rodzinnego, toczącym się na uboczu romansem. Nie przestaje mnie zdumiewać inwencja autorów, wymyślających coraz to inne typy bohaterów, od księdza Browna do Harry’ego Hole’a. Niby wszystko już było, mistrz dedukcji, twardziel, dandys, stara panna, policjant z problemami, a jednak galeria wciąż wzbogaca się o nowe okazy.

Przeszkadza mi nadmiar wsadu ideologicznego, czy będzie to teoria psychoanalizy czy najsłuszniejsza nawet krytyka fatalnych stosunków społecznych. Nie gustuję też w historycznych pętelkach, zadzierzgujących fabułę na rytuałach różokrzyżowców albo misteriach Izydy. Odstręcza mnie grubość powyżej 300 stron, twarda oprawa i złote wypukłe ozdoby na okładce.

Małgorzata Łukasiewicz – tłumaczka literatury niemieckojęzycznej, eseistka, autorka m.in. książek Rubryka pod różą (2007), Jak być artystą. Na przykładzie Thomasa Manna (2011), Dziwna rzecz – pisanie (2012)

.

Robert Ostaszewski

Dlaczego zajmuję się kryminałami? Mógłbym rzec, że z czytaniem kryminałów jest jak z wędkowaniem – albo się to lubi, albo nie. Koniec i kropka. A poważnie: trudno jest odpowiedzieć na to pytanie w krótkich żołnierskich słowach, ale spróbuję. Po pierwsze, mimo iż kryminał należy do prozy gatunkowej i w dużej mierze oparty jest na sprawdzonych, powtarzalnych schematach, jest jednak gatunkiem – by tak rzec – łączliwym, bez trudu daje się miksować z innymi gatunkami i odmianami prozy, co sprawia, że istnieją bardzo różne podgatunki i warianty powieści kryminalnej. Inaczej rzecz ujmując, czytelnik ma w czym wybierać: jak nie kryminał retro, to kryminał procedur policyjnych, jak nie kryminał psychologiczny, to kryminał z elementami fantastyki… Po drugie, sukces skandynawskiego wzorca kryminałów (nazywam to formułą „krymi +”, w której intryga kryminalna jest tylko jednym, niekoniecznie najważniejszym, elementem świata powieściowego) sprawił, że powieści kryminalne w dużym stopniu przejęły funkcje prozy społeczno-obyczajowej. Zaryzykuję tezę, że z polskiej prozy kryminalnej można dowiedzieć się więcej o współczesnej Polsce i Polakach niż z tzw. prozy głównego nurtu. Zamiast oczekiwanej od lat nowej Lalki „kryminaliści” tworzą mozaikowy obraz współczesności pełen trafnym opisów i diagnoz stanu naszego „tu i teraz”. Których autorów kryminalnych najbardziej cenię? Staram się być na bieżąco, zapoznawać się w miarę możliwości z każdym nowym pisarzem „krymi”, co nie jest łatwe, bo tych książek jest cała masa. Często wracam do klasyki gatunku. Jednak najbardziej cenię autorów kryminałów nieoczywistych, przełamanych, w których pojawiają się elementy gry z zastanymi konwencjami. Przywołam dwóch dla przykładu: Austriaka Wolfa Haasa, uwodzącego finezyjnym poczuciem humoru i językowym wyrafinowaniem, czy Kubańczyka Leonardo Padurę, tworzącego melancholijne opowieści kryminalne z elementami realizmu magicznego.

Robert Ostaszewski – prozaik, krytyk literacki. Redaktor „Fa-artu” i „Nowej Dekady Krakowskiej”. Współautor dwóch powieści kryminalnych Kogo kocham, kogo lubię (z Martą Mizuro, 2010), Sierpniowe kumaki (z Violettą Sajkiewicz, 2012)

.

Justyna Bargielska

Czytam kryminały, bo ich nie piszę: skonstruowanie fabuły, w której wszystko musi się mniej więcej trzymać jakiejś logiki, przerasta mnie na tyle, że książki, w których taki rygor udało się zachować, darzę pełnym kompleksów uwielbieniem. Wśród książek z wyróżnialną fabułą kryminały stanowią dla mnie niedościgniony wzór, a dla dyscypliny autora – w moim odczuciu – najtrudniejszy sprawdzian. No, to je czytam, żeby popatrzeć, jak niektórzy się spektakularnie wyłożyli, a innym poszło całkiem nieźle, zaś trzecim udało się tak, jak mnie, sierocie po języku, nigdy się nie uda.

Z tych ostatnich najbardziej chyba Mankella poważam. Bardzo mi się podoba to masowe czytelnicze opętanie przez ducha kryminału skandynawskiego, które od kilku lat daje się obserwować, a personalnie uwielbiam Wallandera, mężczyznę po andropauzie, ale nadal w depresji charakterystycznej dla okresu późnorozrodczego, jeżdżącego volvo, bo czym. Inna rzecz, że klasę kryminału można poznać również po krwistości i żywotności postaci drugoplanowych i technik kryminalny Nyberg świadczy o Mankellowskich procesach produkcyjnych wprost znakomicie.

Czytam kryminały także dlatego, że dużo jeżdżę pociągami i autobusami międzymiastowymi, a od niebieskiego światła robi mi się w ruchu niedobrze, więc nie mogę w pociągach czy autobusach pracować (na laptopie ani smartfonie, ani tablecie), więc, siłą rzeczy, muszę się bawić. Toteż się bawię: prawdopodobnie należę do ostatniego pokolenia, które widziało w czytaniu potencjał rozrywkowy, w odróżnieniu od poważnej lektury, mającej za zadanie rozwijać różne cnoty czytającego, a także podwyższać jego towarzyską, konwersacyjną atrakcyjność. Inna rzecz, że ogromnie lubię być niewolona do rozrywki sytuacyjnie.

Czytam kryminały, na koniec, bo w ogóle czytam. Czytam napisy na murach, szyldy, drogowskazy, gazety przez ramię ludziom w autobusie, dlaczego nie kryminały?

.

Justyna Bargielska – poetka, prozaiczka. Autorka m.in. tomów poetyckich Dwa fiaty (2009), Bach form my baby (2012), książek prozatorskich Obsoletki (2010) i Małe lisy (2013)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata