70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Logika rewolucji

Warto przyjrzeć się Solidarności jako rewolucji. Termin ten pozwala lepiej zrozumieć ruch społeczny jako zjawisko masowe, kierowane określonymi emocjami, rozrastające się zgodnie z charakterystyczną dynamiką. Umożliwia odniesienie tamtych wydarzeń do rozpoznanych mechanizmów rewolucji, np. postępującej radykalizacji postulatów i postaw.

W swojej najnowszej książce nazywa Pan wydarzenia lat 1980–1981 rewolucją. Wcześniej postąpili tak np. Timothy Garton Ash i Jadwiga Staniszkis. Dlaczego warto w ten sposób myśleć o Solidarności?

Nie tylko oni. O rewolucji już jesienią 1980 r. mówił Jacek Kuroń, który jest bardzo ważnym bohaterem mojej książki. W ten sposób rozumieli ją też inni. W pewnym sensie to oczywiste, że ruch Solidarności był rewolucją. Był bowiem masowym, bardzo daleko idącym zaangażowaniem milionów ludzi w zmianę istniejącego systemu. I w gruncie rzeczy ta zmiana nastąpiła. Nie obalono władzy, rządziła ta sama grupa osób, ale zmieniły się reguły ustroju politycznego. Partia utraciła kontrolę nad społeczeństwem, nie mogła podejmować decyzji w sposób dowolny, rozpadł się system nadzoru nad przepływem informacji. To była rewolucja, aczkolwiek samoograniczająca się z przyczyn geopolitycznych. Nie dokonała aktu, który jest ważny w rewolucji, czyli fizycznej zmiany władzy – ale zniszczyła ważne mechanizmy jej sprawowania.

Kuroń mówił w tamtym okresie o samoograniczającej się rewolucji. Najogólniej hasło to oznaczało, że ruch nie mógł całkowicie przejąć władzy w państwie ze względu na radziecką obecność w tej części Europy i groźbę interwencji. Jeżeli chciał przebudować społeczeństwo, zmienić system, musiał zachować tę czapkę pezetpeerowską, która wiązała je z Moskwą.

Kuroń używał terminu „rewolucja”, ale czy inni, zwykli uczestnicy ruchu uważali, że biorą udział w rewolucji?

Nie, oczywiście, że nie. Bardzo często ludzie, którzy uczestniczyli w rewolucji, nie wiedzieli, że brali w niej udział. Dopiero po latach okazuje się, że warto w ten sposób myśleć o określonych wydarzeniach. Solidarność natomiast w ramach samoograniczania uważała na język, jakim się posługiwała. W dyskusjach, na zebraniach słowo „rewolucja” było zakazane. Użycie go oznaczałoby przyznanie, że Solidarność była ruchem demontażu istniejących struktur, zamachu na władzę. Posługiwanie się nim byłoby równoznaczne z samooskarżeniem się. Poza tym ruch nie chciał używać języka ideologii komunizmu. Nikt nie chciał porównywać Solidarności z rewolucją październikową.

A jak rozumieli ruch przedstawiciele władzy?

Władza była uwięziona w gorsecie języka, którego używała. Nie mogła nazywać rewolucją ruchu wymierzonego w partię komunistyczną. Mogła mówić o kontrrewolucji, i mówiła. Dobitnym przykładem języka władzy była ówczesna wypowiedź Nicolae Ceaușescu, w której wzywał władze polskie, aby uruchomiły klasę robotniczą celem położenia kresu kontrrewolucji.

Czego dowiadujemy się o Solidarności, wpisując ją w historię ruchów rewolucyjnych, obok np. rewolucji francuskiej czy właśnie październikowej?

Myślę, że nie powinniśmy obawiać się tego słowa, a mam wrażenie, że trochę się go boimy. Warto przyjrzeć się Solidarności jako rewolucji. Termin ten pozwala lepiej zrozumieć ruch społeczny jako zjawisko masowe, kierowane określonymi emocjami, rozrastające się zgodnie z charakterystyczną dynamiką. Umożliwia odniesienie tamtych wydarzeń do rozpoznanych mechanizmów rewolucji, np. postępującej radykalizacji postulatów i postaw. Solidarność była ruchem napędzanym emocjami ludzi, ich coraz większym ośmielaniem się i wyobrażeniami innej rzeczywistości.

Patrząc z perspektywy ponad 30 lat, jakie są najważniejsze przyczyny zrywu Solidarności?

To bardzo skomplikowany problem. Można mówić o długotrwałych i bezpośrednich przyczynach tego zrywu. Długotrwałe sięgają początków PRL i wiążą się z takimi zjawiskami jak brak suwerenności państwa, narzucenie systemu politycznego, który uniemożliwia samoorganizację obywateli, wolną wymianę poglądów, obronę swoich interesów i budowanie tradycji. W ten sposób system blokował realizację bardzo istotnych ludzkich potrzeb: wolności wyrażania swoich myśli, dążeń, fascynacji, wiary religijnej. Potrzeby te co pewien czas wyrażały się buntem w wydarzeniach roku 1956, 1968, 1970, 1976. Nawet jeśli były to strajki ekonomiczne, jak w 1970 r., to nie sprowadzały się tylko do tego aspektu, gdyż w ich trakcie ujawniały się potrzeby, których spełnienie ten system uniemożliwiał, np. zrzeszania się robotników dla obrony własnych interesów.

A przyczyny bezpośrednie?

Po pierwsze, wybuch Solidarności poprzedzała zmiana pokoleniowa. W dorosłe życie weszli ludzie, którzy nie pamiętali ani wojny, ani stalinizmu, nie mieli więc zakodowanego strachu i poczucia, że władza wszystko może. Po drugie, w okresie gierkowskim społeczeństwo PRL mogło się zapoznać z zachodnią kulturą masową, płynącymi stamtąd wzorcami. Istniały większe możliwości wyjazdu za granicę, telewizja wyświetlała filmy i seriale przedstawiające inną rzeczywistość, w której wolni ludzie żyli w lepszych warunkach materialnych. Te doświadczenia budowały pragnienie zmiany. Po trzecie, była to kwestia lepszego wykształcenia młodych robotników. Coraz większa ich liczba kończyła technika. To byli bardzo światli ludzie. Osoby z elity robotniczej Solidarności były równorzędnymi partnerami uczestniczących w ruchu studentów i absolwentów uczelni. W życiu towarzyskim, w dyskusji, w działaniu politycznym byli to otwarci, rozważni i mądrzy ludzie.

Następnie czwarta przyczyna to istnienie opozycji demokratycznej, która angażowała intelektualistów wokół kwestii politycznych. Wytwarzała język, który pozwalał mówić o problemach społecznych, gospodarczych i politycznych w sposób inny, niż robiła to władza. Odbudowała możliwość opisywania rzeczywistości i porozumiewania się, a więc i zgłaszania roszczeń, potrzeb i tego, co się ludziom nie podoba. Wreszcie, po piąte, ważną rolę odegrał wybór Jana Pawła II i jego pielgrzymka do Polski, które bardzo dowartościowały i ośmieliły społeczeństwo. Ludzie stali się odważniejsi. Podczas pielgrzymki papieża przetestowana została organizacja działań społecznych w masowym wymiarze. Uczestnictwo w wielkich mszach, w straży kościelnej uświadomiło ludziom coś, co wydawało się wówczas niemożliwe – miliony ludzi mogły się zgromadzić, w sposób odpowiedzialny i z poczuciem ogromnej siły coś od siebie powiedzieć. Władza zaś nie była nam do niczego potrzebna. To był zaskakujący fenomen samoorganizacji.

Moim zdaniem to były najważniejsze czynniki, które zadecydowały o wybuchu Solidarności. Kluczową przyczyną rewolucji był jednak stan gospodarki PRL. Olbrzymim błędem często popełnianym przy omawianiu historii Solidarności jest nieuwzględnianie kryzysu gospodarczego. Według mnie nie można zrozumieć tych wydarzeń, jeżeli nie pamięta się o ich kontekście ekonomicznym. Nie byłoby rewolucji, gdyby nie kryzys. Alexis de Tocqueville opisał ten mechanizm na przykładzie rewolucji francuskiej: bunt pojawia się w momencie, gdy pogarsza się standard życia społeczeństwa, któremu jeszcze niedawno poprawiała się egzystencja. W epoce Gierka sytuacja materialna dużej części społeczeństwa poprawiła się, aby pod koniec lat 70. ulec załamaniu na skutek głębokiego kryzysu.

Polska dzieliła losy krajów „drugiego świata”. Dlaczego okazała się najsłabszym w tym czasie ogniwem bloku wschodniego?

Polska zawsze była najsłabszym ogniwem bloku wschodniego, z kilku powodów. Warto cofnąć się do 1945 r. Poza Czechami Polska była jedynym krajem satelickim, który w czasie II wojny światowej walczył po właściwej stronie. Partia miała więc problem ze stworzeniem narracji historycznej, która uprawomocniałaby przejęcie przez nią po wojnie władzy. Okres poprzedzający nowy reżim nie budził poczucia wstydu, a przeciwnie – dumę narodową związaną z tradycją niekomunistyczną.

Była też jedynym państwem, w którym istniały silne ośrodki wychowawcze tworzone przez Kościół. W innych krajach nie było tak silnych organizacji alternatywnych wobec struktur państwowych. Istniała też mocna, w dużym stopniu niezależna od władzy kultura intelektualna.

Kolejne bunty społeczne wobec władzy oddziaływały jako momenty wypracowywania form organizacji i sprzeciwu. Ważnym czynnikiem było też powstanie w 1976 r. zorganizowanej opozycji, która podjęła uporządkowane działania polityczne. Uczyła niezależnego od władzy myślenia i działania. Budowała inną narrację i pamięć historyczną niż ta biegnąca od jednego do drugiego plenum, od jednego do drugiego zjazdu partii rządzącej.

Wielokrotnie powtarzano, że historia PRL to trwający długie lata proces dezintegracji społecznej. Pan zaś, przywołując stanowisko wielu innych badaczy, twierdzi, że jedną z przyczyn wyłonienia się ruchu Solidarności było wykształcenie się w polskim społeczeństwie dużej grupy ludzi gotowych zaangażować się we wspólne działanie i ponieść pewne ryzyko na rzecz ulepszenia rzeczywistości, w której żyją. Czy te twierdzenia nie są ze sobą sprzeczne?

System akceptował ten rodzaj integracji, którą mógł wyreżyserować i prowadzić, jednym słowem, nad którą mógł sprawować kontrolę. Przygotowywał i promował pochody pierwszomajowe, uroczyste święta, imprezy sportowe, określone formy prac społecznych, np. czyn partyjny. Sprzyjał przedsięwzięciom integracji dużych grup, ale tylko gdy sam je organizował i definiował za pomocą własnego języka.

Natomiast władza była przeciwna wspólnemu działaniu, samoorganizacji czy porozumieniom społecznym, których nie kontrolowała. Blokowała je lub próbowała przejąć pod swój nadzór. To działalność opozycji demokratycznej umożliwiała integrację grup, środowisk poza kontrolą władzy i przeciw niej. Bez tego rodzaju działań jednoczących ludzi wokół określonych spraw nie byłoby Solidarności, jaką znamy.

W książce opisuję strajk w Stoczni Gdańskiej zorganizowany przez grupę ludzi, którzy się znali i mieli do siebie zaufanie. Na początku to było kilkanaście, może kilkadziesiąt osób, które potrafiły współpracować, nabrały odwagi w starciach z reżimem, oswoiły się z represjami i mogły razem coś zrobić. Grupa hierarchizowała się, wyłonili się przywódcy, którzy zdobyli poparcie tysięcy zwykłych robotników stoczni. Tym, co uczyniło z Solidarności akt niespotykany, była skala samoorganizacji obejmującej miliony ludzi w wielu regionach. W niej wytworzyło się poczucie uczestniczenia razem w jednym wspólnym ruchu, z jednym przywódcą – Lechem Wałęsą.

O losach niektórych rewolucji zadecydowało poparcie wsi. Jak było w przypadku Solidarności? Z jednej strony bowiem część ruchu stanowiła Solidarność RI, z drugiej, co zaznacza Pan w książce, wsparcie wsi dla ruchu mogło być większe.

To jest bardzo delikatnie postawione pytanie. W swojej książce stawiam sprawę dużo ostrzej. Uważam, że wieś w nikłym stopniu poparła Solidarność. Samoorganizacja na wsi była bardzo płytka i krótkotrwała. Być może to zadecydowało o klęsce ruchu.

Wieś w gruncie rzeczy organizowała się pomiędzy styczniem a majem 1981 r. W kolejnych miesiącach nastąpiło rozprężenie struktur Solidarności Wiejskiej i 13 grudnia ten rozkład był już bardzo głęboki. Pojawiły się silne spory wewnętrzne, brakowało spójnego programu działania i istotnych akcji protestacyjnych. Ruch wiejski nie potrafił wypracować spójnej, długofalowej formuły działania i współdziałania z Solidarnością. Nie umiał zapanować nad chłopskim egoizmem. Postawa chłopów była jedną z głównych przyczyn tego, że wszystko się zawaliło. Była jednym z powodów rozpadu rynku wewnętrznego postępującego już w sposób gwałtowny od połowy roku 1981. Chłopi nie chcieli sprzedawać do miast żywności po cenach, które ich nie zadowalały, czekali na jeszcze wyższe ceny skupu. W miastach pojawiło się widmo głodu, brakowało zaopatrzenia na pokrycie kartek. Ani władza, ani Solidarność nie mogły ich nakłonić do współpracy. Moja ocena postawy chłopów czy wsi w okresie Solidarności jest bardzo krytyczna.

W Solidarności fundamentalną rolę odegrały środowiska katolików świeckich, przede wszystkim KIK-u, z którym Pan był i jest związany. Jak wyglądała wówczas relacja między władzami kościelnymi a grupą ekspertów związanych z KIK-iem?

To był czas, w którym te stosunki układały się bardzo dobrze. Zarazem jednak KIK nie był przedłużeniem hierarchii kościelnej i Kościół do pewnych osób miał większe, a do innych mniejsze zaufanie. Można to zaobserwować w procesie – omawianym przeze mnie w książce – powoływania przez kard. Wyszyńskiego pod koniec sierpnia 1980 r. grupy rezerwowych doradców, która miała służyć strajkującym. Jedną z tych osób był Andrzej Święcicki, prezes Klubu, który ściśle współpracował z kardynałem, tymczasem inni członkowie KIK-u, z Tadeuszem Mazowieckim na czele, uczestniczyli już w strajku, Mazowiecki w tym czasie finalizował negocjacje o utworzenie niezależnego Związku. Nie oznacza to, że do tych drugich kardynał nie miał zaufania. Właśnie Mazowiecki podczas wielkiego kryzysu w marcu 1981 r. zorganizował spotkanie delegacji Solidarności z prymasem.

Dysponujemy zapisami uwag prymasa z tego okresu, z których wynika, że obawiał się zbyt daleko idących kontaktów Solidarności z Zachodem. Kościół bał się interwencji, ale też oceniał, że na Zachodzie mieliśmy do czynienia z siłami politycznymi, którym interwencja lub duże niepokoje w Polsce mogą być na rękę, gdyż osłabiają ZSRR. Dlatego też po Sierpniu prymas niechętnie odnosił się do KOR-u, w tym Kuronia, gdyż był przekonany, że KOR ma powiązania ze zdecydowanie antyradzieckimi nurtami zachodniej polityki i w związku z tym będzie dążyć do zaostrzenia sytuacji.

Sytuacja Kościoła w okresie Solidarności jest o tyle skomplikowana, że w latach 70. w relacjach władza–Kościół wypracowano konsensus, który uwzględniał interesy obydwu stron. Kościół obawiał się więc naruszania status quo, a do tego dążyła Solidarność.

Zacznę od pierwszego elementu tej relacji, czyli dość zróżnicowanego wówczas środowiska władzy. Współtworzyły go różne grupy. Był beton, który uważał, że Solidarność należy zdławić siłą i jest tylko kwestią czasu, kiedy to się stanie, ale byli też tacy, którzy myśleli o włączeniu Solidarności w struktury systemu. Ci drudzy liczyli na rozbicie Związku, stworzenie kilku organizacji i rozgrywanie sporów między nimi, oswajanie ich, osłabianie. Sądzili, że wobec Związku należy stosować strategię negocjacji i manipulacji, a nie przemocy. Tę linię reprezentował Stanisław Kania. W jej ramach chciano, aby Kościół współuczestniczył w oswajaniu Solidarności i wpływał na Związek, schładzając gorące głowy. Ta część aparatu partyjnego była przekonana, że Kościół będzie postępował odpowiedzialnie. Myślano: Kościół jest oczywiście antykomunistyczny, ale to nie jest spór ideologiczny, lecz realna polityka i w realnej polityce Kościół jest czynnikiem przewidywalnym, nie chce awantury – jest partnerem.

Ten sposób myślenia ukształtował się w ośrodkach kierowniczych władzy w latach 70. W okresie Solidarności I sekretarz i jego najważniejsze otoczenie traktowali Kościół jako partnera, z którym nie należy zadzierać, lecz wspólnie stabilizować sytuację w państwie. Tak będzie również w stanie wojennym i aż po rok 1989, kiedy biskupi zasiądą przy okrągłym stole w roli obserwatorów i rozjemców łagodzących napięcia.

Zaangażowanie Kościoła w ruch koncentrowało się na działaniach, które służyły schładzaniu nastrojów, osłabianiu konfliktu, budowaniu pośrednich ogniw umożliwiających szukanie porozumienia. Kościół, oddziałując w dużym stopniu przez Lecha Wałęsę, hamował radykalne inicjatywy. Skala zaangażowania Kościoła zmieniała się w różnych okresach. Przez kilka miesięcy po śmierci Wyszyńskiego, zanim abp Glemp umocnił się na urzędzie, Kościół w mniejszym stopniu wpływał na przebieg zdarzeń. Przez cały czas zachowywał wpływ na Związek, ale w wymiarze duszpasterskim, nie doradczym.

Czy to oznacza, że trudno raczej mówić o Solidarności jako rewolucji współtworzonej w przeważającej mierze przez katolików i opowiadającej się przeciw autorytarnej władzy kierującej się sekularyzującą ideologią?

Nie, to nie ten czas, nie to dziesięciolecie. W tym okresie trudno mówić o wyrazistych wrogach religii w miarodajnych ośrodkach władzy. Wśród znaczących postaci nie potrafiłbym wskazać ani jednego „wojującego ateisty”, osoby chcącej na siłę sekularyzować społeczeństwo. Przywiązywano wagę do utrzymania świeckości państwa i obowiązywała zasada, że religia jest nieobecna w sferze publicznej, nawet w gazetach codziennych jej nie ma. Ten rozdział został milcząco uznany przez obydwie strony i nie było wokół niego konfliktu ani napięć.

W ramach ruchu jednak ważną funkcję pełniły symbole i praktyki religijne, msze, śpiewanie pieśni, modły, które były elementem strajków czy akcji manifestacyjnych. Ludzie posługiwali się nimi jako narzędziem integracji grupy i oporu wobec władzy.

Praktyki religijne integrowały ruch czy uczestników poszczególnych protestów, ale raczej nie były środkiem oporu wobec władzy. Spajały grupę i służyły wyrażaniu jej tradycji i tożsamości. Były wyrazem uzyskiwania suwerenności przez ruch, którego uczestnicy byli w większości katolikami. Organizowano więc msze w zakładzie pracy, podczas strajku czy na zjeździe Związku, noszono Matkę Boską w klapie.

Nie było to jednak wykluczające. Kościół i środowiska katolickie przyjmowały wówczas postawę inkluzywną. Starały się przyciągać wątpiących i krytycznych, nie stawiały pewnych kwestii na ostrzu noża. Obecnie postawa Kościoła jest dużo bardziej radykalna i wykluczająca, wówczas jednak Kościół był inny. Solidarność także miała formułę otwartą i starała się skupić ludzi bardzo różnych, także jeżeli chodzi o stosunek do religii. Jak wiemy, była w tym skuteczna.

Wcześniejsze pytania dotyczyły zaangażowania Kościoła i środowiska KIK-u w ruch. Pana jednak w większym stopniu interesuje w książce KOR, a właściwie Jacek Kuroń. Dlaczego jego postać, podejmowane działania i formułowany przez niego program polityczny zajmują wyeksponowane miejsce w Pańskiej historii Solidarności?

Jacek Kuroń był głównym twórcą opozycyjnego ruchu politycznego i społecznego, który doprowadził do Solidarności. Nie byłoby Solidarności bez myśli politycznej Kuronia z lat 70., jego pomysłów na samoorganizację społeczną, bez jego wiedzy o tym, jak strajkować, bez jego haseł, zaczynając od najbardziej znanego: „Zamiast palić komitety, zakładajcie własne”.

Jego rola jest fundamentalna dla losów Związku, począwszy od lata 1980 r. po grudzień 1981. Pełnił funkcję formalną – doradcy Krajowej Komisji Porozumiewawczej; był publicystą – przygotował kilka bardzo ważnych tekstów programowych; aktywizował ruch – przeprowadził dziesiątki spotkań i zebrań w zakładach pracy, na uczelniach, w organizacjach regionalnych, na których tłumaczył cele i działania ruchu; uczestniczył też w istotnych debatach strategicznych w kierownictwie Związku na różnych etapach jego istnienia, będąc współtwórcą decyzji, co uchwalić, jak się zachować, w którą stronę pójść, czego można żądać. Był jednocześnie wizjonerem – sformułował np. propozycję utworzenia rządu narodowego, porozumienia głównych sił: Kościoła, Solidarności i władzy.

Kuroń był jednym z głównych działaczy Solidarności i strategów tego ruchu. Zatem to, że piszę o nim więcej niż o innych, jest uzasadnione. Zarazem książka ta jest częścią mojego większego projektu opisania aktywności Kuronia. Nie chcę powiedzieć, że Kuroń był ważniejszy od Tadeusza Mazowieckiego czy Bronisława Geremka. Myślę raczej, że to są trzy najważniejsze osoby, jeżeli chodzi o ustalanie horyzontu programowego ruchu.

Czym wyróżniał się Kuroń na tle innych ważnych działaczy?

Kuroń był szczególnym typem polityka. To, co myślał, to mówił i robił. Nie był politykiem gabinetowym, który ma określone plany i będzie je realizował, ale nie ujawnia swoich celów w imię efektywności działania. Kuroń był politykiem typu rewolucyjnego, czyli adresatem tego, co miał do powiedzenia, byli członkowie Związku, których trzeba przekonać do takich, a nie innych działań. Tak działa logika rewolucji. Nie można liczyć na to, że masy zaakceptują coś, co zostanie wynegocjowane w gabinetach. Ludzi trzeba najpierw przekonać do tego, co chcemy osiągnąć i jakie są ograniczenia. Gdy zyskamy ich akceptację, wówczas możemy negocjować, ale jeżeli nie będziemy mieli ich poparcia, to nie możemy tego negocjować, ale trzeba dalej przekonywać.

Jak układały się relacje pomiędzy zaangażowanymi w ruch działaczami KIK-u i KOR-u? W KIK-u było wiele osób związanych jednocześnie z KOR-em, np. Henryk Wujec i mnóstwo młodych. Chyba wszyscy czytaliśmy KOR-owską bibułę. W latach 70. współpraca KOR-u i KIK-u była wyraźna. Istniała duża grupa ludzi, którzy towarzysko byli w jednym i drugim środowisku. Trudno zatem mówić o dwóch odrębnych środowiskach i relacjach między nimi.

Różnice czy napięcia pojawiały się w niektórych momentach wśród przywódców grup, np. spór Mazowiecki– Kuroń, Mazowiecki–Michnik. Spory dotyczyły strategii działania Związku. Chociażby po Sierpniu ‚80, kiedy pojawiło się pytanie, czym Związek ma być i jak ma postępować. To był spór: rewolucja czy ewolucja. Czy nazwiemy te wydarzenia rewolucją z właściwymi jej konsekwencjami, jak zrobił to Kuroń, czy będziemy postępować ostrożnie, dbając przede wszystkim o umocnienie tego, co już osiągnięto, jak uważali Mazowiecki i Geremek? Oni oceniali, że należy przede wszystkim zagospodarować wywalczoną już przestrzeń wolności i stopniowo, niewielkimi ruchami poszerzać jej granice. Nie zakładali, że nastąpi tak szybka i mocna radykalizacja nastrojów i że masy związkowe będą naciskać na bardziej zdecydowane działania, że ruch rewindykacji wystąpi w regionach z taką siłą. Nie sądzili też, że tak szybko drastycznemu pogorszeniu ulegnie sytuacja gospodarcza, która rozbudzała radykalne nastroje.

Później jednak konflikty między przywódcami grup powracały.

Trudno mówić o walce czy konflikcie, były to raczej ostre dyskusje, a po okresach tarć następowały kompromis i zgodne działanie. To była różnica stylów myślenia. Można mówić o dużym napięciu między dwoma grupami, a właściwie ich przywódcami w pierwszym miesiącu Solidarności, ale już w okresie kryzysu rejestracyjnego, w drugiej połowie października, następuje wygaszenie napięć. Później czasami one powracały, np. na początku marca 1981, potem w czasie kryzysu bydgoskiego, ale po okresach tych napięć sprawnie współpracowano.

Należy myśleć o Solidarności jako o fenomenie na tle innych ruchów rewolucyjnych. Przywódcy masowych ruchów politycznych i społecznych, ludzie o dużych temperamentach politycznych zwykle chcą, aby ruch działał zgodnie z ich wyobrażeniami. Nie dlatego że są egoistami, ale dlatego że mają głębokie przekonanie o słuszności swoich propozycji. I trudno znoszą konkurentów i oponentów. Tymczasem kierownictwo KOR-u i KIK-u nie popadało w silne konflikty i potrafiło współpracować. Może wynikało to także z tego, że przywódcą był Wałęsa i inni związkowcy, a politycy byli tylko doradcami.

Główni doradcy byli ludźmi o wysokiej moralności i samokontroli w walce politycznej, potrafili powściągać się, aby działać na rzecz dobra wspólnego. Wyraźnym znakiem takiej postawy było poparcie Wałęsy przez Kuronia na zjeździe Solidarności jesienią 1981 r. Służba Bezpieczeństwa uważała, że Kuroń zaatakuje Wałęsę i będzie próbował wylansować na przewodniczącego kogoś innego. Wałęsa wcześniej kilka razy atakował Kuronia i nie poparł go dostatecznie, gdy groziło mu aresztowanie. Niewątpliwie między nimi było pewnego rodzaju napięcie. A tymczasem, ku kompletnemu zdumieniu wszystkich obserwatorów ze służb, milicji i kierownictwa partii, Kuroń poparł Wałęsę i został on wybrany na przewodniczącego Związku również głosami frakcji KOR-owskiej.

Czy Solidarność mogła przetrwać dłużej?

Nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi. Być może Solidarność istniałaby dłużej, gdyby nie postawiła żądania samorządności załóg pracowniczych, która oznaczała stopniową utratę przez aparat partyjny kontroli nad zakładami przemysłowymi. Ta zmiana w ważnym punkcie naruszała ustrój komunistyczny i dla Moskwy była nie do przyjęcia. Generalnie jednak samo istnienie Solidarności i suwerenność społeczeństwa, jego samoorganizacja to było złamanie reguł ładu radzieckiego i w Moskwie obawiano się, że precedens ten może pociągnąć za sobą podobne zmiany w innych krajach bloku. Zagrażało również radzieckim interesom w polskiej gospodarce: praktykom narzucania wydatków zbrojeniowych, ustalania nierealistycznych cen itd.

Alternatywą wobec podjęcia programu samorządowego było niewtrącanie się Solidarności w sprawy organizacji gospodarki. Jak jednak Związek miał nie mieszać się do gospodarki, skoro niczego nie było w sklepach i ludzie nie mieli co jeść? Władza coraz bardziej nieudolnie dystrybuowała towary, zwłaszcza żywność. Stąd narastanie żądania, aby zmienić rządzących na niskim szczeblu poprzez wolne wybory do rad narodowych. A to oznaczało odebranie komitetom partyjnym prawa do mianowania na stanowiska na najniższym szczeblu i w rezultacie formowanie się elity rządzącej od dołu i lokalnie, co zniszczyłoby nomenklaturowy system komunistycznej kontroli społeczeństwa.

Przy odpowiedzi na to pytanie należy wziąć pod uwagę także pękanie samego Związku, o czym nie chcemy dzisiaj pamiętać. Jesienią 1981 r. Solidarność słabła przede wszystkim oddolnie, głównie z powodu problemów gospodarczych. Brakowało żywności i ludzie żądali, aby Związek zmusił władzę, by ta zapewniła zaopatrzenie. W wielu regionach wybuchały lokalne strajki, a kierownictwo Związku ani nie mogło ich powstrzymać, ani zapewnić im sukcesu. Władza zresztą nie mogła zorganizować sprawnego zaopatrzenia, tak dalece postąpił rozkład gospodarczy Polski.

Czy istniały szanse, że władza zachowa się inaczej?

Tak, należy pamiętać o słabości ówczesnej władzy. Partia była zróżnicowana i niezdolna do spójnego działania, co było widoczne już w pierwszych miesiącach 1981 r., a zwłaszcza w czasie kryzysu bydgoskiego, kiedy ogromna część jej członków uważała, że to Solidarność ma rację w konflikcie, a nie władza. To była erozja, która gdyby nie została zahamowana przez Moskwę, mogłaby sprawić, że IX Nadzwyczajny Zjazd PZPR w lipcu 1981 wyłoniłby zróżnicowane kierownictwo partyjne z dosyć silnym skrzydłem socjaldemokratycznym. Wówczas sytuacja polityczna w Polsce wyglądałaby inaczej.

Nie doceniamy niezwykle brutalnego i stałego nacisku, wręcz szantażu Moskwy, który ograniczał pole manewru i zakres możliwych rozwiązań. Z powodu nacisku radzieckiego tzw. beton nie mógł przegrać. Przyjęto bardzo niedemokratyczną ordynację w wyborach na Zjazd, która upośledzała wielkie zakłady przemysłowe i wielkie miasta, a wzmacniała małe miasteczka, gdzie beton partyjny był najsilniejszy i najsłabiej docierała Solidarność. To sprawiło, że Zjazd nie doprowadził do wyłonienia się żadnej silniejszej opcji. Wybrał Komitet składający się w większości z ludzi bez własnej pozycji i pozbawionych doświadczenia politycznego. Jesienią Komitet Centralny nie odegrał żadnej roli – był przedmiotem manipulacji zawodowych sekretarzy, związanych z betonem, zwolenników utrzymania systemu nomenklatury i rzeczników zniszczenia Solidarności.

Istniały ograniczenia zewnętrzne tego, co Solidarność mogła osiągnąć. Związek przez samo swoje istnienie podważał radziecki porządek i od początku jego trwanie budziło sprzeciw Moskwy. Nasilały się naciski na władze PZPR, aby położyć kres temu eksperymentowi. Moskwa właściwie nie dopuszczała żadnych istotnych korekt w istniejącym systemie. Ani poszerzenia wolności prasy, ani wolności związkowej. Polska z Solidarnością jako jednym z głównych podmiotów życia publicznego była skazana na narastający konflikt z Moskwą. Solidarność mogła trwać o tyle, o ile zniszczenie tak dużej organizacji było zbyt trudne i zbyt ryzykowne dla Moskwy. Mieliśmy zatem nasze 16 miesięcy.


ANDRZEJ FRISZKE – prof. dr hab., historyk zajmujący się historią najnowszą, autor wielu książek, m.in. Opozycja polityczna w PRL 1945–1980 (1994), Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej 1956–1989 (1997), Życie polityczne emigracji (1999), Polska. Losy państwa i narodu 1939–1989 (2003), Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi (2010), Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności (2011) oraz Rewolucja Solidarności 1980–1981 (2014). W latach 1999–2006 członek Kolegium IPN, a od roku 2011 Rady IPN. Przewodniczący, wcześniej członek zarządu Stowarzyszenia „Archiwum Solidarności”. Stypendysta Fundacji Herdera (1983–1984), laureat Nagrody Fundacji PolCul (1990), Nagrody Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie (1995), „Za osiągnięcia w badaniach polonijnych” (2000), „Podporiusza” (2004), „Polityki” (2011), Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego (2011). Pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykładowca Collegium Civitas. Od 1982 r. w „Więzi”

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata