70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Przejmij się odpowiedzialnością”

Można mu było wyznać wszystko. Nie oceniał, próbował zrozumieć. Jego Bóg miał twarz innego, chorego, pogardzanego.

 

Bardzo nie chciałem poznać ks. Musiała. Gdy po pierwszym roku studiów popadłem w poważne kłopoty ze zdrowiem, przyjaciel podał jezuicie mój numer telefonu. Nic o tym nie wiedziałem, więc byłem zaskoczony, gdy pewnego dnia usłyszałem w słuchawce: „Nazywam się ks. Stanisław Musiał i chciałbym panu pomóc”.

Oczywiście czytałem jego publicystykę, ale na propozycję spotkania odparłem opryskliwie, że chyba pomylił numer, bo nie jestem wierzący, więc w celach duszpasterskich powinien zadzwonić gdzie indziej. (Do dziś mam alergię na rozważania o szlachetności cierpienia). Byłem przekonany, że spławiłem go skutecznie.

Jednak nie zrezygnował. Tydzień czy dwa później zadzwonił po raz kolejny z pytaniem, czy mógłbym dać mu szansę. Zarzekał się, że nie będziemy rozmawiać o wierze. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego zgodziłem się na spotkanie.

Może z powodu kilku niezwykłych historii, jakie tymczasem o nim usłyszałem? Podobnie jak Jacek Kuroń, nie nosił portfela. Znajoma, która wynajmowała wówczas pokój w znanym krakowskim domu Marii i Stanisława Balewiczów, opowiedziała m.in., jak niedawno odwiedził ich z osobliwą, postrzępioną fryzurą. Aby zaoszczędzić, próbował skrócić włosy sam. „Stasiu, jak Ty wyglądasz!” – jęknęła pani domu i pobiegła po nożyczki.

Ks. Musiał przyjął mnie w Domu Pisarzy. Wiedział, że muszę chodzić do lekarza prywatnie, więc zaproponował, że pokryje koszty kilku wizyt. Zaprotestowałem. Ksiądz wytłumaczył, że jest jedynie pośrednikiem, a pieniądze pochodzą od zaprzyjaźnionej arystokratycznej rodziny z Francji, która straciwszy przed laty małego syna, postanowiła przeznaczyć na cele charytatywne środki, jakie wydałaby na jego wychowanie i edukację. Zapytałem, czy nie możemy tego potraktować jako pożyczki. Zgodził się pod warunkiem, że dług oddam komuś innemu w potrzebie. Chciałem przynosić rachunki, ale powiedział, abym się nie wygłupiał.

Gdy moje zdrowotne problemy minęły, utarł się obyczaj, że co tydzień szedłem do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, gdzie odbierałem dla ks. Musiała kilka egzemplarzy, które następnie zanosiłem na ulicę Kopernika. Dotrzymał danego słowa. Nigdy nie rozmawialiśmy o Bogu, choć dużo o Kościele, często się przy tym spierając. Bywałem dla niego okrutny, gdy skarżył się na problemy z przełożonymi. Na moje sugestie, że zakon to dobrowolny wybór, odpowiadał, że rodziny się nie porzuca. Nie wyobrażał sobie innego życia.

Z czasem dowiedziałem się, że byłem jednym z jego wielu podopiecznych. Pamiętam, gdy kiedyś przyszedłem na umówioną godzinę, poprosił, abym pospacerował po ulicy Kopernika, ponieważ za kilka minut miał przyjść chłopiec po pieniądze dla romskiej rodziny. Ksiądz nie chciał, aby czuł się skrępowany czy upokorzony.

Martwił się, gdy gazety podały wysokość Nagrody Jana Karskiego i Poli Nireńskiej (5 tys. dolarów): „Przecież mi nie uwierzą, że czek jest dla zakonu”. I planował kolejne zastępstwa na niemieckich parafiach, aby zarobione pieniądze rozdawać potrzebującym, których stale przybywało. Jednych przyprowadzali znajomi, drugich przyciągał jako kaznodzieja i spowiednik.

Pomoc dla przyjaciół organizował zresztą od zawsze. Ponieważ przez wiele lat mieszkał za granicą, prosili go w listach o trudno dostępne w ówczesnej Polsce rzeczy. Wysyłał paczki z lekami, kawą, herbatą, kakao, ubraniami i taśmami do maszyn do pisania. Wszędzie ujmował ludzi niezwykłą uczciwością i pokorą. Gdy w latach 80. mieszkał w opactwie trapistów w Engelszell nad Dunajem, bracia modlili się, aby u nich został. Podbił ich serca… zmywaniem naczyń po obiedzie.

Można mu było wyznać wszystko. Nie oceniał, próbował zrozumieć. Wyczuwało się w nim wielką uważność wobec świata. Jego Bóg miał twarz innego, chorego, pogardzanego. Jak niegdyś zauważyła Joanna Tokarska-Bakir, zdanie o Simone Weil, że „nie nadawała się do życia”, pasuje także do ks. Musiała. Nie potrafił odmawiać.

Gdy skończyły się egzemplarze autorskie książki Dwanaście koszy ułomków, poprosił, abym dokupił kolejne na prezenty. Wstydził się pójść do księgarni, gdyż na okładce było jego zdjęcie.

Jednocześnie potrafił być bezkompromisowy, o czym mogłaby opowiedzieć choćby redakcja „Tygodnika Powszechnego”, która niejednokrotnie miewała kłopoty z jego tekstami (odrzuciła np. jego mocną filipikę przeciwko wojnie w Iraku Bóg nie jest po naszej stronie, która potem ukazała się w „Rzeczpospolitej”).

Pamiętam, jak się ucieszył, gdy po aresztowaniu organizatora krakowskiej manifestacji pacyfistycznej Omara Farisa media cytowały jego wypowiedź: „Policja powinna być konsekwentna w swoim działaniu i aresztować mnie. Skoro obwinia się niewinnego człowieka, który zachowywał się na manifestacji tak samo jak ja, to przecież też powinienem znaleźć się na ławie oskarżonych”.

Niedawno natrafiłem na kilkanaście karteczek z notatkami ks. Musiała, które być może służyły mu podczas głoszenia kazań. Przepisuję dwa zdania: „Przejmij się odpowiedzialnością za swoje życie i za życie innych. Inaczej będziesz je oddawał śmierci”.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata