70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bałkańska wiosna

Podczas gdy zachodnia Europa – na czele z Belgią – przygotowuje się do upamiętnienia 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej, wschodnia – na czele z Polską – z coraz większym niepokojem spogląda na Ukrainę, Bałkanom ponownie grozi destabilizacja. Trwające od kilku miesięcy manifestacje ogarnęły przede wszystkim Bośnię, ale też Czarnogórę, Kosowo, Serbię. Dopóki mają podłoże społeczno-ekonomiczne, a nie etniczne, raczej nie grożą kolejną wojną. Skutki i tak mogą być poważne – czas więc na redefinicję europejskiego podejścia do Bałkanów.

O Sarajewie świat, a przynajmniej Europa, przypomniał sobie w lutym tego roku, kiedy przez całą Bośnię przetoczyła się fala manifestacji. Wszystko zaczęło się od Tuzli. Powodem do demonstracji była likwidacja kolejnej fabryki, w efekcie czego tysiące ludzi straciło pracę. Błyskawicznie protesty przeniosły się do innych miast: Bihacza, Zenicy, Mostaru, Sarajewa. Początkowo pokojowe marsze przemieniły się w coraz bardziej gwałtowne starcia z policją, w Sarajewie protestujący spalili siedzibę rządu federalnego oraz archiwum państwowe. Trzeba było dopiero tych ostatnich wydarzeń i kilkudziesięciu poważnie rannych, by temat „przebił się” przez serwisy informacyjne zdominowane doniesieniami z Ukrainy i zainteresował Unię Europejską. Gdyby nie Chorwacja, od lipca nowy członek wspólnoty, Europa nie zainteresowałaby się Bośnią. Co właściwie stało się (i dzieje, bo protesty, choć na mniejszą skalę, nadal trwają) w tym kraju? Bezpośrednią przyczyną niezadowolenia społecznego jest zamykanie kolejnych miejsc pracy, rosnące bezrobocie (w skali całego kraju wynosi 44%!), bieda i korupcja elit rządzących. Pośrednia przyczyna protestów tkwi w błędnej polityce wewnętrznej Bośni i zaniechaniach Zachodu. Wszyscy, i w BiH, i poza nią, skoncentrowali się głównie na umocnieniu pokoju. Zapomnieli o reformach społecznych i administracyjnych. Czkawką odbija się też porozumienie z Dayton – symbol końca wojny.

Paradoks Dayton

Zawarte w 1995 r. w amerykańskim mieście Dayton porozumienie pokojowe przyjęte zostało jak zbawienie. Oznaczało koniec bratobójczej wojny. Jego sygnatariuszami stali się trzej przywódcy, zbrukani krwią ofiar wojny. Prezydenci: Jugosławii Slobodan Miloszević, Chorwacji Franjo Tudjman i Bośni Alija Izetbegović, byli współodpowiedzialni za czystki etniczne w czasie wojny, za cierpienie niewinnych ludzi. Okazali się jednak jedynymi gwarantami pokoju, a dla USA i Europy partnerami do rozmów. Po czteroletniej wojnie, która pochłonęła życie kilkudziesięciu tysięcy ofiar (niektóre źródła mówią nawet o ponad 200 tys. zabitych po wszystkich stronach frontu), kluczowe było przywrócenie pokoju i skrojenie państwa, w którym mogliby żyć ludzie do niedawna stojący po różnych stronach barykady. To, jak będzie funkcjonować powojenna Bośnia, stanowiło wówczas kwestię drugorzędną. Najważniejszy był pokój.

Tymczasem z błogosławieństwem mocarstw światowych stworzono państwo-kuriozum. Aneks czwarty układu, zawierający konstytucję BiH, określił ustrój polityczno- administracyjny Bośni jako państwa składającego się z dwóch części: Republiki Serbskiej (49% terytorium) i Federacji Bośni i Hercegowiny (51% terytorium), oraz z autonomicznego dystryktu Brcko podległego bezpośrednio rządowi centralnemu. Obie części posiadają własne parlamenty, rządy i pełną autonomię w sprawach wewnętrznych. Nieliczne tylko kompetencje (w tym sprawy zagraniczne, polityka monetarna i celna) należą do rządu centralnego. Układ zawiera również postanowienia regulujące powrót uchodźców i osób wysiedlonych oraz gwarancje dla mniejszości narodowych. Przestrzegania postanowień układu ma nadzorować specjalnie powołany w tym celu urząd wysokiego przedstawiciela dla BiH. To nie koniec. By uprzedzić ewentualne kłótnie między trzema narodami zamieszkującymi kraj, wprowadzono parytety narodowościowe na każdym szczeblu władzy. Jako najwyższy urząd państwa konstytucja wskazuje trzyosobowe Prezydium, w którego skład wchodzi jeden przedstawiciel każdego z narodów. Jeden z członków Prezydium jest przewodniczącym (prezydentem), a dwóch pozostałych wiceprzewodniczącymi (wiceprezydentami), przy czym system ten jest rotacyjny, więc co 8 miesięcy następuje zmiana na stanowisku przewodniczącego Prezydium. Zaproponowane rozwiązanie, respektujące równy dostęp do sprawowanych funkcji, znajduje swoje odbicie także w innych organach i instytucjach, tak szczebla centralnego, jak i części składowych. Konstytucja niezwykle rygorystycznie podchodzi do tej materii, dlatego począwszy od instytucji głowy państwa, poprzez obsadę funkcji przewodniczącego każdej z izb parlamentu (centralnego oraz dwóch w częściach składowych), aż do Zgromadzeń Kantonalnych Federacji Bośni i Hercegowiny oraz Rad Municypalnych funkcjonuje system oparty na kryterium etnicznym. Republika Serbska różni się nieznacznie, ponieważ funkcję przewodniczącego danego organu pełnić może tylko Serb. Nakładają się na to dodatkowo kompetencje wysokiego przedstawiciela, będącego de facto gubernatorem Bośni. Nie do końca są one sprecyzowane, a ich zakres definiowali kolejni przedstawiciele. Mogli podejmować samodzielne decyzje, a także dymisjonować urzędników państwowych, z czego niektórzy z nich ochoczo korzystali.

Kohabitacja

Szczegółowy opis struktury administracyjnej Bośni pokazuje, z jak wielkim trudem funkcjonuje to państwo. Bez wątpienia największym jego sukcesem jest utrzymanie pokoju. Mobilizująco działa perspektywa euro-atlantycka. I choć droga BiH do Unii będzie jeszcze daleka, to są już drobne sukcesy – takie jak podpisanie w 2008 r. Umowy o stabilizacji i stowarzyszeniu. Jednak podpisanie tego dokumentu przyśpieszyło, paradoksalnie, wydarzenia w Kosowie. W lutym 2008 r. Kosowo jednostronnie ogłosiło niepodległość, a nowe państwo uznała większość krajów unijnych (poza Słowacją, Rumunią, Cyprem, Grecją i Hiszpanią). W odpowiedzi na niepodległość Kosowa Serbowie z Republiki Serbskiej zorganizowali kolejne manifestacje, w trakcie których powołując się na precedens kosowski, żądali pełnej niezależności i / lub przyłączenia do Serbii. Chcąc zapobiec rozpadowi BiH, Bruksela przyśpieszyła podpisanie Umowy. To dzięki naciskom ze strony unijnej w Bośni przeprowadzono wreszcie reformę policji i powstały wspólne jednostki. Wielkim osiągnięciem kraju jest utworzenie wspólnych sił zbrojnych – co było jednym z wymogów stawianych przez Pakt Północnoatlantycki. Udało się też wreszcie, w ramach uspokajania nastrojów na Bałkanach, doprowadzić do zniesienia reżimu wizowego także dla mieszkańców Bośni.

Jak jednak wygląda wspólne życie w kraju tak wewnętrznie podzielonym? To częsty paraliż decyzyjny, przebiegający od najniższego po najwyższy poziom. Bośnia jako skoordynowany, spójny wewnętrznie kraj nie istnieje. Najważniejsze decyzje nierzadko podejmował wysoki przedstawiciel – od 2009 r. (na czas nieokreślony) jest nim austriacki dyplomata Valentin Inzko. Od uproszczenia systemu decyzyjnego w rządzie przez tak kluczowe i symboliczne kwestie jak flaga czy waluta. Taki system zabezpieczał przed wybuchem sporów o władzę na tle etnicznym, ale jednocześnie w pewnym sensie przyczyniał się do ubezwłasnowolnienia kraju. Poszczególne partie polityczne czują się zwolnione z odpowiedzialności za cały kraj.

Na przykładzie BiH widać wszystkie plagi, które nękają politykę. Pogoń polityków wyłącznie za własną popularnością i interesem, łatwo przechodząca w populizm – vide lider Serbów Miroslav Dodik. Na marginesie warto dodać, że wprawdzie Chorwaci i Bośniacy wydają się bardziej skłonni do współpracy ze sobą, jednak współpraca ta także nie przebiega bezkolizyjne. Co jakiś czas pojawia się pomysł wydzielenia części chorwackiej z federacji bośniacko-chorwackiej. Na szczęście nie znajduje on szerokiego odzewu wśród mieszkańców. Istnieje jeszcze czynnik religijny, głównie islamski. Od zakończenia wojny w BiH trwa niekończący się renesans islamu, inkorporowanego z zagranicy – meczety i szkoły koraniczne budują Iran, Arabia Saudyjska, Turcja… Korupcja na wszystkich szczeblach władzy i nepotyzm, dotyczące wszystkich wspólnot narodowych, są od lat bezowocnie piętnowane przez Brukselę. Nie bez powodu to oskarżenie wysuwają Bośniacy. Zgodnie, bo te zimowo-wiosenne protesty były wspólną akcją bośniackich muzułmanów, Serbów i Chorwatów. I wszyscy jednogłośnie deklarują, że nadszedł już czas na zmianę, a raczej wymianę klasy politycznej. Skompromitowani politycy, zajęci tylko swoimi interesami, muszą odejść. Pytaniem otwartym, na które nie ma prostej odpowiedzi, jest, kto ich zastąpi.

A powody do niezadowolenia są wymierne. Bezrobocie w skali całej BiH wynosi 44%, wśród młodych ludzi przekracza 50%, w Republice Serbskiej dochodząc nawet do 60%. Od czasu zakończenia wojny w kraju nie przeprowadzono poważniejszych reform gospodarczych, w efekcie otrzymano system ekonomiczny będący kuriozalnym połączeniem schyłkowego komunizmu i dzikiego kapitalizmu, z rozdętą szarą strefą. Co w połączeniu z dysfunkcyjną administracją państwową tworzy bardzo niebezpieczną sytuację. W pełnoletność wkracza teraz pierwsze pokolenie urodzone po wojnie. Co prawda ci młodzi ludzie nie doświadczyli bezpośrednio wojennej traumy, jednak byli wychowywani wśród opowieści o tym, co się działo. Dorastają, nie mając perspektyw życiowych ani na dobrą pracę, ani na własne mieszkanie, a tym bardziej na stabilizację finansową. Są zdesperowani i bardziej skłonni do buntu niż pokolenie ich rodziców, bezpośrednio naznaczone doświadczeniem wojny. To, co się obecnie dzieje w Bośni, to dopiero preludium do możliwej eskalacji społecznych konfliktów. Dopóki niepokoje nie mają podtekstu społecznego, sytuacja jest do opanowania. Dlatego jest jeszcze czas na interwencję – Unii Europejskiej. Nawiasem mówiąc, jeden z wpływowych dyplomatów unijnych przyznał, że przed lutym do Tuzli przyjeżdżało wielu cudzoziemców, sugerując, iż to oni – niewymienieni z narodowości – stali za sprowokowaniem zamieszek. Podobnie powtarzają też politycy z Bośni, co jest dla nich dosyć wygodnym tłumaczeniem niewygodnej dla nich sytuacji. Czy tak rzeczywiście było? Komu mogłoby zależeć na zaognieniu sytuacji na Bałkanach? Nie brak opinii, że być może stoi za tym Rosja chcąca w ten sposób odwrócić uwagę od Ukrainy. Turcja? Brak jednoznacznych tropów, które prowadziłyby do któregoś z krajów ościennych.

Wśród komentarzy zagranicznych pojawia się coraz częściej dosyć niepokojąca koncepcja – czas skończyć z fikcją i podzielić BiH. To najgorszy z możliwych wariantów, bo mógłby otworzyć puszkę Pandory. Podział oznaczałby przecież ponowną dyskusję o granicach. A na to nikt nie ma ochoty, łącznie z Serbią, a przede wszystkim z Chorwacją, którą powstrzymują przed tym choćby zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej. Bośnia w obecnym kształcie może i jest Frankensteinem. Ale jej podział mógłby się z dużym prawdopodobieństwem stać zarzewiem nowej wojny, przynajmniej regionalnej.

Rehabilitacja Principa

Bośniacka wiosna ma jeszcze jeden wymiar – historyczny. W stulecie zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę, zwłaszcza wśród Serbów, ożywa kwestia bezpośredniej odpowiedzialności zamachowca Gavrilo Principa. Kilka miesięcy temu wybitny reżyser, urodzony w serbsko-muzułmańskiej rodzinie w Sarajewie, Emir Kusturica wraz z Instytutem Andricia wystąpił z apelem o rewizję procesu Principa. Jak stwierdził Kusturica, wyrok sądu nie był ważny, ponieważ członkowie Młodej Bośni popełnili zabójstwo na terytorium okupowanym, które jego zdaniem nie było prawnie pod władzą ówczesnego cesarstwa austro- -węgierskiego. Według interpretacji Instytutu sąd, przed którym zamachowcy zostali postawieni, był nielegalny, a zatem nielegalny okazał się również ich proces. Dla Kusturicy znacznie ważniejszy od kwestii legalności procesu jest sam problem odpowiedzialności Principa za wybuch wojny. Cytując źródła archiwalne (w tym korespondencję dyplomatów z lat poprzedzających wojnę), dowodzi on tezy, że do wybuchu wojny i tak by doszło, bo mocarstwa przygotowywały się do niej już od kilku lat. Sam zaś sarajewski zamach był nie tyle przyczyną wybuchu wojny, ile jedynie pretekstem do jej rozpoczęcia. Na rewizję procesu są niewielkie szanse, choćby ze względów proceduralnych.

W całej sprawie ważniejsze jest coś innego – chęć konfrontacji z mitem o niszczącej sile Bałkanów, bałkańskiej beczce prochu, która roznosi w pył całą Europę. Przede wszystkim na Serbach (Princip był przecież Serbem) spoczęło na wiele lat odium odpowiedzialności za wybuch I wojny światowej. Bałkany, a zwłaszcza Serbia, zaczęły być postrzegane jako potencjalny czynnik zapalny, destabilizator sytuacji w Europie. Ten stereotyp z całą mocą powrócił przy okazji rozpadu Jugosławii i wojny na Bałkanach. Gdy sięgniemy do gazet europejskich z początku lat 90., uświadomimy sobie, że Europa winą za wojnę obarczała głównie Serbię i największą obawą był strach przed powtórzeniem sytuacji z 1914 r. Serbom zaczęło ciążyć piętno tych, którzy są odpowiedzialni za wybuchy wojen. Stąd próby rehabilitacji Principa, traktowanego jako symbol Serbów, ich ucieleśnienie. Zarówno w Belgradzie, jak i Sarajewie w 100-lecie wybuchu wojny mają stanąć pomniki Principa. Plany sarajewskie mogą pokrzyżować jednak bośniaccy Serbowie, którzy nie poprą organizowanych w Sarajewie obchodów rocznicowych, aby nie prowokować do oskarżeń o wywołanie Wielkiej Wojny przez Serbów.

Co ciekawe, w samej Bośni ponownie rozpoczyna się debata o przyczynach rozpadu Jugosławii. Dla Bośni ten rozpad stał się końcem epoki pokoju i dobrobytu i początkiem bratobójczej wojny. Największy atut Bośni, czyli jej różnorodność, stał się teraz przekleństwem. A przedwojenna Bośnia była miejscem wyjątkowym. Pisarze od Ivo Andricia przez Mesę Semilimovicia opisywali dawne Sarajewo, w którym meczety sąsiadowały z cerkwiami, synagogami i kościołami katolickimi. Muzułmańscy Bośniacy, katoliccy Chorwaci, prawosławni Serbowie i Żydzi przyjaźnili się, żyli obok siebie, świętowali razem. Rozpad Jugosławii i wojna zniszczyły to pokojowe współistnienie i sprawiły, że różnorodność zaczęła być źródłem podziałów. To dosyć ciekawe, bo w dyskusjach toczonych obecnie na łamach bośniackiej prasy następuje przesuwanie akcentów. Fakt, że prezydent Alija Izetbegović opowiedział się za pójściem śladami Słowenii i Chorwacji i opuszczeniem Jugosławii, odgrywa tu obecnie marginalną rolę. Najważniejsze staje się pytanie, kto jest odpowiedzialny za rozpad Jugosławii. Natychmiast wskazuje się winnych: Słoweńców i Serbów. Według popularnej dziś teorii politycy z Lublany i Belgradu porozumieli się na początku lat 90. co do rozpadu Jugosławii. Dlatego wojna w Słowenii, która jako pierwsza w czerwcu 1991 r. ogłosiła niepodległość, trwała zaledwie kilka dni i pochłonęła dosłownie trzy ofiary.

Bośniackim paradoksem jest również fakt, że w oddziałach unijnej misji pokojowej EUFOR przeważają Turcy (w misji biorą udział także państwa pozaunijne) i Austriacy, a zatem dwa narody, które okupowały Bośnię. Dziś to jedne z nielicznych krajów żywo zainteresowanych sytuacją na Bałkanach.

Rozwiązanie dla Bośni

Myśląc o przyszłości kraju, trzeba przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach on powstał i kim byli jego rodzice chrzestni. Obecna BiH jest efektem porozumienia nie tylko regionalnej trójcy liderów, ale także wspólnoty europejskiej i Stanów Zjednoczonych. I to ci partnerzy, z oczywistych względów zwłaszcza Unia Europejska, powinni dziś czuć odpowiedzialność za Bośnię. Tymczasem Unia w ubiegłym roku z powodu afer korupcyjnych w Bośni zamroziła pomoc finansową dla Sarajewa. Teoretycznie Bruksela miała rację, Bośnia jako kraj aspirujący do członkostwa powinna przestrzegać reguł i dostosowywać się do stawianych warunków. Ale są sytuacje, w których należałoby uczynić odstępstwa od surowego prawa, a to jeden z takich precedensów. Jeśli na szali położymy z jednej strony pokój oraz stabilizację sytuacji w Bośni i na całych Bałkanach, z drugiej zaś pewne zasady – z pewnością ważniejsze okażą się te pierwsze cele. Tylko UE może dziś pomóc Bośni. Jedynym rozwiązaniem wydaje się zwiększenie, także jej finansowego, zaangażowania. Może wykorzystać fundusze unijne na tworzenie nowych miejsc pracy, na edukację w Bośni? Może też czas, by pomimo powolnych postępów BiH pokazać jej perspektywy członkostwa? W przypadku Serbii UE przez wiele lat prowadziła politykę kija zamiast marchewki, zwiększała oczekiwania, żądała spełnienia kolejnych, coraz trudniejszych dla Belgradu warunków. Owocowało to tym, że w kolejnych wyborach coraz bardziej umacniały się partie nacjonalistyczne i populistyczne. Znamienne, że po oficjalnym rozpoczęciu z Serbią negocjacji członkowskich w marcowych wyborach parlamentarnych zwyciężyli z ponad 50% poparciem liberałowie urzędującego wicepremiera Aleksandra Vucicia. I choć są to liberałowie podszyci populizmem, to wygrali w sporej mierze dzięki proeuropejskiej retoryce. Do Serbów ona przemówiła, ponieważ zaczęli widzieć wreszcie pozytywne sygnały płynące ze strony Brukseli i pozostałych stolic. Podobna zasada obowiązuje także w przypadku Bośni. Wśród dyplomatów unijnych krąży powiedzenie, definiujące relacje między UE a krajami aspirującymi: „więcej za więcej” – czyli więcej pieniędzy za więcej reform. W tej kolejności. W tym jednak wypadku kolejność wypadałoby przestawić.

Oczywiście sama Unia jest obecnie w kłopotliwym położeniu. Z jednej strony kraje Południa wciąż nie uporały się do końca z recesją, przez co jeszcze bardziej niż przedtem skłonne są do zachowawczej postawy. Z drugiej strony hasła związane z poszerzeniem Unii o kolejne kraje nie budzą dziś entuzjazmu także na zachodzie kontynentu. Widać to było choćby po niemieckiej kampanii wyborczej, która miała miejsce jesienią ubiegłego roku. Kwestie związane z rozszerzeniem całkowicie zniknęły z programów i wypowiedzi głównych aktorów sceny politycznej. Zatem propozycja wsparcia Bośni, nie tyko na południu, nie spotkałaby się z pozytywnym odzewem. W dodatku istnieje także problem Ukrainy, który dla UE stał się jednym z najtrudniejszych zadań do rozwiązania. Jakby tego było mało, nie brak w Brukseli polityków i dyplomatów uważających, że „czas Bałkanów się skończył”. Ich zdaniem mało kto jest żywotnie zainteresowany tym, co się tam dzieje. To, co działa na korzyść BiH, to obecność dwóch byłych republik jugosłowiańskich w Unii: Słowenii, a przede wszystkim Chorwacji. Zagrzeb zdaje sobie doskonale sprawę, że Sarajewo jest kluczem do pokoju w całym regionie i trzeba pomóc Bośni. Oby zrozumiały to także inne kraje unijne.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter