70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Być sobą w rytuale

Odnoszę wrażenie, że nie ma gdzie uciekać, bo nawet jeśli uda nam się zbiec, to owo napięcie między teatralnością a tym, co dzieje się realnie w życiu, pomiędzy udawaniem a czymś „autentycznym” nie zniknie. Albo ten egzamin zdamy, albo nie, i myślę, że w tym sensie rytuał wesela jest czymś, co było i będzie doświadczeniem progowym, ponieważ stawia nas przed jednym z ważniejszych pytań, jakie w życiu przerabiamy.

Marta Duch-Dyngosz: Rytuał potwierdza wspólnotowe wartości. Jednak pod jego adresem często pada zarzut, że służy raczej maskowaniu ich braku. Czy można odgrywać rytuał bez wspólnego podłoża?

Tomasz Rakowski: Myślę, że jest to centralne zagadnienie – rytuał a autentyczność. Z jednej strony mamy do czynienia z czymś, co jest rutynowe, sztuczne, zaprojektowane, fałszywe, teatralne, a z drugiej mamy coś autentycznego, żywiołowego, co bierze się z realizowania bądź wartości publicznych, bądź tych podmiotowych, tworzących się w obrębie biografii. Problem z rytuałem jest niestety taki, że równocześnie jest tak i tak.

Ktoś, kto podchodzi do rytuału wesela i jego poszczególnych części, np. oczepin albo momentu wyprowadzenia panny młodej z domu rodzinnego jak do czegoś sztucznego, w czym nie chce brać udziału, przeciwko czemu się buntuje, odtwarzając rytuał, niespodziewanie znajduje się w sytuacji, kiedy coś się w nim zmienia. Wrażenie sztuczności i teatralności ulatnia się. Nagle wchodzi w świat tego wytworzonego systemu wartości, symboli, znaczeń i zaczyna płynąć w ich strumieniu.

Uważam, że jest to kluczowa rzecz. Antropolog Victor Turner pisze o kategorii acting w znaczeniu działania, dynamizmu, ale jednocześnie poddania się czemuś. Mamy tutaj do czynienia z czymś sztucznym, sytuacją, kiedy możemy się pod kogoś podszyć, kogoś grać, a zarazem kiedy ujawnia się moment żywiołowego działania, autentycznego aktu, do którego dążą eksperymentatorzy w teatrze. Chcą przejść przez zaporę maski rytuału ku żywej wiązce impulsów. Tak było np. u Jerzego Grotowskiego.

W przypadku wesela jest to coś niezwykle istotnego. Ta ambiwalencja – zdolność przechodzenia z jednej strony na drugą – jest czymś niezwykle niepokojącym, nie chcę użyć słowa kondycja ludzka, ale jest to pewna pozycja wobec świata społecznego i świata w ogóle, którą jako ludzie przyjmujemy.

W rytuale odbija się znajome napięcie – między podporządkowaniem a sprzeciwem, imitacją a zmianą. Nie wiemy, co się wydarzy. Wydaje się, że wesele jest takim rytuałem, który kusi, by wymknąć się tym regułom.

Takie napięcie jest stale obecne, zostało przedstawione w wielu filmach, jak choćby w Weselu Wojciecha Smarzowskiego. Obserwujemy ślub i wesele zaaranżowane przez ojca panny młodej, owładniętego ambicją i pragnieniem pokazania się Wojnara. Cała sytuacja zbudowana jest na nieprawdzie. Dopiero w końcowej scenie, kiedy panna młoda ucieka z wybrańcem swojego serca, odjeżdżają wspólnie pociągiem – wolni, szczęśliwi – fałsz zostaje za nimi.

Odtworzenie tej samej historii znajduję w filmie Absolwent. Pojawia się w nim amerykańska klasa średnia, która bogaci się, tworzy swój sztuczny świat. W pewnym momencie patrzymy na scenę, w której wesele, jako coś związanego z ukonstytuowaniem, reprodukowaniem klasy społecznej, zostaje zerwane. Panna młoda ucieka sprzed ołtarza, widzimy ją i jej wybranka, jak jadą autobusem. Dopiero wtedy są wolni, a to całe piekło ogromnych napięć klasowych zostawiają daleko w tyle.

Przypominam sobie też piękny obraz wesela wiejskiego w filmie Ostatnie takie trio Jerzego Obłamskiego. Trójka muzykantów, takich jak z książki Sprzedana muzyka Andrzeja Bieńkowskiego, przybywa na wesele. Okazuje się, że są umówieni z nieznajomym, żeby zagrać w konkretnym momencie pewną melodię. Wesele jest typowo wiejskie – w stodole kamera rejestruje skrzynki z oranżadą, z piwem. Panna młoda jest piękną dziewczyną ze wsi. Natomiast pan młody okazuje się człowiekiem „dewizowym”, w ciemnych okularach, z mercedesem z lat 70. Widać, że kupuje sobie szczęście. Wydarzenie, którego jesteśmy świadkami, jest czymś fałszywym. Gdy w pewnym momencie muzykanci zaczynają grać tę melodię, panna młoda ją zna, przypomina jej prawdziwą miłość. Na horyzoncie na motocyklu pojawia się prawdziwy ukochany. W następnej chwili ona wsiada w białej sukni na motor, odjeżdżają.

W tych filmach widać tę ciągłą celebrację motywu, że bierzemy udział w czymś nieszczerym, w czymś, co zbudował ktoś inny. Pamiętamy słowa w piosence: „Już mi niosą suknię z welonem”. Mówiąc kolokwialnie, lądujemy w sytuacji, kiedy ktoś za nas – rodzice, sąsiedzi, agenci kontroli społecznej – buduje bardzo ozdobny pałac, w którym nie chcemy mieszkać. Im jest bogatszy, im lepiej zaprojektowany w zgodzie z obowiązującymi kanonami, tym bardziej wydaje się sztuczny. Rytuały u Smarzowskiego, np. oczepin, sprawiają wrażenie czegoś wyjątkowo nierozumnego, sztywnego, momentami wręcz debilnego, jest to oczywiście przedstawienie w krzywym zwierciadle, ale widać, że w weselu odbija się niezwykle silna presja społeczna, bezwiednie odtwarzana.

Czy by być sobą, musimy uciec od tej presji?

Mamy gorset rytuału, jest to taka opowieść, która napawa nas lękiem, ale – i to jest tutaj najważniejsze – ona jest w rytuale przekraczana. Widać to w obrzędach weselnych opisywanych przez etnografów na podstawie XIX-wiecznych źródeł czy tych zebranych przez Oskara Kolberga. Jest taki piękny tekst z lat 80. Joanny Tokarskiej, Jerzego Wasilewskiego i Magdaleny Zmysłowskiej Śmierć jako organizator kultury, w którym autorzy w bardzo ciekawy sposób pokazują moment dynamizmu obecnego w rytuale, kiedy wszystko wywracane jest do góry nogami. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę to wszystko się dalej potoczy. Te elementy nieprzewidywalności mają swój wyraz w języku symbolicznym. Wszystkie reguły społeczne zaczynają działać na opak – drużyna pana młodego przybywa w nocy po pannę młodą, razem naśladują postacie nie z tego świata, udają, że mówią nieludzkim językiem. Jest też taki zwyczaj, że gdy pan młody przybywa po swoją wybrankę, to musi ją w jakiś sposób zdobyć, wykupić. Musi sprostać regułom gry, które przeczą logice. Tutaj pojawia się ten najważniejszy moment – zaznajomienie się ze światem śmierci – w tym sensie, że unieważnione zostają wszystkie elementy życia, które były znane, oswojone.

Kilka lat temu obserwowałem na wsi pod Szydłowcem „stawianie bram”, przy których jadąca na ślub para młoda musiała się wykupić, by ją przepuszczono dalej. Pojawiały się najdziwniejsze maszkary, przebierańcy, konie z cylindrem na głowie. Pamiętam, że jeden z takich niezwykłych mieszkańców, rolnik, przebrał się za szlachcica. Miał taką piękną szablę, szlafrok na wzór kontusza, znalazł jakąś czapę.

W ten sposób odtwarza się świat, w którym przestają obowiązywać reguły społeczne. Jest to obraz antyświata, punkt zerowy – moment kiedy z jednej strony pojawia się inność, dziwaczność, a z drugiej, wchodzi ten element dynamiki. Pan młody musi sforsować drzwi do domu panny młodej i jak już tę pannę zdobędzie, wykupi, to bierze ją ze sobą i wyjeżdżają razem czym prędzej, nie oglądając się za siebie. W południowej Mongolii, gdzie prowadziliśmy badania, uczestniczyliśmy w weselu mniejszości kazachskiej. Byliśmy wówczas świadkami, jak rodzina starała się przetrzymać pannę młodą, a pan młody i jego rodzina zabrali ją do udekorowanego gazika i ruszyli z piskiem opon, za nimi w pościg puścili się na motorach bracia panny młodej – niewiele brakowało, żeby się poprzewracali Ta scena zrobiła na mnie ogromne wrażenie ze względu na swoją dynamikę.

W takich sytuacjach zachodzi zmiana stanu społecznego, wydarzenia przebiegają w bardzo gwałtowny sposób. To jest taki moment wolności, w rytuale następuje chwila, powiedziałbym, nieważkości, widzimy, że wahadło wychyla się w jedną stronę, na krótko zastyga, pojawiają się te wyobrażenia dziwności, antyświata, postacie maszkar, przebierańców, dziwadeł, to, co normalne, zamiera, a potem następuje przełamanie – jechanie na wyścigi z orszakiem weselnym, trąbienie, hałasowanie. Ta chwila wolności obecna jest w języku symbolicznym, jest to moment odtwarzania siebie w nowej postaci. Ten stan można porównać do nawrócenia, metanoi. Pisali o tym Victor Turner, Richard Schechner, a także mój ulubiony autor Nigel Rapport – człowiek nagle staje się kimś innym, następuje taki moment, kiedy przekracza się reguły społeczne. Mam wrażenie, że gdzieś pod tym wszystkim zachodzi przemiana człowieka. Dla Nigela Rapporta nie tyle ważne jest, że ktoś się zmienił, ile że ma taką możliwość. To jest kondycja, która pozwala nam być kimś innym, niż jesteśmy.

To, o czym Pan mówi, bardzo pasuje do motta projektu Wesele 21: „Tam spotkasz siebie, jakiego się nie spodziewasz”. Wesele staje się okazją do samopoznania, nieraz prowadzi do zaskakujących odkryć. Jakie funkcje spełnia z perspektywy grupy?

Rytuał ten jest niezwykle ważny, to jest czas, kiedy pojawia się „wszystko, co najlepsze”, to, co „najzacniejsze”, „najbogatsze”, „najmodniejsze”. Nie mówię tylko o weselach nowobogackich, ale również o uroczystościach ludzi z środowisk twórczych, którzy także realizują własne strategie, czy o weselach wiejskich z ich symboliką, estetyką. Albumy i filmy z uroczystości weselnych przechowywane np. na Radomszczyźnie, w Świętokrzyskiem traktuje się jak skarb, który z dumą się pokazuje. To jest taki moment, kiedy znaczenia dobrego życia, tego, co czeka człowieka w przyszłości, przez co musi przejść, zagęszczają się w jednej przestrzeni, w jednym wydarzeniu, które trwa dzień, dwa – krótko.

Pamiętam, że gdy mój syn miał pięć, może sześć lat, zbierał różne rzeczy – kamienie, owady zatopione w przezroczystej pleksi, różnego rodzaju stworzenia, dinozaury. Kiedyś wróciłem do domu i zobaczyłem, że przykleił na drzwiach swojego pokoju kartkę, na której napisał: „Wystawa Wszystkiego, Co Jest na Świecie”. I tak też jest z weselem, tzn. wystawia się „wszystko, co najlepsze”, co jest na świecie, niczym w XVIII- i XIX-wiecznych kolekcjach – dokonuje się kondensacji, metonimii świata – wystawia się wszystko, co zgromadzono. Tutaj pojawia się znowu problem, tzn. nie mam pewności, czy to wszystko rzeczywiście jest najlepsze: tort, potrawy, muzyka, strój – chodzi raczej o sam mechanizm zagęszczania znaczeń. Stajemy twarzą w twarz z rytuałem i z odwiecznym pytaniem, czy to się dzieje naprawdę: czy to jest tylko teatr? Inaczej mówiąc: do jakiego stopnia to, co się wydarza w moim życiu, jest czymś prawdziwym, a do jakiego jest czymś, co buduję wbrew sobie, do czego jestem zmuszony?

Często „pusta forma tego, co wypada”, prowadzi do spotkania z drugim człowiekiem. W czasie wesela tyle osób – nieznajomych, ale też dawno niewidzianych krewnych – znajduje się w jednej przestrzeni. Nie sposób od siebie uciec.

Rytuał wesela jest momentem, kiedy wszyscy wystawiamy się na sytuację spotkania obcości, odmienności. Nie musi to być wcale wesele Włocha z Polką bądź „małżeństwo mieszane”. Po prostu różnimy się, mieszkamy w różnych częściach Polski, należymy do odmiennych światów, grup, klas społecznych – i to wszystko z niebywałą ostrością staje się widoczne podczas tego rytuału. Kiedy robi się tę „wystawę wszystkiego, co jest na świecie”, to te różnice się ujawniają.

Jaki lęk to w nas budzi, pokazują krążące wokół wesela plotki, niemal o charakterze legendy miejskiej, o tym, jak znajomi wszystko świetnie przygotowali, mieli się pobrać, a nagle rodziny pokłóciły się o sposób rozstawienia kwiatów na stole i wesele się nie odbyło. Słyszałem kilka razy tę opowieść. Wesele jest wydarzeniem, podczas którego zderzają się różne oczekiwania, aspiracje społeczne, sposoby wyrażania tego, kim się jest. Jest to niezwykle ważny element tego rytuału, tzn. sytuacja napotkania kogoś – nieraz całej rodziny – kto jest od nas inny. Wychodzi się z bezpiecznego, oswojonego świata, a wkracza w ten, w którym rządzą inne reguły kulturowo-społeczne.

Bardzo dobrze pokazuje to Claude Lévi-Strauss w tekście Rodzina. Wesele jest chwilą, kiedy ludzie odłączani są od swoich wspólnot i włączani w nowe układy społeczne, rodzinne, życiowe. I tak naprawdę są do tego zmuszani. Przywołując obrazowanie francuskiego antropologa, widzimy pochód społeczeństw, którego członkom dobrze się ze sobą żyje, czują się bezpiecznie w swojej grupie krewniaczej, rodowej, w obrębie klanu, ale przychodzi moment, kiedy upomina się o nich społeczeństwo, musi dojść do rozłączenia – opuszczenia ojca i matki i pójścia dalej. Jest to, jak mówi Lévi- -Strauss, pochód z przystankami, bo rodzina może na pewien czas zamknąć się, pobyć sama ze sobą, stworzyć poczucie swojskości. Mamy dzieci, one stają się coraz starsze, aż przychodzi moment, gdy jako rodzice musimy skonfrontować się z obcym światem, otworzyć na to, że wspólnie z rodzicami wybranki czy wybranka naszego dziecka musimy przygotować się do wesela. To rozłączanie i łączenie jest czymś, co z jednej strony ma charakter odtwarzania się struktury logicznej, czyli tej struktury więzi krewniaczej, a z drugiej – jest to chwila, kiedy jesteśmy zmuszeni do wyjścia w stronę obcości, inności społecznej. Można na to popatrzeć jak na rodzaj metafory życia społecznego w ogóle.

Oto upomina się o nas życie społeczne, żyjemy sobie w bezpiecznym kokonie rodziny, przyjaciół, wydaje się, że nic nam nie grozi, ale przychodzi czas, kiedy pojawia się sytuacja rozłączenia, bo małżeństwo jest wydarzeniem rozłączenia, wyjścia z domu rodzinnego i pomaszerowania w stronę innego. W tekście Śmierć jako organizator kultury pojawia się fragment pieśni śpiewanej tradycyjnie przez pannę młodą, który dobrze oddaje to, o czym mówię: „Już więcej sypiać tu nie będę / bo się stąd daleko przesiędę (…) / Gdy była od matki w pół drogi, Płakała, aż mi żal niebogi. / Tuż ja tu będę mieszkała / Jakbym się na inszy świat dostała”.

Wesele w Polsce jest dziś miejscem, gdzie spotykają się ludzie o różnym pochodzeniu, stylu życia, statusie społecznym, wykształceniu, a nawet wyznaniu i narodowości. Mamy okazję przejrzeć się w zwierciadle innych. Jakie to rodzi napięcia?

Można powiedzieć, że wesele jest sposobem na poznawanie siebie nawzajem. Gdy spotykają się rodzice państwa młodych, patrzą na siebie i okazuje się – my jesteśmy tacy, a wy tacy, my jeździmy na wakacje w to miejsce, a wy wolny czas spędzacie tak, my budujemy dom, wy mieszkacie w bloku. Wychodzimy w stronę innego świata, po to żeby te odmienności mogły się ze sobą oswajać. Mam wrażenie, że tutaj napotykamy kolejny problem, ponieważ nie jest to sytuacja, której każdy sprosta. Ryzyko tego spotkania jest bardzo duże, nie wiadomo, czy zakończy się ono powodzeniem.

W ogóle wesele jest niezwykle ważną sprawą. Widzę ten rytuał jako sytuację egzaminu – albo jesteśmy w stanie się od siebie odłączyć i przejść do innego świata, albo nie. I to nie jest sytuacja dobrowolna, bo bez tego społeczeństwo nie funkcjonuje, nie przegrupowuje się. Jest to rodzaj odwiecznego, wielowiekowego przymusu. Pozwala to zrozumieć, dlaczego ktoś, mówiąc kolokwialnie, pakuje się w sytuację, którą nie do końca kontroluje, nie do końca jej chce. Nagle staje przed jednym z najważniejszych egzaminów życia, który nie polega wcale na tym, czy dobrze wypadnie, czy znajomi będą zadowoleni, czy to wesele przyćmi pozostałe, ale jest to przede wszystkim moment zagęszczania znaczeń, właśnie po to by przejście na drugą stronę mogło mieć miejsce, i kwestie, czy ktoś przekroczy ten próg i do jakiego stopnia zaistnieje element wolności, nawrócenia, są kluczowe.

Myślę, że tak jak przymusza nas społeczeństwo, tak my możemy wykonać wewnętrzny zwrot, dokonać tego aktu wolności, o którym pisze Victor Turner i Nigel Rapport, czyli być kimś innym. Mamy do czynienia też z takim wewnętrznym widowiskiem, nagle patrzymy na siebie jak na zupełnie innego człowieka – jest to ryzykowne. Istnieje pokusa, żeby uciec od wesela, by wyjechać i pobrać się, nikomu nic nie mówiąc, żeby nie zapraszać całej społeczności, rodziny, tylko kilka osób do restauracji. Miejska klasa średnia unika w ten sposób rytuału, który traktuje jako społeczny przymus. Odnoszę jednak wrażenie, że nie ma dokąd uciec, bo nawet jeśli uda nam się zbiec, to owo napięcie między teatralnością a tym, co dzieje się realnie w życiu, pomiędzy udawaniem a czymś „autentycznym” nie zniknie. Albo ten egzamin zdamy, albo nie, i myślę, że w tym sensie rytuał wesela jest czymś, co było i będzie doświadczeniem progowym, ponieważ stawia nas przed jednym z ważniejszych pytań, jakie w życiu przerabiamy.

Reasumując, podczas rytuału pojawiają się najważniejsze pytania i wyzwania, jakie przed nami stają, i żadna konsultantka ślubna nie jest w stanie za nas na nie odpowiedzieć.

Czy ci, którzy unikają rytuału wesela, nie zdają egzaminu bycia w społeczeństwie?

Oni nie przechodzą najważniejszego egzaminu bycia sobą. Nie mają szansy na ten rodzaj ekspresji, zderzenia „ja” jako kogoś, kim się widzę, z tym, kim jestem naprawdę. To napięcie między sztucznością a autentycznością jest cechą normalnego funkcjonowania psychologicznego lub społecznego. Ono nie znika. Pytanie Hamleta, co jest prawdą, a co fałszem i teatrem, kto jest szalony – ja czy inni, po prostu zawsze będzie obecne. Jeśli chodzi o wesele, jest to najlepszy moment, kiedy znaczenia są zagęszczane i przerabiane przez kilkadziesiąt czy kilkaset osób naraz. Nie chcę oceniać rytuału pod kątem tego, czy on się powiedzie czy nie – chodzi raczej o konfrontację z odmiennością, „przerzucenie mostów” niż pokonanie etapu. W tym sensie wesele jest niezwykle trudnym doświadczeniem. Pamiętam, jak moi znajomi przyznali, że gdy rano obudzili się już po swoim weselu, stwierdzili z uśmiechem, że warto było przez to przejść, tylko po to, żeby właśnie się obudzić i pomyśleć, że – „uff” – już jest po wszystkim, i to był dla nich najprzyjemniejszy moment. Jeśli się w tym wszystkim dostrzeże ten kluczowy problem, o którym tutaj cały czas mówię, to się okaże, że rzeczywiście jest to egzamin. To rytuał, zaczarowanie napięć społecznych, czy nawet biograficznych, i w pewnym sensie nie ma od niego ucieczki.

Na ile polskie wesele w punkcie, w którym się dziś znajduje, pokazuje specyfikę zachodzących w kraju przemian społecznych?

Brytyjska badaczka Frances Pine pisała o przemianach góralskiego wesela w Polsce w latach 80. i 90. Zaobserwowała, że w tym obrzędzie odbija się przejście od socjalizmu do postsocjalizmu naszego państwa. Przed przełomem wesele odbywało się w domu, do którego zapraszało się najbliższych, a zamykało się drzwi przed państwem. Przestrzeń domową traktowano jako azyl. Dramatyzm represji był największy wtedy, kiedy władza do niego wkraczała, szczególnie podczas wesela. Kiedyś wszystko przygotowało się samemu – ludzie dzielili się zadaniami, kto gotuje, kto jest muzykantem, kto szyje suknię.

W latach 90. wesela wywędrowały do przestrzeni publicznej – do domu kultury, remizy strażackiej, gdzie ktoś inny organizuje, gotuje, sprząta. Zmienił się zatem stosunek domu do państwa – relacji prywatne a publiczne. To przejście od lat 80. do 90. bardzo dobrze dziś widać, natomiast ostatnie przemiany niezwykle trudno wciąż rozpoznać.

Wesele jako rytuał służy do podkreślenia różnicy wobec innego stylu życia, statusu społecznego. Na ile widoczne stają się dystynkcje klasowe?

Nie ma gotowych zestawów symboli, ustalonego repertuaru obrzędów, natomiast jest tu wiele miejsca na odtwarzanie klasowości i jednocześnie na daleko posuniętą kreatywność. Klasy wymyślają i pozycjonują swoje symbole na bieżąco. Pytanie, czy pewne wiejskie, archaiczne obrzędy, które pojawiają się na weselu, np. wieniec z kwiatów na głowie panny młodej, traktować jako świadectwo „wiejskości”, pewnej wyobrażonej „pogańskości” czy wręcz niższości kulturowej, czy raczej jest to świadectwo przynależności do klasy twórczej, której członkowie świadomie sięgają do określonej symboliki, choć uważam, że nie można stwierdzić, czy ktoś całkiem świadomie używa symboli. Tak naprawdę to jest bardzo trudne do rozpoznania.

Gdy oglądam wesela nagrane pod Szydłowcem, pod Radomiem, to robią one na mnie wrażenie inności, rozpoznaję ten klimat, który dobrze znam i cenię na swój sposób, natomiast sam swojego wesela bym w ten sposób nie przygotował, bardzo źle bym się czuł jako pan młody. Z drugiej strony, niezwykle trudno byłoby mi wskazać, jak wesele miałoby wyglądać, by odpowiadało moim gustom. Swoje własne wesele pamiętam jako znakomite. Być może gdyby ktoś na nie popatrzył z zewnątrz, odniósłby inne wrażenie, stwierdził, że wiele rzeczy było nie tak. Pamiętam, że jak jakiś czas temu byliśmy na weselu u znajomych z grupy animatorów, z którą jeździmy wspólnie na badania, stwierdziliśmy, że jeśli oni nam pokazują swoje własne wesele, to pokażemy im nasze, i okazało się, że byli zdumieni, że w ten sposób może wyglądać ślub w kościele, że można się w ten sposób zachowywać.

Dynamika symboliki prestiżu, statusu, poszukiwania ich jest na tyle duża, że konsultanci ślubni mają skomplikowane zadanie. Ponownie mamy do czynienia z czymś, co wydaje się bardzo proste, jednakże udzielenie odpowiedzi okazuje się zadaniem niesłychanie trudnym, niełatwo wskazać, gdzie leżą granice konkretnego gustu, który jest wyznacznikiem podziałów klasowych. Wytwarzanie odrębności klasowej, nabywanie pewnej dystynkcji jest procesem, który nigdy nie ma końca, wciąż się zastanawiamy, czym by ją wzmocnić, często wchodzi się w żywioł przesunięć klasowych i już nie otrzymamy prostej odpowiedzi.

.

TOMASZ RAKOWSKI – lekarz, antropolog, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, członek Kolektywu Terenowego, autor książki Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy. Etnografia człowieka zdegradowanego (2009), za którą otrzymał Nagrodę Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera oraz Nagrodę im. Jerzego Giedroycia

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter