70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Naturalizacja homonormatywności?

Autorzy Wyzywającej miłości aprobują za kard. Carlo Martinim „czyste związki” homoseksualne. Trzeba jednak odnieść je do teologii małżeństwa, trzeba też zapytać, czy są one na miarę teologii stworzenia i teologii ciała ludzkiego. Czy ich ukierunkowanie przede wszystkim na emocjonalną gratyfikację jest wystarczające, by je uzasadnić? Centralny aspekt wstrzemięźliwości w relacji czyni je związkami quasi-erotycznymi.

Zapewne trzeba pozytywnie ocenić intencje autorów książki Wyzywająca miłość Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia, którzy już nie pierwszy raz podejmują tematykę homoseksualności w kontekście chrześcijańskim (Męska rozmowa. Chrześcijanie a homoseksualizm, red. K. Jabłońska, C. Gawryś, przedmowa bp Z. Kiernikowski, Warszawa 2003). W świecie, w którym seksualność, a dokładniej rzecz biorąc: satysfakcja emocjonalna i fizyczna związana z płciowością, stała się dla wielu ludzi idolem dalece bardziej ważnym od prawdziwego Boga, a także wyznacznikiem (najważniejszym elementem) całej tożsamości, zrozumiała jest chęć i potrzeba podejmowania takich tematów. Kłopot jednak zwykle pojawia się, gdy konfrontujemy się z konkretną ich realizacją.

Tak też jest i z książką Gawrysia i Jabłońskiej. Trzeba postawić zupełnie wstępne pytanie: czy książka zaproponowana przez autorów związanych ze środowiskiem „Więzi” nie umacnia – nawet wbrew intencjom – zasygnalizowanych powyżej tendencji naszej kultury? Czy chrześcijańska antropologia nie zostaje implicite zastąpiona koncepcją natury pojmowaną jako determinizm biologiczny? W problemie autoteliczności satysfakcji uczuciowej nie chodzi przecież tylko o chrześcijan, nie chodzi też nawet tylko o osoby ze skłonnościami homoseksualnymi. Mówimy tu o problemie ogólnoludzkim. Niezależnie, jak mocno współczesna kultura chciałaby temat ubezproblemowić – homoseksualizm pozostaje jego znaczącym wyrazem.

Nieuporządkowana skłonność

Tekst promujący książkę na stronie Wydawnictwa „Więź”, w którym przywołano fragment Katechizmu Kościoła katolickiego, zawężony został jedynie do problemu traktowania osób homoseksualnych („Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”). Nie odnosi się zaś do zdania o nieuporządkowanym charakterze skłonności homoseksualnych („Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie”) czy problemach społecznych, jakie wynikają z budowania tożsamości osobistej i społecznej na tym nieuporządkowaniu („Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak n i e s ł u s z n e j dyskryminacji” – wszystkie cytaty: KKK 2358). Sami autorzy przywołują we wstępie do książki już cały passus katechizmowy, jednak akcenty pozostają te same („W książce, którą oddajemy w Państwa ręce, postanowiliśmy poszukać odpowiedzi na pytanie, na czym konkretnie ma polegać zawarte w Katechizmie zalecenie, aby osoby homoseksualne traktować z szacunkiem, delikatnością i współczuciem”, s. 7). Wstęp Cezarego Gawrysia i Katarzyny Jabłońskiej wydaje się zresztą najistotniejszym artykułem książki – swego rodzaju manifestem ustawiającym ton dyskusji i kolejnych wypowiedzi.

Jednym z najbardziej uderzających fragmentów tekstu Powiedz, jaka jest twoja udręka jest wycofanie się autorów z poglądu, że homoseksualność może być uleczona za pomocą odpowiedniej terapii (s. 8). Jako bezpośrednią przyczynę zmiany stanowiska autorzy podają zarzut, który uczyniła im pewna osoba homoseksualna po publikacji Męskiej rozmowy. Krytyk uznał, że warunkiem życzliwości autorów dla osoby takiej jak ona jest sytuacja, w której „nie akceptuje swojej homoseksualnej kondycji i podejmuje z nią walkę”. Wydaje się, że mamy tu do czynienia bardziej z emocjonalnym szantażem niż racjonalnym argumentem – autorzy niestety mu ulegają. Trzeba bowiem odróżnić zrozumienie dla kondycji, w jakiej znalazła się konkretna osoba, od afirmacji prób budowania tożsamości społecznej na skłonności homoseksualnej. Oczywiście – życzliwość wobec osoby warunkowana podjęciem lub niepodjęciem przez nią terapii byłaby dziwnym poglądem. Tak jak uczucia nie powinny korumpować oceny moralnej zjawiska praktyk homoseksualnych, tak samo i na naszą ocenę nie powinno mieć wpływu, w jaki sposób ktoś dąży do przestrzegania prawa moralnego w swoim życiu. Skoro autorzy „Więzi” przyznają się do takiego pomieszania w swoich wcześniejszych poglądach, to ten aspekt ich samokrytyki można przyjąć za pozytywny. Jednak ponieważ tak łatwo wpadali w pułapkę pomylenia porządków, trzeba zapytać, czy odrzucając terapię, nie doszli do moralnej afirmacji prób budowania tożsamości na nieuporządkowanej skłonności? Jeśli tak, to dlaczego nie afirmować wszystkich zakorzenionych nieuporządkowanych skłonności, które nosi każdy z nas?

Swoją stanowczą deklarację antyterapeutyczną autorzy Wyzywającej miłości w kolejnych akapitach łagodzą poprzez słuszne umieszczenie jej w sferze indywidualnej decyzji każdej osoby. Wrażenie uległości wobec fałszywej antropologii jednak pozostaje. Czy zadaniem chrześcijańskiej refleksji jest wspieranie tożsamości zogniskowanej na przeżyciu seksualnym czy jednak wskazywanie, że właściwa jest walka z przymusem biologicznym poprzez postawę moralną i współpracę z nadprzyrodzonością? Czy zachowanie oparte na nieuporządkowanych skłonnościach może być elementem (i to zasadniczym) zintegrowanej duszy? Duszy, która według Ewangelii ma dążyć do doskonałości?

Kwestia czystości

Chrześcijaństwo powinno służyć rozchwianym nurtom dezintegracyjnym czy ratować od dezintegracji szczególnie tych, którzy tego ratunku w Kościele szukają? Mówić im prosto prawdy, jakie wynikają z Objawienia, ale i naturalnej rozumności? Czy może uzasadniać każdą praktykę emocjonalnym uwarunkowaniem? Chrześcijaństwo bez ofiary łatwo staje się estetyczną czy też emocjonalną konsumpcją religijności. Nie oczekujemy od siebie bezgrzeszności, ale i nie akceptujmy grzechu.

Niezwykle wartościowy wydaje się fragment, który autorzy wstępu do książki poświęcają kwestii czystości (s. 12–13), jednak ostatecznie wybrzmiewa on fałszywą nutą. Jest nią podkreślanie, że czystość przedmałżeńska kończy się i jest tylko przygotowaniem do spełnienia w miłości oblubieńczej. Trzeba pamiętać, że małżeństwo przy całej jego wadze nie jest samym centrum życia chrześcijańskiego, nie jest najważniejszym z sakramentów, a z całą pewnością nie sprowadza się do seksu, który miałby być jakiegoś rodzaju mistycznym szczytem życia ludzkiego. W sercu życia małżeńskiego nie znajduje się wcale gratyfikacja emocjonalna, choć można ją tam odnaleźć. Jeśli szukamy jakiegoś naturalnego optimum życia małżeńskiego, to czy nie jest nim płodność, wychowanie potomstwa w węźle sakramentalnym?

Autorzy Wyzywającej miłości aprobują za kard. Carlo Martinim „czyste związki” homoseksualne. Trzeba jednak odnieść je do teologii małżeństwa, trzeba też zapytać, czy są one na miarę teologii stworzenia i teologii ciała ludzkiego. Czy ich ukierunkowanie przede wszystkim na emocjonalną gratyfikację jest wystarczające, by je uzasadnić, skoro nie to jest uzasadnieniem małżeństwa? Czy nie są one przedrzeźnianiem (nawet mimowolnym) naturalnego związku kobiety i mężczyzny? Trudno je też nazwać przyjaźnią w takim sensie, w jakim ukształtowało się pojęcie o niej w kulturze europejskiej. Centralny aspekt wstrzemięźliwości w relacji czyni je związkami quasi-erotycznymi. Jeśli szukamy porównania dla takiej relacji, będzie to wspólne zamieszkiwanie narzeczonych przed ślubem, którzy próbują nie współżyć, choć wciąż wystawiają się świadomie na pokusę. Denis de Rougemont wskazywał, że wynajdywanie przeszkód w zbliżeniu jest jednym z fundamentów miłości namiętnej stojącej w opozycji do małżeństwa, będącej źródłem zdrady.

Nieść swój krzyż

Francuski filozof i antropolog Fabrice Hadjadj pisze: „Gdy za podstawę bierze się przyjemność, dochodzi do homoseksualizmu. Natomiast ja twierdzę z całą stanowczością, że pojęcie »homoseksualizm« jest sprzecznością. Dlaczego? Dlatego, że płciowość zakłada różnicę pomiędzy płciami. Kiedy mamy do czynienia z »homo« – to znaczy z »takim samym« – wychodzimy poza płciowość. O czym doskonale wiedzieli Grecy. Dla nich pederastia była sposobem uniknięcia seksualności, a nie jedną z praktyk seksualnych” (Fabrice Hadjadj, Chrześcijaństwo nie jest spirytualizmem, „Christianitas” 2013, nr 52, s. 60). Czy nie dlatego że zachowywała satysfakcję wynikającą z napięcia seksualnego, jednocześnie je ubezpłodniając? Czy próba zrównywania małżeństwa i homozwiązków na poziomie gratyfikacji emocjonalnej nie jest wielkim oszustwem?

Czy drogę, która jest świadomym pogrywaniem z pokusą, mogą podjąć, jak piszą autorzy, osoby „głęboko nawrócone”? Oni sami piszą – akapit dalej – że to celibat jest drogą dopuszczalną moralnie dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Na czym polega takie nawrócenie? Może przez rozwadnianie nauki moralnej w samym Kościele dochodzi do wtórnej deprawacji i zafałszowania sumień?

Wróćmy do małżeństwa, które jest właściwym punktem odniesienia. Łatwo popaść tu w idealizację. Dobrze wiemy, że jest ono trudem. Krzyż niosą małżonkowie (trafnie zauważył Benedykt XVI, że to najtrudniejszy z sakramentów!), krzyż niesie też celibatariusz, zarówno ten obarczony skłonnościami homoseksualnymi, jak i ten, który naturalnie skłania się ku płci przeciwnej. Czy to nie właśnie podejmowanie krzyża i ofiary pozwoli nam dokonać koniecznego rozróżnienia pomiędzy chrześcijaństwem a epikureizmem przebranym jedynie w chrześcijańskie szaty?

Homoseksualny dar?

Skoro, jak pisze w swoim artykule o. Jacek Bolewski, homoseksualizm jest darem (a nie wolnym wyborem), dlaczego darem nie może być celibat (także nie zawsze wybrany)? Czy warunkiem płodności daru jest jedynie wolny wybór, jak sugerują autorzy książki? Co zatem ze wszystkimi innymi cierpiącymi, którzy cierpienia nie wybierali, a mieli „pecha” doświadczyć innej jego formy niż skłonności homoseksualne? Czy ich ofiarowanie i modlitwa nic nie są warte, bo nie wybrali swojej kondycji? Płodność daru zwykle wymaga ofiarnej odpowiedzi człowieka, a granica pomiędzy przekleństwem a błogosławieństwem bywa bardzo cienka.

Może zatem celibat jest warunkiem przyjęcia „homoseksualnego daru”? Warto to przemyśleć? Chyba warto i chyba jest to lepsze niż powtarzanie jak magiczną mantrę osobom żyjącym w grzechu, że „Bóg nie związał sobie rąk sakramentami”. A jednak są one pomocą, naszą zwyczajną drogą, a nie przeszkodą, zatem odrzucając je, podejmuje się wielkie ryzyko. Nie wiem, czy mają tego świadomość autorzy Wyzywającej miłości.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata