70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Reguła życia

Benedykt napisał swoją regułę dla, jak to mądrze określił, początkujących. Wil Derkse, świecki oblat, komentuje to w nie mniej wspaniały sposób: „Mamy wyłącznie tę regułę dla początkujących”. Żadnemu z powołań – małżeńskiemu czy duchownemu – nie jest łatwiej, a dostęp do Boga jest taki sam.

To pragnienie nie opuszcza: życie wewnętrznie uporządkowane, podporządkowane zewnę trznej regule, pogodzone. Określone godziny snu, pory pracy i modlitwy, niczego, co zbędne. Wyznaczony czas studiowania i nałożony czas milczenia. Dni i noce zamykające się w uścisku sensu, który rzuca oskarżycielskie spojrzenie w moją stronę. Jak wygląda moje życie widziane zza muru klasztoru? Zakonnicy, opisując je, mówią o pośpiechu, nieustannym biegu w pogoni za czymś. Za czym – do końca nie wiedzą, a i mnie cel wydaje się coraz mniej widoczny. Czy mają prawo ci żyjący po drugiej stronie klasztornego muru wypowiadać się o wyścigu szczurów, w którym również ja, chętnie czy niechętnie, biorę udział?

Też chcę zrozumieć. Co się stało, że nie potrafię zatrzymać się już w swoim życiu? Gdzie jest źródło utraty panowania nad własnym życiem, dlaczego wymyka mi się ono z rąk? Gdy pojawiają się takie pytania, przyłapuję się na tym, że spoglądam w stronę klasztoru. Jakbym szukał wyjaśnienia lub akceptacji. W dawnych czasach ludzie świeccy przychodzili do klasztorów, radząc się zakonników w sprawach swojego życia. Mnisi zazwyczaj odpowiadali, mur nie był głuchy.

Jeśli czegoś zazdroszczę żyjącym po tamtej stronie muru, jest to reguła życia. Albo raczej: Reguła – ta jedna, jedyna, nigdy nieporzucona. Rozstrzygająca wszelkie wątpliwości, autorytarnie wręcz i bezpardonowo porządkująca życie. Spośród wielu – ona jedna. Nadająca imię (bracia mniejsi, trzewiczkowi) oraz tożsamość (benedyktyni, dominikanie). I zazdrosna ponad miarę, gdyż brak wierności oznacza utratę tożsamości. Jednak pisząc o Regule, łatwo ulec mitologizacji. Reguła to zapis prawny, dokument regulujący życie ascetyczne i organizacyjne zgromadzenia, stąd niewiele tu z tego, czego szukam: odpowiedzi. Podane są godziny modlitwy, dokładna liczba psalmów, ale próżno tu szukać odpowiedzi na pytanie, jak się modlić. Jest za to odpowiedź na pytania, jak żyć, ale w formie jedynie organizacyjnej: pobudka, praca, modlitwa, posiłek, praca, czytanie etc. Gdzieś pomiędzy tymi godzinami, tak podaje mądrość, jak kot przeciąga się świętość. Albo przynajmniej pewniejsza droga do niej.

Szukając odpowiedzi w regule, należy pamiętać, że powstała ona z ułomności człowieka. Powiedzmy to wprost: reguła to porażka, zapis nieudolności, bowiem jedyną Regułą jest dla wierzącego Pismo. Stąd Reguła ma rangę upokarzającej ściągi, pisemnej kapitulacji wobec Ducha. Tak, łatwo ulec mitologizacji. W spokojnym czytaniu szybko okaże się, że normy życia mnichów niestrudzenie balansują pomiędzy Regułą a regułą, mieniąc się raz Jedyną Drogą, a innym razem pobożnym, czy miejscami wręcz nieludzkim, zapisem. Reguła – ta pisana małą i ta pisana wielką literą – jedynie w cierpliwym odczytaniu odkrywa swoje skarby. Zdaje się, że idealizujące spojrzenie na reguły posiada jedynie zakon romantycznych niemnichów, którego i ja jestem dumnym wyznawcą, podczas gdy prawdziwi mnisi traktują swoje reguły z dużą dozą dystansu. Słowem: nie ma Reguły, jest tylko reguła?

Tekst napisany przez piasek

Losy reguł – wszystkich, bez wyjątku – są tajemnicze, jak ślady na piasku. Otwieram niedawno wydaną, zaiste imponującą książkę Zachodnie reguły monastyczne, by pomiędzy stronicami odnaleźć Ważne Słowa. Zamiast zdań, co mają ocalić moje życie, znajduję piasek. Reguła zawiera w sobie żar pustyni, jej samotność, zaskakujące piękno w pozornie niezmiennym krajobrazie, a przede wszystkim upór, zwany walką, zamykający się w życiu. Reguła powstaje w momencie nieuchwytnym: człowiek zostaje wygnany przez Ducha na pustynię. Tyle wiemy, nawet jeśli uciekamy w metaforę. Czas spędzony na odosobnieniu – z Bogiem, ze sobą i z dzikimi zwierzętami – jest okryty tajemnicą milczenia. Ani słowa o tym, co się wydarzyło. Gdy wreszcie wynurza się zza piaskowej wydmy, niesie już ze sobą pierwsze słowa. Tak powstaje reguła: w momencie nieuchwytnym.

Słowa reguł noszą w sobie okrutne piękno pustyni. Niektóre z nich bardziej przypominają złudzenie niż namacalny konkret. Część z nich jest tak ulotna, że wiemy o nich tylko tyle, iż istniały. Przekazywane ustnie lub ograniczone tylko do jednego klasztoru, tworzą ów zagadkowy w swej rozległości zbiór reguł wymarłych. Znikały wraz z wymarciem wspólnoty, ze śmiercią założyciela i jego bezpośrednich uczniów. W historii duchowości chrześcijańskiej mamy do czynienia z ludźmi potężnymi jak reguły zakonne. To promieniujące osobowości, których fenomenu nie udało się zamknąć w literze. Marcin z Tours był postacią tak charyzmatyczną, iż nie pozostawił po sobie reguły – dopóki żył, sam stanowił wzorzec dla swych uczniów. Inni, jak Franciszek z Asyżu, pozostawili reguły nieporywające, jakby nie na miarę swej postaci. Święty mąż, ojciec założyciel, pustynny abba jest nie do pochwycenia przez regułę. Ten typ człowieka należy bardziej do Ducha niż do litery. Tak jak istnieją ludzie reguły, tak też istnieją reguły matki, teksty fundamenty. Wobec nieprzeniknionego życia reguł zakonnych na przełomie VIII i IX w. Benedykt z Aniane dokonuje ich kodyfikacji, zapisując wszystkie znane oraz te istniejące do jego czasów. Zachowało się ich ok. 30. Która pierwsza, a która najbardziej wartościowa? I czy działa tu zasada, że im bliżej starożytności, im bliżej pierwszych chrześcijan, tym lepiej? Nie wiem, kto zna odpowiedzi na te pytania, ale na pewno nie reguła. Ta od momentu kodyfikacji przeżywa spory o swą tożsamość: co jest regułą, a co nią nie jest? Słowo „reguła” nie od razu pojawia się w tytule. I tak Augustyn z Hippony nazywa napisaną przez siebie regułę (De ordine monasterii) terminem libelus, tj. książeczką, zaś Reguła Pachomiusza w ogóle nie zna tego terminu, a tytuł dodano jej znacznie później. W tytułach pojawiają się słowa: statuty, napomnienia, listy… Termin „reguła” pojawia się dopiero w IV w., zaś jego okrzepnięcie w znaczenie dzisiejsze dokonuje się na przełomie VI i VII w. Rzecz zastanawiająca: w IV w. następuje dosłownie erupcja dokumentów regulujących życie monastyczne. Reguły Pachomiusza, Bazylego, Augustyna oraz Reguła Czterech Ojców (Serapiona, Pafnucego, dwóch Makarych) powstają w zbliżonym czasie, a co więcej, całkowicie niezależnie od siebie. Odo Casel, wybitny znawca monastycyzmu, do tych pism podstawowych zalicza jeszcze regułę i Collationes Patrum Jana Kasjana, które choć powstały w tzw. drugiej generacji (I połowa V w.), wywarły nie mniejszy od pozostałych wpływ na tworzenie reguł zakonnych. Te właśnie pisma stanowią „reguły matki” – teksty wielokrotnie cytowane, przetwarzane, odnajdujące się w innych regułach z odmiennymi tytułami, wreszcie przeglądające się w sobie nawzajem. Jak się bowiem okazuje, reguła nie lubi statyczności, prowadzi życie nader dynamiczne: zmienia autorów, porzuca stare tytuły, aby przybrać nowe, nieustannie podróżuje, oceniając prawdziwość swych słów w innych miejscach pośród innych ludzi. Bywa, że rozczulająco uparcie trzyma się – aż po śmieszność – napomnień całkiem niedorzecznych. Reguła Wschodnia, napisana dla galijskiego klasztoru w Agaune, w punkcie 11 wiernie powtarza zapis z Reguły Pachomiusza: „Niech nikt bez rozkazu ojca nie odwiązuje liny”. Zapis jest zrozumiały tylko dla klasztoru Pachomiusza, gdzie używano łodzi, aby przeprawić się przez rzekę. Przymocowywano je liną, wiążąc do pomostu. W Agaune zapis ten jest pozbawiony sensu, niemniej z całą powagą powtórzony. Są też reguły, które się nie znają: Reguła Eugipiusza nie zna Benedykta, choć Lucullanum jest blisko Subiaco i Monte Cassino. Inne zaś zaczynają się tam, gdzie pierwsze się kończą. Kolumban kończy swoje napomnienia dla mnichów słowami „Słuchaj, Izraelu”, podczas gdy Benedykt rozpoczyna: „Synu, nakłoń ucha”.

Na marginesach

Definicję życia monastycznego, albo życia chrześcijańskiego, stanowi ten fragment Pisma: „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32). Na dobrą sprawę żadna reguła nie wyjdzie poza te zdania. One stanowią sedno Reguły, ją samą. Uporczywe, do znudzenia i do zapamiętania, czytanie reguły, pod którą się żyje, ma na celu przybliżyć do tej jednej Reguły. Jej ciągłe czytanie ma przypominać o celu, do którego się zdąża. Augustyn nazywa regułę „zwierciadłem” – należy przeglądać się w tekście, nie zaś porównywać z innymi mnichami. Z tego też powodu zapis, wedle którego żyją mnisi, jest swoistym kanonem, od którego nie można odstąpić, wzorem do naśladowania i miernikiem rozwoju. Należy zatem zapytać: jak często czytano regułę? Wspomniany już Augustyn nakaże czytanie raz w tygodniu, za nim pójdzie reguła klasztoru tarnateńskiego, ale już Aurelian będzie wymagał czytania raz na miesiąc. Zwierciadło tekstu stawiane jest przed mnichami często, niemal nieustannie. Reguła, jak mniemam, ma stać się drugim kręgosłupem zakonnika. To częste czytanie rzeczywiście kształtuje człowieka, co prowadzi do sytuacji dla dzisiejszego czytelnika zaskakujących: podczas pożaru klasztoru mniszki nie chcą opuścić klauzury, ponieważ zabraniała im tego reguła Cezarego z Arles („niechaj już do śmierci nie wychodzi z klasztoru” [1]). Taka jest wierność tekstowi – żyje się tak, jak się czyta.

Każdą regułę należy odczytać jako tekst mówiący po prostu o życiu. Najpierw jest życie, dopiero później reguła, która próbuje to życie opisać. Liczy się nie tyle życie dziwaczne, eksperymentalne, życie na próbę, ile życie sprawdzone, życie na śmierć poważne. Dlatego reguły nie silą się na oryginalność, przeciwnie: łączą się, zapożyczają od siebie, noszą w sobie ślady wzajemnych, i to bardzo uważnych, lektur. Noszą też ślady swoich autorów (lub redaktorów), odzwierciedlając nie tylko ich inteligencję, pobożność, co jeszcze bardziej charaktery. Reguły są jak ludzie – surowe, wyrozumiałe, autorytarne lub ludzkie. Niespiesznemu czytelnikowi odsłaniają się rysy ich twórców – jaka przepaść istnieje między surowością Kolumbana a wyrozumiałością Augustyna czy Benedykta! Łatwo odczytać charakter autora, jednak reguła pisana jest dla konkretnej wspólnoty. W niej ujawnia się wizerunek zgromadzenia ludzi, z którymi przyszło żyć. Liczba kar, rygorystyczne przestrzeganie zasad, surowość życia, nawet pewien brak zaufania to opis recept wobec konkretnych ludzi, których w równym stopniu należało doprowadzić do Chrystusa, jak również utrzymać w ryzach wychowania. Współczesnego czytelnika reguł może zaskoczyć liczba kar cielesnych. Reguła Makarego wprost nakazuje, iż „ci, którzy nie poprawiają się na skutek zdrowej nauki, powinni być uleczeni za pomocą chłosty” (27), jednak nie podaje liczby uderzeń. Dopiero Reguła Aureliana precyzuje: „gdyby trzeba było nałożyć karę chłosty, nigdy nie przekraczać słusznej miary, to jest trzydziestu dziewięciu uderzeń” (41). Ciekawe jest to doprecyzowanie. Obie reguły powstały w V w., ale dzieli je mniej więcej 50 lat. Dlaczego Makary nie wspomina o liczbie uderzeń? Być może nie należało tłumaczyć liczby uderzeń, ponieważ wciąż w użyciu była rzymska „miara” takiej kary: czterdzieści bez jednego. Pół wieku później, w czasach Aureliana, zasada ta mogła nie być już wśród ludów barbarzyńskich znana. A może jeszcze inaczej: opat Makarego miał wielką władzę nad podległymi mnichami, zaś Aurelian był bardziej ludzki i wolał pewnych granic nie przekraczać? Za najsurowszą regułę uchodzi tekst Kolumbana, który lekką ręką rozdaje kary („Komu upadnie poduszka na oleje i nic nie stłucze, poniesie karę dwunastu uderzeń” [VIII, 13]). Jednak i on cechuje się pewną „humanitarnością”: pomimo że kary dochodzą do 100 razów, dziennie można otrzymać ich tylko 25. Wszędzie ganiono śmiech, co reguła Ferreola wyjaśnia: „Uważam, że mnichom przystoi, aby od śmiechu się powstrzymywali, jeśli nie zawsze, to przynajmniej często. Gdyby zaś, czytając to, każdy z braci wymagał jakiegoś przykładu, niech mu wystarczy, że w Ewangelii czytamy, iż Pan nasz Jezus Chrystus płakał, ale nic nam nie wiadomo o tym, aby się śmiał” (24, 1). Niektóre z kar pozostają do dziś zagadkowe, tak jak ta ukryta za słowem superpositiones, którą wspomina reguła Donata. Dziś nie jesteśmy już w stanie rozstrzygnąć, jaki ciężar się na nią składał: post, milczenie, śpiewanie psalmów, czasowe odsunięcie od życia wspólnoty? Okazuje się, że nie tylko reguły same w sobie są interesujące: nie mniej ciekawe są ich marginesy.

Reguła miasta

Zwykło się mówić, że po Trydencie nie powstały już zakony. Jak gdyby reformacja ostro podzieliła świat wiary na średniowiecze i na czasy nowe, niemożliwe do uchwycenia w dawnych formach życia duchowego. Jakby podważona została potrzeba istnienia zakonów. Po Trydencie powstają towarzystwa, zgromadzenia, wspólnoty, ale nie zakony. Reguły, zgodnie z tradycyjną zasadą, nie silą się na oryginalność, ale raczej powielają to, co sprawdzone, to, co już było. Jest jakaś nieśmiałość w bogactwie życia wspólnotowego po Trydencie: dokument, który teraz określa tożsamość, to już nie reguła, ale konstytucja. Pomimo bogactwa potrydenckiego życia duchowego – żeby wspomnieć dla przykładu jezuitów z ich Ćwiczeniami duchownymi – litera życia monastycznego nie odważa się sięgnąć po nazwę reguły. Ewenementem pozostają dla mnie współcześnie powstałe Jerozolimskie Wspólnoty Monastyczne. Nie dość, że proponują coś nowego w monastycyzmie (wybitnie miejski charakter, świadomie podejmowana praca na pół etatu, swoista rodzina monastyczna), to śmiało pozwalają się przejrzeć rzeczywistości w swojej własnej regule. Tak właśnie: w regule. Ale niech nas nie dziwi ta zaskakująca śmiałość duchowych synów i córek Pierre’a- -Marie Delfieux. Jerozolimskie Wspólnoty wywodzą się z samego początku monastycyzmu, z pustyni. A gdyby reguły mogły się przyjrzeć sobie nawzajem – te pierwotne i ta współczesna – co zobaczyłyby w sobie? Czy odnalazłyby w sobie zrozumienie? Mnich żyjący pod prawem Donata czy Kasjana byłby raczej zdezorientowany, czytając ten współczesny dokument. Brak kar, odejście od autorytarnego języka mówiącego o spaniu, pracy, ani słowa o wymaganej liczbie psalmów na każdy dzień. Duch pierwotnego monastycyzmu naznaczony posłuszeństwem wobec opata, ciągłą pokutą, umartwieniami, wreszcie nieustannym przypominaniem trzech zakonnych ślubów na tle reguły Jerozolimskich Wspólnot wydaje się przypominać dzikiego kuzyna. Zasadnicze przesłanie pozostaje niezmienne – zmieniają się tylko akcenty, a jednak jest to zmiana, która musi wzbudzać zadziwienie. Zatem nie w dawnych tekstach, w tych najbliższych historycznie promieniowania epoki pustyni, ale w tych najbliższych nam należałoby szukać odpowiedzi. Jeszcze jeden paradoks reguły, która chce się mienić Regułą.

Współczesne reguły codzienne

Poszukiwanie Reguły – pośród wielu innych reguł – uświadamia mi, że nie mniejszą potrzebą, obok uzyskania odpowiedzi i nadania sensu życiu, jest również potrzeba przynależności. Dość powiedzieć tyle: żyjemy na terytorium Pstrokatej Bestii, stąd każdy stały punkt w płynnym krajobrazie jest punktem o wadze portu i latarni morskiej. Przed nami rozpościera się zbiór nie mniejszy od reguł zaginionych – to współczesne reguły codzienne. Współczesne reguły są mądrościami, które pomogły ich twórcom w jakiś sposób uratować siebie, cząstkę swojego życia. Na ogół zawierają opis pewnego rodzaju świeckiego samozbawienia, stąd niewiele tu odniesień do Boga. Jedz tylko do godziny 18. Biegaj, koniecznie biegaj, a najlepiej rano i na czczo. Kochaj się minimum dwa razy w tygodniu, nie używaj soli, nie smaż na oleju…

Jeszcze innym zbiorem reguł są te należące do pisarzy. Najbardziej zindywidualizowane, ale też szczególnie restrykcyjne. Ojcem założycielem, pierwszym prawodawcą jest tu Pliniusz: „ani dnia bez linijki”. Nie jem, gdy piszę. Pisać tylko rano, gdy umysł jest czysty. Nie odzywam się do nikogo do 16. Obok laptopa zawsze stoi ulubiona zielona herbata, czarna kawa, słodycze różnej maści. Pisać. Pisanie staje się modlitwą, studiowaniem, a nade wszystko pracą.

Wielość, a wraz z nią istna feeria współczesnych reguł codziennych pokazuje, jak silna jest potrzeba przynależności. Przynależę do tekstu (zasad życia), który mnie określa. Jestem wierny literze (zasadom życia), względem której się konfrontuję. W tej wierności wybranej współczesnej regule codziennej zawiera się odprysk tradycji monastycznej, która mówi paradoksem: asceza daje wolność. Nieogarniony zbiór współczesnych reguł codziennych zakłada jakieś wyrzeczenia (choćby małe), które zmuszają do fragmentarycznego ograniczenia siebie. Każdy żyjący pod prawem współczesnej reguły codziennej odpowie, że potraktowana serio, daje w zamian poczucie szczęścia i sensu. Ale nie są, bo nie mogą być, Regułą.

Dla początkujących

Moje poszukiwania muszą zatoczyć koło i powrócić do punktu wyjścia. Regułę mają zakonnicy. Gdyby zatem wyruszyć śladem bardziej ogólnym: na jedną stronę mnisi, na drugą, tą, na której i ja się znajduję, małżeństwa. Bo może zacząć należy od powołania podstawowego, pierwszego, wpisanego już w momencie stworzenia: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam” (Rdz 2, 18). Powołanie do małżeństwa jest absolutnie pierwsze, a to znaczy, że wszyscy są do niego powołani. Z tego powołania wyrastają inne, lecz pamiętajmy o hierarchii: są drugorzędne. Jeśli pytamy o bliskość Źródła, będzie to związek kobiety i mężczyzny. Czy jest tu możliwa jakakolwiek reguła? Przeniesienie wzorów życia zakonnego do małżeństwa będzie miało tragiczny skutek, podobnie jak próba połączenia wzorów małżeńskich z życiem zakonnym. W każde z tych powołań wpisane będzie nieustanne napięcie, tak pomiędzy pracą a modlitwą, jak też między życiem wspólnotowym a okresem samotności. Nie istnieje Reguła – jedna, jedyna – choć możemy o niej marzyć. Nie istnieje żaden tekst, który rozwiązałby wszelkie problemy naszego życia. Istnieje za to jedna reguła – mała, codzienna – pod którą żyjemy wszyscy. Benedykt napisał swoją regułę dla, jak to mądrze określił, początkujących. Wil Derkse, świecki oblat, komentuje to w nie mniej wspaniały sposób: „Mamy wyłącznie tę regułę dla początkujących”. Żadnemu z powołań – małżeńskiemu czy duchownemu – nie jest łatwiej, a dostęp do Boga jest taki sam. Różnią się jedynie możliwościami. To prawda, że dla zakonnika wiele spraw jest rozwiązanych niejako odgórnie właśnie poprzez regułę, podczas gdy życie w rodzinie jest trudniejsze poprzez potrzebę nieustannych negocjacji. Wreszcie życie duchowe to jednak nieraz pole bitwy, a dom raczej skłania do wygody niż wyrzeczenia, o co łatwiej w klasztorze. Dla małżonka polem bitewnym znacznie częściej będzie po prostu praca: konieczna, by utrzymać rodzinę, a monastyczne ubóstwo nie jest tu rzeczą pożądaną. Przesiaduję do późnych godzin nocnych, zrywam się rano do pracy, a w ciągu dnia jestem niewyspany, rozdrażniony, przemęczony. Chociaż mam świadomość, że w tych zmaganiach nie jestem sam, inni wydają się wciąż lepsi ode mnie, bardziej niezniszczalni. Porównywanie się i… wyścig zaczyna się od nowa. Tak wygląda moje pole bitwy, w które jestem wpisany, choć wolałbym przerwać ten zaklęty krąg. Dlatego kieruję się myślami w stronę zakonu. Nie dlatego że życie jest tam łatwiejsze, a pracy mniej. Spoglądam w ich stronę, ponieważ mogą dać to, czego nie daje społeczeństwo konsumpcyjne. Świętość. Nie wyprodukuję tego, nie stworzę swoją hiperaktywnością, nie kupię. To, co święte, jest w sposób wyzwalający poza mną: bez sterowania, limitów, kontroli. Dlatego to, co święte, jest wolnością.

Świętość schowana w dniu

Żeby poczuć świętość, należy poczuć dzień. Tak przynajmniej przekonują współcześni mnisi, pisząc o szansie, jaką daje monastycyzm w życiu codziennym. Z książek Basila Penningtona Miejsce odosobnione czy Christophera Jamisona Odnaleźć schronienie wynotowuję pospiesznie ową „receptę” życia pod regułą: milczenie, modlitwa, posłuszeństwo, wspólnota, post, lectio divina, liturgia, praca… Przypatruję się temu i widzę, że jest to proste, ale nie jest to łatwe. Proste, ponieważ w rzeczywistości moje własne serce mówi mi o tym każdego dnia. Wprowadzenie tego w życie i nadanie jakiejkolwiek regularności nie jest już takie łatwe. Każdy rodzic wie, że małe dziecko żyje poza jakąkolwiek regułą (to raczej rodzice żyją przez jakiś czas pod regułą karmienia, przewijania, spacerów, wymiotów). Zżymam się, że na moje szaleństwo pracy – litry kawy, litry energetyków – reguła odpowiada totalnie, wyznaczając autorytarnie czas na pracę, modlitwę, sen. Pozostaje też pytanie: kto z nas jest tu tyranem?

Przyglądając się „monastycznej recepcie”, dostrzegam jedno przesłanie: zatrzymaj się. Można to ująć jeszcze inaczej: pozwól sobie na stratę czasu, aby zyskać czas. Modlitwa jest stratą czasu, lectio divina jest stratą czasu, milczenie jest nieproduktywne, liturgia jest czasochłonna – lista wątpliwości jest spora. Jeśli mam coś zyskać z tego „zatrzymania się”, to jest to przywrócenie smaku. Mój dzień nie może być tylko gonitwą za króliczkiem, który – co oczywiste – coraz bardziej ucieka, ale ma mieć swój smak, swój sens, swoje odbicie świętości. Zatem zatrzymaj się, zdobądź się na dystans wobec siebie. Zatem zatrzymaj się, aby dzień odzyskał swój smak. To w obliczu świętości – przed Bogiem – rzeczy nabierają właściwego im sensu. Nabierają smaku. Modlitwa, post, milczenie to proste sposoby, aby zyskać dystans w patrzeniu na siebie. Być może to właśnie będzie najwłaściwszym polem bitewnym dla małżeńskiego i świeckiego powołania. Synu, naucz się tracić czas, abyś zyskał go dla swej rodziny – pierwsze zdanie tej właściwej Reguły?

Spoglądam raz jeszcze w stronę reguł, aby dostrzec tę jedną właściwą im cechę: traktują człowieka całościowo. W tym czasowym rygorze godzin snu, czasu modlitwy, porach pracy ujęty jest głęboki sens. I znów: to jest proste, ale to nie jest łatwe. Napięcie między pracą a odpoczynkiem, modlitwą a bawieniem się z dzieckiem, samotnością a troską o małżonkę są zwyczajnie wpisane w życie. W tej wewnętrznej konfrontacji rodzi się moja (nasza) tożsamość. Szczerze podziwiam i szczerze zazdroszczę tym, którym udało się wprowadzić pokój w swoje małżeńskie życie tak bardzo wystawione na rozdarcie wobec piętrzących się oczekiwań. Jednocześnie tę umiejętność godzenia własnego życia – umiejętność, której tak bardzo pragnę, której tak bardzo zazdroszczę – nabywa się nie inaczej, jak w ciągu życia: wszystko, co robimy, robimy pod okiem Boga. „Aby Bóg był we wszystkim uwielbiony”, „Na większą chwałę Boga” – dwie maksymy, benedyktyńska i jezuicka, choć oddzielone od siebie o całe doświadczenie średniowiecza, pokazują tę istotę doświadczenia pustyni: człowiek jest cały. Jest cały, kiedy się modli, i jest cały, kiedy pracuje. Ale dla konkretu małżeńskiego oznaczać to będzie: jest cały, kiedy się kocha, jest cały, kiedy bezradny pełni wartę przy łóżku chorego dziecka, jest cały, kiedy próbuje z piasku zbudować wymarzony dom. Idąc jeszcze dalej: wszystko to jest modlitwą. Na tej drodze my po tej stronie muru jesteśmy osamotnieni. Z wystawionymi na wzór przykładami zakonników sięgających w swych wizjach trzeciego nieba i kolejnych pomieszczeń twierdz wewnętrznych czuję się osądzony i wepchnięty w poczucie winy. Potrzeba mi kanonizacji jakiejś Matki Polki Z Torbami Zakupów Sięgającymi Do Ziemi, wyniesienia na ołtarze jakiegoś Ojca Polaka Na Trzech Etatach (bo nie starcza do pierwszego).

Obrączka

Jeśli szukam na obrzeżach i marginesach reguł zakonnych wskazówek dla własnej Reguły, znajduję ją nie tam, ale tu obok. Taka jest prawidłowość podróży paradoksu, prawidłowość przygody życia. Reguła – ta jedna, jedyna, pod którą żyję i która mnie ustawia w stosunku do rzeczywistości, zamyka się w zdaniu prostym jak obrączka. Ja, Marcin, biorę Ciebie, Miro, za moją Żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. To jest Reguła otwarta na Ducha, nie na literę. Reguła najstarsza ze wszystkich istniejących, istniejąca od założenia świata, Reguła wypływająca wprost ze Źródła. Reguła nie z pustyni, ale z raju. Wobec niej blado wyglądają wszelakie kary chłosty, liczba psalmów na dzień, podział czasu na sen, pracę i modlitwę. Co więcej: jest to rzeczywistość niemal całkowicie nieopisywalna. Reguła ta zawiera jedno zdanie i całą podróż w niewiadomą. Tu zawiera się cała mistyka Góry Karmel: idzie się drogą, której się nie zna, w stronę celu, który majaczy przed nami. Małżeństwo jest tu rzeczywistością tak dynamiczną, że narzędzia pomiarowe nie łapią sygnału. Dodatkowo – tam gdzie ja idę z Mirą, nikt już wejść nie może. Nie sposób powtórzyć ani mojego, ani niczyjego małżeństwa. Tu zasady są inne. Jeśli zapytasz mnie o sens mojego życia, pokażę ci obrączkę. Tu zamyka się i otwiera wszystko. Cała Reguła wypowiedziana w jednym zdaniu, żadnych przypisów. Dokąd mam dojść, nauczą mnie słowa Reguły wypowiedziane raz jeden na całe życie, złożone do śmierci, i na to, co nastąpi po niej.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter