70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wiara w dobie kryzysu

Tak silna i oczywista, że aż niewidzialna wiara w pieniądz, gospodarkę i ekonomię zachwiała się mocno w posadach. Padła też wiara w zbawienne skutki nieuchronnego rzekomo procesu globalizacji. Padła – a raczej ujawniła, że jest wiarą właśnie, a nie koniecznością dziejową, duktem której zmierzać musimy ku naszej wspólnej przyszłości.

Kryzys, którego świadkami i ofiarami jesteśmy od kilku lat, zachwiał podstawami naszego ziemskiego bytowania. Dotknął on przede wszystkim cywilizacji Zachodu, jest zresztą swoistym jej „produktem”, rezultatem jej chlubnych sukcesów i niechlubnych zaniedbań. Ponieważ jednak nastąpiło to w fazie dziejowej określanej krótko mianem „globalizacji”, nie mogło pozostać bez wpływu na resztę świata. Co więcej, kryzys nie ogranicza się jedynie do spraw „ziemskich”. Zachwiał on podstawami wiary człowieka współczesnego w różnych jej przejawach, i z tego także powodu śmiało można go nazwać globalnym. Chodzi tu, oczywiście, o specyficzną wiarę świecką, chociaż w konsekwencjach wstrząs ten nie pozostaje bez wpływu na stan wiary w potocznym tego słowa znaczeniu, a więc – wiary religijnej.

Armia wierzących potrzebujących

Zacznijmy jednak od tej pierwszej. W obszarze cywilizacyjnym Zachodu ukształtowały się trzy odrębne systemy uzurpujące sobie prawo do orzekania o prawdach naszego życia powszedniego, jak też prawdach procesu dziejowego. Systemy te to: nauka, ekonomia i ideologia liberalna. Pomijam tu religię, która jest, co prawda, nadal systemem żywym, ale znajdującym się w wyraźnej defensywie. W walce o ludzkie umysły, postawy, cele i działania zwycięskie są systemy odwołujące się do ziemskich, „praktycznych” wartości, a więc nauka, ekonomia, polityka. Wszystkie one mają aspiracje uniwersalistyczne i w znacznym stopniu takie są. Przekraczają granice etniczne, religijne, cywilizacyjne, obejmują zasięgiem swych oddziaływań cały świat. U źródeł tych systemów stoją akty wiary, ale nie mają one nic wspólnego z postawą religijną, prócz samego pojęcia „wiary” definiowanego jako przeświadczenie żywione przy niepełnych danych i niemożności ich weryfikacji. Wiara w tym przypadku faktycznie jest wiarą w „ekspertów” – naukowców, ekonomistów, polityków, w ich mądrość i kompetencje. Bezpośrednie dane dla przeciętnego obywatela są praktycznie niedostępne. Musiałby on sam zostać ekspertem, a do tego potrzebne są odpowiednie predyspozycje i lata strawione na poznawaniu eksperckiego warsztatu, na co stać nielicznych.

Tak rozumiane systemy charakteryzuje autopojetyczność, czyli zdolność do samoreprodukcji i samouzasadnienia, są zatem pozbawione wrażliwości na globalne społeczne i historyczne skutki. Żeby to zrozumieć, należałoby sięgnąć do Marksowskiej teorii alienacji. Marks analizował formowanie się wartości ekonomicznej będącej wartością pracy ludzkiej, ucieleśnionej w postaci przedmiotu, jej wytworu. Wartość, pomimo iż w swej istocie jest czymś „pozazmysłowym”, staje się swoistą „nierzeczywistością materialną”, rynkowym towarem. Jej czystym wcieleniem, swoistą substancją jest pieniądz. Pieniądz rządzi światem, sam pieniądz rządzi się jednak własnymi prawami niezrozumiałymi dla zwykłego śmiertelnika, często trudnymi do zrozumienia nawet dla wybitnych fachowców. Wartość pieniądza nadana mu jest aktem wiary, swoistej umowy społecznej, sam w sobie żadnej wartości nie posiada. Gdyby ludzie stracili nagle tę wiarę, sterty banknotów miałyby wartość makulatury, a torby monet – wartość złomu. Jesteśmy tego częściowo świadomi, stąd lęk przed paniką giełdową, który sam w sobie też stanowi element tej paniki.

Fakt, iż pieniądz jest bytem w pełni autonomicznym, tłumaczyć może podstawowy paradoks naszych czasów: nadmiar pieniędzy i wyprodukowanych dóbr (typowy „kryzys nadprodukcji” w interpretacji Marksa), a jednocześnie pogłębiające się obszary nędzy i głodu. Ustalono, że gdyby stu najbogatszych miliarderów oddało połowę swoich finansowych zasobów na potrzeby biednych i głodujących, uratowałoby to od śmierci głodowej miliony umierających. Miliarderzy tego jednak nie uczynią. Posiadane już pieniądze posłużą im do tego, by zgromadzone bogactwo podwoić, mimo że i tak go nie spożytkują dla zaspokojenia swoich potrzeb, bo jest to fizycznie niemożliwe. Uczynić tego nie mogą z powodów bardziej zasadniczych, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Taka filantropijna rozrzutność groziłaby bowiem upadkiem światowego systemu bankowego, a co za tym idzie, katastrofą równą Armagedonowi. Podobnie z wytworzonymi już produktami. Na śmietniki trafiają tony żywności całkiem jeszcze zdatnej do spożycia, na złomowiska – całkiem jeszcze zdatne do użycia samochody, telewizory, komputery i inne urządzenia towarzyszące nam w codziennym życiu. Czy nie lepiej by było rozdać to wszystko potrzebującym, za darmo? Nie, nie lepiej. Groziłoby to bowiem odnotowanym przez ekonomistów spadkiem spożycia, zahamowaniem wzrostu produkcji, zmniejszeniem PKB, wzrostem bezrobocia – jednym słowem – globalną katastrofą właśnie. Gospodarce potrzebni są kupujący, a nie spożywający za darmo. Wszechobecna reklama mozolnie pracuje nad rozbudzaniem coraz to nowszych, często idiotycznych, pragnień. Gospodarka wymaga armii niespełnionych potrzebujących, nie zaś tych, którzy są syci i szczęśliwi, którym niczego nie brakuje.

A jednak ta tak silna i oczywista, że aż niewidzialna wiara w pieniądz, gospodarkę i ekonomię zachwiała się mocno w posadach. Nikt nie wie, co będzie dalej, ekonomiści bezradnie rozkładają ręce. Padła też wiara w zbawienne skutki nieuchronnego rzekomo procesu globalizacji. Padła – a raczej ujawniła, że jest wiarą właśnie, a nie koniecznością dziejową, duktem której zmierzać musimy ku naszej wspólnej przyszłości.

Trójca Święta w wieloświecie

W podobnym stanie kryzysu znalazła się też nauka. Wiara w naukę jako system, który dociera do źródeł najgłębszych tajemnic bytu, znana jest już od starożytności, ale dopiero oświecenie poszerzyło roszczenia nauki i podsyciło wiązane z nią nadzieje: jako dźwignia wiecznego postępu ma ona wyzwolić ludzkość ze wszystkich trosk doczesnych, ale też odsłonić człowiekowi drogę ku nieśmiertelności i wieczności. Nauka uzurpuje sobie prawo orzekania nie tylko o tajemnicach praw natury, ale także o tajemnicach praw ducha i bytu społecznego. Świadczy o tym popyt na takie dyscypliny, jak ekonomia, socjologia, psychologia, antropologia, politologia.

Jednocześnie postęp naukowy i towarzyszący mu, a w żaden w zasadzie sposób niekontrolowany, rozwój technologii sieją więcej niepokojów niż świetlanych nadziei na przyszłość. Wystarczy wymienić zagrożenia związane ze zmianami klimatu, możliwościami konfliktu nuklearnego, postępami inżynierii genetycznej itp. Do tego dzisiejsza nauka zamiast ułatwiać nam zrozumienie świata, w miarę jej postępów czyni jego obraz coraz mniej zrozumiałym, coraz bardziej tajemniczym, niepojętym, w swoisty sposób mistycznym, niewyobrażalnym i alogicznym. Są ponoć tacy, którzy jakoś to rozumieją. To ci, którzy „mają w paluszku” kwantową teorię materii, teorię strun czy teorię wieloświata. Jest ich niewielka garstka; to, co mogą mi powiedzieć o świecie, jest z punktu widzenia zdrowego rozsądku nielogiczne i absurdalne, ale uchodzi za niepodważalny, choć nieosiągalny dla zwykłych oczu horyznot współczesnej świadomości. A przecież, tak na zdrowy rozum, łatwiej mi uwierzyć w istnienie nieba i piekła, w zawiłe tajemnice Trójcy Świętej niż na przykład w to, iż teraz, gdy piszę ten tekst, inny profesor robi coś podobnego w bliźniaczym wszechświecie, oddalonym ode mnie – jeśli mierzyć to w naszych metrach – na odległość zerową. Jest więc ze mną prawie „współistny”. Kłopot w tym, iż przebywa on w innej czterowymiarowej przestrzeni, a wieloświat, jak ustalili specjaliści od astrofizyki, ma aż 11 wymiarów.Faktycznie jednak nie jest to sprawa, którą warto by zaprzątać sobie umysł, mimo że wykreowana przez współczesną naukę rzeczywistość – choć zrozumieć jej nie jestem w stanie – stanowi nieubłaganą treść mojej codzienności. Telewizor, który jest swoistym oknem na świat, komputer, który za mnie myśli i jest moją pamięcią milion razy pojemniejszą niż mój mózg, Internet, który odpowie na wszystkie moje pytania, komórka, która uobecnia mi na życzenie moich bliskich, jeśli nawet fizycznie są na odległych kontynentach. Wszystko to takie z pozoru proste i zwyczajne. Wystarczy nacisnąć odpowiedni przycisk, by otwarły się przede mną nieprzebyte przestrzenie wiedzy, mądrości, kontaktów z Innym, i wstukać killka cyfr, by bankomat wypłacił mi moją „kasę”. Wiem jednak, że wszystko to zostało stworzone i funkcjonuje dzięki wiedzy niedostępnej potocznemu rozumowi, jest swoistą epifanią tajemniczego dla mnie świata fizyki kwantowej, nanotechniki, informatyki, bytów w praktyce „pozazmysłowych” typu kwanty, kwarki, pola, fale itp.

Muszę wierzyć w te byty, skoro na co dzień korzystam z użytecznych ich epifenomenów. Wiara ta podminowana jednak jest stałym niepokojem. Wszystko może nagle, bez widomych i zrozumiałych dla mnie przyczyn, zawiesić się, zniknąć. Bankomat przestaje wypłacać, komórka przestaje odpowiadać… Ten niepokój związany z brakiem przejrzystości, pewności co do funkcjonowania systemów elektronicznych nie ogranicza się do realiów mojej codzienności. Pobudza także obawy o losy całej cywilizacji, a sytuacja kryzysu skutecznie je wzmacnia. Infrastruktura cywilizacyjna ma charakter elektroniczny, oplata szczelnie nie tylko całą kulę ziemską, ale też okołoziemską przestrzeń kosmiczną. Groźna dla losów cywilizacji awaria tych systemów może mieć liczne przyczyny, w tym również całkiem przez nas niezawinione – kosmiczne: silne wybuchy na Słońcu, których spodziewają się astronomowie, mogą spowodować uszkodzienia elektronicznych urządzeń na satelitach, a te z kolei doprowadzić do momentalnego wręcz załamania się funkcjonowania naszych społeczeństw.

Te cywilizacyjne niepokoje mają jednak przeważnie bardziej „przyziemny” wymiar. Wirtualny charakter pieniądza pozbawionego swej „cielesności” (istniejący realnie banknot jest tylko epifinomenem wirtualnego pieniądza, którym dysponuje bank) stwarza możliwość przemieszczania się ogromnych bogactw z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent, niedostrzeganego zmysłowo i niewymagającego żadnych wysiłków ani zachodów. Stąd m.in. nagłe katastrofy dobrze z pozoru prosperujących i komfortowo urządzonych gospodarek świata. Jednym słowem, nauka nie może nam dziś zapewnić wiary w pomyślne jutro. Jej sukcesy nie łagodzą naszych lęków i niepokojów, wręcz przeciwnie, wyraźnie je potęgują.

Ideologiczne pęknięcia

Trzeci, co do rangi, przedmiot wiary człowieka współczesnego to ideologia liberalna. Początkowo była ona tożsama z ideą demokracji rozumianej praktycznie jako system partyjno-parlamentarny, którego istotę stanowiły powszechne wolne wybory. Wkrótce okazało się jednak, że wolne wybory same w sobie nie chronią społeczeństw przed perspektywą totalitaryzmu. W obronie demokracji wprowadzono zatem zasadę przestrzegania praw człowieka. Po rozpadzie Związku Radzieckiego ideologia demokracji i praw człowieka święciła swe triumfy i stała się główną bronią Zachodu w jego walce o ideologiczną dominację w postzimnowojennym świecie. Wiązało się to z wiarą w nadejście epoki światowego pokoju ludów połączonych ideą wolności, praw człowieka i dobrobytu, jaki przynosi liberalna gospodarka.

Dziś również i ta wiara znalazła się w kryzysie. Po pierwsze, załamanie się gospodarki Zachodu samo w sobie jest klęską ideologii liberalizmu jako filozoficznej legitymizacji tego systemu – była ona bowiem zarówno jego inspiracją, jak i uzasadnieniem. Po drugie, wdrożenie ideałów demokracji i praw człowieka w krajach niezachodnich okazało się zadaniem o wiele trudniejszym, niż się pierwotnie spodziewano, żeby nie powiedzieć – nierealnym. Popierane przez Zachód rewolucje w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie doprowadziły lub z dużym prawdopodobieństwem doprowadzą do zwycięstwa islamskich fundamentalistów, którzy raczej nie marzą o wprowadzaniu demokracji w stylu zachodnim.

Największą przeszkodą w realizacji tego uniwersalistycznego projektu są jednak Chiny, które nie mają zamiaru przyjmować od Zachodu prawd ideologicznych, a próby pouczania ich w tej materii wydają się dziś co najmniej śmieszne i niepoważne. Po trzecie, okazało się, iż ideologia liberalizmu i praw człowieka jest problemem w samych krajach Zachodu, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Wobec zagrożenia terroryzmem kraj ten w wielu przypadkach musiał używać różnych „środków drażliwych”, sprzecznych z postulowaną ideologią praw człowieka.

Tak więc laickie uniwersalistyczne typy wiary – nauka, ekonomia, ideologia liberalizmu – utraciły swą moc legitymizacji rzeczywistości i wyznaczania drogowskazów bezpiecznej i w miarę pewnej przyszłości. Tradycyjnie zaś pojmowana wiara katechetyczna identyfikowana z kościelną dogmatyką, dziś wyraźnie zmarginalizowana, ujawnia, mam wrażenie, swą moc przede wszystkim jako dopełnienie różnych ideologii etnicznych, narodowych czy rasistowskich, dodając im pozorów metafizycznej głębi i swoistego poloru. W Polsce przykładem tego może być „wiara smoleńska” czy też „wiara radiomaryjana”. Obrazu pustki metafizycznej, kryzysu wiary rozumianej jako system zarysowujący i legitymizujący wizje przyszłości dopełnia katastrofa ideologii lewicowej: marksizmu i jego licznych mutacji. Ideologia ta kojarzona jest jednoznacznie z politycznie nieludzkim, a gospodarczo niewydolnym systemem, jakim był Związek Radziecki. Pamięć o niechlubnych doświadczeniach tzw. realnego socjalizmu musi paraliżować współczesną lewicową myśl ideologiczną. Trudno ją dziś odbudować, a powody ku temu wydają się pilne. Przypominają o tym mnożące się w różnych punktach świata „bunty oburzonych”. Pozbawione jakiegokolwiek przywództwa, politycznego czy ideologicznego programu, sieją zamęt i chaos. Faktycznie bowiem jedynym celem „oburzonych” wydaje się burzenie zastanego porządku bez zadawania sobie trudu zastanowienia się, co będzie dalej. Są one swoistą propozycją dla potencjalnych przywódców, zdolnych wskazać im godziwe cele i metody walki. Wydawałoby się, iż jest to zadanie dla lewicy. Z natury swojej była ona wszak zawsze wyrazem etosu pokrzywdzonych, wykluczonych i oburzonych. Paradoksalnie jednak, ruchy te obecnie stają się częściej wsparciem dla prawicy niż dla lewicy. Ta ostatnia, nie chcąc być posądzoną o sympatyzowanie z komunizmem, zazwyczaj tak jak w Polsce, gdzie reprezentowana jest formalnie przez SLD, korzysta jedynie z malejących sentymentów do przeszłości, a poza tym chce podobać się wszystkim i w ten sposób za wszelką cenę utrzymać się na scenie politycznej.

Chrześcijaństwo bez Boga

Młoda lewica zaś szuka dla siebie nowej ideologicznej alternatywy. Jest nią chrześcijaństwo jako „wydarzenie dziejowe”, które zaważyło na losach cywilizacji. Dokonuje się tu zasadniczego przesunięcia w ontologii bytu społecznego. Polega ono na tym, że za element konstytutywny zarówno ładu społecznego, jak i procesu dziejowego uznaje się fakty społeczne, które według Emila Durkheima stanowią sposoby działania, wynikające ze zbiorowo określonych, a przez to autorytatywnych reguł, zasad i praktyk, tak religijnych, jak i świeckich.

Wydarzenie jest faktem społecznym o szczególnym znaczeniu, ponieważ przerywa monotonny potok historii opartych na utrwalonych wzorcach, modyfikując je lub całkowicie zmieniając. Takim wydarzeniem może być rewolucja, zamach stanu, przewrót dynastyczny, ale także pojawienie się nowego proroka, takiego jak Mojżesz, Jezus czy Mahomet.

Z kolei prorokiem tak rozumianej nowej ideologii lewicy, będącej swoistym stopem chrześcijaństwa i ateizmu, jest dziś Alain Badiou, zaś jego interpretatorem i twórczym kontynuatorem Slavoj Žižek. Badiou deklaruje się jako zdecydowany ateista. Opowieści ewangeliczne o cudownym narodzeniu Chrystusa, Jego cudach i zmartwychwstaniu traktuje jak „bajki”. Prawdą natomiast jest, według niego, samo „wydarzenie”, jakim stała się gorliwa wiara w te „bajki”, która ustanawia nowy etap w dziejach cywilizacji europejskiej i historii świata. Zdaniem Bodiou, prawdziwe wydarzenie jest stygmatem wieczności, czymś całkiem nowym w potoku dających się przewidzieć i wyjaśnić historycznych zdarzeń.

Tak pojmowane wydarzenie jest aktem wiary, a zarazem stanowi fakt społeczny par excellence w durkheimowskim rozumieniu tego pojęcia. Pytanie, czy Jezus jako taki rzeczywiście był ukrzyżowany i zmartwychwstał, w tej interpretacji wydarzenia nie ma sensu, ponieważ dla istoty sprawy odpowiedź negatywna nic nie zmienia. Może jej udzielić tylko niewierzący, jest ona z góry wpisana w jego sposób życia i widzenie świata. Dla wierzącego zmartwychwstanie Jezusa jest podstawową prawdą jego wiary, a tym samym także jego życia. Nie może więc być podawana w wątpliwość.

Zdawać by się mogło, iż Badiou traktujący ewangeliczne opowiadanie o zmartwychwstaniu Chrystusa jako „bajkę”, a jednocześnie będący gorliwym obrońcą chrześcijańskiej idei zmartwychwstania powinien mieć z takowym rozdwojeniem pewien kłopot. Otóż nie. Bohaterem i wzorem do naśladowania jest dla Badiou św. Paweł. To, co przede wszystkim go interesuje, to odpowiedź na pytanie, w jaki sposób apostoł ten sprawił, że ludzie uwierzyli w tak znamienną dla naszej kultury opowieść. W swej książce Święty Paweł. Ustanowienie uniwersalizmu Badiou szczegółowo śledzi Pawłowe wypowiedzi i działania, poddając je wnikliwym analizom. Wynika z nich, że św. Paweł nie polemizował ze sceptykami, którzy nie wierzyli w zmartwychwstanie Jezusa, nie szukał dowodów na to, iż zmartwychwstanie było faktem. Świadomie sprawę pomijał. Tym, ku czemu dążył, była agape, uczta chrześcijańskiej wspólnoty wiary i miłości, zapewniająca wyznawcom poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na zbawienie wieczne. Wiara ta nie potrzebowała racjonalnych uzasadnień, wprost przeciwnie, sama była ostatecznym gwarantem prawdy, a tym samym gwarantem zbawienia i życia wiecznego, wszelkie argumenty racjonalne za czy przeciw były wspólnocie wierzących obce.

Prace Badiou naszpikowane są pojęciami ze słownika teologii chrześcijańskiej (wiara, miłość, nadzieja, wieczność, łaska, transcendencja itd.). Mieszczą się one jednak w innym kontekście teoretycznym, z którego usunięte jest pojęcie Boga, jako prapoczątku i praprzyczyny wszelkiego bytu. Jest to więc ambitna i chyba bardzo zuchwała próba odtworzenia egzystencjalno- -moralnej idei chrześcijańskiej z pominięciem imienia Boga. Slavoj Žižek uzasadnia takie poczynania następującym zdaniem: „chrześcijaństwo i marksizm powinny walczyć po tej samej stronie barykady przeciwko wybuchowi nowych spirytualizmów – autentyczne chrześcijańskie dziedzictwo jest bowiem zbyt cenne, by pozostawić je fundamentalistycznym dziwakom”1.

Podstawowym pojęciem tej swoistej chrześcijańsko-marksistowskiej teologii, jak to chciałby określić Žižek, jest pojęcie Prawdy (celowo piszę je wielką literą), rozumianej tu całkiem inaczej niż w logice klasycznej, gdzie definiuje się ją jako zgodność treści sądów z rzeczywistym stanem spraw. Tu Prawda nie odnosi się do zastanej rzeczywistości, ponieważ ta jest fałszem. Prawda jest projekcją rzeczywistości, która powinna zaistnieć. „Prawdy się nie odkrywa, prawdę się stwarza2” – pisze Kinga Dunin we wstępie do książki Badiou. Prawda jest wiarą, bo wiara jako taka jest zawsze wiarą w Prawdę. Prawdziwa wiara stanowi nakaz moralny – czytamy już u Kanta. Badiou ujmuje rzecz ostrzej: „Wiara jest walcząca, albo nie ma jej wcale”3.

Jakie jednak nakazy Ewangelii włącza Badiou do tak sformułowanej ideologii Prawdy? Z tekstów jego zdaje się wynikać, że za naczelną zasadę uznaje przykazanie miłości bliźniego. Zobowiązuje ono do szczególnej troski wobec pokrzywdzonych i upośledzonych, ma więc widoczny walor ideologii społecznej. Ale nie tylko. Badiou przypisuje mu także znacznie szerszy sens metafizyczny. Zjednoczona więzią miłości i współczucia wspólnota Prawdy doprowadzi ludzkość do wyzwolenia z udręk epoki liberalizmu, a także zapewni członkom tej wspólnoty swoiście rozumianą nieśmiertelność. Badiou ma bardzo krytyczne zdanie o ideologii liberalnej. Nazywa ją „demokratycznym materializmem”. Wykreowany przez nią świat, kierujący się w gospodarce prawami zysku, a w polityce zorientowany na wynik najbliższych wyborów, pozbawiony eschatologicznej perspektywy, dryfuje bez sterów i parametrów, zmierzając ku nieuchronnej katastrofie. Francuski filozof ufa, że uchronić przed nią może tylko wspólnota wierzących skupiona wokół na nowo zdefiniowanej Prawdy.

***

Kryzys, który ogarnął zarówno sferę gospodarczą, jak i duchową, zagraża też chaosem porządkowi publicznemu. Dlatego też pilną staje się potrzeba odbudowy wiary legitymizującej rodzące się pomysły naprawcze i ukazującej perspektywę przyszłości. Filozofia Prawdy i wiary Alaina Badiou jest tej potrzeby ewidentnym przejawem, dlatego wzbudza zainteresowanie nowej lewicy politycznej4. Sama w sobie jednak, wyrastając z potrzeby nowej metafizyki, nowej wiary i nowej eschatologii dziejów, jest egzemplifikacją rodzących się niepokojów i oczekiwań. Czy projekt ten może rzeczywiście spełnić oczekiwania jego twórców i adoratorów? Czy proponowana tu wiara w Prawdę stanie się Wydarzeniem porywającym masy do walki o wzniosłe cele, jak niegdyś chrześcijaństwo? Mam co do tego zasadnicze wątpliwości. Badiou podkreśla z naciskiem, że Prawda ma charakter subiektywny, jest prawdą dla wierzących w Prawdę. Brzmi to jak kalambur. To oczywiste, że wiara jest aktem subiektywnym podmiotu, musi się jednak odnosić do czegoś, co ma – przynajmniej z pozoru – walor obiektywności, nawet jeśli są to tylko wierutne „bajki”, które, zdaniem Badiou, przydarzyły się chrześcijaństwu.

Moim zdaniem zaś, analizy dokonane przez Badiou, a dotyczące chrześcijaństwa i istoty misji św. Pawła są mylące i fałszywe. Apostoł w swych listach rzeczywiście pomija cuda Jezusa i dowody na Jego zmartwychwstanie, niemniej zarówno sama postać Chrystusa, jak i Jego zmartwychwstanie są zasadniczą treścią Pawłowego przesłania. Nie wiadomo zresztą, jaki skutek miałaby tak pomyślana misja św. Pawła, gdyby nie ukształtowała się instytucja Kościoła, z rygorystycznie ustaloną dogmatyką, ściśle określoną treścią wiary (a zarazem z przyjęciem przez Kościół szczytnej roli żywego ciała Chrystusa) oraz z tysiącami świadków tej wiary w postaci męczenników, anachoretów, mistyków.

Poza tym wszelka wiara, by mogła konkurować z Kościołem jako skuteczna doktryna eschatologii dziejów, musi mieć jakieś uprawomocnienie metafizyczne. Jeśli ze źródeł prawdy usuniemy Boga, pozostaje zastępująca Go bezosobowa, samoczynna zasada, kierująca losami świata ku jego ostatecznemu przeznaczeniu. Najczęściej określa się ją mianem Logosu. Była ona obecna w licznych nurtach gnostyckich, zwłaszcza w pierwotnym chrześcijaństwie, a także w takich systemach jak filozofia Hegla czy teologia Teilharda de Chardin. Bliski tym ideom był także marksizm-leninizm, szukający natchnienia w filozofii Hegla, uznający prawa dialektyki za obiektywną, a jednocześnie zobowiązującą moralnie rzeczywistość, która ma doprowadzić do ostatecznego spełnienia i wyzwolenia. Dziś doktryna ta cieszy się żywym zainteresowaniem Slavoja Žižka będącego rzecznikiem filozoficznej syntezy marksizmu i chrześcijaństwa.

Zarówno jednak ona, jak i prezentowana przez Badiou doktryna Prawdy jako postulowanego aktu wiary jest – myślę – faktem incydentalnym, świadectwem kryzysu wiary, a nie remedium nań. Choć jest też świadectwem nowych poszukiwań i nowych idei związanych z niezbywalną potrzebą tak czy inaczej pojmowanej Transcendencji.

.

1 S. Žižek, Kruchy absolut, tłum. M. Kropiwnicki, Warszawa 2009, s. 12.

2 K . Dunin, Łaska przekraczania granic, w: A. Badiou, Święty Paweł. Ustanowienie uniwersalizmu, tłum. J. Kuryła, Kraków 2007, s. 8.

3 Tamże, s. 95.

4 W Polsce zainteresowanie to przejawia środowisko Krytyki Politycznej. 14 numer periodyku „Krytyka Polityczna” nosi tytuł Tylko prawda nas wyzwoli i zawiera obszerny wybór tekstów zarówno samego Badiou, jak też jego kontynuatorów, a także teksty autorów prezentujących opcję ideologiczną lewicy, m.in. tekst Adama Ostolskiego, członka zespołu „Krytyki Politycznej”, pt. Lewica po stronie Prawdy..

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter