70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie jak życie

Wiesław Myśliwski ani nie wymyśla, ani nie planuje swoich książek. One piszą się same. Wymykają się spod kontroli, zaczynają żyć własnym życiem. Może nawet jak u Luigi Pirandella zaczynają szukać autora i chciałyby przypisać mu przynajmniej część odpowiedzialności za to, co się dzieje na ich kartach, ale im się to nie udaje.

Powieści Myśliwskiego powstają dopiero wtedy, gdy autorowi uda się zmylić trop i zatrzeć wszelkie ślady swej obecności. Bo tak naprawdę to czytelnik nie wie, czy ma do czynienia z fikcją czy z wyznaniem autora. Zresztą w pewnym momencie przestaje to być istotne. Tak bardzo wciąga go rytm hipnotycznej prozy, że sam nad sobą traci kontrolę. I nie wie już, czy czyta o autorze, narratorze, bohaterze, a może o sobie samym. Tak w każdym razie mnie się przydarzyło z lekturą Ostatniego rozdania. Myśliwskiemu udała się rzadka sztuka. Owładnął mną całkowicie. Od razu jednak muszę wyznać, że nie czułem się zniewolony. Raczej zaproszony do rozmowy, do tajemnych zwierzeń, do podzielenia się z tym, co dla mnie najważniejsze.

Klucz do rzeczywistości

To mój świat. Ale odczuwam też, „że nie jestem odosobniony” w moim sposobie odczytywania siebie i życia. Już w drugiej części powieści odnajduję takie oto wyznanie: „Żyłem, jak żyłem. Bez poczucia podporządkowania się jakiejkolwiek całości. Kawałkami, fragmentami, strzępkami, częstokroć chwilami, można by rzec, na wyrywki, od przypadku do przypadku, jakbym odpływał, przypływał. Czasami miałem wrażenie, że ktoś z tego mojego życia powyrywał większość stron, czy dlatego że były to puste strony, czy dlatego że należały nie do mojego, lecz raczej do czyjegoś życia”. Być może to poczucie identyfikacji ma związek z tym, że czytając Ostatnie rozdanie, miałem nieodparte wrażenie, że czytam zarówno o sobie, jak i o moim świecie, którego już nie ma. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że taka lektura nie jest obiektywna wobec świata przedstawionego. Za dużo w niej projekcji, może nawet infantylnego utożsamienia. Brak dystansu, a może i pogłębionego rozumienia strategii narracyjnych zastosowanych przez rasowego pisarza, który prowadzi swego czytelnika tam, gdzie chce. Ale przecież to ja daję się uwieść, wiem, że jestem wodzony za nos, że główny bohater czy narrator to nie alter ego Wiesława Myśliwskiego. Jest konstrukcją literacką, tak jak narratorzy i bohaterowie jego poprzednich powieści.

A jednak wcześniejszych jego książek nie przeczytałem w tak intensywnie biograficznym kluczu. Zastanawia mnie: dlaczego to się stało właśnie teraz, przy lekturze Ostatniego rozdania? Dlaczego ta powieść jest tak bardzo moja i tak bardzo o mnie? Już w chwili zadania sobie tego pytania wiem, że nie ma na nie odpowiedzi. Może nawet nie chcę jej znaleźć ani usłyszeć. Po prostu poddaję się magii słowa i dobrze mi jest w tym stanie uwiedzenia i osobliwej hipnozie, w jaką jej maestria mnie wprawiła. Nie chcę się wybudzić. Wprost przeciwnie, chcę śnić na jawie, bo mam wrażenie, że ten hipnotyczny sen nie tyle umożliwia mi przeniesienie się w ginący świat, ile raczej dostarcza klucza do rzeczywistości, w której jestem bez reszty zanurzony tu i teraz, a której najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Myśliwski uprzytomnił mi, że w tym niezrozumieniu i zagubieniu nie jestem odosobniony, że tak naprawdę to każdy z nas jest podobny, ale nie wszyscy o tym wiedzą. Po prostu jesteśmy w tej samej, coraz bardziej rozchybotanej barce. Tylko nieliczni zdają sobie sprawę, że płyniemy bez celu i że tak naprawdę żaden port na nas nie czeka. Ale to wcale nie oznacza, że nie możemy o tym porozmawiać. Może warto więc po prostu zajrzeć do własnego pęczniejącego i rozsypującego się co chwila notesu i spróbować go uporządkować, niekoniecznie zaczynając od litery „a”, bo przecież nie ma żadnego znaczenia, gdzie się zacznie. Właściwie lepiej zdać się na przypadek, poddać się chaosowi, bo porządek może się okazać niebezpieczny, przed czym już w pierwszych fragmentach powieści ostrzega nas autor: „Słowo porządek, gdy się nad nim zastanowić, jest na tyle pojemne i wieloznaczne, że wszystko się w nim zmieści. Do tego ma skłonność do rozprzestrzeniania się w nieskończoność, tak że może oznaczać również zamiar zrobienia porządku ze światem. A taki porządek budzi powszechny lęk”. Właśnie za dużo porządku źle się kojarzy, budzi nieufność i niepokój. I słusznie. Zbyt wielu porządkowych chciało ludzkość uszczęśliwić w ostatnich stuleciach i źle na tym wyszliśmy.

„Świat wymaga naprawy”

Ale przecież potrzeba ładu, pragnienie wprowadzenia jakiegoś porządku w rozchwiane dzieje nie zawsze musi źle się kończyć. Czasem wręcz stanowi początek nowej epoki. Czy nie tak było ze wszystkimi charyzmatycznymi reformatorami, proponującymi nowe sposoby pogodzenia skłóconych racji? Oni również zapisali dzieje swoimi płomiennymi słowami i równie zdumiewającymi gestami. Jak się wydaje, w ten długi ciąg utopijnych prób wpisuje się propozycja Ambasadora, jednego z najbardziej zagadkowych bohaterów ostatniej powieści Wiesława Myśliwskiego. To prawda, że to właśnie ten bohater dotknięty jest tajemniczą chorobą, a jego koncepcje uzdrowienia świata (a ściślej: światów) są wygłaszane w chorobliwym amoku. Zresztą to właśnie ten kontekst budzi zaciekawienie. Pozwalam więc sobie przywołać opowieść, która i na pracownikach zakładu krawieckiego wywarła duże wrażenie: „Zmroziło nas. Czyżby to był atak choroby, każdy pewnie pomyślał. Nigdy przedtem w tych swoich projektach nie sięgał do tamtego świata. Niekiedy zresztą wydawało się, że mówi do rzeczy, gdy na przykład twierdził, że świat wymaga naprawy, bo nie może tak dalej być, żeby czas liczyć od wojny do wojny, tym bardziej że nie ma nawet przerw, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, zawsze gdzieś się mordują, wyrzynają, nie mówiąc, że z głodu umierają, z głodu, z chorób. Nastałby wreszcie wieczny pokój, co panowie na to? Nie od dołu zaczynać, bo na dole robaczki, a w górze Bóg. Zjednoczyć ten świat z tamtym, po co dwa? Wyobrażają sobie panowie, ile by miejsca przybyło? Nikt nikogo nie musiałby wypychać. Ile rzek, gór, nizin, wyżyn, mórz, oceanów. Ileż surowców, lasów, ryb, ptaków, zwierzyny. O ileż wszystko tańsze by było w tak nieskończonej przestrzeni. Ten nasz świat za mały na to, aby ludzie na nim nie cierpieli. A stanie się jeszcze mniejszy, gdy nie zaradzimy temu. Dwa w jednym, a wszyscy się zmieścimy”.

Tak, to wizja utopijna, twór chorej wyobraźni. Ale czy na pewno? Może to właśnie niedoszły dyplomata, oskarżony o dywersję i burzenie społecznego spokoju, wskazuje kierunek rozwiązań dla rozgorączkowanej, rozdartej absurdalnymi konfliktami i skłóconej nieustannie ludzkości? Ta ludzkość przestała już ufać sobie samej. Nie dowierzamy nikomu. Nie tylko politykom i religijnym przywódcom, ale i sobie samym. Prawdę powiedziawszy, to jedyny konstruktywny trop w całej książce. Wszystkie inne opatrzone są coraz większymi znakami zapytania, a największym miłość. Ale przecież trzeba próbować i przyjaźni, i wiary, i sztuki, i miłości właśnie. Wszak Ostatnie rozdanie to wielki poemat o niespełnionej miłości Marii, a jej listy stanowią główną oś powieści. Czy to listy do młodzieńczej miłości, czy raczej zapis toksycznej i wyobrażonej zależności od nieuchwytnego kochanka? Adresat wprawdzie je czyta, czeka na nie, ale na żaden z nich nie odpowiada. Martwi go, jeśli zbyt długo nie nadchodzi nowy list, ale nie robi nic, by się czegoś pewnego dowiedzieć o ich autorce. Skoro jesteśmy zmienni, dla siebie samych nieuchwytni, to po co dowiadywać się czegoś pewnego: „Na dobrą sprawę każdy z nas jest w czyimś imieniu, kim nie jesteśmy, jesteśmy bowiem jedynie wyobrażeniem samych siebie. Do tego ciągle zmieniającymi się, w zależności od takich, innych okoliczności, zdarzeń, czasu, mody, konwencji, czy nawet własnych kalkulacji. Jesteśmy nie do uchwycenia w jakiejś stałej formie”. Tak więc i listy od ukochanej być może są tylko wyobrażeniem o niej i swoistym lustrem, w którym ich adresat się przygląda, odkrywa, kim tak naprawdę jest lub nie jest. Bywa też inaczej. Oto dla Joachima Steinera, kierownika budowy, który przed wojną był wizjonerskim rzeźbiarzem, to miłość warunkuje chęć życia. Wprawdzie swoje przekonanie wygłasza, będąc zupełnie pijanym, ale może tym wiarygodniej brzmi jego postulat, że „trzeba kochać”, bo to ważniejsze nawet od sztuki. Nie wydaje się jednak, by jego życie potwierdzało zasadność tego przekonania. Może na przeszkodzie stanęła historia: wojna, obóz koncentracyjny, radykalna zmian ustroju. Trudno dociec, dlaczego ten obiecujący rzeźbiarz, który zaintrygował nawet komendanta obozu, wylądował na placu budowy wiejskiej szkoły.

Zbiór ułomków

A skoro miłość jest tak problematyczna, to może przyjaźń, ta, zdawałoby się, najtrwalsza z ludzkich więzi? Przy bliższym wejrzeniu jednak i przyjaciele nie spełniają pokładanych w nich nadziei: „Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności”. A kimże my, kandydaci na przyjaciół, jesteśmy? Co nas uzdalnia do podjęcia starań o to przekraczające ramy doczesności uczucie? Diagnoza nie jest zachęcająca: „Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic ze sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”. Już wiem. Cokolwiek podejmę, zaraz znajdę odpowiedni cytat, który lepiej wysłowi myśl, jaką chciałbym wyrazić. Da rzeczy słowo. Ale przecież nie mogę sprowadzić moich refleksji nad książką do przywoływania co celniejszych fragmentów. Muszę coś o niej napisać, jakoś nazwać, przywołać szerszy kontekst. Nadać tym myślom charakter krytycznego omówienia przypominającego choćby z daleka recenzję. Jeśli jednak recenzję potraktować jako zachętę do czytania, to może taki sposób jej pisania nie jest całkowicie chybiony?

Tak więc również przyjaźń okazuje się problematyczna i zawodna. To może coś w nas samych, jakieś centrum i rdzeń tożsamości zapewni nam poczucie trwałości i stabilności? Może pamięć? I to pytanie pada, a odpowiedź jest równie problematyczna: „Powie ktoś: a pamięć? Czyż nie jest strażnikiem naszego ja? Czyż nie zapewnia nam poczucia, że to my, nie kto inny? Czyż nie scala nas, nie nadaje nam znamienia? Otóż nie radziłbym ufać pamięci, jako że pamięć jest podległa naszej wyobraźni, więc nie może być wyrocznią prawdy o nas. Tak naprawdę kim jesteśmy, zawdzięczamy wyobraźni. A wyobraźnia nigdy nie idzie w parze z pamięcią, nie odróżnia prawdy od szaleństwa”. Wiemy, że i pamięć, i wyobraźnia zawodzą właśnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujemy, jak to się przydarzyło po latach bohaterowi, gdy znalazł się w zrujnowanej kuchni, z którą tak wiele go łączyło. Tymczasem: „Nie czułem ani żalu, ani złości, doznałem jedynie wrażenia, że nigdy w tej kuchni nie byłem”. Tak więc ani pamięć, ani wyobraźnia nie ratuje przeszłości. Co więcej, nawet znajome słowa zdają się zdradzać, gdyż „nieoczekiwanie przytulały się do kogoś innego”.

Skoro w utopijnej wizji Ambasadora pojawiła się możliwość połączenia dwu światów, to może w Bogu nadzieja? Maria w jednym z ostatnich listów pisze: „Zdałam się więc na Boga, bo tylko on mi został. Do Boga przynajmniej nie mam o nic żalu, tym bardziej że nie wiem, czy jest”. Nie brzmi to zbyt przekonująco, tym bardziej że po napisaniu tego listu Maria popełni samobójstwo. Tak samo wspomniany kierownik budowy próbuje przekonać do wiary młodego malarza, który porzucił akademię i zaszył się w pracowni krawieckiej. Cała ta scena przywołuje klimat z Dostojewskiego. Jakby o Bogu sensownie można mówić tylko po pijanemu lub w skrajnej rozpaczy (zresztą może tak jest w istocie?). Tym razem wydaje się, że wiara to atrybut młodości: „Niech pan nie przeoczy swojej młodości. Później będzie panu coraz trudniej w cokolwiek uwierzyć. Aż znajdzie się pan w pustce, samotny, że nie będzie pan miał nawet kogo spytać o drogę, aby nie pobłądzić, nie zgubić się doszczętnie. Bo kogo? Boga? Tylko gdzie go szukać? Gdzie go szukać? Bóg opuścił wszystkie wiary. Spyta pan dlaczego? Zawiódł go człowiek”. A więc i Bóg jest problematyczny. Co pozostaje? Odpowiedź znowu jak z Dostojewskiego, choć piękno ma tutaj konkretne imię: „Bo kto wie, czy nie jedynie muzyka jest tym miejscem, gdzie możemy się odnaleźć z kimś po jego śmierci. Nie pamięć – muzyka. Być może, muzyka to nawet wspólny świat żywych i umarłych”.

***

Co więc pozostaje? Wbrew nieudanym biografiom bohaterów, których życie wydaje się złamane i niespełnione, śmiem twierdzić, że Wiesław Myśliwski opowiedział afirmatywną historię życia. Wskazując na nieuniknione rysy, pęknięcia i rozdarcia, tak naprawdę zdaje się mówić, że właśnie takie jest życie i innego nie będzie. Jedyne, co nam pozostało, to bycie wiernym temu, co jest.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata