70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dlaczego wierzę w mitologię smoleńską?

Z jednej strony mamy Polskę nowoczesną i postępową, europejską i otwartą na świat; z drugiej strony są „oni” – roszczeniowi, zacofani, niezdolni do pogodzenia się z teraźniejszością. O ile jednak łatwo zobaczyć, że „ich” mitologia posługuje się stereotypami, upraszcza, wręcz ogłupia, o tyle znacznie trudniej przyznać się, że powtarzając „nasze własne” mity, również czujemy się… zwolnieni z myślenia.

Ci, którzy co miesiąc przychodzą pod Pałac Prezydencki, protekcjonalnie określani mianem „ludu smoleńskiego”, są bezpośrednimi spadkobiercami pięknej polskiej tradycji: kobiet, które w XIX w. nosiły czarne suknie na znak żałoby po przegranych powstaniach, i opozycjonistów zbierających się 1 sierpnia na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, by uczcić pamięć poległych w roku 1944. Wiece i miesięcznice przez swoją formę, a także treść wygłaszanych wówczas przemówień nawiązują do działań tych, którzy z narażeniem życia pielęgnowali pamięć o ofiarach Katynia i zamordowanych w więzieniu mokotowskim; wszystkich którzy poprzez praktyki wspólnotowej żałoby odmawiali podporządkowania się obcej, narzucanej z zewnątrz władzy. Choćby dlatego „mitologia smoleńska” zasługuje na rzeczową analizę.

Jeśli natomiast ktoś wierzy, że Polska jest dziś niepodległa i demokratyczna oraz potrzebuje innego patriotyzmu i innej pamięci – jednoczącej, wzmacniającej ducha wspólnoty, pamięci, która pozwoli nam się poczuć gospodarzami we własnym kraju – tym bardziej powinien poznać i zrozumieć „mitologię smoleńską”! Trudno przecież walczyć z czymś, czego się nie zna i nie rozumie. Jeśli problem polega na tym – jak chcieliby polityczni przeciwnicy zgromadzonych pod Pałacem Prezydenckim – że w wolnej Polsce taka forma pamięci nie jest już potrzebna, to i tak warto spytać: dlaczego wciąż okazuje się tak atrakcyjna? Jeśli uważamy, że „religia smoleńska” jest głęboko fałszywa, tym bardziej powinno nam zależeć na jej zrozumieniu. Jak działa? Czemu wciąż ma tylu zwolenników? Dlaczego – najwyraźniej – według wielu ludzi objaśnia świat „lepiej” niż przemówienia rządzących i raporty oficjalnych komisji badających przyczyny wypadku?

Jak działa mit?

„Religia smoleńska” lub „mitologia smoleńska” są pejoratywnymi określeniami, w dyskursie publicystycznym używanymi zwykle w celu ośmieszenia politycznych przeciwników. Tak się jednak składa, że zespół zjawisk, który lekceważy się, stosując te terminy, faktycznie przejawia wiele cech mitu czy religii. Współczesna kultura polityczna pamięci ma, jak słusznie zauważa Zbigniew Mikołejko, „swoją liturgię, rytuały, święta, jak chociażby spotkania rocznicowe. Ma również swoich kaznodziejów i kapłanów, swoje legendy, jak również stronę demoniczną – miejsce dla tych, którzy są demonizowani”[1]. W jaki sposób wydarzenie z tak nieodległej przeszłości w ciągu zaledwie trzech lat zdołało przemienić się w mit?

Jak podaje jedna z definicji, mit jest to przeszłość, która powraca w teraźniejszości. Mircea Eliade, jeden z najważniejszych badaczy zagadnienia, twierdzi, że cechą każdego mitu jest wyraźne zwrócenie uwagi na istnienie trzech różnych sfer czasu: doskonałej, wzorcowej przeszłości; ułomnej, świeckiej teraźniejszości i święta, które w specjalnych okolicznościach na powrót łączy przeszłość i przyszłość rozdzielone w wyniku „pierwotnego upadku”. Każde święto buduje więc metafizyczny most lub tunel, dzięki któremu teraźniejszość czerpie moc z bohaterskiej przeszłości. Eliade pisze, że dzięki świętom ludzie wierzący w mit stają się okresowo współcześni bogom i herosom[2].

O mitach dowiadujemy się zazwyczaj od antropologów bądź historyków. „Współcześni bogom” mogli stać się tubylcy z egzotycznych wysp albo mieszkańcy starożytnych greckich państw-miast. Stąd określenie czegoś mianem „mitu” może mieć dziś znaczenie wyraźnie negatywne. Tymczasem, co niechętnie sobie uświadamiamy, także kalendarz przeżywany przez każdego z nas jest jak gdyby skompresowanym zapisem wielu przeszłych stuleci. Znajdziemy w nim święta religijne, państwowe, ale też te prywatne. W określone dni wspominamy minione dzieje Kościoła, narodu czy rodziny. W ten sposób poprzez zachowanie „jedności czasu” wytwarzamy symboliczny związek z przeszłością.

Paul Connerton, brytyjski socjolog i autor książki Jak społeczeństwa pamiętają, idzie w badaniach nad mitycznym kalendarzem o krok dalej. Odtwarzanie przeszłości dokonuje się nie tylko dlatego, że przy odpowiedniej dacie wpisano te lub inne słowa. Obchodzenie święta, a więc wspólne przeżywanie tego, co wydarzyło się kiedyś, zachęca nas, by wziąć udział w rytuale: wyjść na ulice, słuchać przemówień, palić znicze… Opowieść o przeszłości, którą proponują nam tego rodzaju obrzędy, to, jak twierdzi Connerton, coś więcej niż tylko historia: „(…) to wcielany w życie kult, rytuał ustanawiany i wykonywany (…) [przywoływana w ten sposób] historia była opowiadana nie w czasie przeszłym, lecz raczej w czasie metafizycznej teraźniejszości. Nie docenilibyśmy upamiętniającej mocy rytuału, (…) gdybyśmy mieli powiedzieć, że przypominał on uczestnikom mityczne wydarzenia. Powinniśmy raczej stwierdzić, że uświęcone zdarzenia (…) były tam od-twarzane (…), biorący udział w praktykach kultu stawali się, można powiedzieć, współcześni wydarzeniu mitycznemu”[3].

W ten sposób rodzi się mit – opowieść, która przedstawia wydarzenia historyczne, lecz zarazem przemienia je w uniwersalną, niezmienną prawdę. Przede wszystkim jednak, jak podkreśla Connerton, „mit naucza, że historia nie jest starciem przypadkowych sił” – nadaje więc sens przeszłości, a poprzez nią także teraźniejszości.

Można więc powiedzieć – i nie jest to w tym wypadku obelga! – że mit służy właśnie temu, by zwolnić nas z myślenia. Przedstawiając świat podzielony na dobro i zło, kosmos, w którym zrazu przesądzone jest, kto po której stronie barykady się znajduje, mit dostarcza gotowych schematów interpretacji pozwalających odróżnić „pamięć” i „zapomnienie”, „swoich” i „obcych”, „prawdę” i „fałsz”. Życie w świecie ogołoconym z mitów byłoby niemożliwe. Gdyby nie one, ludzkość wciąż od nowa musiałaby odpowiadać sobie na te same fundamentalne pytania. To dzięki mitom wiemy, kto jest naszym wrogiem, a kto przyjacielem.

Pamięć

Sądzę, że pamięć jest kluczem do zrozumienia tego, co 10. dnia każdego miesiąca wydarza się pod Pałacem Prezydenckim. To właśnie ona nadaje sens rytualnemu powtarzaniu przeszłości. Gdy wsłuchamy się w początek przemówienia, które Jarosław Kaczyński wygłosił w pierwszą rocznicę katastrofy, dostrzeżemy, że nie zaczyna się ono od odwołania do ofiar ani do bieżącej sytuacji politycznej. Prezes Prawa i Sprawiedliwości zwraca się natomiast wprost i wielokrotnie ku pamięci rozumianej jako wartość moralna: „Otóż Szanowni Państwo, kiedy na was patrzę, to jedno z całą pewnością wiem: ci, którzy chcieli zabić pamięć, przegrali. Przegrali, proszę państwa. Nie udało się. Nie udało się, pamiętamy. My pamiętamy i będziemy pamiętać. A pamiętamy dlatego, że szanujemy tych, którzy zginęli, bo szanujemy naród polski, szanujemy sami siebie. Pamiętamy, powtarzam, bo nie pamiętać mogą tylko ci, którzy ani Polski, ani poległych, ani nawet siebie samych nie szanują”.

„Mitologia smoleńska” jest więc mitologią pamięci i – zgodnie ze wspomnianymi wyżej rozpoznaniami socjologów – opiera się na nieustannym powtarzaniu. Katastrofa smoleńska zostaje zinterpretowana jako powtórzenie zbrodni katyńskiej, manifestacje żałobne są z kolei reaktualizacją samej tragedii itd. Zapewne najbardziej charakterystyczną cechą pamięci ucieleśnianej przez „mitologię smoleńską” jest jej gęstość czy wręcz uporczywość. Widać to wyraźnie na przykładzie różnicy między dwoma cyklami pamięci – rocznym i miesięcznym.

Choć może to brzmieć nieco zaskakująco, praktyki pamięci są często ważnymi narzędziami… zapominania. Chowając zmarłych na cmentarzach i wyraźnie wyznaczając określone dni ich wspominania, zapewniamy tym samym, że upiory przeszłości nie będą nas nieustannie nawiedzać. Dzięki instytucjom i praktykom, takim jak rocznice, muzea czy apele poległych, przeszłość i teraźniejszość pozostają rozdzielone. Właśnie ten rodzaj pamięci proponują wobec katastrofy smoleńskiej oficjalne instytucje państwa i „media głównego nurtu”. Przywołują one 10 kwietnia jako dzień tragiczny, ale i zamknięty rozdział. Odnosząc się do klasycznych ustaleń psychoanalizy, można powiedzieć, że rocznice stanowią praktyki żałoby, w ramach których „człowiek rozpoznaje stratę jako stratę, lecz zarazem potrafi się z nią (częściowo) rozstać, zacząć od nowa, znów zainteresować się życiem”[4].

Takie „bezpowrotne” odsyłanie zmarłych w przeszłość jest całkowicie obce mitowi. Dlatego miesięcznice celebrowane przez grupy pamięci o charakterze jednoznacznie opozycyjnym sytuują się na przeciwnym biegunie praktyk żałoby. Przywołują one katastrofę jako nieustannie obecną w zbiorowej pamięci. Oznacza to, że – zgodnie z logiką mityczną – miesięcznice, wbrew pozorom, nie kierują się ku przeszłości, lecz odnoszą się za jej pośrednictwem do teraźniejszości i przyszłości, przedstawiając tragedię smoleńską jako niezamknięty rozdział, wciąż aktualny i stanowiący istotną treść dnia dzisiejszego. Podobnie – jak twierdzą badacze z nurtu psychoanalitycznego – dzieje się, gdy nagle stracimy bliską osobę i nie jesteśmy w stanie „przepracować” związanej z tym traumy. W pierwszym okresie nieustannie powracamy na cmentarz, nie chcąc dopuścić do zepchnięcia w przeszłość wciąż bliskich nam wspomnień. Miesięcznice pozostawiają zatem uczestników w obszarze melancholii, w ramach której „człowiek pozostaje pod wpływem naładowanej fantazmatami przeszłości”[5].

Patriotyzm

Zbiorowa pamięć jest niezwykle wybiórcza. Tylko nieliczne wydarzenia z przeszłości znajdują odzwierciedlenie w teraźniejszości poprzez święta czy rocznice. Większość ulega naturalnemu zatarciu bądź – jak w przypadku przeszłości wstydliwej czy niezgodnej z oficjalną ideologią – celowemu usunięciu. W ten sposób każda grupa społeczna (religia, naród, rodzina) staje się wspólnotą pamięci połączoną uznaniem określonych wydarzeń z przeszłości za ważną dla niej historię i odrzuceniem innych, z którymi jej członkowie się nie utożsamiają. To, co pamiętamy, decyduje o tym, kim jesteśmy.

Można więc spytać: kto pamięta o katastrofie smoleńskiej? Wydaje się, że zaraz po 10 kwietnia 2010 r. mieliśmy do czynienia z upamiętnianiem narodowym. To naród był tu podmiotem straty i to on, jako wspólnota, celebrował i przeżywał określone rytuały. Instytucje państwowe wykorzystywały do uczczenia wydarzenia zarezerwowane dla siebie narzędzia, takie jak chociażby ogłoszenie żałoby narodowej czy opuszczenie flag. Początkowo „mitologia smoleńska” miała więc wszelkie cechy mitologii państwotwórczej, jednoczącej obywateli i wzmacniającej poparcie dla rządzących. To zjawisko doskonale znane badaczom pamięci, którzy twierdzą, że od czasu I wojny światowej wspólne upamiętnianie poległych stało się jedną z najważniejszych form umacniania państwa. Nowoczesne europejskie narody, twierdzi cytowany tu wcześniej Paul Connerton, są przede wszystkim wspólnotami pamięci, państwo zaś i jego instytucje dzierżą monopol na celebrowanie przeszłości6.

Na tak nakreślonej mapie Europy Polska stanowi wyjątek. Nasz patriotyzm z powodów historycznych okazuje się niemal zawsze antypaństwowy. Prowadzi to do interesującego pod względem socjologicznym zjawiska. Jeśli każdy naród jest wspólnotą pamięci, to opozycyjna „przeciw-pamięć” może stać się równie ważnym narzędziem walki z władzą jak przełamywanie monopolu na przemoc fizyczną czy monopolu ekonomicznego. Udowodnienie rządzącym wykorzenienia z historii, a więc sprzeniewierzenia się pamięci, oznacza ich ceremonialną detronizację. Dlatego propozycja alternatywnego modelu pamięci jest jedną z najważniejszych form budowania opozycji politycznej.

Jeśli pod tym kątem przyjrzymy się wydarzeniom z wiosny 2010 r., wyraźnie dostrzeżemy, jak w miarę upływu kolejnych miesięcy, a nawet tygodni zmianie ulegała tożsamość upamiętniających wspólnot. Pamięć katastrofy stała się kluczowa dla jednej z opcji politycznych, przez co zmieniły się formy upamiętniania (wiece, miesięcznice), ale też sens samego wydarzenia. Najciekawszy wydaje się fakt, że w momencie gdy upamiętnianie katastrofy smoleńskiej utożsamiono z opowiedzeniem się po jednej ze stron konfliktu, z tych rytuałów zostali wykluczeni przeciwnicy polityczni. Pamiętanie stało się „pamiętaniem przeciw komuś”. Ponieważ tak się składa, że strona upamiętniająca znajduje się akurat w opozycji, podczas gdy strona wykluczona z uczestnictwa w ceremoniach utożsamiana jest z partią rządzącą, mamy do czynienia z osobliwym odwróceniem. Oto uroczystości, które początkowo miały charakter narodowy i jako takie służyły legitymizacji władzy jako pamięć „systemowa” czy „oficjalna”, stały się niezwykle szybko ośrodkiem krystalizacji praktyk antysystemowych, podważających prawo rządzących do sprawowania władzy.

Co jest oczywiste: samo wydarzenie nie uległo zmianie. Tym, co się zmieniło, były rytuały służące do jego przywoływania. Sądzę, że analiza tych rytuałów oraz ich historii pozwoliłaby wyjaśnić „mitologię smoleńską” dogłębniej niż bieżące konteksty polityczne, a nawet śledztwo dotyczące katastrofy. By zrozumieć, co się dzieje co roku na Krakowskim Przedmieściu, powinniśmy sięgnąć nie do wraku tupolewa, lecz w głąb XX i XIX stulecia, a być może nawet jeszcze dalej…

Nasza pamięć zbiorowa już od dawna była ukształtowana jako opozycyjna „przeciw-pamięć”, stojąca w kontrze do oficjalnej wersji historii narzucanej zawsze z góry, przez obcą władzę. Wszak w czasie gdy w wychodzącej z feudalizmu Europie formowały się nowoczesne kultury narodowe, Polska znajdowała się pod zaborami. Pogrzeby mężów stanu, które w XIX w. jednoczyły tworzących wspólne państwa Niemców albo Włochów, w Polsce umacniały poczucie więzi, zarazem jednak pozostawały skierowane przeciw władzy państwowej i jej instytucjom. Dwudziestolecie międzywojenne stanowiło wprawdzie krótki okres rozpaczliwego nadrabiania zaległości, jednak opóźnienie okazało się zbyt wielkie, a czasu było zbyt mało. Pod władzę najpierw nazistowską, a później komunistyczną społeczeństwo polskie trafiło więc bez ukształtowanego repertuaru zbiorowych praktyk pamięci oficjalnej. Ta pozorna słabość, oglądana z innej perspektywy, mogła jednak okazać się siłą. W polskiej tradycji i kulturze brakło wprawdzie utrwalonych ceremonii umacniających państwo, jednak zarazem w społeczeństwie wciąż wspominającym stulecie zaborów pod dostatkiem było praktyk antysystemowych czy nawet wywrotowych. Przez lata 1 sierpnia opozycjoniści spotykali się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, by wspominać bohaterów wyklętego przez komunistyczną władzę powstania warszawskiego; w kwietniu potajemnie przekazywano sobie opowieść o Katyniu; 17 września upamiętniano sowiecki atak na Polskę; 15 sierpnia przywoływano postać Józefa Piłsudskiego i wojnę polsko-bolszewicką z 1920 r. Opozycyjny kalendarz pamięci przeciwstawiano w ten sposób oficjalnym obchodom, demaskując te drugie jako uzurpację.

W sytuacji ograniczonej suwerenności opozycyjny charakter zbiorowej pamięci Polaków okazywał się niezwykle przydatny. Wiele wskazuje jednak na to, że po 20 latach od obalenia komunizmu pamięć nie zyskała wcale mocy umacniania władzy, jaką ma w innych państwach europejskich. Przeciwnie! Coraz częściej wydaje się, że niezdolni ani do odesłania zmarłych z powrotem do grobów, ani do zaprzęgnięcia ich w służbę państwu i władzy, skazani jesteśmy na przeżywanie wciąż od nowa nieprzepracowanej żałoby.

„Prawdziwa” pamięć Polaków była więc zawsze oddolna. Zawsze też wskazywała jakichś „ich”, czyli obcych, którym zależy na tym, by przeszłość wymazać lub zafałszować. „Ci, którzy chcieli zabić pamięć, przegrali” – stwierdzał w cytowanym już przemówieniu Jarosław Kaczyński, świadomie lub przypadkowo nawiązując do określenia „zabójcy pamięci” (les assassins de la mémoire) – we współczesnej naukowej i publicystycznej debacie o pamięci oznaczającego negacjonistów, podważających nazistowskie zbrodnie na ludności żydowskiej. W latach 80. co roku 1 sierpnia pod pomnikiem Gloria Victis przedstawiciele opozycji demokratycznej chętnie podkreślali, że czują się następcami powstańców zarówno z XIX w., jak i z roku 1944. Jak ujął to Leszek Moczulski – „Cel jest ten sam, walka jest ta sama, najwyżej zmieniają się formy walki”.

Pamięć o przeszłości nadawała sens ich bieżącej walce i określała nadzieje na przyszłość. W podobnym tonie rozumieć można słowa Jarosława Kaczyńskiego, który w pierwszą rocznicę katastrofy stwierdzał, że „Polacy dobrze wiedzą, co zdarzyło się 71 lat temu w Katyniu, w Charkowie, w Miednoje, w Twerze. Doskonale to wiemy. I doskonale wiedzą, co zdarzyło się w Smoleńsku”. Pamięć o katastrofie smoleńskiej, podobnie jak pamięć o powstaniu warszawskim w czasie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jest jednak przede wszystkim formą walki ze współczesnymi przeciwnikami politycznymi. „Wiemy także i o tym – kontynuuje prezes PiS – co zdarzyło się tu, w tym miejscu, przed tym Pałacem. Co działo się w całej Polsce. Wiemy, pamiętamy, że naród, że ta najlepsza część narodu była wtedy zjednoczona. Pamiętamy, jak bardzo tą jedność żeśmy przeżywali, ile siły czerpaliśmy z tej jedności”.

Warto zauważyć, że kategorie narodowe często nakładają się w „mitologii smoleńskiej” na podziały klasowe. Jako „obcy” czy „inni” wskazane zostają elity, rządzący układ czy beneficjenci transformacji. W ten sposób „mitologia smoleńska” okazuje się także walką o „prawo do interpretacji”. Jest to „ludowa” religia „przegranych” i „wykluczonych”, jak słusznie zauważył w cytowanym wcześniej wywiadzie Zbigniew Mikołejko. Za pośrednictwem praktyk pamięci zwracają się oni przeciw wszystkim tym, którzy dotychczas narzucali im, co mają myśleć i jak postrzegać rzeczywistość, a więc przeciw politykom, mediom, a coraz częściej także przeciw nauce akademickiej. Tego rodzaju walka o prawo do samodzielnej interpretacji i oceny rzeczywistości nigdzie chyba nie jest tak widoczna jak w tzw. teoriach spiskowych, które w ostatnich latach wyrastają wokół wydarzeń z 10 kwietnia.

Prawda

Obok pamięci i patriotyzmu trzecią centralną wartością „mitologii smoleńskiej” jest prawda. Domagają się jej zgromadzeni na miesięcznicach i eksperci uczestniczący w pracach sejmowej komisji Antoniego Macierewicza, dziennikarze „Gazety Polskiej” i niezależni blogerzy samodzielnie tropiący oszustwa „mediów głównego nurtu”. „Pamiętamy i mamy prawo do prawdy – mówił Jarosław Kaczyński w trzecią rocznicę katastrofy. – Mamy prawo jako obywatele, ale mamy także prawo jako naród, a przypomnę, naród to my wszyscy, ale naród to także przeszłe i przyszłe pokolenia. Mamy prawo i mamy obowiązek. Mamy obowiązek o tę prawdę walczyć i będziemy walczyć”.

Jeśli spróbujemy zrozumieć – a nie wyszydzić – poczynania tych, którzy w wydarzeniach z 10 kwietnia dopatrują się zamachu, dostrzeżemy, że „teorie spiskowe”, poza miotaniem poważnych oskarżeń, są także próbą, często rozpaczliwą, zabrania głosu przez zmarginalizowanych i wykluczonych. Tych, którzy nie mają dostępu do mediów, wykształcenia i pieniędzy. Często manifestowanie swojej obecności w przestrzeni publicznej jest dla nich jedynym sposobem wyrażenia swego zdania. Mimo że chętnie wykorzystywane przez elity polityczne różnej proweniencji, teorie spiskowe zwykle mają rodowód oddolny. Od stuleci stanowią próbę przepracowania i obalenia obowiązującego porządku świata.

Można powiedzieć, że poprzez współczesne teorie spisku wykluczeni rzucają wyzwanie panującym – mądrzejszym, bogatszym, piękniejszym. Miłośnicy teorii spiskowych to „majsterkowicze” występujący przeciw „inżynierom”. Swoje miejsce znajdzie wśród nich domorosły tropiciel konfrontujący się z akademickimi badaczami i bloger wchodzący w spór z dziennikarzami największych gazet. Ostatnimi czasy układ sił w tym starciu ulega jednak zaskakującemu odwróceniu. Rozwój technologii sprawił, że „monopol na interpretację”, jaki dotychczas dzierżyły medialne i naukowe elity, jest już niemożliwy do utrzymania. Tropiciele spisków mają do dyspozycji komputery o mocach obliczeniowych, o jakich nie śniło się najlepszym uniwersytetom 15 lat temu. Aby dotrzeć ze swoimi rewelacjami do szerokiej publiczności, nie potrzeba już łaski mediów „głównego nurtu” ani nawet uznania niszowego wydawcy. W Internecie każdy może dociekać prawdy na własną rękę, a wynikami swych badań dzielić się z niezliczonymi rzeszami potencjalnych czytelników.

To zresztą nie jest tylko polski fenomen. Alternatywne teorie wyjaśniające zdarzenia z 10 kwietnia w uderzający sposób przypominają dociekania tropicieli poszukujących rzekomego spisku, który miałby stać za zamachami z 11 września. Zasadnicza różnica polega na tym, że w Stanach Zjednoczonych, mimo całej barwności tamtejszej polityki, tego rodzaju radykalne nurty nie odgrywają kluczowego znaczenia w walce największych partii. Choć 9/11 Truth of Movement (Ruch na rzecz Prawdy o 9.11) zrzesza tysiące tropicieli różnej proweniencji i cieszy się stosunkowo szerokim zainteresowaniem społeczeństwa, rzadko się zdarza, by politycy odwoływali się do niego wprost, bądź by wyrazić swoje poparcie, bądź by otwarcie z nim polemizować.

Tymczasem w Polsce teorie spiskowe połączyły się w nierozerwalną całość z opisywanymi wcześniej praktykami antysystemowej pamięci, tworząc konglomerat, który określiliśmy tu mianem „mitologii smoleńskiej”. Dzięki temu stały się bardzo podatne na wykorzystanie w bieżącej walce politycznej. I to przez obie strony konfliktu! Jedni mogą budować kapitał aluzjami lub wprost nawiązując do „niewyjaśnionych wątków smoleńskich”, inni – krytykując „teorie spiskowe” i strasząc nimi „racjonalną” część społeczeństwa.

Dlaczego wierzymy?

Sądzę, że „mitologię smoleńską” nietrudno jest odwrócić. Że ci, którzy najgłośniej protestują przeciw jej irracjonalnej naturze i społecznej szkodliwości, nie zauważają, że sami… żyją mitem! Jest to mit ciemnego „smoleńskiego ludu”, nowa wersja klasowej dyskryminacji, stanowiącej mroczną stronę wszelkich dyskursów modernizacyjnych. Także i tu mamy do czynienia z dwiema ojczyznami i dwoma modelami patriotyzmu. Z jednej strony mamy Polskę nowoczesną i postępową, europejską i otwartą na świat; z drugiej strony są „oni” – roszczeniowi, zacofani, niezdolni do pogodzenia się z teraźniejszością. O ile jednak łatwo zobaczyć, że „ich” mitologia posługuje się stereotypami, upraszcza, wręcz ogłupia, o tyle znacznie trudniej przyznać się, że powtarzając „nasze własne” mity, również czujemy się… zwolnieni z myślenia. Zamiast zrozumieć argumenty drugiej strony – poprzestajemy na ośmieszaniu i etykietowaniu przeciwników; zamiast ich wysłuchać, wytykamy im brak profesjonalizmu albo doświadczenia akademickiego. I nie chodzi w żadnym wypadku o to, by uznać czy zaakceptować tezy o zamachu, wybuchu, uzurpatorach i pionkach Kremla. Nawet po to by skutecznie polemizować z „ludem smoleńskim”, trzeba go najpierw poznać.

Chyba że ci, którzy najgłośniej pomstują na „smoleńską mitologię”, wcale nie chcą z nią walczyć, bo taka sytuacja jest wszystkim na rękę. Wtedy trzeba by – paradoksalnie – stwierdzić, że „mitologia smoleńska” jest ogólnopolska. Nie dzieli, lecz jednoczy naród, każdemu przypisując jasne i oczywiste miejsce po jednej ze stron barykady.

Jeśli więc 10. dnia każdego miesiąca przychodzę z transparentem pod Pałac Prezydencki – wierzę w „mitologię smoleńską”. Jeśli zaś siedzę przed telewizorem i zaciskając zęby, pomstuję na „ciemnotę”, „zabobon” i „kompromitację demokracji” – to jest to nieomylny znak, że jestem wyznawcą „smoleńskiej religii”. To, czy „wierzymy, wierząc”, czy „wierzymy, nie wierząc”, ma coraz częściej znaczenie drugorzędne. Najważniejsze, że każda ze stron, znajdując łatwego przeciwnika, umacnia zarazem przyjemne poczucie, że rozumie otaczający ją świat. Do tego wszak służą mity!

.

[1] J. Bakalarska, Prof. Zbigniew Mikołejko: „Religia smoleńska” to religia kryzysu i przegranych, wywiad dostępny na stronie: http://www. polskatimes.pl/artykul/980267, prof-zbigniew-mikolejko-religiasmolenska- to-religia-kryzysu-i-przegranych,2,id,t,sa.html.

[2] Zob. M. Eliade, Mity, sny i misteria, tłum. K. Kocjan, Warszawa 1999.

[3] P. Connerton, Jak społeczeństwa pamiętają, tłum. M. Napiórkowski, Warszawa 2012, s. 93‒94.

[4] D. LaCapra, Psychoanaliza, pamięć i zwrot etyczny, tłum. M. Zapędowska, [w:] Pamięć, etyka historia, red. E. Domańska, Poznań 2001, s. 132. 5 Tamże, s. 131. 6 Zob. P. Connerton, The Spirit of Mourning, Cambridge University Pres, Cambridge 2011.

.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata