70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Trutnie na wycieraczce

Przedsiębiorcy mówią, że oskładkowanie umów śmieciowych pozwoli nam na własnej skórze przekonać się, czym naprawdę jest bezrobocie. Jest to dla mnie argument przeciwko oskładkowaniu równie rozsądny i przekonujący jak ten, że takiego słowa – „oskładkowanie” – po prostu nie ma.

 Kubuś Puchatek – zarówno jego istota, jak i fenomen – jest zastrzeżony przez największą na świecie korporację mediową, która czujnie dba, żeby jej tego Puchatka nie uszczknięto w żadnej formie czy zakresie. Ale już przyjaciele Kubusia Puchatka cieszą się większą wolnością, przede wszystkim tą od znaczka copyrightu po własnym imieniu i właśnie do Przedszkola im. Przyjaciół Kubusia Puchatka chodzi mój syn, by odbierać nauki o bezpieczeństwie w świecie.

Bezpieczeństwo pięciolatków jest szczególnie ważne choćby z tego względu, że alimenty, jakie kiedyś będą płacić swoim rodzicom, są jedyną realną alternatywą dla systemu emerytalnego, który, jak wszyscy wiemy, musi upaść, nawet jeżeli oskładkujemy nie tylko umowy o dzieło, ale i bilety na komunikację miejską czy nieśmiertelne pół euro za toaletę w przejściu podziemnym pod Rotundą. Przedsiębiorcy mówią, że oskładkowanie umów śmieciowych pozwoli nam jako społeczeństwu na własnej skórze przekonać się, czym naprawdę, w swojej istocie, a także fenomenie, jest bezrobocie. Jest to dla mnie argument przeciwko oskładkowaniu równie rozsądny i przekonujący jak ten, że takiego słowa – „oskładkowanie” – po prostu nie ma. No, nie ma, i już.

Ale wróćmy do bezpieczeństwa pięciolatków. Gdyby zmodyfikować Senekę stosownie do mnemotechnicznych potrzeb przedszkolaków, pomiędzy słowa, które mają to do siebie, że czasem nie istnieją, a są używane w dyskursie publicznym, a przykłady, które mają moc pociągania, ale w dyskursie publicznym są kompletnie nieobecne, należałoby wstawić pouczające piosenki o tzw. facts of life, które do przedszkolaków przemawiają najraźniej.

Syn przyniósł piosenkę BHP o transowym refrenie: „Nie otwieraj, nie otwieraj, nie otwieraj drzwi, bo za drzwiami, bo za drzwiami może być ktoś zły”. Gdy spytałam, kto to, dajmy, synu, na to, może być, i oczekiwałam odpowiedzi, że fałszywy kominiarz z prawdziwym kalendarzem, który na moje „nie mam drobnych” odpowie „mogą być grube”, a ja się stropię i będę miała do końca dnia popsuty humor, bo grubych nie mam tym bardziej, syn powiedział: „To może być ktoś przebrany za mamę”. W jakim trybie, spytałam, miałoby się odbyć to przebranie. „Najpierw ją zabije, a potem się za nią przebierze”.

Wizja mnie pozbawionej skóry, w którą następnie ubiera się mój morderca i przychodzi do mojego domu zawracać głowę moim dzieciom, a zanim moje – dobrze wychowane i ufne – dzieci mu otworzą, pewnie dobrą chwilę krwawi moją własną krwią na moją własną wycieraczkę, chwilowo zagłuszyła moje chroniczne poczucie braku finansowego spełnienia czy choćby bezpieczeństwa. Mojego. Ale ponieważ ogromnie nie lubię, gdy w dyskursie publicznym używa się słów, które nie istnieją, wybrałam z powrotem myślenie o moich pieniądzach.

Jako matka pięciolatka, a drugiego dziecka nawet większego i odmiennej płci, oczywiście wiem, że moment, w którym w dniu wypłaty zrozumiemy, że to nie nam płacą, ale my płacimy, jest nieunikniony, a może wręcz właśnie nadszedł i trwa. Logiczne też wydaje mi się, że skoro praca jest dobrodziejstwem, tzw. koszty pracy ponosić powinni przede wszystkim ci, którzy upierają się ją świadczyć, a nie ci, którzy ją dają, czy też np. politycy, którzy z tego systemu świadczenia pracy i dawania zatrudnienia są wyłączeni jak, nie przymierzając, przysłowiowe samce pszczoły miodnej. Ale oskładkowanie jest w procesie dochodzenia do powyższej zamiany ról kluczowym i takim smutnym etapem!

Choć oczywiście koniecznym. Nota bene, trutnie trzyma się w ulu co najwyżej przez lato. Na jesieni się je eksmituje, żeby sobie padły z głodu i zimna, i raczej nikt nad nimi nie płacze, a boskie życie, jakie wiodą, czerpiąc korzyści z cudzej pracy, odbywa się tylko w znanej metaforze. W realu trutnie pozostające w ulu po sierpniu oznaczają, że rój – a przede wszystkim królowa roju – jest w sporych tarapatach. Rój nie jest współczesną demokracją – a królowa premierem eksperckiego rządu w cywilizowanym kraju – więc nie tylko generowanie kłopotów, ale i pozostawanie w nich jest dla roju obraźliwe i godzi zarówno w jego istotę, jak i fenomen, więc jak najprędzej stara się rój te kłopoty rozwiązać, a trutnie posłać na pierwsze przymrozki bez prawa powrotu, choćby nie wiem jak długo krwawiły na wycieraczce.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata