70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Papież i jego krytyka

W tekstach publicystycznych, mających papieżowi za złe sympatię, jakiej doznaje on od świata, próżno szukać radości, że Duch wieje tam, gdzie chce, a dzięki świadectwu Franciszka promień światła Ewangelii dociera nawet do niewierzących. Pada za to poważne oskarżenie: o instrumentalne traktowanie biskupa Rzymu przez media i wykorzystywanie go do walki z Kościołem.

Jest w Ewangelii św. Jana opowieść o cudownym rozmnożeniu chleba, po którym ludzie postanawiają ogłosić Jezusa królem (por. J 6, 14–15). Można się oczywiście zastanawiać, czy była to właściwa reakcja na cud. Na pytanie to pośrednio odpowiedział sam Jezus, który wymknął się rozentuzjazmowanym tłumom, tak jakby chciał im dać do zrozumienia, że nie o to Mu chodziło, że Jego królestwo nie jest z tego świata… A zatem można chyba mówić w tej sytuacji o niewłaściwej reakcji słuchaczy na czyn Jezusa. Z drugiej strony jednak nie sposób w owym ludzkim entuzjazmie nie dostrzec owocu rozpoznania znaków mesjańskich. I choć − jak się już wkrótce miało okazać − było to „oświecenie” chwilowe tylko i bardzo powierzchowne, niemniej świadkowie cudu, patrząc na Jezusa, w tamtym momencie naprawdę (!) ujrzeli w Nim Proroka i Mesjasza.

Rzecz jasna, łatwo ich krytykować, dowodząc, że zapragnęli mieć króla, który gwarantowałby zaspokajanie ich życiowych potrzeb. Możliwe, że tego właśnie pragnęli, niemniej mogło być i tak, iż nie o chleb chodziło tu przede wszystkim, ale o świadomość, że oto pojawił się wśród nich drugi Mojżesz (który wyprowadził Izraela z Egiptu i nakarmił lud manną z nieba): ktoś niezwykły, komu trzeba okazać najwyższy szacunek i wdzięczność. Kogo należy obwołać królem!

Znak sprzeciwu?

Ta scena z Ewangelii przypomina mi się, ilekroć czytam wpisy na forach internetowych i artykuły niektórych prawicowych publicystów, załamujących ręce z powodu fascynacji, jaką – w świecie mediów i wśród ludzi dalekich od Kościoła – budzi papież Franciszek. Zdaniem autorów tych tekstów byłoby lepiej, gdyby zamiast zachwytu wywoływał on sprzeciw. Bo przecież, argumentują – Kościół (i papież) winien być „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”.

To prawda, powinien nim być − w tym sensie, że głosząc Ewangelię, nie może oglądać się na rządzących ani na poklask tłumów. Trzeba bowiem „bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Jednocześnie jednak warto pamiętać, że ludzie (nawet dziennikarze liberalnych mediów i osoby na co dzień niechętne Kościołowi) potrafią od czasu do czasu rozpoznać prawdziwą wielkość i świętość. Tytułem przykładu: coś takiego właśnie wydarzyło się w chwili śmierci Jana XXIII (w 1963) i Jana Pawła II w 2005 r… Trawestując nieco papieża Franciszka, można by zatem powiedzieć, że i media miewają „dobry węch” (por. Evangelii gaudium, 31). Paradoksalnie, i one mogą być narzędziem Ducha Świętego – tak jak kiedyś stała się nim oślica Balaama. Może więc nie trzeba tak gwałtownie odcinać się od „ikony ruchu homoseksualnego” Eltona Johna, kiedy mówi, że „oklaskuje na stojąco pokorę widoczną w każdym geście obecnego papieża”?

Odnosząc się do głosów mających Franciszkowi za złe sympatię, jakiej doznaje od tzw. świata, zdumiewam się, iż w tekstach tych próżno szukać radości z tego, że Duch wieje tam, gdzie chce, a dzięki świadectwu Franciszka promień światła Ewangelii dociera nawet do niewierzących. Pada za to poważne i ciężkie oskarżenie: o instrumentalne traktowanie biskupa Rzymu przez media i wykorzystywanie go do walki z Kościołem. O relatywizowanie orędzia, jakie przynosi światu chrześcijaństwo, i jakieś gigantyczne kłamstwo polegające na kreowaniu papieża na „swój obraz i wyobrażenie”. Oczywiście winą za to nie obciąża się samego Franciszka, choć – jak delikatnie sugeruje czytelnikom pisma „Christianitas” Paweł Milcarek (nr 52, Papież w pułapce) − „jest coś, co sprawia, że media spodziewają się po nim jakiegoś »nagłego zwrotu«, i coś, co sprawia, że wiele jego słów łatwo daje się przerabiać w sentencje przeciwstawiane znanej nauce Kościoła”.

Pełzająca schizma

„Papież nam się dwoi” – powiada Milcarek. Mielibyśmy dziś zatem, jego zdaniem, dwóch papieży: jednego − autora encykliki o wierze i kaznodzieję codziennie komentującego słowa Pisma, oraz drugiego − uwielbianego przez media i okrzykniętego nowym „Mao Zedongiem, szykującym Kościołowi »rewolucję kulturalną«”. „Czyż nie jest to postać ukrytej schizmy? – pyta publicysta »Christianitas«. – Nie, nie takiej prostej schizmy, która powstawała w średniowieczu, gdy dwóch lub trzech »wybranych« dzieliło Kościół swoimi pretensjami, i nawet świętym trudno było ustalić, gdzie Papież, a gdzie antypapież. Ta dzisiejsza, pełzająca schizma jest zupełnie na miarę XXI wieku: podział dokonuje się we wnętrzu człowieka, gdy jedna jego część czuje się związana z Biskupem Rzymu, ale druga jest uwodzona przez »antypapieży« konstruowanych w przekazie mediów. Nie wiadomo, który związek jest silniejszy. Ale wiemy, który z tych związków jest słodszy”.

Doskonale rozumiem lęk Pawła Milcarka i jemu podobnych przed zamianą papieża w „słodkiego” pluszaka, do którego można się przytulić w chwilach smutku i przygnębienia. Radziłbym jednak nie wylewać dziecka z kąpielą. Bo rozumiejąc funkcję, jaką pełni w Kościele każdy kolejny biskup Rzymu, powinniśmy chyba odczuwać radość, ilekroć ten, którego katolicy nazywają „Księciem Apostołów” i „Ojcem Świętym”, potrafi zachowywać się wobec wiernych jak prawdziwy ojciec.

Wiele lat temu świat obiegła relacja ze spotkania Jana Pawła II z dziećmi, do którego doszło w czasie papieskiej wizyty w Genui. Jedno z dzieci powitało wówczas papieża − a on je serdecznie uściskał i pocałował w czoło. Dziecko podeszło również do miejscowego biskupa – ten zaś… podał mu do ucałowania pierścień. To oczywiście drobiazg, trudno jednak się dziwić, że dla ludzi mediów (i dla nas, konsumentów dostarczanych przez nich informacji) obraz ten mówi o biskupstwie i władzy w Kościele więcej aniżeli najlepsze nawet kazanie. To dlatego właśnie z takim aplauzem przyjmujemy dziś „fakt, że Franciszek nosi niepapieskie obuwie (…), że mieszka nie »w pałacu« (…), że [sam] nosi teczkę!”. Na miłość boską, nie ma w tym żadnego „zerwania, faryzejskiego obnoszenia się z ubóstwem” ani też dyskredytowania poprzedników! Jest za to próba pokazania, że „niektóre [kościelne] zwyczaje nie są bezpośrednio związane z sercem Ewangelii (…). Mogą być piękne, ale dzisiaj nie służą już właściwemu przekazowi Ewangelii”. „Nie bójmy się – apeluje papież Franciszek – dokonać ich rewizji” (Evangelii gaudium, 43).

To może dotyczyć kościelnej tytulatury i „pasmanterii” (np. słynnego już aksamitnego mucetu obszytego gronostajowym futrem, którego – na przekór tradycji – nie włożył papież Franciszek)… Rezygnacja z pewnych, historycznie ukształtowanych form (w tym wypadku strojów) może być bowiem czytelnym znakiem prostoty i jakiegoś ogołocenia. Pozbycie się mucetu nie jest oczywiście tak istotne jak pozbycie się tiary (potrójnej korony), nie mogę jednak się powstrzymać, by nie przywołać w tym miejscu Benedykta XVI, któremu Kościół zawdzięcza m.in. reformę papieskiego herbu: bezpowrotnie zniknęła zeń tiara, a na jej miejsce pojawiła się infuła. Nie była to zmiana jedynie kosmetyczna, jak mogłoby się zdawać, raczej domknięcie procesu zapoczątkowanego przez Pawła VI, który zdjął tiarę i oddał ją ubogim. Była to odpowiedź współczesnego Kościoła na radę, jakiej udzielił kiedyś papieżowi − i kolejnym jego następcom − św. Bernard z Clairvaux: „Pamiętaj, że nie jesteś następcą cesarza Konstantyna, ale następcą Rybaka”.

Napisał niegdyś o Janie Pawle II André Frossard, że kiedy na niego patrzył, odnosił wrażenie, iż Karol Wojtyła, „pozostawiając swoje sieci na brzegu jeziora, przyszedł [do Rzymu] wprost z Galilei, krok w krok za apostołem Piotrem”. Dziś podobne doświadczenie jest udziałem wielu katolików, powtarzających być może za Frossardem (choć odnosząc się już do innego papieża): „Nigdy nie czułem się tak blisko Ewangelii”. Szkoda, że publicyści, tak bardzo krytyczni wobec obecnego biskupa Rzymu, zdają się tego nie doceniać…

Pułapka na papieża

Rozmaita jest intelektualna jakość i waga tekstów dystansujących się od papieża Franciszka. Spośród nich na szczególną, moim zdaniem, uwagę zasługuje cytowany wyżej artykuł Pawła Milcarka – dla środowiska „Christianitas” chyba programowy (otwiera on bowiem ostatni numer tego pisma, zatytułowany: Pułapka na Papieża).

Żałuję, że ów tekst – pomimo zadeklarowanego na końcu przywiązania do „naszego Papieża Franciszka” – nie jest wolny od złośliwości. Że miejscami przypomina pamflet. Mamy tu więc: „rozchełstany styl Ojca Świętego” i podszytą krytyką sugestię, iż Franciszek „mówi o wiele więcej niż którykolwiek z jego poprzedników”, kiedy zaś zwraca się „»do świata«, zdaje się dokładać wszelkich starań, aby zrobić wrażenie, że nie ma mu do powiedzenia właściwie nic, czego by świat już nie znał lub na swój sposób nie akceptował”.

Pojawia się tam także surowa ocena „mediów kościelnych, próbujących tańczyć te same melodie w swym dobrodusznym tonie, w którym Francesco ma być równocześnie i ludzki, i pomnikowy, jak Lenin u Zoszczenki”. Dostaje się przy okazji hierarchom, z jakiegoś powodu przez Milcarka nielubianym. Do kategorii tej należą np.: „postępowi hierarchowie niemieccy”, rzecznik Stolicy Apostolskiej o. Federico Lombardi (którego wypowiedź – dostępna w serwisie KAI – jest w omawianym tekście lekko zmanipulowana, co łatwo sprawdzić), wreszcie dawny mistrz papieskich ceremonii abp Piero Marini, zepchnięty do narożnika (i zaprezentowany jako „antybohater”) w sposób prawdziwie mistrzowski.

Mniej więcej w połowie pamflet zaczyna jednak przekształcać się w teologiczny traktacik. Pełno w nim prawd oczywistych, takich np., iż „Papież – namiestnik Chrystusa – nie wytwarza dzieła odkupienia, lecz »utwierdza braci w wierze«”. Oczywistych, lecz przypomnianych ze względu na to, że – jak zdaje się sugerować Paweł Milcarek – jesteśmy świadkami rodzenia się jakiejś nowej (a raczej starej, tylko przebranej w nowy kostium) herezji: „Ewangelię unieważnia się niemal zawsze nie inaczej, jak »w imię Ewangelii« − prawda ta potwierdza się spektakularnie co najmniej co kilka pokoleń. Co jakiś czas do głosu dochodzi ta żądza – nienowa, nigdy niewyczerpana – żeby mieć w tym świecie jakąś ludzką postać chodzącego i mówiącego jakby- -Chrystusa. Drzemie w tym jakaś niezgoda na racje Wniebowstąpienia, próba ulepienia sobie jakiegoś cielca, który zapełni »puste miejsce« po Tym, który wstąpił w niebo i zasiadł po prawicy Ojca: można by rzec, że szuka się kogoś, kto będzie »z nami«, »z ludźmi«, »w świecie« – a nie zniknął nam sprzed oczu, w chmurze, »uciekając od świata« do nieba (nieewangelicznie?), szuka się jakiegoś »chrystusa« lepszego od Chrystusa, »ewangelii« lepszej od Ewangelii; »ewangeliczności« przebijającej Ewangelię. Ludzka żądza znaku, ciepłoty – wbrew tajemniczej uwadze Jezusa, że jeśli nie odejdzie, jeśli nie przestanie koncentrować uwagi uczniów swoją postacią, nie będzie mógł przyjść Duch Święty”.

Tymczasem – i tu zgadzam się z autorem – „Wierze musi wystarczyć cisza Sakramentu w najmniejszym kościółku i prozaiczność urzędu Piotrowego”. Zgodzie tej towarzyszy jednak przekonanie (moje, nie milczącego na ten temat Milcarka), że Pan Bóg co jakiś czas posyła Kościołowi proroków, mówiąc im: „Idź, odbuduj mój Kościół”. Ludzi takich jak św. Franciszek, nieprzypadkowo przecież traktowany przez współbraci jako alter Christus.

Piękna jest przywoływana w tekście naczelnego „Christianitas” tradycyjna teologia papiestwa: Piotr jako „strażnik Depozytu, [ten, który] dokonuje autoryzacji formuł, które mogą być dla wszystkich sposobem wyrazu Wiary; oddziela tę dostępną każdemu prawdę od jej pozoru, niekiedy ukrywającego zwykły fałsz w podniosłym wielomówstwie”.

Zgoda, nie należy jednak zapominać – co od początku swego pontyfikatu mocno akcentuje Franciszek – że papież jest przede wszystkim (i najpierw) biskupem Rzymu. To po pierwsze. Po drugie, nigdy dość powtarzania, że Kościół w Rzymie zbudowany jest na fundamencie dwóch apostołów: Piotra i Pawła – i czas chyba najwyższy przestać ich sobie przeciwstawiać, sugerując, że naśladowanie Pawła nie należy do charyzmatu rzymskiego biskupa. Po trzecie, misją papieża jest nie tylko umacnianie w wierze, ale także: w miłości i jedności. „Biskup Rzymu – mówił w uroczystość świętych Piotra i Pawła (29 czerwca 2013) papież Franciszek – jest powołany do życia i umacniania w miłości do Chrystusa i do wszystkich − bez wyjątku, ograniczeń i przeszkód”. I dalej: „Umacnianie jedności: [tzn.] synod biskupów w harmonii z prymatem. Musimy iść tą drogą synodalności, osiągnąć coraz większą harmonię z posługą prymatu”. Dodajmy na koniec, że – co najmniej od czasów Jana Pawła II, autora encykliki Ut unum sint – również na papieżach ciąży obowiązek „poszukiwania takich form sprawowania urzędu [Piotra], w których możliwe będzie realizowanie uznawanej przez jednych i drugich [tj. rzymskich katolików i chrześcijan innych wyznań – J.P.] posługi miłości. Jest to ogromne zadanie, od którego nie możemy się uchylić (…)” (Ut unum sint, 95–96). Czy – pisząc dziś o teologii papiestwa – możemy od tego abstrahować?!

Nie da się ukryć, że różnimy się z Pawłem Milcarkiem w naszych wizjach chrześcijaństwa. Z szacunkiem odnoszę się do jego słów, że: „Chrześcijaństwo ofiarowuje człowiekowi prawdę. (…) Taki jest od początku do końca czynnik wiarygodności: chrześcijaństwa nie rozpoznaje się ani po tym, że jest najbardziej czułe, ani po tym, że budzi najwięcej dobrych emocji, ani po tym, że jest najbardziej wymagające moralnie, ani po tym, że jest najbardziej prześladowane czy krytykowane. Rozpoznaje się je po tym, że chce być przyjęte jako prawda, uznane jako religia prawdziwa (…). Kto − choćby i w dobrej intencji – chce rozpoznawać i wartościować chrześcijaństwo według innego kryterium, zawsze prowadzi nas do jakiejś karykatury”. Owszem, ja jednak inaczej rozkładałbym akcenty. Dla mnie bowiem chrześcijaństwo to przede wszystkim „spotkanie z wydarzeniem, z Osobą” (Benedykt XVI, Deus caritas est), ze Zmartwychwstałym. Oto ostateczne kryterium, wedle którego – za papieżem Franciszkiem – pragnę rozpoznawać i wartościować chrześcijaństwo.

Papież przełomu

Podsumowując: zdaniem publicysty „Christianitas” Franciszek nie jest wcale „papieżem przełomu”: „Niemal każda z »przełomowych« wypowiedzi Papieża okaże się przy bliższych oględzinach jakimś powtórzeniem myśli Kościoła – tyleż radykalnej, co starej”. To prawda, on powtarza „rzeczy stare”, ale czyni to w nowy sposób. Nowy dla niewierzących, którzy wreszcie papieża zaczynają słuchać (a wcześniej nie mieli na to ochoty, zdawało im się bowiem, że z góry wiedzą, co Kościół chce im powiedzieć). Ale nowy również dla tych katolików, którzy – przekonani o tym, że doskonale znają Ewangelię – nie usłyszeli, jak dotąd, słowa „dającego moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (por. J 1, 12).

Dla mnie osobiście „przełomowe” okazało się już pierwsze publiczne wystąpienie nowego biskupa Rzymu oraz sposób, w jaki poprosił on wiernych o modlitwę. „Zanim biskup pobłogosławi lud – powiedział – proszę was, byście pomodlili się do Pana, aby mnie pobłogosławił; [proszę] o modlitwę ludu proszącego o błogosławieństwo dla swojego biskupa”, a następnie skłonił głowę i przez chwilę trwał w milczeniu, otwierając się na błogosławieństwo. Niby nie stało się nic nowego, moim zdaniem jednak w tym prostym geście kryła się głęboka (i na nowo odkryta) treść teologiczna: oto zwierzchnik Kościoła nauczającego pochyla głowę przed nauczanymi; pasterz prosi owce o to, aby wyprosiły dlań Boże błogosławieństwo.

Krakowski teolog i publicysta „Tygodnika Powszechnego” Piotr Sikora dostrzega w tym „znak powrotu do ewangelicznej prostoty oraz istotnej, a przesłoniętej przez historyczno-socjologiczne narośle roli papieża: tego, który przede wszystkim służy Kościołowi w Rzymie i właśnie przez to może służyć jedności wszystkich Kościołów”. Jeśli faktycznie tak jest – dodaje – „czeka nas wielka ewangeliczna rewolucja”.

***

Na początku postawiłem pytanie o to, czy Franciszek jest (będzie) znakiem sprzeciwu dla świata. To się jeszcze okaże… Już dziś jednak widać, że biskup Rzymu jest solą w oku dla niektórych środowisk katolickich. Swoją drogą, trudno się temu dziwić. No bo jakże nie kontestować osoby, która domaga się robienia w Kościele „rabanu”? I mówi, że „woli raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody kurczowego przywiązania do własnego bezpieczeństwa” (Evangelii gaudium, 49).

Napisał kiedyś w komentarzu do Ewangelii bp Grzegorz Ryś, że „kiedy Jezus posyłał uczniów, powiedział, aby nie szli do pogan czy Samarytan, ale do »owiec, które poginęły z domu Izraela« (Mt 10, 6)”, i udzielił im konkretnych wskazówek, „łącznie z tą, że mają być przygotowani na prześladowania. I to nie przez świat pogański, ale przez własnych współbraci, wierzących”. Że mają być przygotowani na niezrozumienie i kontestację, i drwinę…

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter