70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

On, ona, gender

Na wielu uniwersytetach istnieją kierunki i specjalizacje, które mają gender w nazwie. Przez wiele lat nikomu to nie przeszkadzało i nie budziło żadnych protestów. Aż tu nagle pojawił się i zaczął straszyć potwór zwany „gender”. To jego nagłe objawienie się każe zadać dwa pytania. Pierwsze o to, co takiego w tym niewinnym dotąd genderze znaleziono, że można było z niego zrobić straszydło, drugie: dlaczego stało się to teraz?

Budzące strach widmo krąży po Polsce. Widmo „genderyzmu”. „Żenderu” boi się nawet znajoma fryzjerka w warmińskim miasteczku. Wielki jest przed nim strach, tym większy, że nie wiadomo, co to jest i czym grozi. Wymyślane przez ludzi straszydła będące projekcją ich różnych lęków często budzą większy strach niż realne zagrożenia. Bliski mi człowiek, który przeżył powstanie na warszawskim Starym Mieście, wyznał, że strach, jaki wówczas odczuwał, był niczym w porównaniu ze strachem, jaki budziły w nim strzygi, o których opowiadano mu w dzieciństwie. Przyjrzyjmy się tej współczesnej strzydze o imieniu „gender”. Jej narodzinom i przekształceniu się w straszydło.

Uwzględnić Damy

Źródło pojęcia „gender” znajduje się w feminizmie, samego zaś feminizmu w przemianach społecznych, które zaczęły się wraz z narodzinami społeczeństwa przemysłowego. Społeczeństwo to powstawało, znosząc podziały stanowe i wypisując na sztandarach hasło „równość, wolność, braterstwo”. Trudno, aby kobiety nie uznały, że hasło to dotyczy także ich. Pod koniec XVIII w., w 1776 r., w Ameryce Abigail Adams, żona późniejszego prezydenta (1797‒1801), pisała do męża Johna, który zajmował się tworzeniem konstytucji: „Czekam z utęsknieniem na wiadomość, że ogłosiłeś niepodległość – nawiasem mówiąc w nowym Zbiorze Praw, który – jak sądzę – będziesz musiał wydać, powinieneś, i tego oczekuję, uwzględnić Damy, będąc dla nich bardziej wielkoduszny i łaskawy niż twoi przodkowie” 1, a we Francji w 1792 r. pojawiła się książeczka autorstwa Mary Wollstonecraft A Vindication of the Rights of Woman („Windykacja praw kobiet”), uchodząca za pierwszy tekst feministyczny.

Wraz z rozwojem społeczeństwa przemysłowego emancypacyjne dążenia kobiet stawały się coraz bardziej widoczne. Kobiety domagały się – i uzyskiwały je – dostępu do oświaty wszystkich szczebli oraz praw wyborczych, chociaż bardzo wolno i w niektórych krajach europejskich dopiero po II wojnie światowej (w Szwajcarii w 1970 r.). Żądały samodzielności w rozporządzaniu zarobionymi przez siebie pieniędzmi i pełnej zdolności do działań prawnych, bez względu na stan cywilny. W Polsce w okresie międzywojennym takiej zdolności nie miały mężatki – miały ją jedynie panny i wdowy.

Coraz lepiej wykształcone, wkraczały na rynek pracy jako osoby o kwalifikacjach pozwalających na wykonywanie różnych zawodów i zajmowanie wszelkich, w tym najwyższych, stanowisk, nie tak jak w początkach uprzemysłowienia, kiedy były jedynie niewykwalifikowaną, tanią i potulną siłą roboczą, zatrudnianą do najcięższych prac, ponieważ, jak stwierdzał brytyjski inspektor: „ich praca jest tańsza i łatwiej nakłonić je do podjęcia cięższych prac fizycznych niż mężczyzn”2.

Równolegle z tymi, wynikającymi z przeobrażeń społecznych, dążeniami do uzyskania równouprawnienia pojawiały się w przestrzeni społecznej dające im wyraz organizacje kobiece i powstawało ich zaplecze intelektualne w postaci różnych wariantów ideologii feministycznej. Ich zróżnicowanie było i jest tak znaczne, że jedyną trafną odpowiedź na pytanie, co to jest feminizm, stanowi szerokie i ogólnikowe określenie, które w słowniku wyrazów obcych dał przed laty Władysław Kopaliński: „ruch dążący do politycznego i społecznego równouprawnienia kobiet”. Wszystkie odmiany feminizmu (zresztą w każdej książce o feminizmie wyróżniane są inne) łączy wrażliwość na przejawy nierównego traktowania mężczyzn i kobiet oraz dążenie do zmiany tego stanu rzeczy. Z upływem lat oraz przekraczaniem granic krajów i kontynentów feminizm różnicował i różnicuje się coraz bardziej.

Pojawia się gender

Kiedy kobiety uzyskały już formalne równouprawnienie, dostrzegły, a było to mniej więcej w połowie lat 60. XX w., że wciąż nie ma faktycznej równości płci, albowiem w sferze obyczaju jest wiele dyskryminacji i nierówności skutecznie podtrzymywanych przez wzory i stereotypy upowszechniane w toku socjalizacji. Skierowało to ich uwagę w stronę kultury oraz jej wielkiej i względnie autonomicznej potęgi i powstała nowa problematyka związana z kulturowym wymiarem zróżnicowania płciowego, która zyskując coraz większe znaczenie, wkrótce znalazła się w centrum uwagi feministycznych ideologii. Wraz z nową problematyką zaczął powstawać nowy język, w którym niezwykle ważnym terminem stał się „gender” jako określenie różnic między płciami, które nie mają podstaw w biologii, ale są arbitralnymi, kulturowymi konstrukcjami. Skierowanie uwagi na kulturę spowodowało też dalsze różnicowanie się myśli feministycznej. Jedne feministki, jak Judith Butler, uznały wpływy kultury za tak wszechmocne, że płeć stawała się dla nich niemal wyłącznie konstrukcją kulturową, natomiast inne, nie zaprzeczając wielkiej mocy kultury, nie lekceważyły wpływu biologii na różnice w społecznym zachowaniu mężczyzn i kobiet. Były też takie, które domagały się uwzględnienia w myśleniu feministycznym perspektywy biologii ewolucyjnej. W latach 90. Patricia Adair Gowaty zorganizowała wielką konferencję Feminism and Evolutionary Biology („Feminizm i biologia ewolucyjna”).

Termin „gender”, przydatny dla określania takich nierówności między płciami, których źródłem jest kultura zmieniająca się w czasie i przestrzeni, próbowano różnie przekładać na język polski. Początkowo, zwłaszcza w pracach psychologicznych wydawanych przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, „gender” tłumaczono jako „rodzaj”, co wprawdzie zgadza się z pierwszym słownikowym znaczeniem tego angielskiego wyrazu, ale lekturę tych prac czyniło nieznośną, a nawet mało zrozumiałą, czego jaskrawym przykładem może być napotkane przeze mnie w jednej z książek zdanie: „oczekiwania rodziców w połączeniu z rodzajem dziecka”. (Chodziło oczywiście o „oczekiwania rodziców związane z płcią dziecka”).

Innym rozwiązaniem było określenie „płeć kulturowa”. Z czasem przyjęło się używanie słowa „gender” w jego oryginalnej postaci, gdyż jako krótsze niż dwuczłonowa „płeć kulturowa” było wygodniejsze do określania różnic między kobietami i mężczyznami przyswajanych w trakcie socjalizacji i opartych na cechach społecznych i kulturowych, odmiennie ukształtowanych w różnych kulturach.

Warto też zauważyć, że termin „gender” jest nam rzadziej potrzebny niż Anglosasom, albowiem słowo „płeć” ma w polskim języku dużo luźniejszy związek z biologiczną różnicą płci i seksualnością niż angielski „sex”. Mówimy przecież o kobietach „piękna płeć”, co nie daje się przełożyć na język angielski, a gdyby ktoś uparty przetłumaczył to dosłownie otrzymałby coś, co znaczyłoby „fajny seks ”. Warto dodać, że jeszcze nie tak dawno w języku polskim słowo „płeć” oznaczało także cerę, jak w przyśpiewce: „Śliczny chłopiec, czego chcieć, czarny wąsik, biała płeć”.

W rezultacie w polskich przekładach anglojęzycznych prac słowo „gender” jest często tłumaczone po prostu jako „płeć”. Przykładem tłumaczenie anglo-amerykańskiej książki pod redakcją Mary Roth Walsh, która w oryginale nosi tytuł Women, Men and Gender, natomiast w polskim: Kobiety, mężczyźni i płeć (2003). W samym natomiast tekście książki słowo „gender” jest często tłumaczone jako „płeć” bez żadnego przymiotnika, gdyż jak stwierdziła polska redaktorka tego tomu Anna Titkow: „Nadużywanie określenia »płeć kulturowa« osłabiłoby czytelność polskiego tekstu, a niekiedy uczyniłoby go wręcz niezrozumiałym”3.

Doktor, szofer i pani Krysia

Termin „gender” w naszym języku jest niezbędny i niezastępowalny wtedy, kiedy chcemy mówić o przejawach odmiennego podejścia do kobiet i mężczyzn w różnych sytuacjach społecznych i zwrócić uwagę, że kobiety są traktowane jako istoty gorszego rodzaju, mniej sprawne intelektualnie i zasługujące na mniejszy szacunek niż mężczyźni. Spotkała się z tym na pewno każda kobieta, chociaż mogła tego nie zauważyć, ponieważ powszechność takich form zachowania czyni je oczywistymi. Przytoczmy przykłady. Moja kuzynka ukończyła politechnikę, zrobiła doktorat i została zatrudniona na tej uczelni. W zakładzie, w którym pracowała, była jedyną kobietą. Dla całego otoczenia jej koledzy byli „panami doktorami”, natomiast ona „panią Krysią”. Inny przykład: od lat rozliczamy podatki wspólnie z mężem na odpowiednim formularzu składanym w urzędzie skarbowym i przestrzegamy kwietniowego terminu ich płatności. Pewnego roku w lipcu przyszło z tego urzędu pismo domagające się zapłacenia zaległego podatku wraz naliczoną karą i stosownymi odsetkami. Powód był prosty: w tym akurat roku podatek został zapłacony z mojego konta, a paniom urzędniczkom możliwość zapłacenia przez kobietę nie mieściła się w głowie i sprawdziły jedynie wpływy od płatnika mężczyzny. Tego rodzaju doświadczenia trudno nazwać inaczej jak „doświadczeniami genderowymi”, które zresztą miewają także mężczyźni. Mój znajomy skarżył się, że gdy odbierał ze szpitala żonę z nowo narodzonym dzieckiem, to pielęgniarka udzielająca porad dotyczących pielęgnacji noworodka zwracała się wyłączne do jego żony, ani razu nawet na niego nie spojrzawszy. Był dla niej wyłącznie szoferem. Przytoczone przykłady uzmysławiają, że takie właśnie przejawy nierówności płci są przedmiotem uwagi budzącego lęk „gender mainstreaming”. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” z 27 grudnia 2013 r. Barbara Limanowska, konsultantka ONZ i OBWE w dziedzinie przeciwdziałania handlowi ludźmi, praw kobiet i polityki genderowej, powiedziała: „Z punktu widzenia Unii Europejskiej gender mainstreaming ma dosyć wąską definicję: to wdrażanie, integrowanie problematyki równościowej we wszelkie działania instytucji unijnych i państw członkowskich”.

Zainteresowanie miejscem kobiet w społeczeństwie i płcią kulturową od wielu lat istnieje w kręgach akademickich tak na świecie, jak i w Polsce. W historii, socjologii, filozofii, kulturoznawstwie i innych naukach społecznych powstawały i powstają liczne prace z tego zakresu, na wielu uniwersytetach istnieją kierunki i specjalizacje, które mają gender w nazwie. W Polsce pierwsze Podyplomowe Studia nad Kulturową i Społeczną Tożsamością Płci Gender Studies zostały otwarte na Uniwersytecie Warszawskim w 1986 r., a więc ponad ćwierć wieku temu. Potem takie kierunki pojawiły się na pozostałych polskich uniwersytetach i w różnych ośrodkach akademickich. Prowadzone są w nich rozliczne dociekania dotyczące płci kulturowej, często wielce wyrafinowane i mocno hermetyczne.

Przez wiele lat spokojnie istniały i rozwijały się, co nikomu nie przeszkadzało i nie budziło żadnych protestów. Aż tu nagle pojawił się i zaczął straszyć potwór zwany „gender”. To jego nagłe objawienie się każe zadać dwa pytania. Pierwsze o to, co w tym niewinnym, jak było widać wyżej, genderze jest takiego, że można było z niego zrobić straszydło, drugie: dlaczego stało się to teraz? Spróbuję na nie odpowiedzieć, mając jednocześnie świadomość dyskusyjności tej, zresztą jak każdej innej, odpowiedzi.

Ciemne moce emancypacji

W każdej przedprzemysłowej ludzkiej kulturze podział na mężczyzn i kobiety jest bardzo silnie zaznaczany. Każda tworzy normy dotyczące ubioru mężczyzn i kobiet, rodzaju zajęć i wykonywanych prac, wzorów zachowania, udziału w rytuałach, uczestnictwa w praktykach religijnych itd. U badanych przez Bronisława Malinowskiego Trobriandczyków mężczyźni i kobiety nawet te same prace zobowiązani byli wykonywać inaczej – kobiety nosić ciężary na głowie, mężczyźni na plecach. Silnie zaznaczony podział na mężczyzn i kobiety jest istotnym elementem, a nawet podstawą organizacji społecznej, zwłaszcza w społeczeństwach plemiennych. Do zidentyfikowanych przez Donalda Browna powszechników kulturowych należy binarne rozróżnianie kobiet i mężczyzn, przekonanie o odmienności natury kobiet i mężczyzn oraz podział pracy według płci. Domaganie się dla obu płci jednakowego dostępu do wszystkich zawodów i pozycji społecznych oznacza zakwestionowanie tego binarnego podziału. To właśnie stanowi dynamit ukryty w słowie „gender”, nietrudny do odpalenia.

Jego sile rażenia sprzyja również niemały, jakkolwiek głęboko ukryty, strach mężczyzn przed kobietami, często kojarzonymi z ciemnymi mocami. W kulturze europejskiej nigdy nie było czarowników, były natomiast czarownice, czasami palone na stosie, czasami latające na miotłach na Łysą Górę. Kobiety odczyniały uroki, zbierały zioła, którymi mogły uleczyć, ale także otruć, przepowiadały przyszłość jak grecka Pytia i wieszczyły klęski jak Kasandra.

Kiedy minęły czasy wiary w czarownice, uroki i nastał wiek rozumu, w którym kobiety zaczęły domagać się prawnego zrównania z mężczyznami, pojawił się nowy strach związany nie z mocami nadprzyrodzonymi, ale innymi zagrożeniami z ich strony – wzrostem konkurencji na rynku pracy.

Początkowo postulaty równościowe kobiet brzmiały tak nierealnie, że jedynie śmieszyły. John Adams, odpisując żonie, nie krył rozbawienia: „Co do twojego nadzwyczajnego Zbioru Praw to nie mogłem powstrzymać się od śmiechu (…). Jesteśmy na tyle mądrzy, by nie likwidować naszych męskich systemów, na których możemy polegać”4. Jednakże wkrótce postulaty te zaczęły budzić lęk i kobiety, kwestionując swoje dotychczasowe usytuowanie społeczne, zaczynały być postrzegane jako istoty wrogie mężczyznom i groźne, a co najmniej nienormalne, wymagające leczenia. Agnieszka Taborska w książce Spiskowcy wyobraźni. Surrealizm pisze o panice wywoływanej na początku XX w. przez postulaty emancypacyjne kobiet. Wspomina, że „pocztówkowy temat tortur zadawanych przez olbrzymki zminiaturyzowanym mężczyznom – cieszył się na początku wieku [XX w. – przyp. B. S.] wielkim wzięciem, podsuwając nieskończony wachlarz możliwości: zasypywanie męskich figurek w piasku, łowienie na wędkę, łapanie w sieci i klatki, podgrzewanie w szklanych kolbach, przebijanie szpicem parasolki czy zrzucanie z zabójczej wysokości”5.

W pierwszym dziesięcioleciu naszego stulecia w Wielkiej Brytanii istniał portal UK Men’s Movement, na którego pierwszej stronie wielkimi czerwonymi literami napisano ostrzeżenie: „Uwaga, poważne zagrożenie zdrowia, ta strona nie jest poprawna politycznie”. Hasło portalu brzmiało: „Panowie, najwyższy czas, abyśmy zorganizowali się dla odzyskania praw obywatelskich”, a dalej można było przeczytać: „Czy świadom jesteś, że feministyczne lobby i kolejne rządy atakują prawa mężczyzn?”. Jeżeli w tamtych latach w wyszukiwarce napisalibyśmy hasło „men’s rights” (prawa mężczyzn) wyświetlała się wielostronicowa bibliografia, w której bez trudu znaleźć było można takie publikacje jak The Man’s Book: 101 Ways to Survive Women’s Liberation and Other Female Nonsens („Księga mężczyzny: 101 sposobów poradzenia sobie z wyzwoleniem kobiet i innymi kobiecymi nonsensami”) czy liczący 27 stron i wydany po raz piąty w 2000 r. przez Men’s Defense Association (Stowarzyszenie Obrony Mężczyzn) The Men’s Manifesto. A Commonsense Approach to Gender Issues, Philosophy and Politics of the Legitimate Men’s Movement („Manifest mężczyzn. Zdroworozsądkowe podejście do problematyki genderowej. Polityka i filozofia prawomocnego ruchu mężczyzn”) Richarda F. Doyle’a. W „Gazecie Wyborczej” z 21‒22 grudnia ubiegłego roku spotykamy myśl Eustachego Rylskiego: „Lęk w mężczyznach wzbudzają nie kobiety piękne, seksualne, uwodzicielskie, tylko mądre i wykształcone”. Tomasz Szlendak wydaną w 2005 r. książkę o mężczyznach i kobietach w społeczeństwie konsumpcyjnym zatytułował Leniwe maskotki, rekiny na smyczy. To, że kobiety są rekinami, jest oczywiste dla najmłodszych pokoleń, chociaż niekoniecznie dla starszych.

W takim i temu podobnym postrzeganiu kobiet dopominających się o zrównanie z mężczyznami w sposób czytelny widać, że jego powodem bywa męskie poczucie zagubienia w świecie. Bowiem aktywne na rynku pracy i sprawnie działające w sferze publicznej kobiety samym swoim istnieniem kwestionują dotychczasowe społeczne role mężczyzn, które we wszystkich kulturach cieszyły się i cieszą wyższym prestiżem.

Indywidualizm i tożsamość

Jeżeli to, co dotychczas zostało powiedziane, można uznać za odpowiedź na pytanie, dlaczego gender może stać się straszydłem, pytanie o to, dlaczego stał się nim teraz, pozostaje wciąż bez odpowiedzi.

Szukając jej, należy powrócić do płci kulturowej, w której mimo jej zmiennych kulturowo wyznaczników podział na mężczyzn i kobiety jest traktowany jako jednoznaczny i wyczerpujący, co opiera się na niewzruszonym przekonaniu, że każdego bez wyjątku człowieka możemy zaliczyć do jednej z tych dwu kategorii. Tymczasem nigdy tak nie było i nie jest. Niezależnie od współczesnej biologii, dla której płeć człowieka ma wiele wymiarów o różnym natężeniu i nie zawsze ze sobą zgodnych, doświadczenie potoczne pozwala zauważyć istnienie osób o widocznej dysharmonii elementów składowych dwoistej płciowości, najczęściej w postaci pociągu seksualnego do osób tej samej płci.

Społeczną reakcją na takie przypadki jest ich eliminacja lub co najmniej uczynienie ich niewidocznymi w przestrzeni społecznej za pomocą różnych metod: od przemocy fizycznej do przemocy symbolicznej oraz różnych form kamuflażu i skrywania. Homoseksualiści bywali i w niektórych krajach są do dzisiaj karani śmiercią, zamykani w więzieniach, poddawani przymusowemu leczeniu, o pozainstytucjonalnej spontanicznej agresji i pogardzie nie wspominając.

Mohawkowie, północnoamerykańskie plemię Indian, zmieniali homoseksualnego mężczyznę w kobietę za pomocą praktyk kulturowych. Chłopcy, którzy preferowali kobiece zabawki i stroje, przechodzili ceremonię inicjacji w okresie dojrzewania i stawali się alyha. Jako alyha przyjmowali kobiece imiona, malowali sobie twarze tak, jak czyniły to kobiety, wykonywali zadania należące do kobiet i byli poślubiani.

W naszej kulturze pospolitym zabiegiem jest przemilczanie – co nienazwane, to nie istnieje. Przykładem zamieszczony w „Wysokich Obcasach” 2 grudnia 2013 r. artykuł o niezwykle interesującej i barwnej postaci krakowskiego stylisty Władysława Kucharskiego. Dowiadujemy się, że był starym kawalerem, dom prowadziła mu siostra, a po jej śmierci zamieszkał z nim jego bliski przyjaciel, który opiekował się nim do śmierci. Związek obu panów jest przedstawiony bez żadnej aluzji do jego homoseksualnego charakteru, którego możemy się jedynie domyślać czy też który możemy podejrzewać.

Wszystkie te praktyki, jakkolwiek różne, mają ten sam cel: przeciwdziałanie zakłóceniu binarnego podziału na mężczyzn i kobiety w przestrzeni społeczno-kulturowej, budzącego ogromny niepokój, gdyż w niektórych, zwłaszcza plemiennych, kulturach oznaczało to naruszenie porządku społecznego. Społeczeństwo plemienne dawno zostawiliśmy za sobą, ale nie plemienne emocje.

Koncentracja uwagi na kulturowym wymiarze płci, jako demonicznym genderze, nie sprzyja dostrzeżeniu organicznego związku związanej z nim problematyki z całą współczesną, różnorodną i płynną kulturą ponowoczesnej Europy, w której rozwiniętemu indywidualizmowi towarzyszy wszechstronne zainteresowanie jednostką, jej ciałem i emocjami. Rozwija się nie tylko antropologia ciała, ale również socjologia ciała, socjologia emocji, i cielesność ludzka staje się istotnym przedmiotem filozoficznej refleksji. Coraz większej wagi nabiera też problem tożsamości. Już w 1981 r. zespół Perfect śpiewał: „chciałbym być sobą, chciałbym być sobą wreszcie”. Sobą chcą też być wreszcie osoby, które nie mieszczą się w binarnym podziale płci. Nie chcą się ukrywać ze swoją homoseksualną orientacją ani być na siłę wpychane do którejś z płci, jeśli przydarzyło im się obojnactwo. Domagają się prawnego uregulowania swojej sytuacji i ich coraz donośniejszy głos staje się słyszalny i budzi atawistyczny strach, któremu dano imię „gender”.

.

1 C.M. Renzetti, D.J. Curran, Kobiety, mężczyźni, społeczeństwo, tłum. A. Gromkowska-Melosik, Warszawa 2005, s. 417.

2 A. Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja, tłum. J. Mizielińska, Warszawa 2000, s. 91‒92.

3 A. Titkow, Przedmowa do wydania polskiego, w: Kobiety, mężczyźni i płeć. Debata w toku, red. M.R. Walsh, tłum. P. Cichawa, Warszawa 2003, s. X. 4 C.M. Renzetti, D.J. Curran, Kobiety, mężczyźni, społeczeństwo, dz. cyt., s. 417. 5 A. Taborska, Spiskowcy wyobraźni. Surrealizm, Gdańsk 2007, s. 30‒31.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata