70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowy porządek światowy

Świat zmienia się coraz szybciej, a myślenie polityków z reguły pozostaje dosyć tradycyjne. Przykładowo: decyzje polskich polityków i wojskowych – świadomych przecież potencjalnej groźby konfliktu w cyberprzestrzeni – wydają się niekiedy anachroniczne, zwłaszcza gdy dotyczą rozbudowywania i modernizacji sił pancernych. Z drugiej strony, warto pamiętać, że konflikty w cyberprzestrzeni będą rozgrywać się równolegle z konfliktami konwencjonalnymi. A zatem potrzebne są zbrojenia, które umożliwią przeciwstawienie się potencjalnej napaści, zarówno z użyciem tradycyjnych środków walki, jak też nowych narzędzi wojny w cyberprzestrzeni.

100 lat po wybuchu I wojny światowej chcielibyśmy zapytać o współczesny ład międzynarodowy. Nie boimy się dziś wybuchu globalnej wojny, ale też – o czym pisaliśmy w styczniowym „Znaku”*– przez te 100 lat ani jeden rok nie upłynął bez poważnego konfliktu zbrojnego. Jakie są zatem najbardziej znaczące cechy panującego porządku międzypaństwowego? Co decyduje o naszym poczuciu bezpieczeństwa i o naszym strachu? 

Rzeczywiście, w dającej się przewidzieć przyszłości nie zagraża nam wybuch kolejnej wielkiej wojny światowej. III wojna światowa jest już zresztą za nami. Była to zimna wojna. Przyniosła ona nie tylko zniewolenie naszej części kontynentu, ale też dramatyczne konsekwencje w wielu regionach świata: w Europie – krwawe stłumienie powstań w Berlinie (1953), w Budapeszcie (1956) i w Pradze (1968); w Azji – wojnę w Korei i w Indochinach; w Afryce – konflikty w Kongo, tolerowanie apartheidu w RPA i wiele innych negatywnych zjawisk. Koniec zimnej wojny wyznaczył początek nowej epoki w stosunkach międzynarodowych.

Dwubiegunowy zimnowojenny świat – podzielony na wspólnotę państw demokratycznych i obóz państw zdominowanych przez Związek Radziecki – miał dwie fundamentalne cechy: z jednej strony generował permanentną konfrontację i poważną groźbę wybuchu wojny termojądrowej (katastrofa taka mogłaby doprowadzić do wzajemnego unicestwienia – do zniszczenia naszej cywilizacji); z drugiej strony temu niebezpieczeństwu towarzyszył wysoki stopień stabilności. Dzisiaj groźba wybuchu wojny nuklearnej jest bliska zeru, ale też stopień stabilności jest bardzo niski. Żyjemy w świecie mniej przewidywalnym, niesterowalnym i trudniejszym do opanowania. Jest to świat policentryczny. Nastąpiło rozproszenie ośrodków władzy. W różnych regionach dominują różne mocarstwa. Niektóre z nich odgrywają kluczową rolę w wymiarze wojskowo-politycznym, a inne w gospodarce, finansach lub w zakresie technologii. Stany Zjednoczone i Chiny wpływają decydująco na globalną gospodarkę i system finansowy. W zakresie nowych technologii – obok USA i Europy – coraz większe znaczenie mają Japonia i Indie. Liczba osób z doktoratem z fizyki jest tam większa niż liczba mieszkańców w niektórych krajach europejskich. Ten skok edukacyjny przyniesie – musi przynieść – jakościową zmianę w gospodarce światowej.

Powiadają, że wiek XVIII skończył się dopiero w 1815 r., a jego podsumowaniem był kongres wiedeński. Wiek XIX zakończył się w 1914 r. – wraz z wybuchem I wojny światowej. Wiek XX był najkrótszy: zapoczątkowany traktatem wersalskim (1919), zakończył się w roku 1989.

Nowy globalny porządek XXI-wieczny wciąż jeszcze się kształtuje. Dziś trudno byłoby określić, jakie będą jego podstawowe cechy.

Co w tym policentrycznym świecie urasta do największego zagrożenia dla globalnego bezpieczeństwa?

W przeszłości zagrożenie pochodziło ze strony państw silnych, agresywnych i ekspansywnych. W naszych czasach główne konflikty generują państwa słabe, upadające lub upadłe.

Jakie to państwa? Przypomnę: po pokoju westfalskim (1648) Hugo Grocjusz sformułował klasyczną definicję państwa. Na płaszczyźnie prawa międzynarodowego o istocie państwa stanowią trzy kryteria wyraźnie oznaczone: terytorium, ludność i skutecznie sprawowana władza. Przy tym bez znaczenia było to, czy władza była demokratyczna, autorytarna czy despotyczna. Miała być skuteczna. Według moich obliczeń blisko 60 ze 194 państw świata nie spełnia dziś tych uznanych w prawie międzynarodowym kryteriów państwowości. Dotyczy to zwłaszcza, co naturalne, kryterium skutecznie wykonywanej władzy. Brak kontroli nad terytorium i ludnością skutkuje rozwojem regionalnych, międzyregionalnych, ale i ponadregionalnych struktur kryminalnych i terrorystycznych. Niekiedy są one silniejsze od instytucji państwowych. Ilustruje to sytuacja m.in. w Somalii, Sudanie, Jemenie, Libii czy Afganistanie i Republice Środkowoafrykańskiej.

W państwach słabych dochodzi często do konfliktów wewnętrznych promieniujących na cały sąsiadujący region. W ostatnim 10-leciu (2002–2012) spośród 69 wielkich konfliktów zbrojnych tylko trzy były wojnami toczonymi między państwami. Pozostałe miały charakter wewnętrzny. Jednak wewnętrzne konflikty w Afganistanie, Somalii czy też trwające teraz walki w Republice Środkowoafrykańskiej stają się bardzo niebezpieczne dla sytuacji w Zatoce Perskiej, na Bliskim Wschodzie i dla całej Afryki. Wojna w Afganistanie destabilizuje Pakistan i inne państwa regionu. Stwarza bezpośrednie zagrożenie dla Tadżykistanu i Uzbekistanu – i to nie tylko dlatego że państwa te sąsiadują z Afganistanem, ale również dlatego że klany i plemiona uzbeckie i tadżyckie stanowią blisko połowę mieszkańców tego kraju. Podobnie rzecz ma się z Sudanem, Somalią i Republiką Środkowoafrykańską na Czarnym Kontynencie. Z kolei wojna domowa w Syrii destabilizuje cały Bliski Wschód – prowadzi do napięć w Turcji, Jordanii i Iraku oraz angażuje bezpośrednio Iran, który wspiera jedną z wojujących stron. Mamy zatem do czynienia z interesującym paradoksem: z jednej strony proces globalizacji świata, a z drugiej – regionalizacja konfliktów.

Jedną z przyczyn małego prawdopodobieństwa wybuchu konfliktu globalnego jest wciąż jeszcze żywa pamięć o II wojnie światowej. Z pewnością miało to znaczenie dla przebiegu przemian w Europie w sposób pokojowy – ludzie Solidarności pamiętali jeszcze o tragedii Powstania Warszawskiego, Węgrzy o krwawym stłumieniu zrywu powstańczego w 1956 r., a hiszpańscy reformatorzy, po śmierci Franco, o krwawej wojnie domowej lat 30. Ta świadomość staje się jednak czymś odległym i kruchym, gdy odchodzi pokolenie bezpośrednich świadków wojny i ich dzieci. Dla nowych generacji, które znają wojnę wyłącznie z medialnych obrazów, wydawać się ona może nawet czymś atrakcyjnym. Politycy często nie doceniają pokoleniowych różnic w postrzeganiu świata.

Czy światowi przywódcy, politycy i dyplomaci potrafią właściwie reagować na niestabilność współczesnego porządku międzynarodowego i zagrożenia związane z nowymi formami prowadzenia wojen – np. wojnami, które mogą toczyć się w cyberprzestrzeni?

Świat zmienia się coraz szybciej, a myślenie polityków z reguły pozostaje dosyć tradycyjne. Przykładowo: decyzje polskich polityków i wojskowych – świadomych przecież potencjalnej groźby konfliktu w cyberprzestrzeni – wydają się niekiedy anachroniczne, zwłaszcza gdy dotyczą rozbudowywania i modernizacji sił pancernych. Z drugiej strony, warto pamiętać, że konflikty w cyberprzestrzeni będą rozgrywać się równolegle z konfliktami konwencjonalnymi. A zatem potrzebne są zbrojenia, które umożliwią przeciwstawienie się potencjalnej napaści, zarówno z użyciem tradycyjnych środków walki, jak też nowych narzędzi wojny w cyberprzestrzeni.

Przyspieszenie procesu zmian stanowi duże wyzwanie dla wszystkich.

Warto przypomnieć, że w 1989 r. ówczesny prezydent USA George Bush senior ogłosił swoją wizję nowego porządku światowego – New World Order. Po kilku miesiącach nikt już do tej wizji się nie odwoływał. Została szybko zapomniana. Opierała się bowiem na złudnym przekonaniu, że nowy porządek zapewni nową stabilność. Tak się nie stało. Zmierzam do tego, że brak stabilności nie może być uznany za zjawisko przejściowe. W naszych czasach zmiana stała się czynnikiem permanentnym – jest jedną z fundamentalnych cech współczesnego systemu międzynarodowego. Kto nie rozumie przemian związanych z nowymi technologiami, z rewolucją cyfrową – i wyobraża sobie, że świat, którym rządzi, również w przyszłości będzie w zasadzie taki sam – skazany jest na porażkę. Ilustracją był upadek zmurszałych reżimów w Afryce Północnej – w Tunezji i Egipcie, i losy obalonego prezydenta Hosniego Mubaraka, któremu zdawało się, że kontroluje w pełni sytuację w Egipcie i – co więcej – jest gwarantem stabilności w całym regionie.

Może zatem problemem współczesnych stosunków międzynarodowych jest brak elit, które nie potrafią zdiagnozować charakteru przemian i zaproponować nowej wizji dla tego szybko zmieniającego się świata?

Z całą pewnością społeczeństwa potrzebują mądrego przywództwa, zdolnego do określenia zbiorowej tożsamości i wspólnych celów, do których zmierzają współczesne narody. Dodam na marginesie, że nie podzielam poglądu, jakoby ten, kto ma potrzebę wizji w polityce, „powinien udać się do okulisty”. Szczęśliwie w momencie przełomu, w roku 1989, na polskiej scenie politycznej były takie postacie, jak Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy Leszek Balcerowicz, którzy dzięki swojemu intelektowi i doświadczeniu stawiali wyżej cele długofalowej strategii rozwoju państwa niż potrzeby taktyki politycznej. To oni zaproponowali wizję transformacji. Byli świadomi, że za wprowadzane w życie trudne reformy zapłacą porażką w najbliższych wyborach. Dzięki takiej postawie zbudowali fundamenty – swoisty kapitał założycielski dla niepodległego i w pełni suwerennego państwa, kapitał, z którego korzystamy do dzisiaj.

Brak takich elit jest jednym z powodów słabości Ukrainy, gdzie od początku lat 90. rządzą ludzie myślący w kategoriach koniunkturalnych. Skupieni są na tym, by władzę zdobyć i ją zachować. Zresztą jest to problem szerszy. Wystarczy porównać jednego z ojców zjednoczonej Europy, premiera Włoch Alcide de Gasperiego, z jednym z jego następców – Silvio Berlusconim.

A może czas takich elit minął?

Nie zgadzam się z poglądem, jakoby brakowało dziś elit formułujących ambitne i atrakcyjne propozycje nowego porządku międzynarodowego. Przeciwnie – istnieją liczne europejskie i transatlantyckie grona złożone z byłych polityków i ekspertów, którzy – choć często w podeszłym wieku – myślą o przyszłości w sposób innowacyjny i odważny. Przykładem jest choćby grupa amerykańskich myślicieli zebrana wokół instytucji Hoovera, w skład której wchodzą takie osobistości, jak Henry Kissinger, George Shultz, William Perry, Sam Nunn. Dołączyli do nich później Zbigniew Brzeziński, Brent Scowcroft i inni. Zaczęło się od ich wspólnego artykułu na łamach „Wall Street Journal” (4 stycznia 2007). Potem większe grono spotkało się w październiku 2007 r. w Stanfordzie. Inicjatorem był weteran rokowań rozbrojeniowych Max Kampelman. Zespół ten zaproponował wówczas program bezpieczeństwa nuklearnego, którego celem ostatecznym jest wyeliminowanie broni jądrowej. Dwa lata później propozycję podjął prezydent Obama, który w 2009 r. w Pradze ogłosił plan długiego marszu w kierunku świata wolnego od broni atomowej. Uczeni twierdzą, że z bronią jądrową jest jak ze strzelbą w sztuce Czechowa – zawieszona na ścianie w pierwszym akcie, będzie musiała wystrzelić w ostatnim. Jedynym skutecznym sposobem zapobieżenia wojnie atomowej jest definitywna eliminacja tej broni i zniszczenie nagromadzonego potencjału nuklearnego. Są tacy, którzy uważają, że broń raz wynaleziona nie może być „unieważniona”. To nie tak. Przypomnę choćby przykład z konwencji haskich (1907): zakazano wówczas użycia pocisków dum-dum, które nie tylko zabijały, ale zadawały ofiarom dodatkowe cierpienia. Z zachowaniem wszelkich proporcji – ta „broń jądrowa” na miarę tamtych czasów została na trwałe wyeliminowana.

Podobnie było z bronią chemiczną – wynalezioną i zastosowaną już podczas I wojny światowej. W 1993 r. podpisano konwencję o zakazie produkcji, składowania i użycia tej broni. Zdecydowana większość państw świata przystąpiła do tego układu o całkowitym zakazie produkcji i obowiązku zniszczenia istniejących już zasobów. Te projekty – świata wolnego od broni chemicznej czy też demilitaryzacji kosmosu – są ilustracją wcielania w życie wielkich wizji nowego myślenia o sposobach zapobiegania konfliktom globalnym. Są to projekty, które częściowo zostały już urzeczywistnione.

Problem broni chemicznej przypomina jednak o smutnym przypadku Syrii. Owszem – udało się zmusić Baszara al-Assada do zaprzestania jej używania, a nawet zobowiązania do zniszczenia posiadanego arsenału tej broni. Ale przecież konflikt wciąż trwa, a społeczność międzynarodowa przygląda mu się bezradnie. Prof. Jerzy Buzek w wywiadzie dla „Znaku” podkreślał, że istotnym problemem jest anachronizm struktur ONZ, w tym Rady Bezpieczeństwa zdominowanej przez zimnowojenne mocarstwa i niezdolnej do efektywnego działania. Czy przestarzałość form organizacyjnych ONZ i związana z tym bezsilność wobec masowych mordów nie pozostaje świadectwem słabości politycznych elit?

Podzielam ten podgląd – ale tylko częściowo. Rada Bezpieczeństwa ONZ nie jest produktem zimnej wojny, ale przeniesieniem doświadczeń ze współpracy wielkich mocarstw podczas II wojny światowej na czasy powojenne. Koncepcja Rady Bezpieczeństwa była wyrazem idealistycznego myślenia Franklina D. Roosevelta sądzącego, że kraje, które potrafiły wspólnie pokonać hitlerowski faszyzm w Niemczech i jego sojuszników, będą w stanie współpracować ze sobą również po wojnie. Obecność właśnie tych pięciu wielkich mocarstw, jako stałych członków Rady Bezpieczeństwa – Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Wielkiej Brytanii i Francji (którą dołączono ze względu na rangę de Gaulle’a oraz ówczesne znaczenie polityczne, kulturowe i kolonialne Francji) – od dawna nie odzwierciedla już nowego układu sił na świecie. Od tamtych lat wyłoniło się co najmniej pięciu równie poważnych kandydatów na stałe miejsce w Radzie. Mam na myśli Niemcy, Japonię, Indie oraz Brazylię i RPA. Wejście tych państw do Rady Bezpieczeństwa zapewniłoby reprezentację kontynentów, które w ogóle w Radzie nie mają swoich stałych przedstawicieli.

Czy jest wyjście z tej sytuacji?

Ponad 10 lat temu podjęliśmy w Polsce – wraz z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem – prace nad uzgodnieniem nowej formuły dla struktury Narodów Zjednoczonych na XXI w. – w tym dla Rady Bezpieczeństwa. Wychodziliśmy z założenia, że nie ma dziś możliwości takiej zmiany Karty Narodów Zjednoczonych, którą można byłoby podpisać i ratyfikować jako traktat w gronie 194 państw. Takie rozwiązanie było możliwe w szczególnych warunkach, gdy wielkie i zwycięskie mocarstwa czasów II wojny światowej narzuciły światu „nowy porządek” uzgodniony w gronie Wielkiej Trójki – USA, ZSRR i Wielka Brytania. Natomiast dziś możliwe byłoby wynegocjowanie wielkiego politycznego porozumienia, które niejako uzupełniałoby Kartę – swoisty Nowy Testament. Nowy akt polityczny NZ mógłby być oparty na innej filozofii politycznej niż Karta ONZ, którą podpisano blisko 70 lat temu. Podobnie jak Nowy Testament nie unieważniał Dekalogu, zawartego w Starym Testamencie, tak nowy akt polityczny NZ na XXI w. nie negowałby tych zasad i norm, które wyraża obowiązująca Karta NZ. Dowodem na to, że jest to właściwa droga, był wielkiej wagi dokument opracowany przez międzynarodowy zespół dyplomatów i ekspertów. Mam na myśli raport pt. Responsibility to Protect, czyli „Odpowiedzialność za ochronę”. Do uzgodnienia tego dokumentu doszło z inicjatywy Kanady. Zespół osobistości z różnych regionów świata, pod kierownictwem dwóch wybitnych byłych polityków (Garetha Evansa z Australii i Mahmouda Sahnouna z Algierii), opracował zupełnie nową koncepcję międzynarodowej ochrony ludności. Rzecz dotyczy ochrony ludności cywilnej przed masowymi zbrodniami i przeciwdziałania zbrodni ludobójstwa, której świadkami byliśmy np. w Rwandzie, Kambodży, czy też zapobiegania czystkom etnicznym w różnych regionach świata. Takie uregulowania były potrzebne, by zapewnić bezpieczeństwo nie tyle państwom, ile ludziom, jednostkom, obywatelom, którym zagrażają niekiedy ich własne rządy; choćby obecnie w Syrii – gdzie na oczach świata morduje się dziesiątki tysięcy ludzi, a żadne państwo nie reaguje, bo obowiązuje zasada niemieszania się w sprawy wewnętrzne, a konflikt ma miejsce w regionie pozbawionym wielkich zasobów naturalnych i istotnego geopolitycznego znaczenia. Raport Evansa–Sahnouna został włączony do Dokumentu Końcowego Szczytu ONZ w 2005 r. podpisanego przez 157 przywódców państw z różnych regionów świata i – choć jest to dokument polityczny – zyskał w istocie rangę nowego prawa zwyczajowego. Innowacją było to, że określone zostały przesłanki do interwencji w wewnętrzne sprawy państw, jeśli wymaga tego ochrona życia i zdrowia obywateli państwa, na którego terytorium doszło do katastrofy humanitarnej.

Od przyjęcia tych ustaleń do ich realizacji jest daleka droga. Mimo przyjęcia dokumentu „Odpowiedzialność za ochronę” nie udaje się wcielić w życie w pełni jego postanowienia, np. w Syrii. W opinii niektórych mocarstw interwencja społeczności międzynarodowej w tym kraju stanowiłaby niebezpieczny precedens w przypadku niepokojów w ich własnych państwach. Przecież sytuacja w Czeczenii, gdzie z polecenia Kremla ustanowiono brutalne rządy Ramzana Kadyrowa, mogłaby – w przypadku rozszerzenia się przelewu krwi na cały obszar Kaukazu Północnego – być uznana za podstawę do interwencji społeczności międzynarodowej pod auspicjami ONZ. Rosja i Chiny postrzegają politykę nie tyle w kategoriach realizowania wartości, ile przede wszystkim jako grę interesów i siły. Są to mocarstwa globalne – na tyle potężne, że ich sposób myślenia o porządku międzynarodowym – wyrastający z ducha XIX i XX w. – nie może być i nie jest ignorowany przez innych globalnych aktorów sceny międzynarodowej.

Jakie zatem mogą być dalsze losy tego być może najistotniejszego konfliktu wartości w międzynarodowym porządku prawnym: między zasadą zwierzchnictwa terytorialnego i suwerenności państwa z jednej strony a możliwością międzynarodowej interwencji, gdy łamane są fundamentalne prawa człowieka, w tym prawo do życia – z drugiej?

Uznanie suwerennej równości państw zakłada, że zasada nieingerowania w ich sprawy wewnętrzne jest i będzie przestrzegana, jakkolwiek nie bez pewnych istotnych ograniczeń. Wszystkie zasady powinny być respektowane, ale nie mogą być absolutyzowane, ponieważ granice ich poszanowania wyznaczają inne zasady. W tym przypadku fundamentalne znaczenie ma nowa koncepcja „bezpieczeństwa ludzi” (human security). Zgodnie z tą koncepcją najwyższym priorytetem jest prawo ludzi do życia. Prawo to dotyczy jednostek i wspólnot. Życie ludzkie ma wyższą wartość niż respektowanie abstrakcyjnie pojmowanych norm pozwalających zbrodniarzom na bezkarne ludobójstwo wobec własnego narodu. Rozumienie tej prawdy zyskuje na znaczeniu. Rada Bezpieczeństwa w końcu wypracowała przecież wspólne stanowisko w sprawie Syrii. Rosja i Chiny poparły plan konferencji genewskiej, w której mają uczestniczyć na równej stopie wszystkie strony syryjskiego konfliktu, czyli rząd i opozycja, z którą prezydent Syrii prowadzi wojnę. Radzie Bezpieczeństwa udało się też sformułować wspólną podstawę ograniczenia irańskiego programu nuklearnego. Są to zmiany ewolucyjne, powolne, ale jednak jest w tej sprawie postęp.

Które ze sprzeczności występujących w obecnym systemie międzynarodowym będą wymagać w przyszłości najpilniejszych zmian?

Myślę, że społeczeństwa na całym świecie nie odkryły jeszcze w pełni swojej potęgi, wynikającej z podmiotowości jednostki. Fundamentalną sprzecznością naszych czasów jest antynomia między państwem a narodem z jednej strony oraz społeczeństwem a jednostką – z drugiej. Jest to sprzeczność między myśleniem w kategoriach narodu i państwa a myśleniem w kategoriach społeczeństwa obywatelskiego i kształtującej się na naszych oczach społeczności międzynarodowej. Na tym tle szczególnego znaczenia nabiera konflikt między bezpieczeństwem państwa a bezpieczeństwem jednostki. Te napięcia uwidoczniły się w sprawie ACTA czy też w uświadomieniu sobie skutków podsłuchów prowadzonych przez amerykańskie służby specjalne wobec wszystkich użytkowników komputerów i telefonów w skali globalnej. Jest to wyzwanie wobec społeczeństw obywatelskich domagających się respektowania godności człowieka, jego wolności i równouprawnienia. To nie tylko rządy i państwa, ale świadome swoich praw jednostki i społeczeństwa obywatelskie zapewnią, że podstawowe prawa człowieka będą respektowane na gruncie prawa wewnętrznego i międzynarodowego. To one doprowadzą do sytuacji, w której bezpieczeństwo państwa będzie realizowane bez uszczerbku dla poszanowania fundamentalnych praw człowieka. Co więcej – doprowadzą do powszechnego uznania, że w swej istocie bezpieczeństwo państwa to przede wszystkim bezpieczeństwo, godność i wolność każdego człowieka, każdej jednostki, każdej osoby ludzkiej.

.

ADAM DANIEL ROTFELD – prof. dr hab., b. minister spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki (2005), b. dyrektor Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), członek Rady Konsultacyjnej Sekretarza Generalnego ONZ ds. Rozbrojenia (2006–2011), współprzewodniczący Polsko- -Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, profesor na Uniwersytecie Warszawskim, Wydział „Artes Liberales”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter