70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na pętli czasu

Okazuje się, że opętanie nie zawsze jest sprawą nieczystych mocy. A twórczy szał dopaść może nie tylko człowieka pozostającego we władzy (złego) ducha, lecz także przeklętego ciała, zwłaszcza gdy ciałem tym żywią się wszystkie największe świętości naszej kultury.

We władzy wisielca Zbigniewa Mikołejki to książka szalona. Szaleństwo to zdradza ona przede wszystkim niebywałym rozmachem doboru materiału faktograficznego, aż po najmniejsze jego detale, które nierzadko z nieistotnego ozdobnika, wyłącznie, zdawałoby się, erudycyjnego popisu w mgnieniu oka stają się zwornikiem całej opowieści, skonstruowanej z barokową wręcz fantazją i wirtuozerią. Sposób prowadzenia narracji jest kolejnym symptomem szczególnego szaleństwa filozofa-historyka. Na próżno szukać w niej bowiem znamionujących klasyczne piękno: wstępu, rozwinięcia i zakończenia, nanizanych kolejno i nieodwołalnie na linearnej nici czasu, rozpiętej między jednym i drugim końcem historii. Jeśli historia ma w ogóle dla Mikołejki coś z newtonowskiej przestrzeni, to nie prosty korytarz przypomina, ale cały ich labirynt, gdzie początków i końców jest wiele, a jedne niepostrzeżenie przechodzą w drugie, wcale nie zwiastując szczęśliwego, ba, jakiegokolwiek zakończenia. Jeśli zaś jest jak nić, to raczej w kształcie pętli, która posmak nieskończoności daje wtedy jedynie, gdy mocno zaciska się wokół życia, oswobadzając je i objawiając jemu samemu w jego apogeum – w jednej chwili i tylko na chwilę.

Tak naprawdę jednak historia to trzewia, które pulsują pod powierzchnią tego, co jest – o byciu tego, co jest, rozstrzygając. Ale żeby naocznie, a więc najpewniej, przekonać nas o tym, że „przeszłość nie umiera bez reszty, tylko spieniona niczym krew toczy się w świeże żyły, przenikając w głąb tego, co przez chwilę zwie się teraźniejszością” (s. 38), Mikołejko potrzebuje ciała.

To nie przypadek, że jego wzrok pada na ciało wisielca. Podobnie jak nie wydaje się przypadkiem szaleństwo autora zafascynowanego swoim makabrycznym odkryciem. Nie tyle ulega on obłędnemu myśleniu, ile je w wiadomych jedynie sobie seansach wywołuje, bo dobrze wie, że poszlaki, jakimi dysponuje w dręczącej go sprawie, są znikome i dlatego użycia niecodziennych środków wymagają. To bowiem marzenia senne Zachodu, jego przejęzyczenia zaledwie, wszystko, co umyka jasnemu światłu świadomości, co w kulturze wiedzie jedynie podskórny żywot i dlatego – by w jakiejś mierze się ujawnić – domaga się ograniczenia władz rozumu.

I rzeczywiście, w szaleństwie tym przewrotnie, z całym rozbuchaniem tkniętej nim wyobraźni, tkwi metoda. Tak więc na pierwszy rzut oka gubiąca się w sobie samej opowieść układa się w cztery lekcje (Marsjasza, mieszkanek mitu, uczonych w Piśmie i anatomów). Po nich zaś następują dwa studia przedmiotu – atrybutów wisielca pozostających ze sobą w przedziwnej opozycji. Pierwszy narzuca się sam. To szubienica – atrybut jasny, oczywisty, stojący po stronie ustanawiającego porządek i władzę rozumu. O drugim zaś – mrocznym, ezoterycznym, w którym odzywają się echa kanibalistycznych chuci, trudno zrazu orzec, czy można go w ogóle za atrybut uznać, choć w takiej właśnie funkcji prawa ręka wisielca, „ręka chwały” – bo o niej właśnie mowa – występuje.

Najpierw jednak są lekcje, które otwiera krzyk kozłonogiego Marsjasza powieszonego na drzewie i niczym tusza wołu z Rembrandtowskiego obrazu oprawianego przez świetlistego Apolla, boga piękna, ładu i harmonii. To nie jest mit o ukaraniu ludzkiej pychy, przestrzega Mikołejko. To opowieść, w której to, co doskonałe, ujawnia swą przemoc, mszcząc się na niedoskonałości, gdyż ta w swej nieprzewidywalności może okazać się bardziej zachwycająca od ideału. Jest to opowieść boleśnie w czasie rozciągnięta jak bezbronne, bezwolne ciało sylena, odnawiana i odgrywana w najprzeróżniejszych wariantach przez wszystkie epoki. Ale by to dostrzec, potrzeba szczególnie wyczulonego wzroku lub raczej słuchu, który tę samą melodię odnajdzie w ciałach zamachowców Hitlera powieszonych na strunach fortepianu czy uczonych ormiańskich odzieranych w trakcie ludobójczej rzezi żywcem ze skóry. Przede wszystkim jednak w kaźni Marsjasza, tak jak i w jego imieniu, pobrzmiewa, tworząc przejmującą fugę śmierci, męka Mesjasza.

O tym, że śmierć Jezusa to śmierć wisielca, przypomina Mikołejko za św. Pawłem, który dobrze znał przekleństwo, jakim obłożony został w Księdze Powtórzonego Prawa „każdy, którego powieszono na drzewie” (Ga 3, 10–14). Ale przemieniona, uwolniona od hańby szubienica Jezusa domagała się mrocznego dopełnienia w postaci samobójczej śmierci Judasza, by prawu uczynić zadość. Wprowadzając na scenę tę właśnie postać, Mikołejko pozwala głośno przemówić wszystkim targającym duszę Zachodu ambiwalencjom. Śmierć Judasza, którą mściwa wyobraźnia upodobniła do śmierci Marsjasza (bo podobno Judasz nie tylko się powiesił, ale wypłynęły też z niego wnętrzności), stała się wzorem śmierci godnej zbrodniarza, zdrajcy obowiązujących praw – przez wieki nie tylko pieczołowicie wymierzanej, ale publicznie odgrywanej w trzech aktach: powieszenie, włóczenie i poćwiartowanie, ku przestrodze, ale i uciesze wiecznie spragnionych ekscesu zmysłów, a także zuchwałego w swych poznawczych zapędach umysłu. Były to bowiem pierwsze lekcje anatomii, które gdy wrażliwe podniebienie wczesnej nowoczesności przestało tolerować je na placach miast, przeniosły się do prosektoriów, by tam, doprawione autorytetem nauki, na długi czas w postaci dokonywanych publicznie sekcji zwłok (choć zdarzały się też sekcje in vivo pełniące funkcję wydłużonych egzekucji) pozostać przysmakiem gawiedzi i skurczonego do szkiełka i oka rozumu.

Nawet jednak tam gdzie, wydawać by się mogło, rozciągniętemu na stole i ogołoconemu ciału odebrano śmierć, ostateczną instancję sensu, „jesteśmy – wierzy Mikołejko – o krok od epifanii najwyższej” (s. 248), przedziwnego przeistoczenia, pozwalającego dostąpić człowieczeństwa niczym wywyższenia. I aby nas – niedowiarków – o tym przekonać, przemierza galerie świata i wertuje stosy ksiąg, by w starym atlasie anatomicznym wśród „pokrawanych kawałków ludzkiego mięsa”, wśród innych oskórowanych preparatów odnaleźć Ukrzyżowanego, „wisielca nad wisielcami”.

Czy nas, znudzonych bywalców coraz to wymyślniejszych body exhibitons, to jego odkrycie przejmie, przekona?

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter