70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wydmy

Pojawiły się niedawno. Piękne, olbrzymie. Właściwie spodziewałem się ich dużo wcześniej. Żałuję tylko, że skończyła mi się herbata.

Poza tym wszystko jest w porządku. Podejrzewałem, że będzie znacznie gorzej. Oczekiwałem migawek, nie wiem, czegoś w tym stylu. Że to będzie Coś. Myślałem, że może nawet się wzruszę. Ale nie. Pamiętam w sumie niewiele.

Najlepiej chyba to, jak dziadek zabierał mnie na wydmy.

Kulał na jedną nogę, chodziliśmy wolno. Wydmy leżały niecały kilometr od domu. Szło się przez rzadki zagajnik, potem ścieżką wciśniętą między pola. Zaczynał opowiadać już po drodze.

– Kiedyś ich tu nie było. Sochacki miał pszenicę, tak ze dwa hektary. To się zrobiło jakieś sześć lat temu, zimą. Bodaj w lutym. Było jeszcze bardzo zimno.

Kiedy przystawaliśmy, klepał mnie po ramieniu. Dwa ostatnie palce prawej dłoni zaciśnięte miał na stałe. Patrzyłem na niego z dołu, dziś wydaje mi się, że musiał mieć ze dwa metry. Zawsze gładko ogolony. Pachniał sianem i smarem. Mówił do mnie: Juruś.

– Oj, oj, Juruś! – Kiedy na przykład przewróciłem się w redlinę.

Nikt inny tak się do mnie nie zwracał. Nie wiedziałem, dlaczego tak mówi. Na imię mam Eustachy.

Za zagajnikiem leżał wielki kamień, sięgał mi do pasa. Siadaliśmy i dziadek wyciągał papierosa. Babcia nie wiedziała, że pali. To znaczy udawała, że nie wie.

– Musisz być uważny – mówił, zaciągając się wolno i głęboko. – Trzeba tam bardzo uważać.

Uważałem więc, ostrożnie stawiałem stopy na stromym zboczu pagórka, chwytałem się grubych chwastów, starannie wybierałem drogę. Wchodziliśmy zawsze od tej samej strony, od południa. Dziadek powtarzał, że tędy mu najlżej z tą nogą, chociaż widziałem, że w kilku innych miejscach podejście jest łagodniejsze.

– Lubisz tu przychodzić, co, Juruś? – pytał czasami po drodze.

Zwykle nie odpowiadałem, bo co tu odpowiedzieć? Miałem dziesięć lat. Spacery z dziadkiem to nie to co kopanie piłki w ścianę stodoły. Czy pływanie w stawie z bliźniakami od Witkowskich.

Za to same wydmy były piękne. Olbrzymie. Teraz wiem, że nie są zbyt wysokie. Tak jak dziadek. Nie miał wcale dwóch metrów. Metr osiemdziesiąt, może nawet nie. A wydmy jak to wydmy.

Siadaliśmy na tej pierwszej, najmniejszej. Mieliśmy takie specjalne miejsce. Uklepane, no i dobry był widok.

– Widzisz te dwie na końcu? – pytał, układając przed sobą zesztywniałą nogę. – Przyjdziemy kiedyś przed świtem, to popatrzysz, jak wyrasta tam słońce. Spomiędzy nich. Chciałbyś zobaczyć?

– Opowiedz, dziadek, o smokach – prosiłem po dłuższej chwili.

I opowiadał.

Mówił, że żyją w rozpadlinie za najwyższą wydmą. Że pod ziemią mają korytarze pełne złota zostawionego we wsi przez Niemców. Że ich skrzydła zrobione są ze skóry złych ludzi, którzy umarli w okolicy. Że plują piaskiem i mają zęby z kamieni. Że za dnia śpią lub wysiadują ogromne jaja skryte pod wydmami i wychodzą tylko nocami, by kraść krowy z obór i kury z kurników. Że czasem widać je na niebie, jak udając chmury, przysłaniają gwiazdy.

– Kiedyś na pewno je zobaczysz, Juruś. Trza tylko być uważnym.

Parę lat później zrozumiałem, że dziadek lubił bajerować. Kiedyś opowiadał, że na wojnie połknął widelec i ciągle ma go w brzuchu. Twierdził, że wzięli go wtedy do szpitala, ale po dwóch dniach wysłali z powrotem do okopów. Babcia mówiła, że w ogóle nie był na wojnie. I że na polu Sochackiego wydmy były od zawsze.

Mój tata był bardziej delikatny.

– Wiesz, on jest już stary i czasami o pewnych rzeczach zapomina – tłumaczył. – Albo mu się mylą. Ale to nie znaczy, że kłamie.

Do dziadków jeździłem coraz rzadziej. Najpierw spędzałem u nich całe wakacje, później tylko miesiąc. Babcia nie radziła sobie już tak dobrze jak kiedyś, wszystko leciało jej z rąk. Po pewnym czasie wpadałem już tylko na weekendy.

Któregoś razu w sklepie przy drodze usłyszałem, że mój dziadek to wariat.

– Nie wiedziałeś? – uśmiechnął się niski, ogolony na łyso mężczyzna z palcami czarnymi od smaru. Był pijany, siedział na skrzynce pod ścianą. – To może ty, mały, też jesteś wariatem, co?

Nic wtedy nie odpowiedziałem. Mężczyzna szybko zresztą stracił zainteresowanie mną. Popijał piwo z butelki i zdrapywał sobie strup z przedramienia.

Wiem, że dziadek nie był wariatem.

– Są takie miejsca na świecie, że człowiek do nich wraca, choćby nawet nie chciał – opowiadał na przykład, kiedy siedzieliśmy na wydmach i jedliśmy jabłka. – To tak jak z naszym listonoszem. Nie lubi jeździć do Paliwodów, bo co pojedzie, to go psy pogryzą. Ale co dzień rano wstaje i rusza w teren, do Paliwodów też. Bo tak trzeba.

Nic nie rozumiałem. Jadłem jabłko i zastanawiałem się, co robią bliźniaki od Witkowskich.

– Dziadek, a pójdziemy kiedyś dalej? – zapytałem w końcu. – Zawsze tu siadamy. Nudzi mi się.

– Dalej nie wolno – odparł, kiwając głową w zamyśleniu. – Dalej mieszkają smoki.

W niedziele wieczorem siadaliśmy na starej, spróchniałej ławce opartej o stodołę. Latem mur przyjemnie chłodził plecy. Babcia przynosiła herbatę. Dziadek opowiadał. O młodości, o motocyklach, o wojnie i o egzotycznych miejscach, które znał z książek i albumów. Mówił też o smokach. To mu się nigdy nie nudziło.

Zupełnie inaczej niż ojciec. Ten najczęściej w ogóle się nie odzywał. Po śmierci dziadka często grywałem z nim w szachy. Zanim zaczęło go boleć – wtedy już nie chciał. Zawsze grał czarnymi. Przesuwał figury prawą dłonią, chociaż dwa palce od dawna miał już przykurczone. On z kawą, ja z herbatą. Rzadko coś mówiliśmy. Na półce w kuchni szumiało stare radio.

O młodszym bracie dziadka dowiedziałem się, kiedy tata chwiał się już nad własnym grobem. Płuca odmawiały mu posłuszeństwa, tak samo jak wcześniej dziadkowi.

– Chodziłeś kiedyś na wydmy? – zapytałem go wtedy. – Wiesz, w Skibinie.

Odparł, że ich nie lubił ze względu na młodszego brata dziadka, Jerzego, który tam zginął. Miał wtedy pięć lat, był niedorozwinięty. Nie mówił. Poszli na wydmy we dwóch, wrócił tylko dziadek.

– Jurek był młodszy o rok – opowiadał ojciec. – Zsunął się z pagórka, przysypała go ziemia. Ojciec próbował go ratować, spadł jeszcze niżej, połamał nogę. Od tamtej pory kulał. Znaleźli go dopiero wieczorem, jak kopał w ziemi, z tą połamaną nogą, i krzyczał. Jerzego wyciągnęli następnego dnia. Udusił się przywalony piachem.

Rozmyślam o tym wszystkim, wspominam i czuję, że coraz mniej mnie to obchodzi. Boję się tylko, że nie trafię, że to się jakoś nie uda. Nie myślę już w ogóle o żonie ani o synu, nie myślę o pracy, na którą wściekałem się tak często. Siedzę przy stole w kuchni i wspominam wciąż to samo.

– Dziadek, ja wiem, że tam nie ma smoków – powiedziałem któregoś razu, kiedy wchodziliśmy po zboczu. Miałem jakieś dwanaście, trzynaście lat i byłem wściekły, bo tego dnia tata przywiózł mi z miasta książkę o Robin Hoodzie. A tu wydmy. Wleczenie się z dziadkiem. I wiatr – jakby chciał urwać człowiekowi głowę.

– Jak to nie ma? – dziadek przystanął, chwytając się krzewu.

– No, nie ma. Wszyscy wiedzą, że nie ma.

– A jeśli ci pokażę? Wzruszyłem ramionami. Skinąłem głową: idźmy.

Nie zatrzymał się w naszym miejscu, szedł dalej. Zsunęliśmy się po skarpie. Jego laska grzęzła w miękkim piachu. Zachwiał się raz i drugi, ale parł do przodu. Chwasty i krzaki sięgały mi do piersi. Zielony dywan rzadkiej trawy falował gnieciony silnym wiatrem.

– Dobra, dziadek, wracajmy – poprosiłem, kiedy bez słowa zaczął wspinać się na kolejny pagórek. – Chodźmy do domu.

Odwrócił się tylko i spojrzał na mnie, a potem ruszył dalej.

Kiedy minęliśmy kolejne dwie wydmy, stanąłem w miejscu i wsadziłem ręce do kieszeni.

– Nie idę dalej – oświadczyłem. – Wracam.

Chwycił mnie za kołnierz, przysunął twarz do mojej. Podniósł dłoń o zaciśniętych palcach i wskazał na najwyższy pagórek.

– To już tutaj – powiedział. – Jeszcze tylko kawałek, Juruś. Przy mnie jesteś bezpieczny.

Dotarliśmy na miejsce. Piach i chwasty. W trawie lśniła butelka po oranżadzie.

– Teraz musimy poczekać – oznajmił dziadek i usiadł na ziemi.

Czekaliśmy dwie godziny. Nudziłem się i marzłem.

– Zaraz przyjdą – powtarzał. – Zobaczysz. Nie bój się.

– Jestem głodny. Chcę iść do domu.

– Czekaj, Juruś, jeszcze chwilkę.

Siedzieliśmy kolejną godzinę, wiatr sypał piaskiem po twarzach. Wstałem i ruszyłem z powrotem.

– Poczekaj! – krzyknął za mną dziadek. – Idę z tobą.

Dogonił mnie, kulejąc, i uwiesił mi się na ramieniu.

– Juruś, ja cię bardzo przepraszam… – Kręcił głową.– Myślałem, że one tu są. Wierzysz mi? Przysięgam, że myślałem, że one… Juruś! Juruś, ja cię przepraszam! Nie ma smoków, nie ma.

Rok później dziadek umarł. Wykończył go rak płuc. Babcia włożyła mu do trumny paczkę dobrej herbaty i popularne bez filtra.

Nigdy później nie poszedłem już na wydmy.

Skończyłem studia, zostałem przedstawicielem handlowym. Ożeniłem się i mocno przytyłem. Doczekałem się syna. Raz w roku jeździłem na wakacje. Do Kołobrzegu albo w Tatry. Mój rozwód zbiegł się w czasie ze śmiercią taty. Od dwóch miesięcy ojciec zapadał się w sobie. Leżał w szpitalu. W zadymionym kiblu ćmił mocne. Paczkę dziennie. Pielęgniarki nie wiedziały, że pali. To znaczy, udawały że nie wiedzą.

Przed śmiercią poprosił mnie, żebym nie dał się rakowi płuc.

– Wszystko jest w porządku, naprawdę. – Patrzył na mnie wielkimi oczyma utkwionymi w coraz mniejszym ciele. – Tylko mi obiecaj. Obiecujesz?

– Jestem zdrowy, tato.

– Tak, tak – zaśmiał się. – Wszyscy jesteśmy zdrowi. Tolek, obiecujesz?

– Dobrze, nie dam się. Obiecuję.

Na pogrzeb nie poszedłem. Wyłączyłem komórkę, zamknąłem się w mieszkaniu. Piłem ciepłą wódkę i oglądałem TVN24. Czekałem, aż będzie po wszystkim. Niedługo później całkiem rzuciłem alkohol. Papierosy też próbowałem, trzy razy, i nigdy na dłużej niż kilka godzin.

Dwa lata temu zdiagnozowali u mnie raka płuc i w pierwszej chwili wydało mi się to całkiem zabawne. Wróciłem do domu i zaparzyłem herbatę. Wtedy się zaczęło. W pokoju poczułem piasek pod stopami.

Nie zwracałem na to uwagi, właściwie wydało mi się to naturalne. Jakiś czas później zmienił się widok za oknem. Musiałem też wyjąć wszystkie ciuchy z szafy. Zmiany postępowały.

Po powrocie z pracy siadałem przed telewizorem i uśmiechałem się sam do siebie. Czasami wyciągałem album ze zdjęciami. Strony przerzucałem lewą ręką, dawno już się przestawiłem. Przesuwałem palcem po ząbkowanych krawędziach i przyglądałem się twarzy młodego, czarno-białego dziadka. Kręciłem głową na widok własnej fryzury z czasów szkolnych. Rodzice pozowali na kolejnych wspomnieniach z wakacji, udając, że wcale nie pozują.

Dziś też oglądałem. Nad kartami albumu lekkomyślnie wypiłem ostatnią herbatę. A mogłem zaparzyć dwie z jednej.

Wstaję. Spaceruję po mieszkaniu. Wydmy pną się za lustrem w łazience. Piasek wysypuje się z szafy. Za oknem widzę już tylko ciemne, wysokie pagórki. Piękne i nieruchome. A mimo to każdego dnia są jakby coraz bliżej.

Wiem, że któregoś razu przywalą mnie w nocy i uduszę się w ciemnościach.

A przecież obiecałem.

Wszystko jest dobrze, wszystko jest w porządku. Szeroko otwieram usta. Próbuję po raz kolejny. Chłód. Zęby dzwonią o metal. Spoglądam na swoją prawą dłoń i na dwa ostatnie palce, od paru lat zaciśnięte na stałe. To nic. Poradzę sobie lewą.

Wszystko jest w porządku.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter