70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wspaniały egocentryk Rilke

„Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę” – ten wiersz z Księgi godzin długo uchodził za ekstatyczne wezwanie do Boga. Dopiero opublikowane w 1951 r. wspomnienia Lou Andreas-Salomé wyjawiły, że była to w istocie modlitwa do niej. Po raz pierwszy po polsku ukazuje się Dziennik schmargendorfski, jeden z młodzieńczych diariuszy Rilkego, w całości adresowany do Lou.

Prowadzone od lipca 1898 do września 1900 r. zapiski stanowią tylko niewielki wycinek dzienników Rilkego – do tej pory drukiem ukazały się zeszyty z lat 1897–1902, późniejsze są jeszcze opracowywane. Kiedy w 1897 r. René Rilke w monachijskim teatrze poznał Lou Andreas-Salomé, była ona uznaną autorką, a na salonach plotkowało się o jej burzliwych (choć zapewne białych) romansach z Fryderykiem Nietzsche i Paulem Reé. Natomiast 22-letni Rilke był neurotycznym, ambitnym, rozpoetyzowanym chłopcem. To Lou zasugerowała, aby zniemczył swoje imię.

Piętnaście lat starsza, żyjąca w nowoczesnym, „otwartym” małżeństwie z orientalistą Karlem Andreasem pisarka stała się dla poety muzą, kochanką i powiernicą. Wspólnie podróżowali po Rosji, płynęli Wołgą i odwiedzili Tołstoja. W podberlińskim Schmargendorfie Rilke mieszkał obok ukochanej: razem czytali na głos i boso spacerowali po lesie, ale także rąbali drzewo i zmywali naczynia. Korespondowali do końca życia poety. Długo po zakończeniu najgorętszej fazy romansu Rilke zwierzał się Lou z sercowych kłopotów, duchowych rozterek i fizycznych dolegliwości. Znalazł u niej troskliwość i ciepło, jakiego nie zaznał od matki, która do siódmego roku życia ubierała go w sukienki. Jako wierna uczennica Freuda Lou chętnie analizowała delikatną psyche przyjaciela. Po latach pisała jednak żarliwie: „Byłam przez lata Twoją żoną, boś Ty stał mi się najpierwszą, najrzeczywistszą rzeczywistością, jednością ciała i człowieczeństwa, prawdziwym tworem życia. Słowo w słowo mogłam Ci wyznać to samo, coś Ty mi wyznał mową miłości: »ty jedna jesteś rzeczywista«”.

Próba głosu

Dziennik schmargendorfski przybiera postać listu do Lou – zawieszany w okresach gdy byli razem, odradzał się w chwilach tęsknoty. Włączone zostały do niego wiersze (lub tylko ich szkice) oraz krótkie opowiadania (niektóre z nich zostały potem dopracowane i opublikowane). „Wiesz, co czuję? Te kartki są uliczkami dla Twoich słów” – zapowiadał na wstępie poeta. Czuł się zainspirowany i natchniony przez Lou, więc nawet kiedy się wywnętrzał, miał wrażenie, że mówi o niej i dla niej. Te zapiski układają się w miłosny wieniec, a zarazem solilokwia, próbę głosu dojrzewającej osobowości. „Dlaczego nagle tyle piszę? Bo znowu właśnie – zaczynam. Dziś stało się nagle początkiem, jedynką. Początkiem czego? Jedynką przed czym? Przed wielką liczbą, może wielomilionową”.

Każde doświadczenie Rilke pragnie włączyć do poetyckiej konstelacji i martwi się, gdy wrażenia przechodzą nieprzetrawione, powszednie: „Wszystko, co zostało naprawdę zobaczone, musi stać się wierszem! I ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że się wtedy myliłem – chociaż…”. Na kartach dziennika ujawniają się obsesje poety. Wciąż powraca temat pracy, która dla Rilkego nie sprowadza się do godzin spędzonych przy biurku, lecz polega na twórczym kształtowaniu życia:

.

„Chciałbym raz tylko pracować z ochotą

i stworzyć chciałbym prawdziwe dzieło!

Nie by mnie potem błogość ogarnęła. –

Lecz po to,

by móc ci powiedzieć, gdy mnie szczęście

wzbogaca:

teraz zacznie się praca”.

.

Dziennik zamyka wezwanie zaczerpnięte z dramatu Karla Hauptmanna Brajta Efraimowa, którego hamburską premierę Rilke głęboko przeżył: „Weź się do pracy!”. Wkrótce, jako sekretarz Auguste’a Rodina, poeta będzie chętnie powtarzał jego maksymę: „Trzeba bezustannie pracować”.

Osamotnienie i bliskość

Część Dziennika schmargendorfskiego powstawała w Worpswede, gdzie Rilke pojechał we wrześniu 1900 r., zaraz po odbytej wraz z Lou rosyjskiej wyprawie. W tej wiosce na torfowiskach w pobliżu Bremy od dekady działała kolonia malarzy pejzażystów. Poetę zaprosił tam uznany secesyjny twórca Heinrich Vogeler, gospodarz willi Barkenhoff, w której koncentrowało się towarzyskie życie grupy. Melancholijny krajobraz, z ciemnymi kanałami, pniami brzóz i niskim, wilgotnym niebem przypominał Rilkemu Rosję. W dodatku poeta znalazł się w towarzystwie artystów, którzy chętnie słuchali jego wierszy. Rilke z satysfakcją przytacza reakcje publiczności. W tych fragmentach pojawia się niezamierzona nuta komiczna. Poeta misternie szkicuje krajobrazy i nastroje, ale ludzie służą mu zwykle jako zwierciadła własnego wnętrza, przypadki poruszające jego liryczny instrument. Najbardziej interesują go dwie „białe dziewczyny”: malarka Paula Becker i rzeźbiarka Klara Westhoff. Na początku zafascynowała go „jasna malarka”, która przyjmowała go w swoim „liliowym atelier”. Ale poeta nie oglądał obrazów: podziwiał raczej jej włosy „z florenckiego złota” i upijał się skupieniem, z jakim słuchała jego elukubracji. Niebawem inicjatywę przejęła ciemnowłosa Klara, która pokazała mu swoje rzeźby, opowiedziała o studiach u Maxa Klingera i o tym, jak na bosaka tańczyła na rozgrzanym pokładzie statku… Wkrótce potem została żoną Rilkego i matką jego jedynej córki. Ich pożycie było jednak krótkie i smutne. Trudno się dziwić: niedługo przed ślubem poeta wyłożył swoją wizję związku: „nazwę dobrym małżeństwem takie, w którym każde będzie czuwać nad samotnością drugiego”. Rilke uparcie przeciwstawiał miłosną więź samotnej pracy, i zawsze wybierał tę drugą. Poeta najlepiej czuł się w cichym towarzystwie podziwiających go kobiet, ale w Worpswede znalazł się również w męskim agonie.

.

„Kto marzy tak o dziewczynach

jak o wieczornych godzinach?

I gdzie można jeszcze

znaleźć tego,

który nie lubi zebrania męskiego?”

.

Największym wyzwaniem była wizyta Karla Hauptmanna: postawny, jowialny i uznany literat brylował na spotkaniach, przyćmiewając delikatnego poetę. „W towarzystwie czuję się zazwyczaj źle. Czuję na zmianę osamotnienie i bliskość innych” – skarżył się Rilke. Drażniła go swoboda „niemieckiego przyjęcia” i teoretyzowanie Hauptmanna. Najchętniej napawał się brzmieniem własnego głosu, szukał aprobaty słuchaczy: „Ten ostatni tekst odczytany podniosłym głosem wydał mi się wielki. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tak mocno oddziałać na grupę, było to działanie dla każdego z obecnych osamotniające, a jednak jakoś łączące ich w tle. Sam czułem ciarki, gdy ubrane w mój głos stanęło nade mną zdanie: »Michale Aniele, kto jest w kamieniu?«”. Nic dziwnego, że poeta poczuł się urażony, gdy podchmielony Hauptmann „wielokrotnie powtarzał, że powinienem uznać niedoskonałość mojej sztuki, bo nie ma u mnie pieśni pijackiej”.

Zapiski Rilkego stawiają wyzwanie: kto dzisiaj żyje na tak wysokim diapazonie, rozważa najdrobniejsze poruszenia własnej duszy? Rilke-człowiek, który przeziera z tych stronic, bywa irytujący: skrajnie egocentryczny, pretensjonalny, egzaltowany. Śmiesznie może zabrzmieć zwrotka wiersza: „i w każdej rzeczy siebie mogę znaleźć: mój głos nie tylko śpiewa: on rozbrzmiewa”. Ale inaczej czytamy te słowa, gdy pamiętamy, że wkrótce z tych doświadczeń narodzi się jeden z najwspanialszych neurotyków literatury, Malte Lauridds-Brigge, a uparta, samotna praca Rilkego po latach zaowocuje w Sonetach do Orfeusza i Elegiach duinejskich.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter