70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przez okulary ideologii

Trudno mi zgodzić się na interpretację rodzenia się katolicyzmu otwartego w kategoriach „zerwania”, „podwójnego odróżnienia”, „zdystansowania”. Ten język służy bowiem temu, by katolików otwartych dyskredytować, a nie, żeby ich postawę rzetelnie opisać.

Konstantyn zobaczył we śnie znak krzyża jaśniejący na niebie. Gdy zaś oszołomiony był na ten widok, zjawiwszy się przy nim aniołowie Boży, »O, Konstantynie – rzekli – w tym [znaku] zwyciężaj!«” (Hermiasz Sozomen, Historia Kościoła).

Wiadomo, co było dalej. Starożytni autorzy − Laktancjusz i Euzebiusz z Cezarei − podają, że cesarz umieścił monogram Chrystusa (greckie litery chi – ro) na sztandarach i przypisał Bożej pomocy swe zwycięstwo nad przeważającymi wojskami Maksencjusza przy moście Mulwijskim.

Wizja Konstantyna, zawierając obietnicę zwycięstwa (również militarnego), przez całe stulecia traktowana była przez wielu chrześcijan niczym „dobra nowina”, pokrzepienie i znak nadziei dla Kościoła. Do tej wizji – pojętej jednak na sposób bardziej duchowy – odwołało się również środowisko krakowskiego „Tygodnika Powszechnego”, zakładając tuż po wojnie (w 1946 r.) miesięcznik, którego linię ideową określały takie oto słowa: „Z podłoża najautentyczniejszego i najpełniejszego katolicyzmu chcemy wywieść człowieka zdolnego dzisiejszej rzeczywistości podołać, napór jej wytrzymać i zwycięsko poddać ją sobie”. Najprawdopodobniej to właśnie ze względu na pamięć o cesarskim śnie sprzed szesnastu stuleci nowy periodyk nazwano „Znakiem” – a żeby nie było wątpliwości, o co w tytule tym chodzi, na okładce pojawił się monogram Chrystusa i napis: In hoc signo vinces („W tym znaku zwyciężysz”).

Warto jednocześnie dopowiedzieć, iż poza owym – fundamentalnym dla tożsamości pisma i zrozumiałym dla jego czytelników – odwołaniem do wizji rzymskiego cezara redaktorzy „Znaku” do jakiegoś szczególnego Konstantyńskiego dziedzictwa wcale się nie poczuwali. Dostrzegali bowiem jego dwuznaczność. Założyciele miesięcznika, wśród których był znakomity historyk filozofii i mediewista Stefan Swieżawski, dobrze pamiętali średniowieczną legendę: „Kiedy Konstantyn Wielki wydawał swój edykt mediolański, w którym dawał pełną wolność i potęgę państwową Kościołowi, rozległ się głos z nieba: »W tym momencie wlewa się trucizna w ciało Kościoła«”. Co więcej, znali teksty komentujących ją teologów. Wiedzieli zatem, czym grozi sojusz tronu z ołtarzem i miecza z krzyżem.

 

W tej sytuacji trudno się dziwić, iż obce im były marzenia o „Kościele konstantyńskim” i, zamiast umieszczać krzyż na sztandarach, woleli nosić go w sercach. Z czasem nieco inaczej zaczęli też rozumieć, czym jest – czym powinien być – ów tytułowy „znak”. Kiedy zatem po roku 1956 ci sami ludzie tworzyli wydawnictwo, nie odwołali się już do cesarskiego snu, a wymyślony wtedy znak graficzny nie miał nic wspólnego z chryzmą, przypominał natomiast… szczelinę w murze. Był znakiem wolności. Oczywiście, niektórzy dostrzegą w tym – i w opisanej przez Pawła Grada rezygnacji z zamieszczania na okładce miesięcznika monogramu Chrystusa – zdradę. Będą stawiali dramatyczne pytania: „Na co wskazuje »Znak«, gdy nie nosi na sobie znaku, pod którym się zwycięża?”. I nie przyjdzie im do głowy, o dziwo, że można ewoluować w swym rozumieniu Ewangelii i chrześcijaństwa. I że ta ewolucja może być rozwojem, a nie regresem, zaś Konstantyńska wizja – w porównaniu np. z Kazaniem na Górze – to raczej punkt wyjścia aniżeli punkt dojścia.

Co do jednego Paweł Grad ma słuszność: zniknięcie z okładki symbolu Konstantyńskiego zwycięstwa stanowiło reakcję redaktorów „Znaku” na soborowe samookreślenie Kościoła, któremu starali się służyć. Trudno mi jednak zgodzić się na zaproponowaną przez niemogącego tamtych czasów pamiętać autora interpretację rodzenia się formacji, zwanej „katolicyzmem otwartym”, w kategoriach „zerwania”, „podwójnego odróżnienia”, „zdystansowania”. Ten język służy bowiem temu, by katolików otwartych dyskredytować, a nie, żeby ich postawę rzetelnie opisać. Nie o „zerwanie z poprzednimi formami katolickiej egzystencji” tu przecież chodziło – lecz o próbę powrotu do fundamentu trwalszego aniżeli historyczna „forma”; nie o „odróżnienie” – ale o „rachunek sumienia” z jakości (głębokości) naszego chrześcijaństwa. I o – skierowane do wszystkich – wezwanie do pogłębienia wiary.

Oczywiście, wcale nie twierdzę, iż nie warto postawy środowiska „Znaku” i jego stosunku do Soboru analizować i oceniać owoców, jakie (po latach) przyniosła. Nie mam jednak wątpliwości, że badania te trzeba prowadzić sine ira et studio, pozbywając się jakichkolwiek (zarówno ciemnych, jak i różowych) okularów ideologicznych. I traktując prawdę tak, jakby się było jej sługą, a nie właścicielem i dysponentem.

Szkoda, że Paweł Grad o tych zasadach zapomniał…

Żeby nie być gołosłownym: sporo zastrzeżeń mam do cytowania przezeń publicystów „Tygodnika” i „Znaku”. Zaglądam np. do artykułu Anny Morawskiej (Czy koniec ery konstantyńskiej?, „Znak” 1961, nr 88) i przekonuję się, że jej tekst (zamieszczony notabene w dziale Dyskusje) stanowi przegląd zachodniej publicystyki teologicznej. Sięgam po esej Jerzego Turowicza (W godzinę soboru, „Znak” 1962, nr 100) i… przecieram oczy ze zdumienia. Autor omawia tam bowiem – krytycznie! – katolicki progresizm i integryzm jako postawy skrajne (i „w gruncie rzeczy nierozumiejące istoty Kościoła”), przeciwstawiając im „stanowisko trzecie, pośrednie między tymi ekstremami, stanowisko łączące szacunek dla tego, co w Kościele niezmienne i nienaruszalne, z gotowością do adaptacji i reform, do rezygnacji z tego, co stało się balastem i przeszkodą w realizowaniu misji Kościoła. Owo stanowisko trzecie, stanowiące zresztą nie tyle kompromis między wymienionymi powyżej, co ich przezwyciężenie, nazywać się zwykło ostatnio postawą otwartą”.

Kompletnie dziś zapomniany jest, przywołany przez Grada, Maritainowski projekt „nowej cywilizacji chrześcijańskiej”. Trzeba jednak pamiętać, iż autor Humanizmu integralnego sformułował go jeszcze przed wojną – i że miał to być jedynie intelektualny projekt, a nie przedmiot nieomylnej wiary Kościoła. W latach 40. i 50. XX w. Turowicz & Co mogli się z nim utożsamiać, potem zaś – właśnie pod wpływem Soboru – mieli prawo odłożyć go ad acta. W tym kontekście warto może zauważyć, że i sam Jacques Maritain przeżył głęboką duchową ewolucję, w wyniku której wstąpił do zakonu. Nie był to jednak, dodajmy, żaden zakon misyjny czy kaznodziejski – taki, którego członkowie naśladowaliby Chrystusa nauczającego (np. dominikanie), jak można by się spodziewać, znając teksty francuskiego filozofa, ale zgromadzenie małych braci, dla których ideałem jest naśladowanie tzw. ukrytego życia Jezusa (On wiódł je jako prosty rzemieślnik w Nazarecie, sąsiad i przyjaciel). Małym braciom nie idzie zatem o nawracanie słowem ani też o reformowanie struktur. „Przemiana musi nastąpić od wewnątrz, poprzez autentyczność świadectwa Ewangelii – pisał o tej duchowości polski przyjaciel Maritaina prof. Swieżawski. – Im lepsze będą te świadectwa, tym większy będzie sukces. A sukces nie polega na tym, że katolicyzm zapanuje na świecie. Już nie chodzi o to, żeby było nas więcej, lecz żeby nasza wiara była bardziej intensywna, żeby czystsze były nasze świadectwa dawane Ewangelii”.

Oto powód, dla którego redakcja miesięcznika „Znak” rozstała się z Konstantyńską chryzmą… Wszak „nie każdy, który mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę Ojca” (por. Mt 7, 21). Nie było w tym żadnego zerwania, pojętego jako „wewnętrzne rozminięcie się z hermeneutyką Kościoła” − jak twierdzi Grad. Było za to nawrócenie (co do którego można, oczywiście, dyskutować, na ile było głębokie i trwałe). Była prostota Ewangelii…

Tu konieczny dopisek: broniąc dziś – A.D. 2014 – środowiska „Znaku” przed zarzutami stawianymi przez Pawła Grada, nie zamierzam występować we własnej sprawie. Moja polemika nie mówi zatem nic o aktualnej linii miesięcznika – dotyczy bowiem lat 60. ubiegłego wieku. Przyjętej wówczas przez redakcję interpretacji Vaticanum II pragnę bronić, uważam ją bowiem za słuszną i wciąż aktualną.

W artykule Grada szczególnie istotny wydaje mi się fragment zatytułowany: Eksternalizacja katolicyzmu. Autor zdaje się tu sugerować, że środowisko „Znaku”, dobitnie deklarujące postulat „uwewnętrznienia” swej religijności, uruchomiło jednocześnie proces prowadzący do „eksternalizacji perspektywy wiary”. To, zdaniem Pawła Grada, paradoks, przez który „historia środowiska katolików otwartych nabiera tragicznego i ironicznego charakteru”: oto bowiem ci, którzy chcieli pełnić funkcję przewodników ludu, sami zbłądzili…

To nie tak, Panie Pawle… Znałem kilku bohaterów Pańskiego artykułu i wiem, że ich prosoborowe zaangażowanie wynikało z bogatego życia wewnętrznego. To, po pierwsze. Po drugie: perspektywy ad extra i ad intra łatwo od siebie oddzielić na papierze – dużo trudniej w rzeczywistości. Dobrze o tym wiedzieli autorzy deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate (perspektywa ad extra), którzy – pisząc o więzi chrześcijańsko-żydowskiej – skonstatowali, że jej odkrycie wymaga… „zgłębienia tajemnicy Kościoła” (ad intra). Pytam więc: z jakiego punktu widzenia powinniśmy mówić o ekumenizmie, o miłości i rodzinie (zwanej przecież „domowym Kościołem”), o dialogu z drugim człowiekiem, o pracy? Z zewnątrz – tak jakby były to rzeczywistości Kościołowi obce? Czy może jednak z wnętrza Kościoła? Czy otwartość – postulowana przez ludzi takich jak Swieżawski – to jedynie perspektywa zewnętrzna i jakby mniej ważna, czy może jednak istotne znamię wspólnoty założonej przez Jezusa Chrystusa?

Ad extra, ad intra… Pojęcia te, w odniesieniu do Kościoła, pomału tracą swój pierwotny sens. Oto bowiem – powiada (cytowana przez Grada) Morawska – „perspektywa zwrócenia się katolicyzmu »na zewnątrz« zwrotnie oddziałuje na samoświadomość Kościoła, i to tak głęboko, że niemożliwe jest zachowanie jego dawnej, wypracowanej ad intra optyki”.

Żałuję, iż nie pojmuje tego Paweł Grad. Poza tym nie wiem, dlaczego sugeruje, iż ludzie „Znaku” – wtedy w latach 60. XX stulecia – koncentrowali się raczej na tym, co „zewnętrzne”, a to, co „wewnętrzne”, budziło ich rozczarowanie. Próbując tę swoją sugestię uzasadnić, autor pewne fakty minimalizuje, inne wyolbrzymia (por. np. wnioski wyciągnięte przezeń z omówienia ankiety soborowej. Gdybym tego tekstu sam nie przeczytał, ale ograniczył się do tego, co na ten temat napisał Grad, pozostałoby we mnie podejrzenie, że Malewska i Cywiński dopuścili się manipulacji; udało mi się jednak do tego zeszytu dotrzeć…). I tak jest na każdym niemal kroku.

Na szczęście − dzięki przypisom, którymi opatrzony został artykuł Grada (i zarazem dzięki powszechnie dostępnemu archiwum cyfrowemu „Znaku”) − Czytelnik może to samodzielnie sprawdzić. Ja ograniczę się zatem do jednego tylko przykładu. Oto dokonane przez autora omówienie tekstu Haliny Bortnowskiej (z roku 1965), prowadzącej w Rzymie „rozmowy z braćmi z Taizé, w których okazywało się, że niestety niemożliwe jest zakopanie tamtejszego kościoła, by nie był »zbyt widoczny, zewnętrzny« i podkreślający dystans między chrześcijaństwem a światem – ów kościół, jak przyznawali sami rozmówcy, stał bowiem na skale”. A oto tekst oryginalny: „Mówimy o kościele w Taizé – czy nie jest jeszcze zbyt widoczny, zewnętrzny… Brat Roger chciałby go mieć całkiem pod ziemią, ale Taizé stoi na litej skale”.

Polemizując z Gradem, należałoby właściwie przytaczać każdy cytat, rozjaśniać kontekst, wyjaśniać nieporozumienia… I dopowiadać – zwłaszcza młodszym Czytelnikom – że prawdę o Jerzym Turowiczu (dość niefrasobliwie nazwanym przez autora „rzecznikiem galopującego aggiornamento”) i jego stosunku do Kościoła o wiele lepiej oddają słowa papieża Jana Pawła II: „Jeśli chodzi o »miłość Kościoła«, Panie Jerzy, gdybym nie wiedział o tym, jak Pan miłuje Kościół, nie odważyłbym się napisać tego, co poprzednio napisałem. Wiem o tym i jestem o tym przekonany na podstawie długiego doświadczenia, że Pan miłuje Kościół i pragnie służyć jego posłannictwu”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter