70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wojny przyszłości

Trzeba mieć świadomość, że w przyszłości będziemy uczestniczyć równocześnie w konfliktach z kilku różnych epok: i z XVIII, XIX, XX i z XXI w. Świat wcale się nie ujednolica. Przeciwnie, różnice coraz bardziej się potęgują ze względu na pogłębiające się przepaści technologiczne.

W lipcu tego roku minie 100 lat od wybuchu I wojny światowej. Wiele się zmieniło od tamtego czasu, nie tylko pod względem technologicznym. Dziś może się wydawać, że zacierają się granice tego, czym jest wojna, a czym jest pokój: wojna z terroryzmem, wojny gospodarcze czy ataki hakerów na strony rządowe mogą być w ogóle nieodczuwalne dla obywateli państw, które są w nie zaangażowane. Podobnie problematyczna jest kategoria „sojuszników” – w czasach kiedy wrogiem jest terroryzm, a nie określone państwo, pracownicy agencji wywiadowczych zagrożenia wypatrują wszędzie, nawet wśród własnych obywateli. Te przesłanki skłaniają do zadania podstawowego pytania o to, czy dziś żyjemy w czasie wojny czy pokoju. Jak zmienia się nasze rozumienie wojny? Czym może być wojna w przyszłości? Czy np. w połowie XXI w. może stać się zupełnie niezauważalna lub – przeciwnie – wszechobecna?

Sławomir Dębski: Na wstępie mam dwie uwagi odnośnie do celu naszej dyskusji. Otóż, po pierwsze, wątpię w sens refleksji obejmującej perspektywę wybiegającą w przyszłość aż na 40 lat. Nikt nie podjąłby się dziś przygotowania prognozy na tak długi okres. Długoterminowa perspektywa przewidywania przyszłości ogranicza się najczęściej do 15–20 lat. A to i tak są szacunki niezwykle odważne. Im większy okres chcemy zanalizować, tym więcej zmiennych: ich liczba rośnie w tempie geometrycznym. Nawet jeżeli całą potęgę państwa zintegrujemy z obecnymi mocami obliczeniowymi maszyn, to i tak wychodzenie poza 20-letni okres nie ma sensu. Nie jesteśmy w stanie zaprognozować oddziaływania głupoty, będącej potężną siłą sprawczą w dziejach ludzkości.

Po drugie, Rupert Smith, o którym w swym wprowadzeniu wspominał Rafał Tarnogórski, twierdzi, że nie mamy dziś do czynienia z wojnami w rozumieniu Clausewitzowskim. Ale to przecież nie oznacza, że nie mamy do czynienia z użyciem siły. Monopol na stosowanie siły wciąż ma jedynie państwo. To jest jedno z najważniejszych cywilizacyjnych osiągnieć ludzkości. Jednak co rusz pojawiają się podmioty niebędące państwami, które ten monopol próbują przełamać. To z pewnością stawia nas w obliczu nowych wyzwań.

Leszek Jesień: Broniłbym zasadności prognozowania możliwych scenariuszy w perspektywie 40 lat. Zgadzam się, że praktyczny sens takich prognoz jest bliski zeru. Jednak dotyczy to także perspektywy 15–20-letniej. Nie jest natomiast bliski zeru, jeśli cel takich prognoz ma charakter konceptualny, a nie praktyczny. Metoda ekstrapolacji jest skutecznym sposobem tworzenia nowych definicji i schematów pojęciowych, przez pryzmat których możemy w inny sposób spojrzeć na bieżącą sytuację. Prosty przykład – podmiot i przedmiot aktu przemocy. Tradycyjnie uznawaliśmy, że jest to państwo. Projekt integracji europejskiej rozpoczął się od koncepcji uniemożliwienia państwom aktów przemocy. W maju 1950 r. narodziła się idea Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Chodziło o to, aby związać państwom ręce w przemysłach, które wówczas uznawane były za wojenne. Formalnie rzecz biorąc, państwa wciąż są podmiotami aktów przemocy w stosunkach międzynarodowych, faktycznie – stopniowo tracą taką zdolność. Zastanawianie się zatem nad takimi, wydawałoby się, podstawowymi, kwestiami w dłuższej perspektywie jest niesłychanie istotne. Jacques Attali w Krótkiej historii przyszłości proponuje perspektywę 50-letnią, a ta rzeczywiście wymaga zarazem wyobraźni i dyscypliny intelektualnej.

S.D.: Zgoda, o ile jednocześnie przystajemy na założenie, że nasze prognozy odnośnie do tego, w jaki sposób ewoluować będą pojęcia i instrumenty, za pomocą których rzeczywistość opisujemy, są jedynie pewnym przybliżeniem. Im większą perspektywę czasową przyjmiemy, z tym większym przybliżeniem będziemy mieć do czynienia.

Sądzę, że na wstępie możemy zgodzić się co do tego, że dyskusja prognostyczna służyć może również lepszemu zrozumieniu naszego obecnego położenia.

S.D.: Na tym właśnie polega planowanie: aby móc dobrze zaplanować swój kalendarz na przyszły tydzień,co za tydzień może się wydarzyć.

Do jakich doświadczeń odwołujemy się dziś w Polsce, gdy rozmawiamy o wojnie? I ja, i Panowie należymy do pokolenia, które nie ma osobistego doświadczenia wojny. Czy dziś – wracając do otwierającego pytania – z całą pewnością możemy powiedzieć, że żyjemy w czasach pokoju?

S.D.: W Europie doświadczamy dziś jednej z najdłuższych epok pokoju, w historii kontynentu. Konflikty zbrojne, jeśli wybuchają to na peryferiach Europy. W rezultacie dla społeczeństw europejskich doświadczenie wojny staje się coraz bardziej abstrakcyjne. Pokój jest więc w Europie przede wszystkim stanem mentalnym. Wprawdzie mamy doświadczenia wojen ekspedycyjnych, jednak w odczuciu opinii publicznej świadomość tego jest dość wątła. Nasze siły zbrojne są relatywnie niewielkie. Jeszcze 20 lat temu Polska miała ok. 400 tys. żołnierzy pod bronią. Dziś jest ich realnie ok. 80 tys. Zrezygnowaliśmy z poboru powszechnego. Z pewnością więc żyjemy w czasach pokoju, skoro nie widzimy potrzeby utrzymywania dużej siły zbrojnej. Strategiczna projekcja zakłada, że w najbliższej przyszłości nie zagrozi nam żaden duży konflikt. W latach 30. XX w. Polska zagrożona rewizjonizmem Niemiec i sowieckiej Rosji przeznaczała na utrzymanie sił zbrojnych ok 30% PKB. Dziś nie wydaje nawet 2%. II Rzeczpospolita była państwem biednym, a poczucie realnego zagrożenia było niepomiernie większe niż jest obecnie. Dziś nie mamy poczucia istnienia militarnych zagrożeń dla przetrwania narodu lub integralności terytorialnej państwa.

L.J.: W czasie pierwszych fal nalotów na wojska serbskie w Bośni spotkałem Amerykanina, który pilotował myśliwce F-16. Rozmowa z nim uświadomiła mi kardynalne różnice pomiędzy społecznością europejską a amerykańską. Dla Amerykanów wojna jest doświadczeniem bliskim. W wielu amerykańskich rodzinach jest ktoś, kto na wojnie był. Widok człowieka w mundurze nie należy do rzadkości. W Polsce nie mamy tego typu doświadczeń. Śmierć naszego żołnierza na misji dla większości ludzi jest faktem całkowicie abstrakcyjnym.

Żyjemy w czasach pokoju, ale jest to pokój pozorny. My, Polacy, mamy przekonanie, że Europa jest bezpieczna, że nic jej nie zagraża, przy czym nasze wyobrażenia potencjalnych zagrożeń są rodem z XIX w. A przecież Szwajcarzy utrzymują mobilizację powszechną. Francuzi i Brytyjczycy uczestniczą w różnych ekspedycjach, jak sądzę, również i po to, by testować nowe rozwiązania militarne. Sytuacja zaczyna się komplikować jeszcze bardziej, gdy wyjdziemy poza znane nam opłotki, poza XIX-wieczne definicje konfliktów zbrojnych i zagrożeń. Współcześnie wojna nie musi polegać na tym, że dwóch rycerzy okłada się mieczami, ewentualnie zamiast tych mieczy strzela do siebie z większej odległości lub nawet steruje dronami. Jeżeli zgodzimy się, że w przyszłości wojna nie musi mieć takiej postaci, wówczas nie mam pewności, że nasz postmodernistyczny świat jest bezpieczny.

S.D.: To, że w poprzedniej wypowiedzi odwołałem się do kategorii narodu, która ukształtowała się dopiero w wieku XIX, nie osłabia mojej tezy, że żyjemy dziś w czasach pokoju. Wojny istniały, zanim ukształtowało się nowoczesne pojęcie narodu. Sądzę jednak, że państwo jako podmiot, który ma monopol na użycie siły zarówno wobec własnych obywateli, jak i w relacjach między państwami, przetrwa w jakiejś postaci, choć jednocześnie przypuszczam, że w przyszłości to właśnie społeczeństwo będzie głównym czynnikiem organizującym naszą refleksję na temat użycia siły. Przewiduję, że w przyszłości częściej niż o wojnie będziemy mówili o użyciu siły. W tym sensie twierdzę, że żyjemy dziś w czasach pokoju. W ostatnich kilkunastu latach liczba międzynarodowych konfliktów zbrojnych systematycznie spada. Od 1991 r. do chwili obecnej było ich ok. 80, w tym raptem kilka, które moglibyśmy nazwać wojną w sensie klasycznym. A przecież nie oznacza to, że w tym okresie nie stosowano siły zbrojnej. Owszem korzystano z niej, najczęściej w sytuacji gdy jakiś podmiot (państwo) stawał się na tyle słaby, że nie był zdolny do wypełniania swoich podstawowych obowiązków. W takich przypadkach konieczna okazywała się międzynarodowa interwencja.

W wirtualnej sferze, której zręby się wciąż kształtują, będzie bardzo podobnie. Państwa będą używać swej siły – w tym kontekście użyłbym sformułowania „potęgi” – do obrony własnego monopolu na stosowanie przemocy, także w świecie wirtualnym. Co więcej, w moim przekonaniu, świat wirtualny coraz częściej wykorzystywany będzie do tego, aby potęgować siłę państwa – tak przewidują Amerykanie. Asymetria między państwami będzie rosła również i w wyniku tego, że jedni będą potrafili tworzyć i wdrażać nowe technologie i pomnażać w ten sposób własną siłę, inni zaś będą próbować równoważyć własne zapóźnienie technologiczne stosując inną taktykę użycia siły.

Proces budowania strategii bezpieczeństwa komplikuje dziś fakt, iż państwa znajdują się na różnych etapach rozwoju. Z jednej strony mamy do czynienia z bytami niezdolnymi do kontroli własnego terytorium i zapewnienia pokoju, a zatem z bytami zagrażającymi stabilności międzynarodowej, z drugiej – z podmiotami takimi jak Unia Europejska, będącymi wspólnotą wielu państw i narodów, z trzeciej wreszcie – z klasycznymi państwami nowoczesnymi, jak chociażby Rosja czy Stany Zjednoczone. Jakie elementy składowe takiej strategii są więc dziś najważniejsze?

L.J.: Zmianie podlegają dziś zasady konkurencyjności nowoczesnych państw. Potęga państwa nie zależy już tylko i wyłącznie od posiadanego terytorium ani nawet populacji ludności, która może się przełożyć na potencjalną potęgę armii. Obecnie przedmiotem konkurencji są warunki rozwoju. Wprawdzie można powiedzieć, że zawsze chodziło o warunki rozwoju, ale niegdyś o rozwoju decydowały zupełnie inne czynniki niż dziś. W tym sensie zgadzam się ze Sławomirem Dębskim: wojny takie, jakie opisywał Clausewitz, a Smith twierdził, że się skończyły, a zatem wojny polegające na podboju jakiegoś terenu, jego okupacji, a następnie zmuszeniu przeciwnika do zawarcia pokoju i ustalenia nowych warunków są dziś nieskutecznym instrumentem poprawiania pozycji konkurencyjnej. Za dużo kosztują i dają nietrwałe wyniki, przez co w dłuższym czasie muszą przegrywać z innymi instrumentami budowania potęgi państwa.

W słynnym sporze pomiędzy Robertem Kaganem a Robertem Cooperem ten ostatni zaproponował, by państwa opisywać w trzech kategoriach: jako przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Te trzy rodzaje państw współistnieją dziś jednocześnie w jednym świecie i wchodzą w interakcje. Państwa przednowoczesne to państwa upadłe, które nie są w stanie kontrolować własnego terytorium, zapewnić bezpieczeństwa swym obywatelom, w związku z czym nie są w stanie wejść w relacje nowoczesne oparte na sile. Relacje nowoczesne, czyli oparte na sile, wciąż są domeną takich państw nowoczesnych, jak Stany Zjednoczone, Rosja czy Chiny. W związku z tym żyjemy w kilku rzeczywistościach jednocześnie. Z jednej strony bezpieczeństwo wymaga, by tworzyć strategie obrony w obliczu konfliktów zbrojnych w Internecie, a z drugiej strony – przygotowania naszych kontyngentów do prowadzenia misji w państwach, których nie stać na wybudowanie studni. Dyskusja Amerykanina Kagana i Europejczyka Coopera miała charakter teleologiczny, zakładała, że świat rozwija się od form przednowoczesnych do ponowoczesnych. Moim zdaniem, niekoniecznie musi tak być.

S.D.: Gdyby Europa miała wspólną armię, byłaby kwintesencją państwa nowoczesnego. Wcale jednak nie mam lepszego samopoczucia w związku z tym, że zaniechaliśmy realizacji takich idei, zmierzając w kierunku bytu ponowoczesnego. Podsłuchiwanie przez Amerykanów przywódców państw europejskich dowodzi naszego technologicznego zapóźnienia i politycznej nieudolności. Stany Zjednoczone stosują dziś narzędzia, do których inne państwa nie mają dostępu. Co więcej, wykazują się przy tym ogromną pomysłowością: instytucje amerykańskie nie mogą podsłuchiwać własnych obywateli. Co zatem robią agencje? Zawierają porozumienia z zaprzyjaźnionymi instytucjami z państw sojuszniczych, by te podsłuchiwały obywateli amerykańskich. Stany Zjednoczone twierdzą, że stosują te narzędzia w imię obrony własnych interesów. Zauważmy jednak, że dziś definiowanie własnych interesów jest wysoce skomplikowaną sprawą. Przydatna okazuje się historia Robin Hooda i szeryfa Nottingham. Szeryf Nottingham w swoim wirtualnym świecie sam stanowi prawo i je egzekwuje. Był w tym niczym nieograniczony, aż do czasu gdy w 1215 r. pojawiło się (obywatele wywalczyli) pierwsze ograniczenie. Przewaga technologiczna państwa nad obywatelem jest obecnie ogromna i niczym nieograniczona. Wolność obywatela w stosunku do państwa jest poważnie zagrożona. Dlatego sądzę, że w najbliższej przyszłości objawi się jakiś nowy Robin Hood, który zmobilizuje nas do walki o nową Magna Charta Libertatum mającą zastosowanie w obszarze wirtualnym. Oczywiście taka regulacja musi mieć charakter globalny. Przypuszczam zresztą, że ze względu na to, że w przyszłości będzie można zgromadzić i przeanalizować wielki zasób danych o obywatelu w bardzo krótkim czasie, na porządku dziennych stanie prawo obywatela do informacji w czasie rzeczywistym, że takie postępowanie prześwietlające – będące w końcu formą użycia potęgi państwa – zostało zainicjowane.

W przyszłości poważne zagrożenie wolności jednostki i jej praw własności będzie dotyczyć obszaru aktywności intelektualnej. Dlatego ochrona przez państwo fundamentalnego dla naszego ładu prawa własności będzie musiała się rozciągnąć również i na tę sferę. Wymusi to zastosowanie rozwiązań technologicznych, które każdemu z nas dadzą możliwości zacierania śladów w Internecie, oraz realizowania w praktyce „prawa do bycia zapomnianym”.

I jeszcze jedna uwaga, nawiązująca do podziału państw na przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Otóż trzeba mieć świadomość, że ze względu na postępujące rozwarstwienie w przyszłości będziemy uczestniczyć równocześnie w konfliktach z kilku różnych epok: i z XVIII, XIX, XX i z XXI w. Świat wcale się nie ujednolica. Przeciwnie, różnice coraz bardziej się potęgują ze względu na pogłębiające się przepaści technologiczne. Dlatego w przyszłości siły zbrojne będą musiałby być kształtowane w taki sposób, aby były zdolne do podjęcia walki w różnych formatach, na teatrach różnego poziomu technologicznego. Oczywiście dążąc do maksymalnego wykorzystania lub zniwelowania różnic w poziomie technologicznym w zależności od przeciwnika.

Niektórzy polscy stratedzy postulują, aby przeskoczyć technologicznie jedną generację i zamiast inwestować w klasyczne uzbrojenie polskiej armii, dążyć do przezwyciężenia zapóźnienia technologicznego poprzez skokowe przejście do uzbrojenia nowej generacji, skoncentrować się od razu na budowie dronów: drony będą bronić dostępu do morza, drony będą czuwać nad bezpieczeństwem w miastach, a jeśli wybuchnie wojna, drony będą za nas walczyć. W takim rodzaju myślenia widzę pewne niebezpieczeństwo. Otóż z pewnych sposobów prowadzenia wojen państwa z czasem rezygnują, np. z min przeciwpiechotnych lub bomb kasetonowych. Niewykluczone, że w przyszłości stosowanie dronów będzie poddane jakimś ograniczeniom. Zwłaszcza że grozi nam dehumanizacja użycia siły. Dziś znajdujemy się w fazie pierwotnej automatyzacji pola walki. Aparatami bezzałogowymi kieruje się ze specjalnych centrów dowodzenia. To właśnie centra dowodzenia dronami będą więc wkrótce najsłabszym ogniwem systemu i celem potencjalnego ataku. Kolejnym krokiem będzie więc rezygnacja z centrów dowodzenia i autonomizacja działań aparatów bezzałogowych. Po ich aktywizacji mogą one być zdolne do samodzielnego prowadzenia wojny, wybierania strategii, taktyki, celów. Jako obywatel nie jestem zachwycony taką perspektywą i dostrzegam potrzebę ograniczenia zbrojeń idących w tym kierunku.

Mówimy o procesie wzrostu potęgi państw związanej z postępem naukowo-technicznym. Wydaje się jednak, że rozwarstwienie dotyczy nie tylko różnic w poziomie rozwoju różnych państw, ale i w poziomie rozwoju obywateli danego państwa. Do świadomości tzw. zwykłych obywateli z wielkim trudem dociera wiedza na temat wspomnianej nierównowagi w relacjach obywatel–państwo. Czy należy temu przeciwdziałać? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

S.D.: Kierunek myślenia o bezpieczeństwie jest dziś związany z tym, co wydarzyło się 11 września 2001 r. Analizując proces przygotowania do tego zamachu, zdano sobie sprawę, że państwo dysponowało informacjami, które, gdyby zostały przeanalizowane w odpowiednim czasie, pozwoliłyby zapobiec temu atakowi. Wyciągnięto z tego wniosek, że tych informacji trzeba zbierać więcej i bardziej skutecznie nimi zarządzać. Choć nie udało nam się uniknąć dalszych zamachów, m.in. w Londynie i w Hiszpanii, to jednak od 2001 r. nie mieliśmy do czynienia z wydarzeniami na taką samą skalę. Zamachy terrorystyczne sprawiły, iż w relacji między obywatelem a państwem doszło do niebezpiecznej praktyki polegającej na zbieraniu informacji na wszelki wypadek. Wszystko wskazuje na to, że Amerykanie posiadają możliwości akumulowania takich informacji. Robią to bez wyraźnie nakreślonego powodu, po prostu dlatego że mają takie możliwości techniczne i zakładają, iż informacje te mogą się kiedyś okazać przydatne. Agencje rządowe są dziś niczym szeryf Nottingham: stanowią i egzekwują prawo na swoim terenie.

To zbiegło się z procesem związanym z przenikaniem technologii do codziennego życia. Informacjami o sobie śmiecimy dziś wszędzie naokoło, najczęściej będąc tego zupełnie nieświadomymi. Z punktu widzenia historii technik śledczych, możliwość gromadzenia i badania cyfrowych śladów jest przełomem na miarę odkrycia linii papilarnych lub DNA. Dziś mamy świadomość pozostawiania po sobie śladów biologicznych, znamy też techniki ich zacierania i mamy prawo do ich stosowania. Z czasem zapewne będziemy musieli nauczyć się omijać ślady elektroniczne.

L.J.: Ta ścieżka wymagałaby niezwykłej na dzisiejsze czasy świadomości technicznej obywateli, a póki co państwa na poziomie chociażby systemu edukacji o to nie dbają. Podstawy programowania nie są umiejętnością uczoną w szkole. Lekcje informatyki przypominają średniowiecze, kiedy to ludzie oglądali obrazki w książce, której nie potrafili przeczytać. Z wielkim niepokojem przyjmuję, że większość ludzi sądzi, iż e-mail jest listem nieczytelnym dla osób postronnych. Podczas gdy nieszyfrowany e-mail jest jak kartka pocztowa, której w przeszłości nie mógł odczytać jedynie ten, kto nie znał pisma. Dopóki do systemu powszechnej edukacji nie wejdą np. elementy związane z nauczaniem kodu cyfrowego, dopóty aktywność państw w sferze nadzoru obywateli nie będzie mogła być poddana społecznej kontroli.

S.D.: W jaki sposób państwo może używać siły zarówno w stosunku do własnych obywateli, jak i do innych podmiotów? Niezależnie od tego, jaką technologią dysponujemy, sprawa wartości i zasad jest kluczowa, ponieważ to ona rządzi zastosowaniem technologii. Można wskazać wiele przykładów świadomego ograniczania potęgi państwa: ograniczamy uprawnienia instytucji, które działają w naszym imieniu. Ograniczamy państwo, aby nie używało broni kasetonowej. Nie chcemy, aby sięgało po broń chemiczną.

Mówimy o uprawnieniach do stosowania dronów, a przecież mimo iż w Polsce dronów jeszcze masowo nie stosujemy, dyskutujemy bardzo podobny problem, mianowicie kwestię uprawnień straży miejskich. Państwo ma tendencję do rozszerzania własnych możliwości na stosowanie przemocy w celu ograniczania wolności obywatelskich. Godzimy się na monopol państwa w zakresie stosowania przemocy, ale jednocześnie wymagamy, aby warunki umowy między społeczeństwem a państwem były precyzyjnie zdefiniowane: kto, w jakich warunkach, w jakim celu, w jakich okolicznościach i w jakiej proporcji może siłę zastosować. Państwo nad jednostką ma zawsze ogromną przewagę, niezależnie od tego, czy mówimy o świecie wirtualnym czy realnym, czy o klasycznym użyciu siły, czy o nowych zjawiskach. Nowa umowa społeczna będzie musiała określić, czy społeczeństwa dopuszczają prowadzenie wojen bez udziału ludzi, prowadzenie akcji policyjnych bez udziału policjantów, prowadzenie przez państwo działań w świecie wirtualnym albo oddziaływanie na naszą świadomość.

Czy to rozwarstwienie związane z postępem naukowo-technicznym nie rodzi także i dylematów etycznych związanych ze stosowaniem przemocy? Czy wysłanie drona przeciwko grupie mężczyzn w sandałach dysponujących bronią z epoki zimnej wojny nie jest reakcją nieproporcjonalną? Z drugiej strony, jakie są uprawnione metody walki z terrorystami?

Rafał Tarnogórski: Nawet jeżeli w przyszłości granic Europy bronić będą eskadry dronów, to w przypadku konfliktu do kogo będą strzelać? Do innych dronów? To zakłada równowagę technologiczną z ewentualnym agresorem. Miejmy w pamięci historię domniemanego zestrzelenia przez Irańczyków amerykańskiego RQ-170 Sentinel, „Bestii z Kandaharu”, bezzałogowej maszyny wykonującej loty zwiadowcze. Pracę niemal każdych systemów informatycznych można zakłócić, ale także supernowoczesną broń z epoki cyfrowej można zestrzelić za pomocą tradycyjnych działek przeciwlotfot niczych. Poza tym pamiętajmy, że nie tylko państwa Zachodu pracują nad nowoczesnymi technologiami militarnymi. To zestrzelenie przez przypadek zostało ujawnione, ale z pewnością są inne, nieujawnione. Czy drony mogą same, to znaczy bez ingerencji odległego operatora, strzelać? Jestem przekonany, że mogą. Czy same strzelały? Z pewnością, ponieważ jest okólnik Obamy zakazujący tego typu ataków. To pokazuje, że ta dyskusja nie dotyczy sfery odległej przyszłości. Były pomysły, aby drony wysyłać w rejony miejsc dotkniętych katastrofami, do których nie może szybko i skutecznie dotrzeć pomoc humanitarna. Były też takie pomysły, aby drony chroniły obozy uchodźców. Można też sobie jednak wyobrazić, że drony będą stosowane do rozbijania demonstracji jako skuteczni, bezlitośni policjanci i żołnierze. To nie technologia jest zła, niewłaściwe mogą być sposoby, w jakie ją się wykorzystuje.

S.D.: Pytanie to dotyczy kwestii proporcjonalności. Czy za 20 lat posiadanie kałasznikowa będzie można uznać za zagrożenie uzasadniające wykorzystanie przewagi technologicznej, którą państwa wtedy być może będą dysponować, np. zatrzymania na odległość czyjegoś serca?

W tym, o czym mówimy, dostrzegam ogromne zagrożenie automatyzacji i dehumanizacji użycia siły. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o sposób prowadzenia wojny, cofamy się do wieku XVIII, w którym obowiązywała doktryna: jak najszybciej zmusić przeciwnika do uznania się za pokonanego i ponieść przy tym jak najmniej strat. Najlepiej, aby osiągnąć to jedynie samymi manewrami tak, aby zniechęcić przeciwnika do kontynuowania potyczki, demonstrując mu przewagę techniczną. To potwierdza tezę, że rozwój nie zawsze musi polegać na odkrywaniu nowych pomysłów, może także opierać się na powrocie do starych rozwiązań, które ze względu na nowe możliwości techniczne nabierają innych wymiarów.

L.J.: Społeczeństwa demokratyczne nie chcą dłużej ponosić strat. Rządzący zdają sobie z tego sprawę, dlatego właśnie brudną wojenną robotę powierzają maszynom. Owszem, wciąż mamy do czynienia z żołnierzem, który tą maszyną na odległość steruje, ale jestem przekonany, że z czasem również i ten żołnierz jako słabe ogniwo łańcucha zostanie wyeliminowany. Przypuszczam, że w przyszłości delegujemy na maszyny uprawnienia stosowania siły w imieniu państwa. Będą one same znajdowały cel, np. namierzały kierowcę, który przekracza prędkość na autostradzie, i podejmowały odpowiednie działania. To, naturalnie, zacznie rodzić masę nowych problemów dotykających kwestii praw podstawowych obywateli, ale i praw robotów. Isaac Asimov napisał całą serię książek o robotach, w których zgłębiał dylemat czysto moralny: jakie prawa powinniśmy zakodować w umyśle robota? Słynne trzy prawa robotyki wprowadzają koncept moralności maszyny. Dziś nie jest to sfera SF: przecież już dziś elektroniczne systemy kontroli pola walki są w rękach maszyn.

Oddawanie pewnych sfer rzeczywistości w ręce maszyn nie dotyczy dziś jedynie sfery militarnej: dronów czy automatycznych systemów kontroli pola walki, ale rozciąga się na systemy gospodarcze. Nie umiemy już wyobrazić sobie bankowości bez komputerów i bez transakcji zawieranych automatycznie. Każdy, komu zdarzyło się kupować cokolwiek na Allegro czy eBayu, wie, że człowiek chcący wygrać licytację nie ma szans z automatem zawierającym transakcję w ułamku sekundy.

L.J.: Sławomir Dębski mówił o wzroście potęgi państwa w stosunku do obywateli. Tak się dzieje w przypadku państw sprawnych i dobrze zarządzanych. Zauważmy jednak, że znakomita większość państw słabnie w relacji do jednostek, szczególnie jeśli jako jednostkę będziemy rozumieli nie zwykłego obywatela, lecz twórcę potężnego przedsiębiorstwa. Z przecieków wiemy, że wielkie firmy, takie jak Google czy Apple, były skutecznie „przekonywane” do otworzenia swych drzwi służbom, by te, z ich pomocą, mogły czerpać wiedzę o obywatelach. Wielkie, globalne firmy osłabiają zdolność państw do takiego stanowienia prawa, któremu byłyby skłonne podlegać na równi z innymi. Nawet w Wielkiej Brytanii skutecznie unikały opodatkowania. W poszukiwaniu nowych źródeł rozwoju raczej zabiegamy o ich obecność, niż jesteśmy skłonni je kontrolować. A nasze państwa słabną w naszym imieniu.

Jak może przebiegać scenariusz konfliktu przyszłości? Czy zacznie się on i zakończy w świecie wirtualnym, czy też ze świata wirtualnego przeniknąć on może do świata realnego?

L.J.: Scenariusz przyszłego międzynarodowego konfliktu może się zacząć od tego, że jakiś programista, nazywający się np. „Gavrilo Princip”, napisze skrypt, wirusa, i wpuści go w system komputerowy banków. Zainfekowanie systemów bankowych wywoła sekwencję reakcji prawnych i realnych, podobnych do tych, jakie opisał Kissinger w książce Dyplomacja w odniesieniu do łańcucha zdarzeń, który doprowadził do I wojny światowej. Nastąpi paraliż systemów bankowych i skutkiem tego kilku innych rozległych systemów dystrybucyjnych żywności oraz systemów zaopatrzenia produkcji. Wywoła to masowy głód, po którym następować będzie masowa śmierć. W takich warunkach wojna pojawi się jako naturalne uzupełnienie rzeczywistości ważniejszej, czyli rzeczywistości elektronicznej. Czy taki scenariusz jest niemożliwy? Mam nadzieję, że jest niemożliwy. Ale czy jest intelektualnie niespójny? Takiej pewności nie mam. Czy Gavrilo Princip był z gruntu złym człowiekiem, który chciał wywołać I wojnę światową? Nie, on był terrorystą, który we własnym mniemaniu działał w dobrej wierze. Jego celem nie było wywołanie światowej wojny. Dlatego twierdzę, że żyjemy w świecie XIX- -wiecznym. Pod koniec XIX w. ludzie mieli pełne przekonanie o pokoju i stabilności świata, a jednak doszło do uruchomienia procesu, który niczym przewrócenie jednej kostki domina wywołał niemożliwą do opanowania sekwencję zdarzeń. Wielka iluzja Normana Angella z 1910 r., gdzie autor twierdził, że intensywność współzależności gospodarczej uniemożliwia wojnę, okazała się właśnie złudą. S.D.: Zgadzam się, że potencjalnie możemy mieć w przyszłości do czynienia z takim zdarzeniem. Jednocześnie chciałem zwrócić uwagę, że zanim przyszedł rok 1914, był rok 1907 i konwencja haska dotycząca prowadzenia wojen. Zmierzam do tego, by pokazać, że nowe obszary potencjalnych konfliktów prędzej czy później wyzwolą inicjatywę regulacyjną. Jeżeli nie od razu na poziomie międzynarodowym, to na początku pojawią się regulacje na poziomie państwowym. Przypuszczam, że omnipotencja państw w zakresie stosowania nowych technik zostanie ograniczona właśnie po to, aby zminimalizować takie zagrożenia, przed którymi nie umielibyśmy się obronić. Np. zminimalizować ryzyko całkowitego zautomatyzowania i oderwania sposobu prowadzenia wojny od wartości ludzkiej decyzji. Sądzę, że ktoś musi ponosić osobistą odpowiedzialność za decyzje dotyczące użycia siły. Aby mógł ją ponosić człowiek, musi on mieć pełną kontrolę nad maszynami.

R.T.: Gavrilo Princip podpalił lont, który w efekcie rozpoczął wojnę, najprawdopodobniej jednak nie wiedział, jaki proces uruchamia.

Niezależnie od stopnia technologicznego rozwoju państw konflikty wywoływane przez kraje słabiej rozwinięte będą zmuszać kraje wyżej rozwinięte do podejmowania działań bardzo konwencjonalnych. Konflikty zbrojne sprawiają, że chcąc nie chcąc, wracamy do rozwiązań, które w czasie pokoju odrzucamy jako niezgodne z naszymi wartościami. Państwa nowoczesne w swych strategiach bezpieczeństwa wciąż zakładają utrzymanie armii zdolnej do walki w sposób przednowoczesny. Owszem, armie te będą wyposażane w coraz to nowsze zdobycze techniki, niemniej jednak większość żołnierzy szkolonych jest zgodnie z regułami sztuki wojennej znanymi z minionych wieków.

SŁAWOMIR DĘBSKI – historyk, politolog, analityk, w latach 2007–2010 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, od 2011 dyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Adiunkt w Instytucie Historycznym UW

LESZEK JESIEŃ – politolog, wykładowca akademicki, były sekretarz stanu, związany z Polskim Instytutem Spraw Międzynarodowych, gdzie koordynuje program ds. Unii Europejskiej. Prof. nadzwyczajny i kierownik Instytutu Spraw Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas

RAFAŁ TARNOGÓRSKI – prawnik, w latach 2000–2013 analityk w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych i sekretarz redakcji „Polskiego Przeglądu Dyplomatycznego”. Obecnie współpracownik Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata