70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kiedy jest człowiek

Choć mamy badania prenatalne i możemy zawczasu wiedzieć, jakimi chorobami jest obciążone dziecko, a w związku z tym wdrożyć leczenie jeszcze w trakcie ciąży, to i tak poród pozostał pewnym krytycznym momentem w życiu kobiety. Jest on tym samym zjawiskiem co niegdyś: dla niektórych strasznym, dla innych oczekiwanym, a częściej i takim, i takim.

Jesteśmy rodzonymi siostrami, ale Ty jesteś także siostrą z zawodu czy też lepiej z wyboru.

I nie wiem, co jest trudniejsze.

Na pewno nietrudno między nami o różnice. Moje studia upłynęły na czytaniu książek i tekstów. Niekiedy pojawiało się w nich pytanie o to, czym jest życie i skąd się bierze, ale zazwyczaj na dość wysokim poziomie abstrakcji. Ty w tym samym czasie zmagałaś się z jego najbardziej konkretnymi przejawami, ćwicząc na koleżankach zakładanie wenflonów, robiąc im zastrzyki z wody…

… i szybko przenosząc te umiejętności na pacjentów. Tak, z twoimi studiami nie miało to za wiele wspólnego, choć rzeczywiście przedmiot zainteresowania mógł nas niekiedy zbliżać do siebie.

Powiedziałaś kiedyś, że Boże Narodzenie, choć nikt na to nie zwraca uwagi, to w zasadzie święto położnych.

Tak, bo kiedy rodzi się człowiek, to za każdym razem wydarza się takie małe święto Bożego Narodzenia. To święto przypomina bardzo wymownie, że porody są czymś na wskroś ludzkim. Nawet Bóg urodził się siłami natury – tylko poczęcie było niecodzienne, ale reszta już bardzo ludzka.

Ale przy tym boskim porodzie położnej nie było.

Tego nie wiemy. Tradycja przekazuje nam wizję Bożego Narodzenia jako dosyć mrocznego wydarzenia: stajnia, noc, chłód, doświadczenie samotności. Można jednak spojrzeć na nie jako na dowartościowanie porodu jako pewnego wyjątkowego, ale całkiem normalnego procesu życiowego. Maryja, jeśli urodziła w podróży, sama, bez wielkich przygotowań, uczy, że poród nie jest dla kobiety chorobą. Tak naprawdę nie wiemy jednak, czy ktoś nie pomagał Maryi. Mam przeczucie, że musiała być tam jakaś kobieta, że Maryja potrzebowała kogoś jeszcze oprócz Józefa, który był przecież cały czas dość mocno tym wszystkim wystraszony. Dlatego też myślę, że Boże Narodzenie to taki dzień położnej, której nie ma, która jest niewidoczna. Bo położna, pracując z rodzącą, powinna być cały czas bardzo aktywna, ale niezauważalna. Nie mam zamiaru tymi słowami zubażać roli położnej, ale ona naprawdę powinna być trochę takim tłem czy lepiej: środowiskiem porodu, jego aurą, ale nie najważniejszą osobą na sali porodowej. Nie tylko ona, lekarz także nie. Ta rola należy do rodzącej kobiety, dziecka i ojca.

Z dzisiejszej perspektywy zakładamy, że Jezus urodzić się musiał, a przecież w tamtych czasach narodziny były w życiu kobiety momentem tragicznym, bo naznaczonym śmiercią, która czyhała to na nią, to na dziecko (zresztą w wielu miejscach na Ziemi wciąż tak właśnie jest). Czy dziś, gdy mamy zaawansowaną opiekę medyczną, wczesną diagnostykę, kiedy tak wiele wiemy o dziecku przed porodem, sam moment narodzin, nieobciążony już takim ryzykiem jak kiedyś, nie stracił nieco ze swego przełomowego charakteru?

Śmiertelność zmalała, ale mrok pozostał. Choć mamy badania prenatalne i możemy zawczasu wiedzieć, jakimi chorobami jest obciążone dziecko, a w związku z tym wdrożyć leczenie jeszcze w trakcie ciąży, to i tak poród pozostał pewnym krytycznym momentem w życiu kobiety. Jest on tym samym zjawiskiem co niegdyś: dla niektórych strasznym, dla innych oczekiwanym, a częściej i takim, i takim.

Czy ten strach jest instynktowny, to po prostu biologia?

W jakimś stopniu pewnie tak. Ale mam wrażenie, że dziś często pojawia się w spotęgowanej formie w odpowiedzi na wszystkie złe historie okołoporodowe, jakich kobieta, oczekując na dziecko, może się nasłuchać, naczytać i naoglądać. Często jest pełna obaw, bo brakuje kogoś, kto jej powie, że da się normalnie rodzić, że gdy coś złego będzie się działo, to może liczyć na pomoc personelu medycznego, przede wszystkim tej drugiej kobiety (bo w Polsce to zdecydowanie żeński zawód), która będzie jej towarzyszyć, że gdyby poród fizjologiczny nie mógł się odbyć, to jest cięcie cesarskie, z którym nie czeka się teraz do ostatniej chwili, a przynajmniej jest to bardziej piętnowane. Jest tak, że gdy rozmawiam z pacjentkami w 21. tygodniu, a więc dopiero w połowie ciąży, to wiele z nich jest przerażonych momentem porodu, bo nie wie, co się będzie dziać. Niektórym urodzenie dziecka wydaje się czymś zupełnie nie do przejścia. I wtedy od początku w rozmowach pojawia się cięcie cesarskie niczym jakieś wybawienie. Mówią mi, że cięcie jest lepsze, bo jest bezpieczniejsze dla matki, dla dziecka i że nie będzie bolało, nie zdając sobie sprawy, czym cięcie to jest. A jest to przecież operacja i z tego względu – pomijając wszystkie inne – boli bardziej już po niż poród fizjologiczny. Ponieważ cięcie przechodzi przez mięsień prosty brzucha, to oprócz tego, że pozostawia bliznę, przez długi czas nie pozwala na swobodne ruchy, sprawia ból przy chodzeniu. Cięcie cesarskie odzywa się też na starość. Kobiety, które je przeszły w młodości, często chodzą zgarbione, nie mogą się wyprostować. A te kobiety, które już są matkami, a rodziły naturalnie, mówią, że poród to nic wielkiego, że naprawdę trudne chwile zaczynają się po urodzeniu dziecka, gdy trzeba zapanować nad wieloma rzeczami naraz.

Czy większa wiedza medyczna pozwala ten strach pokonać, czy też go wzmaga?

To zależy. Jeżeli kobieta rozmawia z kimś, kto jej udzieli rzetelnych informacji na temat porodu, tego, jak się on odbywa, jakie mogą się pojawić zagrożenia, co jest normalne, a co nie, wtedy inaczej radzi sobie ze strachem, bo wie, co ma się dziać na danym etapie porodu. Oczywiście lęk pojawia się i wtedy, ale łatwiej nad nim zapanować. Takie kobiety przeżywają poród bardzo pięknie, potrafią się nim cieszyć, bo wiedzą, że to jedyny ból w ich życiu, który nie jest zły, gdyż świadczy nie o chorobie, ale o niedługim rozwiązaniu i ujrzeniu dziecka. Wiele kobiet chce rodzić naturalnie. Wtedy bardzo trudne są chwile, gdy w trakcie porodu – często po kilku godzinach wysiłku, skurczy i w sytuacji gdy mają już 10 cm rozwarcia, a więc są w zasadzie gotowe urodzić dziecko – nagle okazuje się, że z jakiegoś powodu, niestety, trzeba zrobić cięcie.

Ale kobiety, którym tak zależy na porodzie naturalnym, przeszły pewnie odpowiednią edukację „porodową”, jeśli można tak powiedzieć.

To prawda. W wywiadzie, jaki z nimi przeprowadzam, często okazuje się, że były w szkole rodzenia lub prowadziła je położna. To są kobiety, które interesowały się wcześniej porodem fizjologicznym i w pewnym sensie świadomie się na niego decydują, bo chcą swoje dzieci urodzić same.

A czy taka większa świadomość i wiedza medyczna nie utrudniają wam pracy? Taka pacjentka przychodzi pewnie nieraz z całą listą wymagań. Czy nie jest trudniej ją prowadzić, zdobyć jej zaufanie?

To zależy od ego lekarza czy położnej. Jeśli ktoś przywykł do tego, że zawsze ma być tak, jak chce, to powstaje problem, a niestety, wciąż tak jeszcze bywa, że personel medyczny lubi rządzić. Taka pacjentka jest wtedy rzeczywiście postrzegana jak dziwak lub natręt. Ale do każdego porodu można się przygotować. Przecież towarzyszenie rodzącej trwa zazwyczaj wiele godzin. Najpierw trzeba z taką pacjentką pobyć, rozmawiać, żeby nawiązać kontakt. I zawczasu wypracować z nią pewną relację oraz ustalić możliwy przebieg porodu, bo w jego ostatniej, rozstrzygającej fazie nie ma już na to miejsca. Teraz w szkołach rodzenia przygotowuje się zazwyczaj plan porodu. Moim zdaniem nie jest to żadne utrudnienie, tylko pomoc, bo jako położna wiem, że pacjentka pisała go z inną położną, a więc musiała się zapoznać z różnymi możliwymi scenariuszami porodu i jest na nie przygotowana. Jeśli np. pisze, że nie zgadza się na nacięcie krocza, to podejmuję rozmowę, żeby ustalić, w jakiej sytuacji powinna się na nie mimo wszystko zgodzić. Kiedy znam oczekiwania pacjentki, wtedy taka rozmowa jest często łatwiejsza. Nie muszę już wszystkiego wyjaśniać od podstaw, lecz mogę skupić się na tym, co możemy jej zapewnić, a co będzie się rozstrzygać dopiero w trakcie trwania porodu.

W jaki sposób łatwiejszy dostęp do wiedzy medycznej wpływa na postawy ludzi, ich stosunek do bycia rodzicem i do samego porodu?

Nieraz w bardzo zaskakujący. Taką wyraźnie ostatnio widoczną tendencją wśród rodzących, którą określa się mianem „New Age”, jest chęć całkowitego odcięcia się od tego, co kojarzy się z ingerencją medyczną. To są ludzie, którzy starają się wieść życie w zgodzie z naturą, „bez chemii” i tak też – bardzo czy wręcz skrajnie naturalnie – chcą rodzić dzieci.

Skrajnie?

Tak, bo w przypadku takich osób często spotykamy się z dużym oporem, by podjąć jakiekolwiek medyczne czynności wtedy, gdy naprawdę są one potrzebne. Taka para, jeśli trafia do szpitala, ma zapewnione wszystko, by rodzić naturalnie, ale my zawsze tłumaczymy, że może zajść potrzeba ingerencji medycznej. Bywa jednak, że tacy pacjenci nie zgadzają się na żadne nasze działania.

Są nienaturalnie naturalni?

Właśnie. Prowadząc taki poród, widzimy, kiedy pacjentka powinna coś zmienić, gdy ma duże krwawienie, wiemy, jakie leki jej podać, itd. Jeśli coś złego się dzieje, a mamy możliwości, by temu zaradzić, to działajmy. Tym bardziej że te działania, pomijając stymulację porodu oksytocyną, w większości nie zaburzają naturalnego charakteru porodu, bo są podejmowane zaraz po urodzeniu dziecka, a nie w trakcie. Ale musimy się liczyć ze zdaniem pacjentki i jeśli nie mamy jej zgody, nic nie możemy zrobić.

Nawet w sytuacji zagrożenia życia?

W ostatniej chwili, ratując życie już tak, ale dopóki pacjentka jest świadoma, musimy uszanować jej wolę. Jednak konsekwencją tego, że sygnały, jakie dawał jej organizm, zostały przez nią zbagatelizowane, jest to, że nieraz musimy później przetaczać krew, wydłuża się hospitalizacja, bo np. pojawia się ogromna anemia. Taki „hipernaturalny” poród kończy się często bardzo nienaturalną ingerencją.

Ale jest też chyba drugi biegun: nadmiernej medykalizacji czy parametryzacji narodzin?

Tak, wiele kobiet planuje urodzenie dziecka w danym roku. Kiedy nie udaje im się zajść w ciążę w wyznaczonym czasie, zaczyna się cały proces leczenia farmakologicznego, hormonalnego, operacyjnego itp. Wdrażane są najprzeróżniejsze procedury, bardzo zaawansowane metody leczenia. Rzadko poprzedza je czy też pojawia się wśród nich skierowanie do psychologa. A czasami problemem jest nastawienie, nadmierne skoncentrowanie na ciąży i stres z tym związany, z którym pomóc się rozprawić mogłaby zwykła rozmowa lub opieka psychologa. Niekiedy wraz ze stresemmija i bezpłodność, co akurat pewnie jest trochę nie po drodze klinikom rozrodczości. Ale taka opieka mogłaby też uczynić bardziej skuteczną terapię farmakologiczną, a przede wszystkim pozwoliłaby łagodniej przejść kobiecie przez bardzo trudny okres takiego planowanego, wysoce zmedykalizowanego starania się o dziecko.

Co masz na myśli?

Kiedy z zajściem w ciążę są problemy i staje się ono przedmiotem wzmożonych wysiłków, to kobieta jest w centrum uwagi bliskich jej osób, ale i działania lekarskiego, nieraz zakrojonego na bardzo szeroką skalę. Musi się stosować do bardzo ścisłych zaleceń, nie tylko odnośnie do przyjmowanych leków, trybu życia, diety, ale także tego, kiedy i jak często ma odbywać stosunki ze swoim partnerem. W okresie takiego intensywnego leczenia życie pacjentki zostaje poddane swoistemu programowaniu. Gdy wreszcie szczęśliwie uda się jej urodzić, wtedy to tak długo przez wszystkich wyczekiwane dziecko zabiera całą uwagę, wcześniej skoncentrowaną na niej. Takim pacjentkom trudno jest się odnaleźć w nowej sytuacji. Zazwyczaj na początku odrzucają one swoje dzieci, choć nie jest to uświadomione. Niby się cieszą, bo przecież walczyły o to dziecko, a zarazem nie radzą sobie z emocjami, np. dużo płaczą, bo czują, że coś im zabrano.

Ale można powiedzieć, że takie skrupulatne podejście w przypadku gdy są problemy z zajściem w ciążę, jest uzasadnione.

Zgadzam się, chcę jednak zwrócić uwagę, że czasami właśnie to podejście w pewnym stopniu przyczynia się do zaistnienia tych trudności. Ale nawet gdy problemów nie ma, podejście takie jest obecnie bardzo zauważalne. Są pacjentki czy też raczej pary, które do ciąży i porodu podchodzą zadaniowo, jak do kolejnego projektu, który muszą zrealizować na swojej ścieżce kariery. Już kilka miesięcy przed planowanym terminem rozwiązania mają umówione cesarskie cięcie. Przyjeżdżają więc do kliniki, tak jak to było zaplanowane – w dany dzień i na konkretną godzinę – a tu okazuje się, że trzeba poczekać, bo trwa zabieg, operacja czy poród fizjologiczny i niestety, cięcie nie może odbyć się punktualnie. I powstaje konsternacja, a nieraz zdenerwowanie i pretensje w stosunku do personelu medycznego, głównie ze strony partnera, bo kobieta i tak wie, że po porodzie zostanie w szpitalu. Okazuje się, że wszystko było co do minuty zaplanowane, a on nie może czekać nawet pół godziny, bo musi odebrać dziecko z przedszkola, wrócić do pracy i jeszcze kilka innych rzeczy załatwić po drodze.

Tacy pacjenci często się zdarzają?

Tak, jest ich sporo, zwłaszcza w prywatnych klinikach, gdzie łatwiej jest o cięcie cesarskie i gdzie bardziej można takiej „punktualnej” opieki medycznej wymagać, bo się za nią płaci. Ale oczywiście w szpitalach też ma to miejsce. Wielu lekarzy przyjmuje bowiem pacjentki prywatnie także w szpitalach państwowych.

Nie lubisz takich pacjentów?

Nie pacjentów, tylko takiego podejścia, bo jest ono dla mnie zupełnym wypaczeniem porodu. Idealnie byłoby mieć zamek błyskawiczny w brzuchu: odpiąć, zapiąć i zapomnieć, ale tacy po prostu nie jesteśmy. A takim pacjentom, głównie mężczyznom, wydaje się, że tak właśnie może być. Ot, kolejny podpunkt do odhaczenia w życiu. Samochód jest, dom jest, to może dziecko. To nie znaczy, że oni nie kochają swoich dzieci. Chcą jednak wszystko kontrolować i poród, jeśli jest to cesarskie cięcie, także pozwala tę potrzebę kontroli zaspokoić. A takie zaplanowane, przedwczesne porody są dla dziecka wstrętne. Nie liczą się bowiem w ogóle z tym, że jest to nowy człowiek, który powinien mieć czas, by przeżyć poród i tym samym przygotować się do życia na zewnątrz. Wyjęcie z brzucha bez powodu, a więc gdy nie ma ku temu żadnych wskazań, gdy nie zapowiadają go żadne skurcze, to po prostu gwałt na życiu płodowym. (Oczywiście formalnie cięcie cesarskie jako że to zabieg operacyjny, może być wykonane tylko, gdy jest ku niemu wskazanie, w praktyce to często kwestia umowy między pacjentką a lekarzem, a wskazanie „wynajduje się” ex post). A po takim nagłym dla niego porodzie, jakiego nie poprzedziły żadne sygnały, dziecko, które nie zostało ostrzeżone, że coś się kończy i diametralnie zmienia w jego życiu, ma bardzo często poważne problemy z adaptacją do nowej sytuacji, np. trudniej jest mu podjąć czynność oddechową, trudniej utrzymać temperaturę ciała. Dzieci po porodzie fizjologicznym, jeśli przebiegał on prawidłowo, łatwej przystosowują się do życia pozałonowego. Położone na klatkę piersiową matki, szybko podejmują czynność oddechową, ssą pierś i już od tych pierwszych chwil jest im lżej. Nie krzyczą głośno, tylko zazwyczaj cicho kwilą i po chwili przestają, bo jest im ciepło, czują się bezpiecznie. A cięcie cesarskie, gdy uśpione jeszcze dziecko wyjmuje się z brzucha, musi być dla niego o wiele cięższym, a do pewnego stopnia traumatycznym przeżyciem.

Skąd się bierze taka tendencja? Czy właśnie nie ze strachu przed nieznaną, jaką jest poród fizjologiczny, i bólem, który mu towarzyszy?

Najczęściej to nie strach przed porodem, ale przed brakiem pomocy – złe doświadczenia grają tu ważną rolę. Ale powodem bywa także brak cierpliwości i lenistwo. A przede wszystkim to, że po prostu istnieje taka możliwość. Pacjentki mówią nieraz, że już im się nie chce chodzić w ciąży, bo jest im ciężko, i to często wystarczy za powód, by poród odbył się wcześniej. Zdarza się i tak, że lekarz jedzie na wycieczkę czy też akurat zbliża mu się urlop i trzeba pacjentkę rozwiązać przed wyjazdem, bo inaczej przepadną pieniądze za cięcie. Niekiedy też takiej trochę wahającej się a narzekającej pacjentce „pomaga się” podjąć decyzję, mówiąc: „Skoro Pani jest ciężko, skoro Pani już nie może…”.

Gdzie jest w takim razie według Ciebie złoty środek między zbyt skrupulatnym planowaniem dziecka a nieodpowiedzialnym, przypadkowym zajściem w ciążę?

Nazwałabym to stanem oczekiwania, kiedy kobieta uznaje, że jest gotowa, by dziecko pojawiło się w jej życiu. A więc, przekładając to na konkrety, zaczyna przyjmować kwas foliowy, ale nie z tą myślą, że musi zajść w ciążę koniecznie w tym akurat cyklu. I naprawdę jest coraz więcej takich pacjentek, które uważają, że ciąża i poród to jest coś normalnego, co się w życiu wydarza. One także przeżywają różne lęki, także boją się porodu, ale w jakimś sensie również z tym strachem jako z czymś należącym do życia i bycia matką się godzą. Podobnie ich partnerzy. Takie pary są z jednej strony bardziej świadome wszystkich tych procesów od strony medycznej, a z drugiej – potrafią przeżywać ciążę i poród jako coś naturalnego, jako jeden z aspektów życia. To są bardzo szczęśliwe ciąże. A wcale niełatwo dziś wyrobić w sobie taką postawę.

Dlaczego?

Paradoksalnie, przede wszystkim z nadmiaru informacji. Pary oczekujące dziecka są zasypywane różnej maści poradnikami, w których wszystko jest rozpisane, wszystko ma swoje ścisłe „stąd–dotąd”. Jeśli coś się w tych parametrach nie mieści, to od razu rodzi się niepokój: „Coś jest ze mną nie w porządku”, a w ślad za nim rezygnacja. Tak jest np. w przypadku karmienia piersią. Często, gdy odwiedzam jako położna środowiskowa pacjentki po porodzie w ich domach, to okazuje się, że zdążyły już odstawić dziecko od piersi lub przynajmniej częściowo karmią je z butelki. Kiedy pytam dlaczego, słyszę: „Bo moje mleko jest bezwartościowe”. Wtedy dopytuję, skąd taki wniosek, skoro dziecko normalnie przybierało na wadze. Padają odpowiedzi, że dziecko chce częściej jeść lub że mleka jest mało i dlatego trzeba je dokarmiać butelką. A to nieprawda. To naturalne, że w pewnym momencie po porodzie wydaje się, że mleka jest mniej (po prostu zaczyna go być tyle, ile trzeba, a nie za dużo, mija nawał i obrzęk piersi), jak również to, że nie wszystkie dzieci jedzą co trzy godziny, ale są też takie, które jedzą co dwie, a nawet co godzinę i do tego nieraz przez pół godziny „wiszą” przy piersi. Póki przybierają na wadze, naprawdę nic złego się nie dzieje, wystarczy okazać dziecku cierpliwość i przez ten pierwszy okres po porodzie nie zajmować się niczym innym. Nie tylko dziecko czerpie z tego korzyści, ale także matka. Karmienie to najlepsza profilaktyka przed osteoporozą i chorobami nowotworowymi piersi, nie wspominając już o korzyściach psychicznych. Na pewno promowanie takich zachowań byłoby łatwiejsze, gdyby personel medyczny mówił jednym głosem, a niestety, często wprowadza tylko większą dezorientację, bo brakuje wiedzy o naturalnych procesach dziejących się w organizmie.

Jak to możliwe?

Normalnie. W Polsce dopiero kilkanaście lat temu poród zaczął być na nowo postrzegany i traktowany jako naturalny proces życiowy. Wcześniej przez długi okres był to wyłącznie zabieg medyczny. Stąd braki w wiedzy. Ludzie nie chcą się szkolić (albo nie mogą sobie na takie szkolenia pozwolić, gdyż są za drogie), ale też często nawet jeśli coś wiedzą, to i tak łatwiej jest dać matce w rękę butelkę, niż spędzić z nią trochę czasu i wytłumaczyć, co i jak ma robić, by było jej łatwiej. Jeśli matka nie chce karmić piersią, nic na to nie poradzę. Mogę tylko starać się ją przekonać, by zmieniła zdanie. Ale kiedy widzę, że mogę nad tym popracować, to nie waham się ani chwili, tym bardziej że wiele pacjentek nie stać na sztuczne mleko. Takie mleko jest wyrobem medycznym i powinno być traktowane jak lek, tzn. karmienie nim powinno pozostawać pod kontrolą np. pediatry rodzinnego. Tak się jednak nie dzieje, bo jak zwykle ktoś by na tym stracił.

Czy tak mocno dowartościowując naturalne rodzicielstwo, nie dezawuujesz starań tych ludzi, którzy chcąc mieć dziecko, nie mogą pozwolić sobie na taką całkowitą naturalność i być wyłącznie otwartymi, bo mają problemy z zajściem w ciążę?

Myślę, że nie, ale przeszkadza mi bardzo beztroskie nieraz szafowanie etykietką choroby. Uważam, że in vitro nie jest samo w sobie złe. To dobrze, że istnieje taka możliwość. Ale uważam też, że metoda ta jest nadużywana.

Co Ci najbardziej przeszkadza?

Przede wszystkim pośpiech. Wydaje mi się, że jeżeli badania wykazują, że zarówno mężczyzna, jak i kobieta są zdrowi, a z poczęciem jest problem, to powinny być przedsiębrane i stosowane dłużej niż rok naturalne metody poczęcia, które rozwija naprotechnologia, a więc przede wszystkim obserwacja cyklu, ale także ogólna obserwacja samych siebie, co lepiej pozwala poznać własny organizm. Zdarza się, że kobiety, które decydują się na in vitro, nie umieją wyznaczać swoich dni płodnych, że w zasadzie nie wiedzą, co to jest dzień płodny. A obawiam się, że w interesie klinik rozrodczości nie jest edukowanie par do nich przychodzących z problemem bezpłodności co do wszystkich dostępnych metod naturalnych. Kliniki te są jednak głównie nastawione na farmakoterapię, która często staje się ostatecznie przygotowaniem do sztucznego zapłodnienia. Za dużo niepotrzebnego pośpiechu i stresu z nim związanego, za dużo medykalizacji, a za mało wiedzy na temat organicznych procesów i – powtórzę jeszcze raz – brak pomocy psychologicznej. Podkreślam to, bo nieraz już słyszałam, że para starała się wiele lat o dziecko, także metodą in vitro, bezskutecznie. W tym samym czasie decydowała się na udział w programie adopcyjnym i kiedy już otrzymywała pozwolenie na adopcję, to okazywało się, że są w ciąży i in vitro nie było potrzebne.

Ale być może z in vitro jest tak jak z cesarskim cięciem: skoro jest możliwe, to się je po prostu wykonuje, i nie zmusisz ludzi do trwania przy naturalnych formach poczęcia, jeśli istnieją inne, szybsze, skuteczniejsze.

Nie mam zamiaru nikogo zmuszać. Ale chciałabym tak jak w przypadku cięcia, by kobiety wybierały je świadomie, ze znajomością wszystkich ich wad i zalet. To jest pewien pozór, że w razie problemów z poczęciem sztuczne zapłodnienie jest najlepszym, najpewniejszym rozwiązaniem. Za przykład wystarczy historia jednej z moich pacjentek. Kobieta pierwsze dziecko poczęła naturalnie, a teraz przez parę lat starała się o drugie. W tym czasie przeszła chyba przez siedem zabiegów in vitro, jeśli nie więcej, bo zarodki się nie implantowały i organizm je usuwał. W ostatnim roku podjęła aż trzy próby sztucznego zapłodnienia! Wydała bardzo dużo pieniędzy, ale to nic w porównaniu z dużym stresem, koniecznością poddania się intensywnej farmakoterapii, w tym hormonalnej, która także miała wpływ na stan psychiczny. Ktoś może myśleć, że in vitro to tylko chwila. Wprowadza się zarodek do macicy i już. A to trudna, kosztująca pacjentkę niekiedy bardzo dużo wysiłku procedura medyczna. Kiedy ta pacjentka po tylu nieudanych próbach zdecydowała, że ostatni raz podejmuje się sztucznego zapłodnienia, miała miejsce dość dziwna sekwencja wydarzeń. Pierwsze badanie wykazało, że i tym razem się nie udało. Po kilku dniach powinna dostać krwawienia, ale ono się nie pojawiało. Gdy lekarz zbadał ją drugi raz, okazało się, że jest w ciąży. Bardzo prawdopodobne, że to dziecko poczęło się naturalnie, choć przy wsparciu farmakoterapii, gdyż, jak sama mówiła, przez hormony, które brała, miała stale duży popęd seksualny.

In vitro to tylko jedna z możliwości, jaką zrodził olbrzymi postęp w wiedzy naukowej dotyczącej początków życia. Co sądzisz o diagnostyce prenatalnej?

Badania prenatalne są dobre, bo możemy dzięki nim wiele chorób wyleczyć. Są dobre, nawet jeśli kobieta ma się tylko dowiedzieć, że jej dziecko jest chore i umrze po porodzie. Ale równie dobrze można je wykorzystać w złym celu. Bo jeśli ktoś ma wszystko zaplanowane i nagle coś okazuje się być w całkowitej sprzeczności z tymi planami, to te badania mogą mu posłużyć, by zakończyć pewną sprawę i rozpocząć coś nowego.

Mówisz o aborcji. Uważasz, że jest zła?

Chyba nawet więcej. Po prostu wiem, że jest zła.

A w takich przypadkach gdy badania wykazują poważne uszkodzenie płodu? Czy wtedy też jest zła?

Tak, uważam, że jest zła. Co nie znaczy, że rodzice, którzy się na nią decydują, są potworami. Takich wyborów nie mam prawa osądzać. Myślę, że nikt nie ma prawa. To jest niewyobrażalnie ciężka sytuacja dla kobiety. Urodzenie chorego dziecka, które zaraz musi umrzeć, noszenie go przez parę miesięcy w brzuchu, to niewyobrażalnie ciężka sytuacja i niewyobrażalne zło, które może się człowiekowi przydarzyć. Ale to nie znaczy, że aborcja nie jest zła.

Tylko to chyba jeszcze nie jest najstraszniejszy scenariusz. Najciężej jest wtedy, gdy nie decydujesz się na aborcję, rodzisz bardzo chore dziecko i ono po porodzie nie umiera, lecz żyje, ale to życie jest jednym wielkim cierpieniem. Czy w takiej sytuacji aborcja z dwóch złych rzeczy nie jest jednak lepszym rozwiązaniem?

Aborcja gwałtownie kończy coś, co już się zaczęło. Moim zdaniem, lepiej by ten proces zakończył się sam, w swoim czasie. Także dla kobiety, bo to przecież chodzi o jej organizm, w którym w pewnym momencie, gdy pojawiło się nowe życie, zaszły zmiany. Nie jest tak, że pada decyzja o usunięciu i wszystko bez śladu wraca do stanu sprzed ciąży, tak jakby nic się nie wydarzyło. Spierać się o to, kiedy jest człowiek, można by w nieskończoność, a i tak niczego by to nie rozstrzygało. Uważam, że człowiekiem jest każde poczęte dziecko. I jeżeli jakaś choroba powoduje, że chcielibyśmy się go pozbyć, to jest bardzo źle. Wolałabym, żeby szpital pozwalał dzieciom, które się rodzą z ogromnymi wadami, umierać, by stworzono im godne warunki do umierania, by rodzice mogli się z nimi przywitać i pożegnać i by mogły odchodzić przy nich takim rytmem, jakim żyją.

A teraz nie ma takich warunków?

Nie, teraz wszystkich się ratuje.

To jest według Ciebie złe?

I tak, i nie. Teraz ratuje się nawet dzieci w 23. tygodniu ciąży. Rodzą się zazwyczaj jeszcze bez wykształconego nabłonka, odratowane, zmagają się później w życiu z wieloma problemami. Ale są ludzie, którzy, pomimo tych różnych problemów, naprawdę funkcjonują nieźle. I teraz właśnie powstaje dylemat, bo z jednej strony może nie powinniśmy ich ratować, a z drugiej, przychodzi po paru latach taki dzieciak i ma ogromne wady wzroku oraz inne problemy zdrowotne, ale jednak żyje, cieszy się życiem, w miarę dobrze sobie radzi. Nie wiem, co jest lepsze. Jeśli wykryto bardzo poważną wadę organizmu, to może powinniśmy wtedy pozwolić dziecku umrzeć? Jeśli zaś to dziecko jest zdrowe, choć rodzi się bardzo wcześnie, to próbować je ratować? Sama nie wiem… Ale jak uporczywie powinno się takie dzieci ratować, tego nikt nie wie, nikt tego odgórnie nie rozstrzygnie. Praca lekarza, ale także pielęgniarki i położnej, wiąże się z nieusuwalną odpowiedzialnością i trzeba się z tym pogodzić, że personel medyczny musi ją podejmować, dokonując trudnych decyzji. Na pewno ratowanie wszystkich za wszelką cenę jest złe.

Czy byłaś przy porodzie takiego chorego dziecka?

Tak. Urodziło się prawidłowo, w dziewiątym miesiącu ciąży. Co gorsza, rodzice – młodzi ludzie około trzydziestki, będący w ciąży po raz pierwszy – byli pewni, że wszystko jest w porządku. Nikt do dziś nie wie, jak to się stało, że badanie USG nie wykazało poważnych wad płodu. Być może coś zostało przeoczone. To dzieciątko nie miało uszu, także wewnętrznych organów słuchowych, uszkodzony wzrok, problemy z przełykaniem, bardzo zniekształcone kończyny, pewnie jeszcze inne wady.

Co się z nim stało?

Ponieważ poród odbywał się w klinice prywatnej, zostało przewiezione do szpitala wojewódzkiego. Pewnie leżało tam bardzo długi czas. Co się potem stało, nie wiem. Czy zabrali je rodzice, czy trafiło do domu dziecka, nie pamiętam, ale na pewno nie umarło. Takie dzieci często zostają w szpitalu. Rodzice przez jakiś czas przychodzą, potem przestają. Jak było w tym przypadku – nie wiem, ale jeśli zdecydowali się je zabrać do domu, to na pewno mieli bardzo duży problem z opieką nad nim. To nie znaczy, że taka opieka nie jest niemożliwa, ale są to bardzo trudne sytuacje.

Temu dziecku pozwoliłabyś umrzeć? I jak to wtedy zrobić, żeby ono umarło w spokoju?

Zostawić je po prostu. Dać rodzicom to dziecko w ręce i pozwolić się z nim pożegnać, niech je tulą. Jeżeli ono ma umrzeć, umrze. Uważam, że nie powinniśmy mu podawać tlenu, itd.

To pewnie był jeden z najgorszych porodów, przy których asystowałaś?

To była tragiczna historia, ale poród odbył się prawidłowo. Najgorszy poród? Chyba były tak naprawdę dwa. W pierwszym brałam udział jeszcze jako studentka. Pacjentka nie radziła sobie w ogóle z emocjami, mówiła, że nie przetrwa porodu, który na dodatek bardzo wolno przebiegał. Tak bardzo się bała, że co rusz traciłyśmy z nią kontakt słowny. Także jej mąż, który stał obok, nie był w stanie się z nią porozumieć. Gdy poród wszedł w ostatnią fazę, pacjentka wpadła w panikę. Nie chciała przeć i zaczęła uciekać z łóżka. Doszło do takiego stanu, że walczyliśmy o życie dziecka. Poród odbył się siłami natury, choć nie powinien. To był czysty upór lekarzy, który miał dla tej pary straszne konsekwencje. Oni przeżyli prawdziwą traumę i nie wiem, czy zdecydowaliby się na drugie dziecko. W świetle takich historii mniej dziwi to, że tak wiele kobiet boi się rodzić, a już na pewno rodzić naturalnie i dlatego od początku myśli o cesarskim cięciu. Stan psychiczny tej pacjentki był moim zdaniem wystarczającym wskazaniem do przeprowadzenia go w tym przypadku. Tym bardziej że zarówno ona, jak i jej mąż już od początku dawali sygnały, że to cięcie jest potrzebne. Można zawsze się bronić, że wiele kobiet tak mówi, ale tu było wyraźnie widać, że to jest coś poważniejszego niż zwykła obawa.

A drugi?

Ten drugi odbyłby się normalnie, gdyby nikt nie wtrącał się do jego przebiegu. To był poród, w którym pacjentce nie dano czasu na rodzenie się główki dziecka, pośpieszano ją niepotrzebnie. Ja odbierałam ten poród, ale oprócz mnie nad pacjentką stali: druga położna, ginekolog, neonatolog, anestezjolog, pediatra, i każdy miał własny pomysł, jak pacjentka ma przeć, co ma robić, itd. Nie miałam jak się w ogóle przez tych wszystkich ludzi przebić.

Było ich bardzo dużo.

Tak, a bywa więcej. I to są osoby, które zazwyczaj pojawiają się na sali porodowej w ostatniej fazie porodu. Nie pracują z pacjentką od początku, nie znają jej i są dla niej obcy, nie wiedzą, jak do tej pory przebiegał poród, a mimo to zdarza się, że chcą nim kierować, co się zazwyczaj źle kończy. Tak było i tym razem. Wszyscy mówili pacjentce, jak ma przeć, ktoś z góry nacisnął brzuch, by główka szybciej przeszła i w efekcie krocze pacjentki bardzo mocno pękło. O dziwo, ona źle tego porodu nie przeżyła. Takie pęknięcia krocza się niekiedy zdarzają. Ale ja go bardzo źle przeżyłam, bo to był poród, który został wymuszony przemocą, a mógł wyglądać zupełnie inaczej.

A najlepszy poród?

O, tych był dużo więcej! Jeden był być może szczególny. Miał miejsce w nocy i być może właśnie dlatego odbył się bez przeszkód, choć nie był to poród standardowy. Byłyśmy przy nim bowiem tylko ja i inna położna, w pewnym momencie jeszcze anestezjolog. Ponieważ nic złego się nie działo, nie było potrzeby wzywać innych lekarzy, którzy mieli swe dyżurki w budynku obok,a w dzień normalnie są na oddziale. Pacjentka, która wtedy rodziła, uznana byłaby przez wielu za wariatkę, bo zachowywała się bardzo instynktownie. Radziła sobie z bólem poprzez oddech, wykrzykiwanie, ruch ciała, ruchy głową. Z boku rzeczywiście mogła wyglądać jak szalona. Ale gdy mijał skurcz, uspokajała się i miałyśmy z nią bardzo dobry kontakt. To był dla mnie bardzo ważny poród, bo nauczyłam się wtedy, co to znaczy towarzyszyć pacjentce i umieć się do niej dostosować. Ona nie przejmowała się w ogóle otoczeniem i w takim stanie, w jakim była, nie było możliwości, byśmy miały jej coś narzucić. Być może, gdyby trafiła na inne osoby, to szybko uznano by, że straciła panowanie nad sobą, i albo zarządzono by cesarskie cięcie, albo mocno skrzyczano i wystraszono.

I jak zakończył się poród?

Pacjentka urodziła dziecko na łóżku, ale klęcząc, więc w pozycji wertykalnej. Choć już pod sam koniec miała kryzys. Żeby ją zmotywować, powiedziałam, by dotknęła główki dziecka, która była już w zasadzie na zewnątrz. Ale nie chciała, zaczęła się zapierać, że tego nie zrobi, wymachiwać rękami i wtedy dotknęła jej przez przypadek. W tym momencie złapał ją skurcz i dziecko się urodziło, a ona je wzięła na ręce, przekręciła się na plecy, przyłożyła je do piersi, i tak skończył się poród. Myśmy nawet nie dotknęły dziecka. Ona urodziła je dosłownie sama. I to była pacjentka, która powitała nas słowami: „Ja chcę cięcie, bo mnie boli!”. Bardzo ważny był też mąż. On, w przeciwieństwie do niej, był bardzo spokojny, podczas porodu w zasadzie niezauważalny, choć cały czas mieli ze sobą kontakt wzrokowy. Tylko co jakiś czas pytał nas, czy wszystko jest w porządku. Obawiałam się trochę jego obecności i mówiłam mu, że może wyjść, z uwagi na bardzo instynktowne zachowanie żony, które niekiedy bywa zbyt silnym przeżyciem dla mężczyzn. Ale odparł, że zna swoją żonę, wie, na co ją stać, i został. To był przepiękny poród!

Czy w narodzinach pozostało dla Ciebie coś z aury cudowności czy to raczej w pełni wyjaśniony proces życiowy?

To jest przecudowny proces! Jak to się wszystko dzieje, to jest w ogóle niewytłumaczalne. Uczę się tego z książek, jest to wyjaśnione na wielu stronach, a sama decydująca chwila, w której dziecku ostatecznie udaje się przejść przez kanał rodny, trwa nieraz kilka, kilkanaście minut, a przecież są to duże, w pełni ukształtowane stworzenia. Tak naprawdę po każdym porodzie można by pytać, jak to się w ogóle stało.

Ale przecież wiesz jak.

Wiem, ale mimo wszystko jest to dla mnie zaskakujące, że tak jesteśmy zbudowane, że to wszystko może się właśnie tak, a nie inaczej odbyć, a później wraca do normy. Przecież kości czaszki dziecka potrafią na siebie nachodzić, by umożliwić mu przejście przez wąski kanał. Ile ono musi wykonać zwrotów, przegięć i odgięć główki i nic się złego nie dzieje. Niezwykłe jest już to, że poród „wie”, kiedy ma się zacząć. Oczywiście mówimy o różnych czynnikach: hormonalnych, mechanicznych, neurologicznych, ale tak naprawdę nie wiemy, jak to się dzieje, że nagle coś się zaczyna, że to jest właśnie ten moment. Ale pomyśl tylko o samej ciąży. Jeden organizm w drugim organizmie, dziecko ma swój wszechświat w brzuchu matki, bo to przecież w ogóle inny, wodny świat. Ono pływa w wodzie przez dziewięć miesięcy, a jego naskórek nie ulega zmacerowaniu. Nie dochodzi do martwicy jelit, a przecież ono niczego nie je przez cały ten czas. To jest niesamowite. W pewnym momencie dziecko zaczyna ćwiczyć połykanie – skąd wie, w którym momencie zacząć? Pomyśl tylko, że ono ma czkawkę, i to o stałych porach, czka i podskakuje w brzuchu. Przecież ono już sobie żyje jakimś swoim własnym życiem. Niedawno czytałam, że trzy pierwsze miesiące życia po porodzie należałoby w zasadzie traktować jak czwarty trymestr ciąży, że dziecko potrzebuje tego czasu, by przystosować się do życia na zewnątrz, by „zapomnieć” o tym wcześniejszym. Dlatego tak bardzo ważna jest bliskość matki. I jeśli my nagle postanawiamy odzwyczaić je od rąk, to odbieramy mu coś dla niego niezbędnego. Nagle odcinamy je od tej specyficznej ciszy organizmu, która nie jest wcale ciszą: od bicia serca, ruchu jelit, różnych szumów i szmerów, które były całym jego światem. Taki mały człowiek naprawdę ma bardzo dużo do zrobienia w swoim życiu już od pierwszych chwil. To jest coś zupełnie niewyobrażalnego, a w dużej mierze także nieodkrytego.

.

WIOLETA SIEMIENOWICZ – położna, pielęgniarka. Prowadzi szkołę rodzenia „To już” w Białymstoku, zajmuje się także położnictwem środowiskowym

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter