70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zaakceptować niewiadome

Załóżmy, że dwoje ludzi poddało się badaniom genetycznym. Powiedziano im, że prawdopodobieństwo wystąpienia choroby u ich dziecka wynosi 25%. Jeśli chcą podjąć ryzyko i zostać biologicznymi rodzicami, nikt nie ma prawa im tego zabronić.

W wiek XXI weszliśmy z wstępnie odszyfrowanym ludzkim genomem. Coraz więcej wiemy o tym, jak działają nasze geny, za co odpowiadają różne ich kombinacje. Czy sądzi Siostra, że ta wiedza jakkolwiek przekłada się na sytuację ludzi, którzy chcą zostać rodzicami?

Kiedy w roku 2000 genetycy z triumfem podali do wiadomości, że została odczytana wstępna mapa ludzkiego genomu, byli nieco rozczarowani brakiem społecznego entuzjazmu. Przełomowe w skali rozwoju nauki osiągnięcie, porównywane co do wielkości i znaczenia z budową stacji kosmicznej i Projektem Manhattan, miało – także i w naszym społeczeństwie – stosunkowo niewielki oddźwięk. Nie odnieśliśmy wrażenia, że zmieniają się losy świata, bo w życiu przeciętnego Kowalskiego niewiele się zmieniło. Dlaczego? Ponieważ człowieka współczesnego głównie interesuje praxis, a wstępne odczytanie genomu, które nie przekładało się wprost na możliwości ingerowania w ludzką konstytucję genetyczną, to wiedza teoretyczna, interesująca głównie naukowców. Dzisiaj wiemy znacznie więcej, ale na co dzień nie przykładamy do tej wiedzy żadnej nadzwyczajnej wagi. Po pierwsze, dlatego że Kowalski zazwyczaj nie robi badań genetycznych, a po drugie – nawet jeśli nic nie wskazuje na to, by rodzice mieli być nosicielami genetycznych chorób, bo w rodzinie nie odnotowano takiego przypadku – nie ma żadnej gwarancji, że dziecko urodzi się zdrowe. Prócz dziedzicznych chorób genetycznych istnieją przecież również choroby uwarunkowane genetycznie, a także zaburzenia chromosomowe,takie jak zespół Downa lub Edwardsa, których nie można przewidzieć. Choroby genetyczne nie są nadto jeszcze standardowo leczone. Sądzę stąd, że wiedza na temat genomu ma ograniczone znaczenie dla rodziców, którzy myślą o dziecku. Są też oczywiście i tacy – mam na myśli głównie świat anglosaski – dla których wiedza na temat genomu dziecka, którą można uzyskać za pomocą badań prenatalnych, będzie koniecznym warunkiem kontynuacji ciąży (do badania prenatalnego ciąża bywa czasem nazywana „ciążą na próbę”). Przy takim nastawieniu im więcej chorób będzie można wykryć w badaniach preimplantacyjnych i prenatalnych, tym większa szansa, że urodzą się dzieci, u których te choroby się nie pojawią, bo innym po prostu nie pozwolimy się urodzić. Nie sądzę jednak, by takie było nastawienie większości polskich rodziców.

To prawda, że niektóre choroby pojawiają się dopiero w organizmie dziecka, ale przyszli rodzice mogą np. sprawdzić zawczasu, czy istnieje duże ryzyko, że przekażą swoim potomkom jakąś chorobę uwarunkowaną genetycznie, np. mukowiscydozę.

Zapewne każdy z nas jest nosicielem jakichś letalnych genów. Dzieci rodzą się jednak w większości przypadków zdrowe, ponieważ aby dziedziczona recesywnie choroba mogła się pojawić, dziecko musi odziedziczyć uszkodzoną kopię genu od obojga rodziców. Trudno sobie wyobrazić, by potencjalni rodzice poddawali się testom genetycznym w kierunku wszystkich wykrywanych dzisiaj w takich testach chorób. Nawet gdyby takie usługi pojawiły się na rynku, co dalej? Będziemy szukać nieskazitelnego genetycznie partnera? Załóżmy jednak, że rodzice poddali się badaniom. Powiedziano im, że prawdopodobieństwo wystąpienia choroby u dziecka wynosi 25%. To statystyka – nie wyklucza, że wszystkie dzieci urodzą się zdrowe, ani też, że wszystkie będą chore. Jeśli chcą podjąć ryzyko i zostać biologicznymi rodzicami, nikt nie ma prawa im tego zabronić. Nie powiedziałabym o nich, że są skrajnie nieodpowiedzialni, ponieważ mają realne szanse na to, że urodzi się im zdrowe dziecko. Dużo też zależy tutaj od ich postawy; czy godzą się na ryzyko ze wszystkimi jego konsekwencjami, czy też z lęku przed chorobą dziecka skorzystają zawczasu z badań prenatalnych tylko w tym celu, żeby w przypadku niekorzystnych wyników jak najszybciej przerwać ciążę. Istnieje i taka możliwość, że potencjalni rodzice nie będą chcieli ryzykować poczęcia chorego dziecka i zrezygnują z biologicznego rodzicielstwa, decydując się na adopcję. Jakkolwiek by było – prawo do posiadania własnego biologicznie dziecka jest jednym z elementarnych praw rodziców i nie sądzę, by niebezpieczeństwo przekazania genetycznie dziedziczonej choroby mogło być powodem jego odbierania. Rodzice mają prawo zaryzykować.

A gdyby ci potencjalni rodzice mieli prawie stuprocentową pewność, że dziecko urodzi się chore?

Tutaj postawiłabym duży znak zapytania. Należałoby zaapelować do ich odpowiedzialności, ale nadal utrzymuję, że nie można im zabronić posiadania własnych biologicznie dzieci. Rodzice decydujący się powołać do istnienia nowe życie zawsze zresztą ryzykują. Dziecko może urodzić się zdrowe i zachorować ciężko po ukończeniu roku. Przecież nie jest tak, że jedyne choroby, które spotykają dzieci, to choroby genetyczne. Trudno mi też wyobrazić sobie politykę państwa, która nakazywałaby wszystkim potencjalnym rodzicom, żeby badali się pod kątem nosicielstwa chorób genetycznych. Taki pomysł byłby niepokojąco bliski eugenicznym projektom nazistów – sprawdzajmy jednostki „genetycznie podejrzane” i sterylizujmy tych, u których stwierdzono chorobę genetyczną lub geny odpowiedzialne za jej nosicielstwo.Czy taki „eugeniczny nacisk” mógłby się pojawić ze strony społeczeństwa? Teoretycznie mógłby, preferuje się przecież dzisiaj młodych i pięknych. To jednak zdecydowanie niebezpieczna ścieżka… Albo nauczymy się dostrzegać wartość człowieczeństwa niezależnie od cech i ułomności konkretnego człowieka, a wtedy nawet nie będziemy próbowali snuć eugenicznych projektów, albo zaczniemy selekcjonować ludzi, skoro tylko pozwolą nam na to możliwości diagnostyczne. Lepiej byłoby, gdybyśmy zaakceptowali fakt, że nie wszystkim nam dane jest urodzić się w pełni sprawnymi fizycznie geniuszami. Ludzie rodzą się z różnymi obciążeniami – niezależnie od nich to nadal ludzie! Nie chcę przez to powiedzieć, że diagnostyka genetyczna powinna być dla rodziców niedostępna – być może dowiadując się, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się chore, nie będą chcieli ryzykować, bo perspektywa opiekowania się chorym dzieckiem wydaje im się zbyt trudna.

Czasami potencjalni rodzice decydują się na skorzystanie z banków spermy, w których można otrzymać różne informacje na temat dawcy nasienia. W książce Bioetyka i ryzyko z 2000 r. ostrzega Siostra: „Praktyka sztucznego zapłodnienia, jakkolwiek nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla ludzkiego życia, niesie z sobą wiele poważnych problemów moralnych (…). Eugeniczny wymiar nadaje praktyce sztucznego zapłodnienia możliwość wyboru nasienia (rzadziej komórki jajowej) według ujawnionych cech dawcy, tak fizycznych, jak i psychicznych”. Załóżmy, że jakaś para chce wykorzystać materiał otrzymany z takiego banku do sztucznej inseminacji i nie rozpatrujemy w ogóle selekcji zarodków, jaka ma miejsce przy metodzie in vitro. Czy w takim przypadku korzystanie z banków spermy, w których można wybrać dawcę ze względu na jego cechy, w tym na stan zdrowia, jest czymś innym niż tradycyjne szukanie partnera, który będzie ojcem moich dzieci i przy wyborze którego pewne cechy są dla mnie ważniejsze niż inne? Wchodząc w związek, również dokonuję pewnej selekcji cech.

To dwie różne sytuacje. Zastanawiając się nad tym, czy ten oto konkretny mężczyzna jest dobrym kandydatem na ojca naszego dziecka, nie bierzemy pod uwagę tylko jego biologicznych cech, a te są właśnie podstawą uznania nasienia za „wartościowe”. Znaczenie ma dla nas nie tylko zewnętrzny wygląd, ale przede wszystkim więź natury osobowej. Z całą pewnością nie tylko wygląd jest też powodem tego, że decydujemy się dzielić swoje życie z drugim człowiekiem. To, czy chcemy z kimś być, zależy od wielu czynników: kim ktoś jest, jakimi kieruje się wartościami, jak się do nas zwraca, itd. Charakter człowieka nie jest prostą wypadkową genów, kształtuje się w relacjach. Dziecko przecież rozwija się w relacjach z rodzicami. Skorzystanie z banku nasienia nie wyklucza, że dziecko wychowywać się będzie w rodzinie, ale wybierając nasienie, nie wybieram dawcy, tylko mam nadzieję, że dziecko wykazywać będzie określone cechy, czyli życzę sobie, by dziecko było takie, a nie inne. Czy to nie nadaje korzystaniu z banków nasienia charakteru eugenicznego?

Jeżeli w banku spermy mogę otrzymać informacje o tym, czy dawca lub ktoś w jego rodzinie poważnie chorował, np. na depresję, to czy rezygnacja z tej wiedzy jest rzeczywiście lepszym wyborem niż jej poznanie?

Banków spermy generalnie nie uznaję za słuszne rozwiązanie. Można zrozumieć powody, dla których banki znajdują klientów – badania wykazują, że w większości wypadków par zmagających się z dramatem niepłodności jej powód tkwi po stronie mężczyzny. Nie powinniśmy jednak zapominać, że dziecko ma prawo mieć biologiczną matkę i biologicznego ojca. Jeśli ojca wybieramy z banku, dopuszczamy się jakiejś elementarnej niesprawiedliwości wobec dziecka. Niezależnie od tego, czy prawo będzie pozwalało czy też nie, żeby po ukończeniu 18. roku życia dziecko mogło poznać personalia dawcy, z góry zakładamy, że nie pozna swojego biologicznego ojca w taki sposób, w jaki zazwyczaj dzieci poznają rodziców. Biologiczny ojciec będzie mu obcy.Istnieją różnorodne losowe przypadki, które sprawiają, że dzieci nie znają rodziców – przy korzystaniu z banku nasienia nie jest to kwestia losu, to jest zaplanowane! Dlaczego z góry zakładamy, że znajomość biologicznego ojca nie jest dla dziecka ważna? Jak wytłumaczyć fakt, że dla mężczyzny, który zarabia na oddawaniu nasienia, jest rzeczą zupełnie obojętną, czy ma dzieci czy nie? Czy zawsze będzie mu to obojętne? Wziąwszy pod uwagę, że człowiek jest istotą relacyjną, poznaje drugich poprzez relacje i w relacjach kształtuje się jego osobowość, trudno poznanie swojego biologicznego ojca uznać za rzecz nieistotną. Banki nasienia oferują jedynie „techniczne ojcostwo”. Coś tu istotnie kuleje. Niezależnie od słusznych skądinąd pragnień posiadania dziecka.

Niektórzy wysuwają czasem argument mówiący, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za swoje dzieci, ale też za pulę genetyczną populacji. Czy powinniśmy martwić się o „jakość” ludzkiego genomu?

Postęp medycyny sprawił, że osoby, które z powodu różnorakich defektów natury zdrowotnej kiedyś nie przeżyłyby okresu niemowlęctwa i nie osiągnęły wieku prokreacyjnego, dzisiaj dożywają dorosłości i mają własne dzieci. Niektórzy twierdzą stąd, że doprowadziliśmy do zachwiania mechanizmów doboru naturalnego – to paradoksalne, ale dzięki postępowi medycyny pula genetyczna populacji się pogarsza. Uznanie, że jesteśmy odpowiedzialni za „jakość” ludzkiego genomu, jest o tyle niejasne, że genom jako genom nie istnieje, istnieją tylko ludzie posiadający genom gatunku Homo sapiens. Jeśli zatem odpowiedzialność za pulę genetyczną populacji będziemy rozumieli jako obowiązek przekazania następnym pokoleniom jak najlepszego genetycznego dziedzictwa, uznając, że musimy przy pomocy dostępnej nam dzisiaj wiedzy i możliwości przejąć funkcję „selekcjonera”, którą niegdyś pełniła natura, grozi nam totalitarna, eugeniczna wizja świata, w którym jednostki chore są zawczasu eliminowane w imię troski o genetyczne dziedzictwo ludzkości. Trudno jednak przedkładać odpowiedzialność za następne pokolenia, które jeszcze nie istnieją, nad tych, którzy już istnieją. Odpowiedzialni jesteśmy bowiem najpierw za to, na co mamy bezpośredni wpływ, a więc za ludzi, którzy już istnieją, i za środowisko naturalne, w którym żyjemy. Od jakości tego środowiska zależy bowiem na dłuższą metę jakość naszej biologicznej, w tym i genetycznej, kondycji. Mamy wpływ na środowisko naturalne i na jakość biologiczną naszych dzieci (troszcząc się np. o własne zdrowie), co nie znaczy, że odpowiadamy za pojawianie się genetycznych chorób. Jednym słowem, wykluczam, by w imię troski o genetyczną pulę gatunku – abstrakcyjnie rozumianą – można było eliminować tegoż gatunku przedstawicieli. Załóżmy, że wprowadzamy „politykę idealnego genomu”, rodzice mają obowiązek testować swoje genomy, a jeśli z badań wynika, że może im się urodzić chore dziecko, mają konsekwentnie rezygnować z biologicznego rodzicielstwa, korzystając z materiału biologicznego dawców gamet. Czy wyeliminujemy w ten sposób niepełnosprawność, ból i cierpienie? Nie jesteśmy w stanie! Czy je w jakimś stopniu ograniczymy? Statystyki pokazują, że w niektórych krajach znacząco spadła zachorowalność na zespół Downa. W rzeczywistości nie spadła liczba przypadków choroby Downa, prenatalne diagnozowanie tej choroby sprawiło jednak, że bardzo często nie dopuszcza się do urodzenia chorych dzieci. Polskie prawo pozwala w takich przypadkach na aborcję. Boimy się niepełnosprawności jak ognia. Podobnie jak choroby i starości.

Ale można przecież powiedzieć, że cały rozwój medycyny to walka o życie w zdrowiu. Dbamy o higienę, szczepimy siebie i dzieci, robimy sobie badania okresowe. W samym dążeniu do bycia zdrowymi chyba nie ma niczego nagannego?

Absolutnie nie, czym innym jest jednak staranie o to, żeby moje dziecko było zdrowe, a czym innym eliminowanie choroby wraz z chorymi.

Czy przy założeniu, że eliminowanie chorych na jakimkolwiek etapie ich życia jest złe, widzi Siostra jakieś niebezpieczeństwo w wykorzystywaniu dostępnej wiedzy do zwiększenia szans dziecka na zdrowe życie?

Żadnego. Jeżeli określony sposób życia matki może wpłynąć niekorzystnie na zdrowie dziecka, to będzie ona odpowiedzialna za jego problemy zdrowotne. Tak jest w przypadku picia alkoholu lub zażywania narkotyków. Odpowiedzialni jesteśmy bowiem tak za działania, jak i za zaniedbania, o ile tylko uniknięcie tego, co okazało się skutkiem zaniechania, leżało w naszych możliwościach. Choroby genetyczne dziecka nie są jednak ani skutkiem naszych działań, ani też zaniechań, to nie my je powodujemy. Powinniśmy ze wszech miar dbać o biologiczną kondycję naszych dzieci, ale nie jesteśmy w stanie sprawić, że wszystkie będą zdrowe – nie unikniemy chorób, cierpienia i związanych z tym dramatów. Pytania Pani zdają się cały czas krążyć wokół problemów ludzkiej kondycji, która nie zawsze jest dla nas satysfakcjonująca. Mamy współcześnie problem z zaakceptowaniem tego, że nie wszyscy będziemy piękni i zdrowi, a młodość się nieuchronnie kończy. Chcielibyśmy wyeliminować z naszego życia ból i cierpienie. To zrozumiałe, ale nie unikniemy tego, co jest wprost z naszą biologiczną kondycją związane. Nie radzimy sobie z cierpieniem. Pytanie o sens cierpienia jest związane z pytaniem o sens naznaczonego cierpieniem życia – to pytania natury egzystencjalnej, każdy z nas odpowiada sobie na nie osobiście, nie istnieją tutaj uniwersalne odpowiedzi, problemu cierpienia nie da się zracjonalizować, przynajmniej nikt tego jeszcze nie dokonał.

Ludzie zawsze unikali cierpienia. Czy dziś objawia się to inaczej niż w przeszłości?

Trudno powiedzieć, jak wygląda to w życiu konkretnych ludzi… W perspektywie społecznej cierpienie nie jest tematem, który się dzisiaj chętnie przywołuje. Powodów jest wiele, ale jednym z nich jest zapewne ten, że przestaliśmy myśleć o człowieku holistycznie, nie stawiamy metafizycznych pytań dotyczących sensu życia i cierpienia. Prymat wiodą nauki szczegółowe – stawiamy zatem pytania o to, jak dłużej żyć i jak mimo upływu wieku zachować dobrą kondycję, jak uniknąć określonych chorób… To ważne pytania, ale nie mniej ważne, jest pytanie o to, jak dobrze żyć. Skoncentrowani na naukowych osiągnięciach, wdrażając je w praktykę, pytamy o to, czy nikomu nie robimy krzywdy, ograniczając przy tym zakres ewentualnie skrzywdzonych do już narodzonych. Zastanawiając się zatem nad możliwością klonowania terapeutycznego, widzimy głównie pacjentów, którym uzyskane ze sklonowanych zarodków komórki macierzyste mogłyby pomóc w odzyskaniu zdrowia. Problem normatywnego statusu zarodków umyka naszej uwadze. Widok osób cierpiących na chorobę Parkinsona lub Alzheimera przemawia do naszej wyobraźni, powiększony pod mikroskopem obraz ludzkiego zarodka na ekranie telewizora nie wywołuje w nas uczucia empatii. Niszczenie zarodków nie jest powszechnie uznawane za karygodne. Proszę zauważyć, że nikt przytomny nie twierdzi dzisiaj, że ludzi wolno zabijać, pojawiają się za to pytania o to, w którym momencie prenatalnego rozwoju należy uznać życie ludzkie za wartościowe i czy fatalna kondycja biologiczna nie jest powodem, dla którego mielibyśmy prawo tej wartości zaprzeczyć. Wartość ludzkiego życia jest zdaniem wielu warunkowa – warunkiem jest jakość biologicznej kondycji i określony etap rozwojowy. Z góry zatem ograniczamy prawo do życia niektórym z nas.

Spróbujmy jednak zrozumieć dramat rodziców, którzy dowiadują się, że dziecko, które ma się urodzić, jest chore. Pogodzenie się z cierpieniem to jedno. Ale pojawiają się też pytania bardzo przyziemne – nawet jeśli uda mi się zapewnić temu dziecku warunki do jak najlepszego rozwoju i funkcjonowania, w pewnym momencie może mnie zabraknąć. Czy mogę powoływać na świat kogoś, kto nigdy nie będzie mógł stać się samodzielny, gdy nie mogę mieć pewności, że zawsze przy nim będę?

Kiedy rozmawia się z rodzicami chorych dzieci, rzeczywiście widać, że martwią się o to, co się stanie, kiedy ich zabraknie. To ogromne wyzwanie dla społeczności, w której obok zdrowych żyją także chorzy. Obrona prawa do życia chorych i upośledzonych musi iść w parze z zabezpieczeniem im wielorakiej pomocy, sami rodzice mogą mimo najszczerszych chęci nie unieść ciężaru opieki nad ciężko chorym dzieckiem. To oczywiście kwestia polityki zdrowotnej państwa, trudno spychać ten problem na takie organizacje jak np. Caritas. Demokratyczne państwo winno troszczyć się w sposób szczególny o najsłabszych, silni i zdrowi poradzą sobie zapewne sami. Być może niejedni rodzice nie zdecydowaliby się na aborcję, gdyby wiedzieli, że nie zostaną z ciężko chorym dzieckiem sami. Warto wspomnieć i o tym, że zdajemy test naszego człowieczeństwa, pokazując, jak odnosimy się do ludzi niepełnosprawnych, od których nic w zamian nie możemy uzyskać – nawiasem mówiąc, opiekunowie powtarzają czasem, że więcej od niepełnosprawnych otrzymali, niż im dali, ale tu o zupełnie inny wymiar daru chodzi. Sądzę nadto, że w debacie społecznej, w przekazie medialnym bardzo brakuje pokazania, czym jest niepełnosprawność, tego, że można z nią żyć, a jednak cieszyć się swoim życiem. Zdrowi i inteligentni martwią się brakiem osiągnięć i walczą o sukces, który siłą rzeczy nie wszyscy mogą osiągnąć. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną pokazują nam zupełnie inny wymiar egzystencji, o którym my zapominamy – zapominamy, że zdrowie, bogactwo, pozycja nie są gwarantem szczęścia. Czy inteligencja jest gwarantem szczęścia? Nic podobnego! To nie osoby z zespołem Downa podważają sens życia i popełniają samobójstwo, czynią to całkiem inteligentni, zdrowi ludzie. Może po prostu przestańmy się bać niepełnosprawności…

Zgadzam się, że bogactwo nie jest najważniejsze. Ale trzeba też zauważyć, że te grupy, o których mówimy – osób niepełnosprawnych czy ludzi starszych – pod względem finansowym nie mają się najlepiej. Rodzice osób niepełnosprawnych nie mogą pracować w pełnym wymiarze, bo muszą się opiekować bliskimi. A to znaczy, że jednak jest tu jakiś problem ekonomiczny.

Pytanie, czy ten problem ekonomiczny nie jest do przeskoczenia. Ostatecznie osoby niepełnosprawne to dosyć mały odsetek całego społeczeństwa. Budżet państwa jest ograniczony, ale finansowane są z niego najróżniejsze rzeczy. Jesteśmy po kilku miesiącach dyskusji na temat finansowania programu in vitro. Cierpienie związane z niepłodnością jest cierpieniem realnym, nie uważam, że in vitro jest dobrym jego rozwiązaniem, ale mogę zrozumieć zdesperowanych, potencjalnych rodziców, którzy postrzegają tę metodę jako dobrodziejstwo, z jakiego nie mogą skorzystać z powodu braku pieniędzy. Problem w tym jednak, że zdecydowanie ponad połowa prób in vitro się nie powiedzie, a obok nas już żyją ludzie, którzy pilnie potrzebują pomocy, którym musimy zabezpieczyć niezbędne do życia środki. Wspieranie ich nie może być finansowane tylko z akcji dobroczynnych. Rodzice muszą mieć pewność, że ich chore dzieci zyskają pomoc od państwa i że znajdzie się dla nich miejsce w społeczeństwie. Edukacja i rehabilitacja osób niepełnosprawnych sprawiają, że mogą oni w większym stopniu angażować się w pracę zawodową i włączać się w tworzenie wspólnego dobra.

Niepełnosprawność ma wiele twarzy. Niektórzy niepełnosprawni mogą podjąć pracę zawodową, innym z trudnością przychodzą najbardziej podstawowe czynności.

Stąd też różny będzie sposób naszego angażowania się w pomoc niepełnosprawnym. Od eliminowania bólu i podniesienia komfortu życia po różne formy aktywizacji. Pamiętajmy przy tym, że nasze – to jest zdrowych – przekonanie o tym, co to znaczy być szczęśliwym i mieć udane życie, niekoniecznie pokrywa się ze sposobem, w jaki swoje życie postrzegają ludzie chorzy.

Ostatecznie więc diagnostyka genetyczna nie otwiera przed nami żadnej nowej, wspaniałej ery?

Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy myślą o dziecku, nie dostrzegam, żeby im bardzo zależało na szczegółowych badaniach, na sprawdzeniu każdego zagrożenia, jakie kryje się w ich genach. Poprzez nagłaśnianie w mediach problemu zagrożeń związanych z chorobami genetycznymi możemy jednak wywołać coś w rodzaju fobii, która polegać będzie na tym, że kobieta, która zajdzie w ciążę, potraktuje testy genetyczne jako konieczny warunek jej kontynuacji. Jeżeli wywołamy taką psychozę, przyczynimy się do tego, że ktoś zbije na tym niezły majątek. W szerszej perspektywie pytania o diagnostykę genetyczną odsyłają nas do odwiecznych i zakorzenionych głęboko w naszej psychice pragnień kontrolowania naszej kondycji, w tym planowania naszego potomstwa. Jeśli skoncentrować się na negatywnym wymiarze diagnostycznych możliwości, czyli tym, którego celem miałoby być eliminowanie jednostek naznaczonych różnymi chorobami – powracają pytania o sens naznaczonego cierpieniem życia. Problem cierpienia odsyła nas z kolei do religijnego wymiaru naszej egzystencji. Na pytania o sens cierpienia, z którymi nie radzą sobie nauki szczegółowe i filozofia, religia znajduje odpowiedź…

.

BARBARA CHYROWICZ SSPS – prof. filozofii, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, kieruje Katedrą Etyki Szczegółowej. Autorka książek i artykułów poświęconych etyce i bioetyce; wydała m.in. Bioetyka i ryzyko. Argument „równi pochyłej” w dyskusji wokół osiągnięć współczesnej genetyki (2000) oraz O sytuacjach bez wyjścia w etyce (2008).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata