70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Casting na ojca i syna

Robert Klark Graham założył tzw. bank spermy noblistów. Pierwotnie jedynie laureaci Nagrody Nobla mieli być dawcami nasienia, ale ze względu na duży popyt i małą podaż Graham był zmuszony rozszerzyć ofertę o odnoszących sukcesy sportowców, akademików i artystów.

Giovanni Aldini dostarczał mieszkańcom zachodnioeuropejskich miast początku XIX w. specyficznej rozrywki. Uczeń i siostrzeniec Luigiego Galvaniego, znanego z eksperymentów, w których martwe żabie udka ruszały się pod wpływem prądu, był kontynuatorem dzieła swojego wuja, badaczem elektryczności i jej wpływu na ciała ludzkie i zwierzęce. W ramach popularyzowania nauki Aldini prowadził publiczne wykłady w Bolonii, Paryżu i Londynie, a odczyty łączył z pokazami, podczas których ciała martwych osób raził prądem elektrycznym. Zwłoki ruszały nogami, podnosiły ręce, zaciskały pięści i otwierały oczy. Ponoć Aldini wierzył, że kiedyś będzie możliwe przywracanie martwych do życia za pomocą prądu.

Choć opisy jego wystąpień mogą i dziś budzić oburzenie, to trzeba przyznać, że w pewnym sensie udało mu się przewidzieć przyszłość. Nikogo nie dziwią przecież defibrylatory wiszące na ścianach dworców, lotnisk czy centrów handlowych, które w razie potrzeby za pomocą prądu przywracają normalną pracę serca i ratują życie. Jednak dwa wieki temu prognozy Aldiniego budziły głównie grozę, czego wyrazistym dowodem stałasię najsłynniejsza powieść Mary Shelley – Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. Książka to wprawdzie tylko fikcyjna historia, ale źródła z tamtego okresu pokazują, że Shelley świetnie uchwyciła ówczesne obawy związane z rozwojem nauki, który odwieczne prawa natury wydawał się mieć za nic. Autorce – mimo że pisała swą powieść głównie ku rozrywce czytelników – udało się tak sugestywnie uchwycić lęk przed przekraczaniem granic związanych z nadawaniem życia, że nawet w dzisiejszych debatach o wspomaganej prokreacji zaplącze się tu i ówdzie odniesienie do tego klasycznego utworu.

Podobnie jak wtedy, tak i dziś monstrum stworzone przez powieściowego doktora jest symbolem wielkich naukowych przełomów związanych z życiem człowieka i ogromnego lęku, jaki się z nimi wiąże. A doniesienia docierające do nas nieustannie z naukowych laboratoriów usprawiedliwiają niepokój spowodowany ciągłą przemianą technicznych możliwości.

Wybrańcy

Jeszcze kilka lat temu mogło się wydawać, że los ludzkich zarodków traconych podczas procedury zapłodnienia in vitro rysuje się jako poważny problem, który z czasem uda się rozwiązać. Wiele osób wyrażało nadzieję na to, że udoskonalenie metody wytrąci sceptykom z rąk argument dotyczący poświęcania życia jednej istoty ludzkiej dla powołania do życia innej. I mimo że technicznie możliwe jest przeprowadzenie zapłodnienia pozaustrojowego i doprowadzenie do ciąży bez tworzenia nadliczbowych embrionów, to praktyka pokazuje, że w wielu przypadkach „jakość” dziecka, które ma się narodzić, stawiana jest wyżej niż postulowane niekiedy prawo zarodków do niebycia niszczonymi. Aby otrzymać możliwość wyboru najzdrowszego embrionu, tworzy się ich kilka, a później wybiera te najlepiej rokujące. Zwolennicy metody in vitro przypominają zresztą, że także w wypadku naturalnego poczęcia dochodzi do swoistej selekcji zarodków – te, które mają poważne wady, są samoistnie wydalane z organizmu, często jeszcze zanim kobieta dowie się, że jest w ciąży.

Diagnostyka preimplantacyjna stosowana przy metodzie in vitro ma najczęściej na celu wybranie ze wszystkich stworzonych zarodków tych, które są w najlepszej kondycji, co powinno zwiększyć prawdopodobieństwo donoszenia ciąży i narodzenia się zdrowego dziecka. Jednych martwić będzie już sam fakt selekcji, wybieranie tych, z których narodzi się człowiek, przy jednoczesnym odrzuceniu pozostałych. Ale jest jeszcze inny aspekt budzący kontrowersje, a mianowicie dobór cech zarodka. W większości przypadków genetyczna diagnostyka preimplantacyjna podyktowana jest względami zdrowotnymi, jednak możliwości techniczne są o wiele szersze i nie są to możliwości tylko teoretyczne. Joanna Bątkiewicz-Brożek w artykule Egzamin z in vitro („Znak” nr 667, grudzień 2010) pisze np.: „wskaźnik selekcji zarodków ze względu na płeć tylko w USA w 2005 r. przekraczał 9%, a w poszczególnych ośrodkach sięgał do 49% (np. w Centrum Płodności na Uniwersytecie Illinois w Chicago)”. Cech niechcianych przez niektórych rodziców może być, niestety, więcej.

Pewne jak w banku?

Trzeba podkreślić, że te dwa kontrowersyjne działania – selekcja cech przyszłego dziecka i niszczenie niewykorzystanych zarodków – nie muszą iść w parze. Można stwierdzić, że ludzie od wieków oceniali atrakcyjność osób przeciwnej płci jako potencjalnych rodziców, którzy mogą dzieciom przekazać swe talenty. Zdani byli co prawda na przypadek i nie mogli przewidzieć, które cechy dziecko odziedziczy po ojcu, które po matce i czy w ogóle będzie widać jakieś między nimi podobieństwo, jednak ten tok myślenia przetrwał do dziś, czego dowodem są strony banków spermy, z których dowiedzieć się możemy, jakie cechy ma dawca. Np. na stronach duńskiego oddziału banku nasienia Cryos poza kolorem skóry, oczu, włosów, wzrostem, wagą i rozmiarem buta możemy poznać poziom inte-ligencji emocjonalnej dawcy, usłyszeć jego głos, zobaczyć zdjęcie z dzieciństwa, dowiedzieć się, czy jest asertywny, czy potrafi kontrolować emocje, co motywuje go w pracy, co lubi jeść, jakiej muzyki słucha, czym zajmują się jego rodzice i jaki ma charakter pisma. W ankiecie dostępnej dla klientów banku dawcy informują również o stanie zdrowia swoim, rodzeństwa i przodków – czy dziadkowie chorowali na serce albo cierpieli na choroby genetyczne, czy rodzice nosili okulary, itd.

Znane są również przypadki banków spermy, które same dokonywały selekcji cech dawców, żeby zaoferować klientom „produkt” najwyższej jakości. Robert Klark Graham założył w 1980 r. Repository for Germinal Choice, który przez media okrzyknięty został „bankiem spermy noblistów”. Pierwotne założenie rzeczywiście było takie, żeby jedynie laureaci Nagrody Nobla byli dawcami nasienia, ale ze względu na duży popyt i małą podaż Graham był zmuszony rozszerzyć ofertę o odnoszących sukcesy sportowców, akademików i artystów. Bank działał przez dwie dekady, został zamknięty niedługo po śmierci założyciela. Przyczynił się do narodzin 229 dzieci. Kilkoro z nich po latach zgodziło się porozmawiać z dziennikarzami. Rzeczywiście robili wrażenie osób, którym sukces przychodzi łatwo. Nie wiadomo jednak, ani czy ich historie są reprezentatywne dla całej grupy, ani w jakim stopniu ich kariera była wynikiem genów, a w jakim wychowania. Można przecież założyć, że rodzice, wiedząc, że ich potomstwo ma geny geniusza, będą dokładać wielu starań, żeby zapewnić najlepsze warunki do rozwoju swoich cudownych dzieci.

Robert Klark Graham otwarcie mówił o swoim przekonaniu, że Amerykanie mają coraz gorsze geny i że jego działania pomogą to zmienić. Nie chciał powierzać przyszłości narodu naturalnemu biegowi zdarzeń. Zostawiając bez odpowiedzi pytanie o to, czy to postawa słuszna, należy zauważyć, że i on w dużej mierze zdany był na działanie przypadku. Nie potrafił przecież przewidzieć, jakie cechy odziedziczy dziecko, niewielką uwagę zresztą przywiązywał do talentów przyszłych matek. Czy dzisiaj, kiedy o wiele więcej wiemy o naszym genomie, Graham byłby w swojej pracy bardziej skuteczny?

Wybierz kolor oczu, wybierz budowę ciała…

Odszyfrowanie ludzkiego genomu i ciągle trwające prace, mające doprowadzić do lepszego zrozumienia jego funkcjonowania, otwierają przed nami ogromne możliwości diagnostyczne. Co więcej, mimo że technologia jest nowa, dokładna analiza zagrożeń czyhających w naszym genomie jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zapłacić 100 dolarów, żeby firma zajmująca się komercyjnie diagnostyką genetyczną zbadała dostarczoną im próbkę śliny i poinformowała nas, jakie choroby mogą nam grozić. Będziemy też dopisani do bazy danych, a firma będzie kontaktowała się z nami za każdym razem, kiedy stan wiedzy o ludzkim genomie poszerzy się tak, że z naszych próbek będzie można wyciągnąć kolejną istotną informację. Było tylko kwestią czasu to, kiedy przedsiębiorstwa zajmujące się badaniami genetycznymi opracują oferty dla przyszłych rodziców.

Na początku października tego roku media specjalistyczne obiegła informacja, że firma 23andMe opatentowała „system identyfikacji najlepszego dawcy gamet”. Jest to aplikacja, która na podstawie danych genetycznych wytypowanych osób określi prawdopodobieństwo wystąpienia u ich dziecka wybranych cech – od wrodzonych wad serca i ryzyka wystąpienia raka jelita grubego po kolor oczu. Innymi słowy, potencjalna matka po wprowadzeniu swoich danych i danych trzech kandydatów na ojca dowie się, kto z nich daje jej największe prawdopodobieństwo urodzenia dziecka, które nie będzie miało problemów z sercem. Albo którego włosy nie będą rude.

Doniesienie wywołało oburzenie wśród komentatorów. Opis działania wynalazku brzmi przecież tak, jakby dotyczył narzędzia przeznaczonego do projek-towania dzieci. Firma broni się, że wniosek do Urzędu Patentowego złożyła 5 lat temu tylko po to, żeby zastrzec technologię, której już używa. Na swoich stronach udostępnia klientom tzw. kalkulator cech dziedziczonych w rodzinie (Family Traits Inheritance Calculator), ale uznaje go jedynie za narzędzie, które w lekki, zabawny sposób ma zachęcić ludzi do zainteresowania się genetyką.

Zupełnie poważnie o swoich usługach mówią przedstawiciele innej amerykańskiej firmy zajmującej się diagnostyką genetyczną – GenePeek. Jedna z jej założycielek, Anne Morriss, jest matką chłopca cierpiącego na chorobę, którą dziś można byłoby zdiagnozować jeszcze przed zapłodnieniem. GenePeek zajmuje się ocenianiem ryzyka wystąpienia różnych nieprawidłowości genetycznych u potencjalnych dzieci na podstawie danych genetycznych klientek banków spermy i dostępnych w nich dawców.

O ile przy wspomnianej wcześniej genetycznej diagnostyce preimplantacyjnej dochodziło do selekcji zarodków, o tyle w przypadku doboru spermy „szytej na miarę” ryzyko dla zarodków znacznie spada. Jeśli chcemy wykluczyć chorobę genetyczną u dziecka, można to dziś zrobić jeszcze przed zapłodnieniem. Niewątpliwie jest to osiągnięcie warte odnotowania. Z drugiej jednak strony jest coś głęboko niepokojącego w wizji świata, którego mieszkańców możemy niemal dowolnie projektować.

Kolejnym problemem staje się tu położenie mężczyzn. Jeśli dawca spermy będzie wielokrotnie odrzucany ze względu na ryzyko przekazania chorób genetycznych, może czuć się zobowiązany, by w życiu prywatnym też zrezygnować z ojcostwa. Kobieta ma więcej możliwości – może naturalnie zajść w ciążę, albo w przypadku obciążenia genetycznego, zdecydować się na skorzystanie z komórek jajowych niepochodzących od niej.

Odnalezieni w sieci

Wydaje mi się, że skojarzenie przemian zachodzących dziś wokół poczęcia i narodzin z historią Aldiniego i powieścią Mary Shelley nie jest bezpodstawne. W obu przypadkach rzetelna nauka spotyka się z lękiem, a przerażenie miesza się z ekscytacją. Nie do końca wiadomo też, co jest prawdziwym zagrożeniem, co wilkiem w owczej skórze, a co technologią, która w przyszłości stanie się tak powszechna i niekontrowersyjna jak defibrylator.

Założenia dotyczące rodzicielstwa najlepiej weryfikują historie dzieci. Tak dzieje się teraz, kiedy 35 lat po pierwszym udanym zabiegu sztucznego zapłodnienia, często dorośli już ludzie żyjący dzięki metodzie in vitro zakładają blogi i portale społecznościowe, dzielą się swoimi przemyśleniami, opowiadają o rozterkach i odszukują swoje genetyczne rodzeństwo i rodziców. Na takich stronach można przeczytać historie o dzieciach, które spotkały swoich genetycznych ojców i trzydziestkę rodzeństwa, lub o matce, która zdecydowała się na ciążę z nasienia anonimowego dawcy jako samotna kobieta, a dziś jeździ na wakacje z czterema innymi matkami i siódemką ich dzieci, które są genetycznie spokrewnione z jej synem. Tylko jeden taki portal The Donor Sibling Registry działający od 2000 r. pozwolił ponad 10 tys. ludzi na spotkanie osób obcych, ale genetycznie spokrewnionych.

Internet staje się przestrzenią, która ułatwia kontakt z ludźmi o podobnych doświadczeniach, ale jest też miejscem, w którym rodzą się odpowiedzi na wielkie pytania współczesności: Co to znaczy być rodzicem? Czy przekazywanie swoich genów do czegoś zobowiązuje? Jak technologia zapłodnienia wpływa na życie dziecka? Jak wpływa na życie rodzica? Czy anonimowość jest wartością? Są to pytania, którymi dzieci z in vitro najpierw dzieliły się między sobą i z bliskimi, później wywołały one falę zmian legislacyjnych w wielu krajach zachodnich i znaczne ograniczenie anonimowości dawców gamet.

Wiele historii kończy się dobrze. Nie powinniśmy jednak nigdy zapominać o tym, co przerażało nas na początku, żeby po latach sprawdzić, czy lęki okazały się uzasadnione czy niepotrzebnie przerysowane. Dziś wprawdzie mamy coraz dokładniejsze narzędzia diagnostyczne, które mogą ratować zdrowie wielu ludzi, i przykłady szczęśliwych dzieci, które urodziły się dzięki metodom wspomaganej prokreacji, ale trzeba też pamiętać, że niszczenie niechcianych zarodków cały czas ma miejsce i – niestety – coraz rzadziej budzi sprzeciw. Pojawiają się też ciągle nowe niepokoje. Pojawia się lęk, że obudzimy się pewnego dnia w strasznie idealnym świecie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata