70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pani Janka

Mieliśmy się wkrótce zobaczyć. W planach była wyprawa na jazz „U Muniaka”, odwiedziny w galerii „Zderzak” i – co najważniejsze – domowy wieczór urozmaicany przez wrzaski dzieci, popisujące się przed „ciocią”. Pani Janki nie będzie już w Krakowie. Nie będzie w Kopenhadze ani w Netanii. Będzie naprawdę smutno.

Janina Katz była świetną pisarką (zasadniczo duńską), tłumaczką i bardzo mądrą kobietą. Jej mądrość była cudownym splotem zadziornej, niezrównanej inteligencji, encyklopedycznej wiedzy, przewrotnego dowcipu i życzliwości czy raczej współczucia dla nie najwspanialszego świata. Ta mądrość brała się i z tego, że nigdy nie przestała być dzieckiem.

Na podstawie Jej życiorysu można by nakręcić kilka fascynujących filmów. O żydowskiej dziewczynce, która przeżyła Zagładę, „adoptowana” przez katolicką rodzinę w Dobczycach. O relacji z matką, która po wojnie odebrała swą córkę, ale w oczach kilkuletniej Janki była zaborczym intruzem. O pensjonarskiej miłości do komunizmu, a potem o głębokim rozczarowaniu. O kolorowym odwilżowym Krakowie Piwnicy pod Baranami, jazzu i nowej sztuki. O antysemickich wypadkach 1968 r. i emigracji w roku 1969. O losie emigrantki, współpracowniczki Wolnej Europy i paryskiej „Kultury”. O późnych narodzinach wytrawnej poetki i prozaiczki. O polskiej Żydówce, która zakotwiczyła w Danii, ale nie stała się kosmopolitką, tylko żarliwą patriotką trzech ojczyzn: Izraela, Polski i Danii. A wreszcie o „pobożnej ateistce”, która w judaizmie poszukiwała pojednania ze światem i zapory przed nicością.

Urodziła się i wychowała w Krakowie. Miała szczęście trafić na świetnych nauczycieli. Jeszcze w gimnazjum zetknęła się z Anną Ireną Brzozowską, córką Stanisława Brzozowskiego, która uczyła ją polskiego i „egzorcyzmowania w sobie diabła”, jak napisała w poruszającym wspomnieniu Moja mistrzyni, opublikowanym w listopadzie 1994 r. w „Znaku”. Potem były studia polonistyczne i socjologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli terminowanie u Stanisława Pigonia, Kazimierza Wyki i Zenona Klemensiewicza. Grono znakomitych profesorów uzupełniali niezwykli przyjaciele, do których należeli m.in. Jan Goślicki, Jerzy Grotowski, Helmut Kajzar, Ewa Lipska, Sławomir Mrożek, Wojciech Skalmowski, Wisława Szymborska i Marta Wyka. Przyjaciele w jakimś stopniu zastępowali Jej rodzinę, bo po wojnie miała już tylko matkę i jednego kuzyna.

W swym zbyt krótkim życiu zdążyła bardzo wiele zrobić. Ale głównie dla innych. Przede wszystkim stała się niezwykle skutecznym ambasadorem polskiej kultury w Danii. Tłumaczyła najważniejszych współczesnych pisarzy polskich, m.in.: Wisławę Szymborską, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, Sławomira Mrożka i Tadeusza Różewicza. Stała się też niezawodnym doradcą duńskich wydawców, którzy dzięki Jej perswazji, a potem przekładom przekonywali się o sile i wyjątkowości polskiej literatury. Pisała wcześniej teksty krytycznoliterackie i publicystyczne, ale dopiero w roku 1991 zaczęły powstawać wiersze, a później proza.

Przez te ostatnie dwadzieścia lat z okładem wydała 15 tomików wierszy (w tym dwa po polsku), pięć powieści, dwa tomy opowiadań i jedną książkę dla dzieci. W Polsce mogliśmy jak dotąd poznać tylko trzy powieści – Moje życie barbarzyńcy, Pucka i Opowieści dla Abrama, oraz trzy zbiory wierszy – te dwa odrębne, bo pisane po polsku (Pisane po polsku i Zabawa w chowanego) oraz wybór z jej jedenastu tomików zatytułowany Powrót do jabłek. Napisałem „tylko”, bo na podstawie tej próbki można się przekonać, że była pisarką znakomitą, której siła tkwiła nie tylko w oszałamiającym bogactwie doświadczeń, ale przede wszystkim w lapidarnym, aforystycznym i nieco baśniowym języku. Jak w pięknym wierszu Moje multietniczne życie: „Łapię promień słońca. / Zaginam go / i formuję sześcioramienną gwiazdę. / Wracam do domu. Gwiazda podąża za mną. / Kot siedzi na Baśniach Andersena / i pazurkami drapie Księgę Hioba. Wszystko jest czystą harmonią. / Choć niektórzy mogliby / sądzić inaczej” (tłum. B. Sochańska). To „tylko” bierze się także stąd, że Jej książki bardzo długo i w bólach torowały sobie drogę do polskiego czytelnika. Tak naprawdę tylko uporowi i poświęceniu Bogusławy Sochańskiej – tłumaczki i serdecznej przyjaciółki Zmarłej – zawdzięczamy polskie edycje Jej dzieł. Na szczęście pozycja Janiny Katz jest już dziś w Polsce ugruntowana, kolejne utwory powinny więc ukazywać się bez przeszkód (niedługo pojawi się powieść Chłopiec z tamtych lat).

Jej pisarstwo wypływało z życia. Ktoś może czynić z tego zarzut, ale wbrew temu, co sądzą esteci, to właśnie z życia bierze się to, co w literaturze najcenniejsze – odkrycie, że „Rzeczywistość wymaga…”. A Jej życie było grozą, cudem i tajemnicą. Pierwsze wiersze (po duńsku!) zaczęła pisać kilka lat po śmierci matki. Było to w autobusie, gdy poczuła nagle, że musi zanotować, co czuje. A czuła obezwładniającą tęsknotę do matki i świata, który wraz z nią odszedł. Cały tomik o znamiennym tytule Córka mojej matki stworzyła w ciągu dwóch dni transu. Autobiograficzna w sensie ścisłym jest pierwsza książka prozatorska – Moje życie barbarzyńcy, w której to, co najzupełniej prawdziwe: historia ocalenia z zagłady, a także durnej i górnej młodości w powojennym Krakowie, zaskakująco zbliża się do baśni. Fabularyzowaną biografią zdaje się także Pucka, w której składa hołd Krakowowi młodości i opisuje dzieje (chyba własnych) oczarowań i rozczarowań – ludźmi, systemem i samą sobą. Trzecia opublikowana po polsku powieść – Opowieści dla Abrama – jest mniej autobiograficzna. Choć, jak się domyślam, jest to tylko różnica stopnia. To książka osobna i pewnie dojrzalsza. Nie tylko z uwagi na wiek bohaterów, którymi są późni kochankowie: sześćdziesięciolatka i dwadzieścia lat starszy od niej mężczyzna. Ale przede wszystkim ze względu na specyfikę podejmowanych pytań: czy czysto ludzka miłość może być „mocniejsza niźli śmierć”? Jak pojednać się ze sobą, ze zmarłymi i ze światem? Czy rana po utraconym Bogu może się zagoić? Gdzie szukać zbawienia? Te same pytania od początku rozbrzmiewały w Jej wierszach. W nich jednak zaprawione były szczyptą wyrafinowanej ironii. Jak choćby w zaskakującej rozmowie z Bogiem, która kończy się samoobronnym apelem: „Nie przywołuj mnie do siebie. / Jestem skazana na niepowodzenie. / Mogę Cię jeszcze długo / bawić, / Nie płacz nad moim losem. / Poczekaj, nim powiesz: / O ta już dość wycierpiała, / niech odpocznie” (Presja, tłum. B. Sochańska).

Janina Katz była doceniona w Danii, gdzie zdobyła wiele literackich laurów, a w roku 2012 została nominowana do najważniejszej w Skandynawii – Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej. W Polsce, niestety, nie zdążyła otrzymać wyróżnień, na które ze wszech miar zasługiwała. Przyznano Jej na szczęście medal ministra kultury i sztuki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1997) i nagrodę literacką miesięcznika „Odra” (2009), ale to niewiele, zważywszy na rangę Jej pisarstwa i zasługi translatorskie.

Janina Katz (chyba za sprawą Krzysztofa Dorosza) od roku 1993 pojawiała się na łamach „Znaku”. Początkowo regularnie w ramach rubryki „List z Kopenhagi”, później gdy własna twórczość na dobre Ją pochłaniała, o ile zainteresował ją konkretny temat lub jakaś wydawnicza nowość. Jej teksty były dla nas świętem. Maszynopisy ze skrupulatnie dorysowywanymi polskimi znakami diakrytycznymi uczyły subtelnej ironii i ostrożności w „wymierzaniu sprawiedliwości widzialnemu światu”. Bardzo się cieszę, że ukazały się w „Znaku” przekłady Jej wierszy (czerwiec 1997), a w lipcu 2000 prapremierowy fragment Pucki. Największą wdzięczność winni Jej jesteśmy za rodzinne wręcz przywiązanie do naszego pisma, dość jednak odległego od Jej światopoglądu. We wszystkich notach biograficznych zaznaczała, że stale współpracuje ze „Znakiem”. Cieszyły Ją nasze sukcesy, martwiły wszystkie porażki. Czasem tytułowaliśmy Ją Redaktorem Naczelnym „Znaku” na Wychodźstwie. Jak w każdym żarcie, było w tym coś prawdziwego. Najgłębiej osobiście zależało Jej na „Znaku” jako na przestrzeni wolnej i wspaniało-myślnej refleksji.

Tydzień po śmierci pani Janki wybrałem się do piwnicy „U Muniaka”. Kiedy z saksofonu popłynęła melodia piosenki How High the Moon, przypomniały mi się słowa drugiej zwrotki: Somewhere there’s heaven/ It’s where you are.

Wierzę, że mówią właśnie o Niej.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata