70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O pożytkach z ksiąg wyimaginowanych

„Trzymając w ręku dzieło niejednego sławnego autora, chętniej przeczytałbym to co, skreślił, niż to, co pozostawił” – pisał Georg Christoph Lichtenberg. Można by tę myśl sparafrazować: „Równie chętnie jak to, co sławny autor napisał, przeczytałbym o tym, co mógł napisać, ale czego z jakichś przyczyn nie napisał”. A to dlatego że nie zdążył, nie chciał albo – najczęściej – nie wiedział, że powinien.

Kolekcje książek nieistniejących to zjawisko nienowe. Ponoć pierwszą powołał do życia Rabelais swym katalogiem księgarni Świętego Wiktora w Paryżu, w której pośród mnóstwa innych pism można było znaleźć dzieła takie jak Blekot biskupi czy Łajnalia de małpibus et dudkis (jak ich tytuły oddał w swym niezrównanym przekładzie Gargantui i Pantagruela Tadeusz Boy-Żeleński), a minister Ludwika XVI Anne Robert Turgot miał w swej intendenturze w Limoges regał kryjący wejście do tajemnego korytarzyka, wypełniony atrapami książek, których tytuły sam wymyślił. Jeśli rzeczywiście ministrowi chodziło o zamaskowanie owych drzwi, nie był to najmądrzejszy pomysł, bo przecież książki nieistniejące mogą wzbudzić zainteresowanie większe niż te wszystkim znane – któż by chciał wyciągać z takiej półki Biblię? W naszych czasach biblioteki dzieł wirtualnych opisywali Jorge Louis Borges, Umberto Eco i Stanisław Lem. Podobny księgozbiór stworzył ostatnio również Andreas Urs Sommer, autor wydanego przed rokiem Lexikon der imaginären philosophischen Werke („Leksykon wyimaginowanych dzieł filozoficznych”).

Sommer to we współczesnej filozofii niemieckiego obszaru językowego postać nabierająca coraz większego znaczenia. Urodzony w 1972 r. w szwajcarskim Zofingen, już w wieku dwudziestu paru lat zdobył sobie uznanie jedną z ciekawszych rozpraw na temat Franza Overbecka, a kilka lat później wydał monumentalny, prawie 800-stronicowy komentarz do Antychrześcijanina Nietzschego. Opublikował także kilka pomniejszych książek: przekorny „dykcjonarz” filozoficzny i esej o „sztuce wątpienia”, swoisty podręcznik myślenia krytycznego. Sommer wykładał też filozofię w Bazylei, Princeton, Greifswaldzie, Mannheim, a od 2008 r. we Fryburgu. W ubiegłym roku uhonorowano go prestiżową Nagrodą im. Friedricha Nietzschego..

Pustosząca moc prawdy

„Leksykon…” to historia idei niepomyślanych, książka „traktująca o tym, co nie jest faktem”, jak definiuje ją sam autor w nawiązaniu do sławnego pierwszego zdania Traktatu logiczno-filozoficznego Wittgensteina: „Die Welt ist alles, was der Fall ist”. (Jeden z artykułów poświęcony jest mianowicie samemu „Leksykonowi…” – w świecie niezostawiającym nawet recenzentom wiele czasu na lekturę Sommer wyraźnie wychodzi naprzeciw wszystkim potencjalnym komentatorom swej książki). „Leksykon…” można uznać za typowy żart filozofa: pobudzający tyleż do śmiechu, co do namysłu. Żart przy tym niebywale erudycyjny. Bo choć można tu znaleźć także omówienie autobiografii niejakiego Harry’ego Jamesa Pottera (Muggles and I, Hogsmeade 2014), to przecież większość opisanych przez Sommera rozpraw stanowią wyimaginowane dzieła niewyimaginowanych autorów, a wymyślić takowe wcale niełatwo, gdyż potrzeba do tego dogłębnej znajomości rzeczywistych tekstów danego myśliciela, których ten „wirtualny” jest jakąś ekstrapolacją, niekiedy konsekwentną, niekiedy polemiczną, ale przecież zawsze pozostającą z tamtymi w pewnym związku. Jeśli, dajmy na to,wielki Kant napisałby w 1802 r. rozprawę zatytułowaną Reservationis mentalis tractatus, uczyniłby to zapewne dlatego, że uznałby za konieczne przemyśleć pod koniec życia raz jeszcze swój moralny rygoryzm, zastanowić się nad wszystkimi jego praktycznymi konsekwencjami, nie zawsze budującymi. Tractatus byłby bowiem apologią reservatio mentalis, jednego z najbardziej wyrafinowanych intelektualnie pomysłów na usprawiedliwienie kłamstwa polegającego na tym, że np. przeczymy, jakobyśmy uczynili coś, co uczyniliśmy, ale w myśli dodajemy: „tego to a tego dnia”, podczas gdy nasz uczynek, którym z jakichś powodów nie zamierzamy chwalić się przed bliźnimi, popełniliśmy w rzeczywistości kiedy indziej. Sam Kant skorzystał z dobrodziejstwa reservatio mentalis, przyrzekając uroczyście królowi Prus Fryderykowi Wilhelmowi II, który skarcił go surowo po opublikowaniu Religii w granicach samego rozumu, że „jako wierny poddany Jego Królewskiej Mości” nigdy więcej nie będzie wypowiadał się w kwestiach religii. Po rychłej śmierci monarchy uznał wszelako, że przyrzeczenie wiązało go jedynie jako poddanego tego właśnie i żadnego innego władcy, więc z chwilą jego zgonu straciło swą moc. Na wszelki wypadek Kant swój ostatni traktat napisałby przypuszczalnie po łacinie, tak by nie wszyscy łatwo się mogli zapoznać z jego treścią. Cóż bowiem pomyśleliby pochyleni nad nim czytelnicy Wiecznego pokoju, pamiętający, że: „Zastrzeżenia (reservatio mentalis) robione co do starych pretensji, które jednak w przyszłości dopiero mają być wyciągane na widownię, o których żadna strona, będąc zbytnio do dalszego prowadzenia wojny wyczerpana, na razie nie chce robić wzmianki,przy złej woli czekającej tylko na dobrą okazję, by wojnę na nowo rozpocząć, należą do kazuistyki jezuickiej i nie licują z godnością panujących, również jak pochopność do podobnych dedukcji nie licuje z godnością ich ministrów, o ile sądzić będziemy rzeczy takimi, jakimi same w sobie są”.

Ale przecież, jak dowodzą tego Wykłady z filozofii moralnej, królewiecki myśliciel dostrzegał i drugą stronę problemu: „Gdybyśmy we wszystkich przypadkach chcieli pozostać wierni dokładnemu kształtowi prawdy, to padalibyśmy często ofiarą złośliwości innych”. Kant dobrze rozumiał zatem pustoszącą moc prawdomówności, stosowanej bez względu na okoliczności w życiu codziennym, jej destrukcyjne dla współżycia międzyludzkiego następstwa. (Spróbujmy sobie wyobrazić podwładnego mówiącego szczerze, co myśli o pomysłach szefa, czy choćby tylko młodzieńca bez ogródek wyjawiającego w pociągu ponętnej współpasażerce myśli przychodzące mu do głowy na jej widok). Stąd ów wynalazek „koniecznego kłamstwa”, który przecież nie przestaje być wcale „punktem krytycznym dla filozofa moralności”. Dlatego właśnie manuskrypt Reservationis mentalis tractatus został, spekuluje Sommer, jako niedający się uzgodnić z resztą nauczania moralnego Kanta, zniszczony po śmierci filozofa, a szkoda, bo zwłaszcza jezuici, którzy dogłębnym badaniom nad reservatio mentalis poświęcili sporo czasu i uwagi (Tomás Sánchez!) i którym z powodu tej dociekliwości niesłusznie przypisano cynizm i obłudę, znaleźliby w nim niewątpliwie kilka cieplejszych słów pod swoim adresem.

Sokratejski impact factor

Miłośników alternatywnej historii idei Sommer wystawia jednak gdzieniegdzie na próby nieporównanie trudniejsze. Z Apologii Judasza Iskarioty (Apologia Judae), zbioru apoftegmatów apostoła Judasza z drugiej połowy I w. po Chr., mogliby się oni bowiem dowiedzieć, że duchowe i intelektualne relacje między Jezusem a jego niewiernym apostołem były znacznie bardziej złożone, niż to przedstawia Ewangelia. Czytelnikom „Znaku”, których przywiązanie do jej prawowiernej wykładni jest powszechnie znane, lepiej będzie oszczędzić tu szczegółów, dość powiedzieć, że ów żydowski Diogenes nie tylko nauczył Jezusa zdrowego ludzkiego śmiechu, o którym ewangeliści, jak wiadomo, nie wspominają ani słowem, ale na dodatek ani myślał schodzić z tego świata śmiercią samobójcy nękanego wyrzutami sumienia – wręcz przeciwnie: na złość wszystkim dożył sędziwego wieku, by jeszcze w 70 r. zostać przyłapanym przez rzymskich legionistów w Świątyni Jerozolimskiej w okolicznościach w pełni usprawiedliwiających jego porównanie ze sławnym mędrcem z Synopy.

„Leksykon…” rzuca często zupełnie nowe światło na dzieje filozofii. Bo czy nie byłoby rzeczą odkrywczą prześledzić je raz jeszcze, analizując tym razem nie pisma myślicieli, ale ich… wnioski i petycje, zwłaszcza te dotyczące zatrudnienia i dotacji na badania? Takie zadanie postawił sobie w „Leksykonie…” Sommera niejaki Eduard Zeller (1814–1908), znany jako autor monumentalnej Filozofii Greków, rozpoczynając publikację serii gromadzącej podania o zatrudnienie wielkich filozofów i inne dokumenty związane z ich pracą, frapujące „świadectwo empirycznych badań nad filozofią” (s. 38). Ileż pociechy mogliby z nich czerpać młodzi adepci nauki, dowiadując się, jak mało skuteczne były starania Platona o katedrę filozofii w Syrakuzach albo zabiegi Sokratesa o dofinansowanie badań poświęconych zagadnieniu community thinking: powodem odrzucenia wniosku złożonego przezeń w Panhelleńskim Stowarzyszeniu Naukowym był niski impact factor przedstawionego projektu.

Polska twarz w Europie

Jest i o nas! Uznać to należy za doprawdy miły gest pod adresem Polaków, zważywszy, że nasz wkład w dzieje filozofii nie rzuca na kolana. Zgadnij, uczony Czytelniku, który to z nadwiślańskich myślicieli znalazł się w elitarnym gronie najwybitniejszych DWEMPS (Dead White European Male Philosophers). Kopernik? Leszek Kołakowski? Mieczysław Krąpiec OP? Próżne Twe wysiłki, znawco polskiej myśli. Naszym ambasadorem jest w „Leksykonie…” Sommera… Jan z Czarnolasu, twórca Trenów. Zresztą i tak jedynie jako autor domniemany. Ale dlaczego akurat on? Chodzi o dzieło zatytułowane De lacrimis, czyli O łzach (nota bene łzy to po niemiecku „Tränen”, co sporo wyjaśnia), anonimowy traktat teologiczny, opublikowany po raz pierwszy w 1910 r. w USA jako dodatek do zupełnie innej książki. Od tej pory uczeni nie ustają ponoć w sporach, kto mógłby być jego autorem. Oddajmy tu jednak głos samemu Sommerowi, bo fragment ów wart jest tego, by go ku pokrzepieniu serc przytoczyć in extenso: „W ostatnim czasie preferowany jest pogląd, że dzieło należy przypisać polskiemu poecie renesansowemu, Janowi Kochanowskiemu (1530–1584), który w 1580 r. w swych Trenach w sposób bardzo osobisty i poruszający dał wyraz żalowi po śmierci kilkuletniej córeczki, opłakując zarazem unicestwioną przez jej zgon idyllę rodzinną. W swym zasadniczym kształcie Treny i Łzy są sobie dość bliskie, jednak w tych ostatnich brak owego chrześcijańsko-neostoickiego pocieszenia, którym Kochanowski uważa za stosowne zakończyć Treny. Przeciwko takiej atrybucji Łez podniosły się głosy sprzeciwu z dwóch stron: z jednej była to krytyka stosownych gremiów UE, protestujących przeciwko kojarzeniu polskości z użalaniem się nad sobą, hałaśliwą płaczliwością oraz instrumentalizacją krzywd doznanych w historii, które to skojarzenie wywołuje jakoby przypisanie owego dzieła Kochanowskiemu (Komisja Europejska jako najwyższa instancja zdecyduje za dwa miesiące, czy hipoteza o autorstwie Kochanowskiego winna być zakazana na terenie całej Europy jako przynosząca szkodę paktowi stabilizacyjnemu); z drugiej zaś domniemaniu, jakoby polski poeta narodowy mógł mieć coś wspólnego ze Łzami, jednomyślnie przeciwstawiło się katolickie duchowieństwo Polski. Prawie co godzinę stosowne głosy protestu upowszechnia powiązana z nim rozgłośnia, Radio Maryja”.

Ten sprzeciw polskich środowisk katolickich tłumaczy niejednoznaczna treść i wymowa traktatu: omawia on mianowicie szczegółowo 696 różnych odmian i rodzajów łez. Co prawda, rozprawa zdaje się głosić pogląd, iż wszystkie one znajdują swą syntezę, swoistą summa lacrimarum, w łzach Ukrzyżowanego, wyrażając zasmucenie Chrystusa ludzką skłonnością do grzechu, ale i najwyższą radość z powodu zbawienia, będącego owocem złożonej przezeń ofiary. Gdyby tak się rzeczy miały, to – przypuszcza Sommer – księża z Radia Maryja nie mieliby nic przeciwko tezie o autorstwie Kochanowskiego. Na tym jednak nie kończą się spekulacje tajemniczego twórcy De lacrimis, który zaraz sam podważa dopiero co sformułowaną konkluzję o uniwersalnym płaczu Jezusa. W dziejach świata znaleźć można bowiem inną jeszcze postać, w której łzach znalazły odbicie również uczucia nieznane Zbawicielowi: gniew, nienawiść i radość z cudzego nieszczęścia. Ta postać to nikt inny jak tylko diabolus ipsissimus, diabeł wcielony, płaczący ze śmiechu po wygnaniu naszych prarodziców z raju, roniący łzy dumy z powodu wyzwolenia się spod boskiej dyktatury, łzy smutku na wieść o zbawieniu człowieka, a wreszcie łzy wywołane szyderczym chichotem na widok „tego najgorszego z wszystkich możliwych światów”, będącego miejscem zesłania stworzeń boskich. Oznaczałoby to, że w łzach szatana skoncentrowana jest moc znacznie większa niż w łzach Jezusa, albowiem obejmują one o wiele szersze spektrum możliwych doznań i uczuć. To zaś sprawia, że „w oczach księży z Radia Maryja tylko niewielki krok dzieli ów pogląd od przypisania diabłu dzieła stworzenia świata i zbawienia ludzkości”. Skądinąd nasi biskupi z satysfakcją zapewne powitają tak wyrazisty dowód na to, że toruńska rozgłośnia stała się nie tylko „katolickim głosem w naszych domach”, ale i polską twarzą w Europie. Gaude mater Polonia!

Wysiadywanie Fenomenologii ducha

Rozrost bibliotek wyimaginowanych wydaje się na pierwszy rzut oka fenomenem trudnym do zrozumienia, bo skoro produkcja książek realnych przybrała już rozmiary kataklizmu („wszyscy piszą, nikt nie czyta”), to po co komu jeszcze książki obdarzone bytem jedynie wirtualnym? Na ile realny jest jednak byt tych z pozorurzeczywistych? Któż dziś jeszcze ma czas i ochotę przegryzać się mozolnie przez Sumę teologiczną czy dzieła zebrane Schellinga? „Wirtualna” lektura streszczeń i wprowadzeń zastępuje na ogół lekturę „realną”. Czyż więc nie lepiej pisać od razu abstrakty? Na razie nic jednak nie wskazuje na to, by potop drukowanego słowa (teraz rozpowszechnianego także za pomocą czytników elektronicznych) miał się prędko zakończyć. Do rangi dogmatu, któremu nikt nie śmie się przeciwstawić, podniesiono pierwsze i najważniejsze przykazanie współczesnej nauki: Publish or perish. Pewien świeżo upieczony rektor świeżo upieczonego powiatowego uniwersytetu („… a w każdym powiecie po uniwersytecie”) swą gorliwość w jego wypełnianiu posunął tak daleko, że podległym sobie pracownikom, nieposiadającym habilitacji, polecił, by w murach młodej Alma Mater spędzali pięć godzin dziennie przez cztery dni w tygodniu. „Niech piszą publikacje”, rozkazał Magnificencja w lokalnej gazecie. Uczony ów mąż – odznaczający się, jak widać, nieczęstą w sferach akademickich prostodusznością – wyobraził sobie zapewne, że to dzięki podobnym zachętom wysiedziano niegdyś Krytykę czystego rozumu i Fenomenologię ducha, można jednak żywić wątpliwości, czy w tym konkretnym wypadku rektorski ukaz zaowocuje czymś więcej niż jakąś nową Pochwałą głupoty.

Tymczasem może należałoby właśnie odwrócić wszystkie obowiązujące kryteria stosowane w ocenie tego, co w poetyckiej prozie Ministerstwa Nauki zwie się „osiągnięciami naukowymi”, przyznając dziełom wyimaginowanym wyższość nad rzeczywistymi. „Ileż to publikacji ogłosił szanowny kolega drukiem w ubiegłym roku rozliczeniowym?” – pytałby dziekan podwładnego, gdy zaś ten odpowiadałby dumnie: „Dziesięć, panie dziekanie”, słyszałby w odpowiedzi: „Niedobrze, kolego, proszę w następnym roku opublikować najwyżej jeden artykuł – a i to niekoniecznie – natomiast pozostałych dziewięć jedynie wyimaginować, w przeciwnym razie będziemy musieli rozwiązać z panem umowę”. W końcu dzieła wyimaginowane, ukerga i anerga, jak je nazywa Sommer, nie tylko „rozszerzają horyzont myślowy ludzkości”. Tak jak realność dzieł napisanych i wydrukowanych bywa nieco wirtualna, tak wirtualność owych ukergów to wirtualność – rzec można – na swój sposób realna, a wiedzy w nich zawartej lekceważyć nie wolno: czy ktoś zdoła kiedykolwiek policzyć, ile istnień ludzkich ocaliła upowszechniona w Jednej minucie ludzkości J. i S. Johnsonów wiadomość o tym, jak szkodliwe dla zdrowia jest oddawanie moczu z wiaduktu kolejowego na przewody sieci trakcyjnej?

Nie cieszmy się jednak: nic z tego nie będzie. W 1786 r. niejaki Carl Friedrich Bahrdt, niemiecki teolog i publicysta polityczny, założył stowarzyszenie o nazwie „Unia Niemiecka”, którego jednym z celów miało być „przeciwdziałanie nieokiełznanej manii pisania”. Gdy umierał sześć lat później, bibliografia spłodzonych przezeń – jak najbardziej realnych – dzieł liczyła… 117 tomów.

Może się więc zdarzyć, że i paru czytelników „Leksykonu…” znajdzie w nim zachętę, by – jak się wyraża Sommer – „dzieł nienapisanych nie pozostawić nienapisanymi”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter