70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chłopcy szybujący w chmurach

David B. opowiada nam swoje dzieje, korzystając z narzędzi, jakie daje mu komiks. Tylko czy sama jego formuła nie jest obciążeniem? Czyż nie jest aktem bezczelności mówienie o tak trudnych sprawach za pomocą „obrazków z dymkami”? Dziś komiks przestał już chyba być taktowany jako niepoważna zabawa.

Rok 1994. „Jestem w Olivet, w łazience rodziców”. Na rysunku widzimy młodego jeszcze mężczyznę. Ma na imię Pierre-François. Myje zęby. Nagle do pomieszczenia wchodzi drugi. Nieogolony. O obwisłym, wielkim brzuchu. Stracił już część zębów, zaczął łysieć. „To ja…” – mówi. Pierre-François patrzy za zdziwieniem. Po chwili reflektuje się. „Przez chwilę nie rozpoznałem faceta, który wszedł. To mój brat” – notuje.

Przekładamy stronę. „W 1964 mieszkam w Orleanie z rodzicami, bratem i siostrą…” Na rysunku widzimy trójkę rodzeństwa. Pierre-François ma 5 lat. Jean-Christophe – 7, a Florence 4 lata. Bawią się. Rozrabiają. Słuchają ojca opowiadającego biblijne historie. Matki czytającej Juliusza Verne’a. Są zwykłym rodzeństwem. Aż pewnego dnia Jean-Christophe traci przytomność.

Oba wydarzenia dzieli 30 lat. To o nich opowiada David B., czyli Pierre-François Beauchard, francuski scenarzysta i autor komiksów. Swą historię zawarł w sześciu albumach opublikowanych w latach 1996–2003, składających się na blisko 400 stron czarno-białych ilustracji. W Polsce wydano je w jednym tomie.

Smoki i demony

W oryginale cykl był zatytułowany L’Ascension du Haut Mal. David B. przywołał dawne francuskie określenie choroby, która dotknęła jego brata. Posłużenie się archaizmem – Haut Mal (wysokie zło) – wydaje się celowym niedopowiedzeniem. Jakby autor lękał się nazwania rzeczy po imieniu. Podobny zabieg zastosowano w polskim przekładzie, odwołując się do figury św. Wita, męczennika z czasów Dioklecjana, patrona chorych na epilepsję. Dodatkowo tytuł w tej właśnie wersji językowej jeszcze mocniej podkreśla baśniowy charakter tego komiksu. Rycerze świętego Wita są bowiem baśnią, ale w niczym nieprzypominającą dzisiejszych lukrowanych historyjek dla dzieci. Davidowi B. bliżej do utworów braci Grimm, w których zło jest nieusuwalną częścią ludzkiego doświadczenia.

Jean-Christophe szybko ocknął się po pierwszym ataku. Jednak coś się nieodwołanie zmieniło. „Dla mojego brata i rodziców rozpoczął się zaklęty krąg lekarzy” – zauważa Pierre-François. Świat zaczyna dzielić się na ten przed i ten po napadzie, na stan choroby i stan wiary, że nastąpiło wyzdrowienie. Choroba staje się centrum życia całej rodziny. Co gorzej, nieufni wobec konwencjonalnej medycyny rodzice zaczynają szukać pomocy u tzw. uzdrowicieli. Śledzimy kolejne próby leczenia, wizyty u kolejnych „magów”, przenosimy do kolejnej społeczności makrobiotycznej. Gdy to nie pomaga, rodzina wybiera się na pielgrzymkę do Lourdes. „Pamiętam sznureczek pielgrzymów stojących w kolejce do basenów” – wspomina Pierre-François. „Pamiętam dwóch osiłków, których zadaniem jest taśmowe zanurzanie ludzi w wodzie”. „Pamiętam lodowatą wodę”. „I pamiętam, że tego dnia nie było cudu” – dodaje. Beauchardowie stają się coraz bardziej wyobcowani, zmieniają miejsca zamieszkania w poszukiwaniu pomocy dla Jeana-Christophe’a. Jednak nie jest to jedyny powód przeprowadzek. Bywają one też reakcją na sąsiadów, ich lęki i obawy.

Stan Jeana-Christophe’a, mimo wszystkich podejmowanych wysiłków, pogarsza się. Zaczyna tracić kontrolę nad swoim zachowaniem. Staje się coraz bardziej bezradny. Pierre-François ucieka zaś w świat wyobraźni. W Rycerzach świętego Wita codzienność przeplata się z marzeniami, snami, fantazjami. Niepokojącymi, mrocznymi, bywa, że brutalnymi, pełnymi przemocy. Są w nich Attyla i Wielcy Mongołowie. Szkielety i zjawy. Smoki i demony. Ten nierzeczywisty świat staje się sposobem na radzenie sobie z realnością, która jest dla dziecka zbyt przytłaczająca. Radzenie dość osobliwe, bo kreowany przez niego świat chwilami jest nie mniej przerażający niż ten, w którym przyszło mu żyć. Być może Davidowi B. bliskie byłoby wyznanie z Zapisków wariata Lwa Tołstoja: „Jestem zawsze ze sobą, i właśnie ja jestem sam dla siebie udręką. Ja cały jestem tutaj (…). Uprzykrzyłem się sobie, jestem sam dla siebie nie do zniesienia, sam siebie dręczę”.

Przełamywanie tabu

David B. jest zarówno autorem scenariusza komiksu, jak i samych rysunków. Przez cały czas mówi we własnym imieniu. Słowa są lakoniczne, a wszystko zostało narysowane prostą, często bardzo ostrą kreską. Nie ucieka od czerni. Całe strony toną w mroku. Nieprzypadkowo jego rysunek bywa porównywany do dzieł niemieckiego ekspresjonizmu. Jakby pewna brutalność formy miała odpowiadać brutalności treści. „Jak wiele ataków będzie mieć w całym życiu?” – w pewnym momencie zastanawia się David, jakby był jedynie chłodnym obserwatorem.

Tony Judt, cierpiący na śmiertelną chorobę Lou Gehriga, we wprowadzeniu do zbioru szkiców Pensjonat pamięci zanotował: „dostrzegam, że okazałem się dość szczery, a miejscami nawet krytyczny wobec tych, których kocham, podczas gdy ludzi, do których mam stosunek mniej niż czuły, potraktowałem na ogół z wyważoną dyskrecją”. Po czym dodał: „Niewątpliwie tak powinno być”. David B. z nie mniejszą szczerością potraktował swoich bliskich. Patrzy na swoją rodzinę i na siebie samego z niezwykłą ostrością, a nawet bezwzględnie. Pokazuje chorobę, która niszczy. Nie tylko Jeana-Christophe’a. Davida B. zapewne rozbawiłyby słowa, że cierpienie uszlachetnia, tak często powtarzane przez rozmaitych zadowolonych z siebie moralistów, chyba niezdających sobie sprawy z własnej śmieszności.

Autor precyzyjnie oddaje pękanie rodzinnych relacji. Dostrzega pojawiające się obcość, niezrozumienie, irytację, gniew, ale też rezygnację, zobojętnienie. Pewnego dnia babcia mówi do Pierre’a-François: twoi rodzice bardzo się kochali. I dodaje: „A potem twój brat stał się berdin [głupkiem]… To wszystko popsuło”. „Jean-Christophe nie jest debilem!” – protestuje chłopak. Ale w jego głowie tłoczą się obrazy, w których znęca się nad chorym bratem. To, co nieopowiedziane słowem, zostaje narysowane.

Nawet najbliższa osoba „nie potrafi zrozumieć poczucia izolacji i uwięzienia, jakie ta choroba narzuca swoim ofiarom” – zauważa Tony Judt. Mimo że pisze on o stwardnieniu zanikowym bocznym, jego słowa można odnieść do sytuacji innych nieuleczalnie chorych. Nikt nie jest w stanie dotrzeć do Jeana-Christophe’a. On sam coraz bardziej grzęźnie w chorobie, która oddziela go od świata. Bywa nieznośny, wręcz egoistyczny. „Nagle zdaję sobie sprawę, że choroba zmieniła go fizycznie” – zauważa z przerażeniem Pierre-François. „Nie stał się taki z dnia na dzień, ale nie chciałem tego dostrzec”. „Odmawiam oglądania go chorym. Nie akceptuję tego”. I dodaje: „Jestem bezduszny”. To ostatnie wyznanie może zaskakiwać. David B. zdaje się mówić: przewinieniem wobec chorego jest odmowa dostrzeżenia go takim, jaki jest. To nie jest akt litości wobec cierpiącego, tylko wobec siebie.

„Upada podczas ataków, krzywdzi się coraz bardziej” – Pierre-François opisuje kolejny atak. „… tego wieczoru upadł na kaloryfer. Krwawi jak zarzynane prosię”. „Nie mogę opanować śmiechu, to nerwowe”. Poszczególne słowa zapisane przez Davida B., jego rysunki mogą drażnić, irytować, wywoływać oburzenie. Nie tego przecież oczekujemy od bliskich chorego. Rycerze świętego Wita wydają się złamaniem niepisanego zakazu. O tym się nie mówi, przynajmniej głośno. Ten komiks jest skandalem, ale nie w obiegowym, medialnym żargonie. Poważniejszym, bo przełamuje ważne społeczne tabu dotyczące choroby. Oczekujemy opieki nad chorym, bezapelacyjnego oddania temu, który jest ofiarą. Choroba jednak niesie ze sobą zło. Zło, które zaraża.

Ostatecznie Pierre-François wyjeżdża. Mieszka w Paryżu. Któregoś dnia na ulicy spotyka brata. Próbuje rozmawiać. Nic z tego nie wychodzi. Wymieniają zaledwie kilka zdawkowych słow. Rozstają się „I już” – notuje. „Tylko tyle”. „Przechodził mój brat”. Widzi, że są sobie obcy. „Dlatego jestem sam” – zauważa. „Jak mógłbym mieć przyjaciół, skoro nie jestem nim nawet dla brata”.

Obrazki z dymkami

David B. opowiada nam swoje dzieje, korzystając z narzędzi, jakie daje mu komiks. Tylko czy sama jego formuła nie jest obciążeniem? Czyż nie jest aktem bezczelności mówienie o tak trudnych sprawach za pomocą „obrazków z dymkami”? Dziś komiks przestał już chyba być traktowany jako niepoważna zabawa. Przeciwnie, jego twórcy podejmują nawet najtrudniejsze tematy. Komiks Davida B. bywa nawet porównywany z legendarnymi książkami pt. Maus Arta Spiegelmana, wstrząsającą opowieścią o czasach Holokaustu, chociaż bliższy jest Persepolis Marjane Satrapi, która także stworzyła autobiograficzną opowieść o własnym dojrzewaniu.

Być może dostrzeżono, że umowność komiksu, jego konieczna lapidarność i skrótowość pozwalają dotrzeć do szerszej lub po prostu innej grupy odbiorców. Połączenie obrazu i słowa daje większe możliwości perswazji. Daje też coś jeszcze: alibi. Autor zawsze może powiedzieć: to tylko rysunkowa opowieść. Skoro tak, to mogę więcej: ujawniać to, co jest skrywane, a nawet niewypowiadalne albo czynić realnym to, co nie jest możliwe. David B. opowiada przecież historię małych rycerzy, którzy na swój dziecinny sposób próbują się oswoić z rzeczywistością, w jakiej się znaleźli. W epilogu książki ponownie wkraczamy w sferę snu, w której Pierre-François i Jean-Christophe szybują razem na koniach w przestworzach.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata