70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Añoranza, homesickness, stesk

Ginące języki mogą kryć w sobie remedia na gnębiące nas choroby i lekarstwa na klęskę głodu, ale niemniej fascynująca jest zapisana w nich wiedza o samym człowieku i o tym, jak rozumie on świat.

Jak na dziedzinę humanistyczną językoznawstwo jest dosyć odporne na sentymenty. Zamiast szukać w wierszach obrazów miłości, lingwiści zgłębiają strukturę zdania, zamiast popadać w filozoficzną zadumę, wolą dociekać, jakie procesy sprawiły, że praindoeuropejskie słowo „*gwen” przyjęło w polskim formę „żona”, a w angielskim „queen”. Strony ich książek zdobią formuły i wykresy pełne gwiazdek i strzałek, próżno tam szukać emocjonalnych uniesień. Istnieje jednak jedno zagadnienie, które niezawodnie wprawia lingwistów w nostalgię, każe im rozpoczynać swoje książki od przywoływania mitów i opowiadać o czasie spędzonym z tymi, którzy już odeszli. Dzieje się tak, kiedy piszą o wymierających językach.

Język jak milion dolarów

Szacuje się, że na świecie używa się dziś ok. 6–7 tys. języków. Na stronie www.ethnologue.com, która jest standardowym katalogiem języków, widnieje liczba 7105. Blisko połowa z nich zagrożona jest wyginięciem i najprawdopodobniej nie dotrwa do kolejnego stulecia. Niekiedy wymieranie języków porównuje się do sytuacji ginących gatunków zwierząt i roślin. Statystyki dla tych ostatnich są jednak bardziej optymistyczne. Wśród ssaków mamy 15% krytycznie zagrożonych gatunków, wśród roślin – ok. 8%.

Może się wydawać, że język, o którym mało kto słyszał, a który był używany przez ostatnich kilkadziesiąt lat jedynie przez niewielką odciętą od świata społeczność, nie ma aż tak dużego znaczenia jak żywe organizmy będące częścią skomplikowanego ekosystemu. Jednak nie wszystkie ginące języki są używane przez egzotyczne plemiona. Ale trzeba też zaznaczyć, że wbrew pozorom, to właśnie te „dziwne” i w dużym stopniu odseparowane od wielkich dominujących kultur społeczności mogą nam zaoferować najcenniejszą, bo najmniej oczywistą, wiedzę.

Egzotyczne języki najprościej chyba docenić za informacje w nich zapisane. Społeczności żyjące od pokoleń w określonym miejscu znają zazwyczaj świetnie swoje otoczenie. Wiedzą, dlaczego lepiej unikać niektórych zwierząt, które rośliny nadają się do jedzenia i jakie właściwości mają rosnące w okolicy grzyby. O ile przeciętnemu Europejczykowi zbędna może się wydawać wiedza o roślinach leczniczych ukrytych w amazońskiej dżungli, o tyle firmy farmaceutyczne potrafią zrobić z tego wymierny użytek. Jak podaje K. David Harrison w swojej książce When Languages Die („Kiedy umierają języki”), leki oparte na roślinach znanych pierwotnie tylko medycynie ludowej przynoszą dziś ich producentom roczny dochód w wysokości 85 mld dolarów. Dodaje przy tym, że ponad 80% żyjących na świecie organizmów wciąż jest nieznanych współczesnym badaczom. Wielką pomocą w poznaniu flory i fauny naszej planety byłaby wiedza zapisana w językach różnych społeczności. Niestety, jej pozyskiwanie to wyścig z czasem.

Spór o naturę człowieka

Ginące języki mogą kryć w sobie remedia na gnębiące nas choroby i lekarstwa na klęskę głodu (znane są np. plemiona żywiące się roślinami morskimi), ale niemniej fascynująca jest zapisana w nich wiedza o samym człowieku i o tym, jak rozumie on siebie i świat. Każdy język jest systemem, który pokazuje, w jaki sposób jego użytkownicy dzielą świat na kategorie. Mogłoby się wydawać, że kategorie po prostu już w tym świecie istnieją, ale nie zawsze jest jasne, jakie elementy do danej kategorii należą. Na pierwszy rzut oka nie do końca musi być oczywiste, dlaczego wieloryb nie jest rybą, mimo że język na to wskazuje. Jest w tej nazwie zapisane inne niż dziś rozumienie wieloryba. Granice kategorii nie zawsze są jasno wyznaczone, a język to rejestruje. Porównywanie języków pozwala zobaczyć, na jak wiele sposobów człowiek potrafi interpretować świat.

Ta różnorodność jest jeszcze bardziej widoczna w przypadku terminów abstrakcyjnych, opisujących uczucia, wartości, świat duchowy. I nie trzeba nawet odwoływać się do języków szczególnie odległych, żeby to dostrzec. Milan Kundera w powieści Niewiedza (Warszawa 2003) zestawia ze sobą słowa z bliskich sobie języków europejskich i pokazuje, że nawet między nimi granice znaczeniowe nie do końca się pokrywają: „Po grecku powrót brzmi nostos. Algos oznacza cierpienie. Nostalgia jest zatem cierpieniem spowodowanym przez niespełnione pragnienie powrotu. Większość Europejczyków może wyrażać to podstawowe pojęcie słowem pochodzenia greckiego (nostalgie, nostalgia), oraz innymi słowami, których korzenie rosną w językach ojczystych: anoranza, mówią Hiszpanie; saudade, mówią Portugalczycy. W każdym języku słowa te mają własne zabarwienie. Często oznaczają jedynie smutek wywołany niemożnością powrotu do kraju. Tęsknotę za krajem. Tęsknotę za domem. Co po angielsku wyraża się słowem: homesickness. A po niemiecku: Heimweh. Po flamandzku: heimwee. Jednak to wielkie pojęcie w tej postaci staje się przestrzennie ograniczone. (…) Czesi obok nostalgii zapożyczonej z greki mają na to pojęcie własny rzeczownik, stesk, i własny czasownik; najbardziej wzruszające zdanie miłosne w czeskim: styska se mi po tobe: tęsknię za tobą; nie mogę znieść bólu twej nieobecności.
W hiszpańskim anoranza pochodzi od czasownika anorar (czuć tęsknotę), który pochodzi od czasownika enyorar, powstałego z łacińskiego ignorare (nie wiedzieć). W takim etymologicznym oświetleniu tęsknota wydaje się cierpieniem z powodu niewiedzy. Jesteś daleko i nie wiem, co się z tobą dzieje. Mój kraj jest daleko i nie wiem, co się w nim wydarza. (…) Niemcy rzadko używają słowa »tęsknota« w jego greckiej postaci i raczej mówią Sehnsucht: pragnienie tego, czego nie ma; ale Sehnsucht może się odnosić równie dobrze do tego, co było, jak i do tego, co się nigdy nie zdarzyło (do nowej przygody) i nie zawiera w sposób konieczny idei nostos” (s. 6–7).

Ten obszerny fragment bardzo dobrze pokazuje, jak wiele znaczeń kryje się za słowami, które w tłumaczeniu na polski przyjmują zazwyczaj jedną formę – tęsknota. Można więc zadać sobie pytanie: czy kiedy Francuzi, Niemcy, Anglicy, Czesi i Hiszpanie używają słów ze swoich języków, to mówią oni o tym samym czy w każdym przypadku o czymś innym? Czy ludzie w oddaleniu od domu czują zawsze coś podobnego? A idąc dalej – czy istnieje jakiś uniwersalny rodzaj doświadczenia wspólnego wszystkim ludziom? I – trzeba podkreślić – nie chodzi tu o podobną sytuację, w której na pewnym etapie znajduje się każdy człowiek, ale o to, jak jej doświadcza. Czy istnieje coś, czego doświadczamy tak samo? Co rozumiemy tak samo?

Gdyby istniało jakieś wspólne ludzkie rozumienie nas samych i świata, powinno ono mieć swoje odbicie w języku. Lingwiści szukają więc uniwersaliów językowych różnego typu: jedni zajmują się tropieniem identycznych znaczeń słów, inni – struktur zdania. Jednak nawet istnienie uniwersaliów można różnie interpretować. Prof. Anna Wierzbicka pracująca w Australian National University wiele lat poświęciła na budowanie listy prostych pojęć używanych we wszystkich językach. Wykaz zawiera zaledwie kilkadziesiąt wyrazów, takich jak: ja, ty, ktoś, coś, ludzie, ciało, ten, inny, jeden, dwa, dużo, wszystko, dobry, zły, duży, mały, myśleć, wiedzieć, chcieć, mówić, słowo, prawda, robić, być (istnieć), żyć, umrzeć itd. Zwolennicy językoznawstwa kognitywnego interpretują istnienie takich uniwersaliów jako efekt pewnych wspólnych wszystkim ludziom doświadczeń – wszyscy mamy ciało i jest to fakt uznawany przez ludzi za istotny, dlatego też wszyscy mamy słowo na ciało. Inaczej do uniwersaliów podchodzą generatywiści, którzy szukają ich głównie w strukturze języka. Według nich, posługiwanie się językiem jest u ludzi zakodowane genetycznie, a potwierdzeniem tej teorii powinny być uniwersalne prawa rządzące każdą gramatyką.

W jednym i drugim przypadku uniwersalia językowe wskazywałyby na istnienie czegoś uniwersalnie ludzkiego. Problem polega na tym, że nawet jeśli znajdziemy identyczne elementy w większości języków, niczego to jeszcze nie dowodzi. Wystarczy przecież jeden język, który jest wyjątkiem, żeby wykazać błędność hipotezy o uniwersaliach. Z tego punktu widzenia najcenniejsze dane pochodzą z języków najdziwniejszych i najbardziej oddalonych od wpływów dominujących kultur. Bo wpływy te są dla różnorodności językowej najczęściej niszczące.

Przepychanki kultur

Jak ujmuje to wspomniany już K. David Harrison, ginące języki – ściśle rzecz biorąc – nie tyle „wymierają”, ile są „wypychane” przez języki, które mają dużą liczbę użytkowników, bardziej się dziś liczą, oznaczają prestiż, otwierają nowe możliwości. Młode pokolenie postawione przed wyborem: mówić językiem dziadków i zostać w rodzinnej wiosce czy nauczyć się innego języka, w którym można zdobyć wykształcenie i pracę w mieście, najczęściej wybierze to drugie, szczególnie w zglobalizowanym świecie.

Nie zawsze jednak taki wybór w ogóle istnieje. W sytuacji przymusu znaleźli się np. Tofalarzy, lud turecki żyjący na terenie Rosji, który do początku XX w. prowadził koczowniczy tryb życia, jednak po utworzeniu Związku Radzieckiego został zmuszony do osiedlenia się w kołchozach. Na dzieci nałożono obowiązek nauki rosyjskiego – jedynego języka, którego wolno było im używać w szkole. Represje wobec kultury mniejszościowej lub chociażby jej marginalizowanie w wielu przypadkach były pierwszym etapem procesu ginięcia języka. Mimo że dziś żyje wciąż 650 Tofalarów, tylko dwudziestu kilku używa tofalarskiego, jedynego znanego języka, który posiada przyrostek tworzący z rzeczowników przymiotniki oznaczające „pachnie jak …” (jeśli do słowa ivi, które oznacza renifera, dodamy wspomniany przyrostek – , otrzymamy słowo ivisig, czyli „pachnący jak renifer”). Czy ktoś dziś jeszcze myśli o tym, że zapach jest nośnikiem ważnych informacji? Na tyle ważnych, żeby zakodować to w budowie języka?

Wpływy zewnętrzne mogą mieć bardzo negatywne skutki, nawet jeśli wynikają z dobrych intencji. Niestety, można je już zaobserwować na przykładzie badań języka pirahã, którym posługuje się niewielkie plemię Fotografia z początku XX w. przedstawiająca rodzinę Tofalarów z guberni Jenisejskiej | fot. L. Wieniukow/Nowosybirs kie Muzeum His torii Regionalnej/Biblioteka Kongresu debaty z dżungli amazońskiej. Lud Pirahã przez ostanie kilkadziesiąt lat zadziwiał językoznawców. Daniel Everett, który pojechał do nich pierwotnie jako chrześcijański misjonarz, będąc pod wpływem niespotykanej kultury i sposobu myślenia, porzucił swoje ewangelizacyjne zapędy i poświęcił się badaniu tego dziwnego języka. Jeśli jego ustalenia są zgodne z prawdą, to znaczy, że istnieje kultura, w której nikt nie przejmuje się liczeniem choćby do dwóch (nie ma w tym języku liczebników), nie planuje przyszłości, a historia kończy się tam, gdzie wspomnienia najstarszego członka wspólnoty. Ludzie z tego plemienia znają świetnie swoje dzieci, ale nie myślą nigdy o tym, ile ich mają. Kiedy dzielą posiłek, każdemu nakładają hojnie, a jeśli dla kogoś nie starczy (jak to wcześniej policzyć?), osoba ta je razem z kimś, kto dostał już swoją dużą porcję. Opracowania Everetta postawiły pod znakiem zapytania wiele postulowanych uniwersaliów językowych. Jednak kolejne badania lingwistów mogą już nie potwierdzić np. braku znajomości liczebników wśród tego plemienia. Od niedawna władze Brazylii dbają o wykształcenie dzieci z plemienia Pirahã – w specjalnie dla nich stworzonej szkole odbywają się lekcje portugalskiego i matematyki. Nawet jeśli to młode pokolenie będzie znało język swoich rodziców, ich rozumienie świata będzie już inne, bardziej podobne do tego, które odnajdujemy w językach europejskich.

Można oczywiście stwierdzić, że dzieciom z plemienia Pirahã nie stanie się nic złego, jeśli poznają tabliczkę mnożenia, w końcu od tego się nie umiera. Problem polega na czymś innym. Sytuacja tego plemienia pokazuje, że gdyby językoznawcy dowiedzieli się o nim za późno, moglibyśmy nigdy nie pomyśleć, że istnieje również taki model życia społecznego, w którym nie są istotne ani historia, ani plany na przyszłość, ani liczba dzieci (nie mówiąc o dalszych krewnych, na których Pirahã też nie potrzebowali i nie wynaleźli słów). Prawdopodobnie niepoznane języki, którym grozi wyginięcie, kryją w sobie jeszcze wiele najróżniejszych scenariuszy, o których się nam nie śniło.

Kiedy mniej nie znaczy więcej

Można by zapytać, czy to, co dzieje się z językami, nie jest czymś w rodzaju ewolucji, która eliminuje słabszych i gorzej przystosowanych. Może należy przyjąć z ulgą, że wpływy dominujących języków są coraz większe? Przecież powinno to niwelować nieporozumienia. Jeśli języków będzie coraz mniej, a te, które przetrwają, będą coraz bardziej do siebie podobne, powinniśmy w coraz większym stopniu stawać się jednym światowym społeczeństwem. W tym toku rozumowania umyka jednak coś bardzo ważnego – chodzi przecież o wiedzę, a tej nie da się uprościć bez uszczerbku na jej bogactwie. Malejąca liczba języków oznacza coraz skromniejszy materiał do badania, co może skutkować nieprawdziwym, uproszczonym obrazem człowieka, jaki się z tych badań wyłoni.

Mimo że zagrożone języki można porównywać do ginących gatunków zwierząt i roślin, nie powinno się ich postrzegać w ten sam sposób. Ginące języki mają nam coś do powiedzenia o nas samych. Są jak szkatułki z listami w środku, które możemy otwierać albo zakopywać i już nigdy nie znaleźć.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter