70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Historia zbawienia ma początek i dzieje się naprawdę; jest umiejscowiona w czasie, w materii, w przestrzeni, we wszystkich ziemskich i ludzkich wymiarach.

22 września 2013, niedziela

W dzisiejszym programie TVP 1 Między niebem a ziemią co chwila padało pytanie: co to znaczy ewangelizować? Padały różne odpowiedzi: czasem wzniosłe, czasem bezradne – ankietę można by ciągnąć bez końca, a i tak nie wszystko zostałoby powiedziane. Najbardziej bliskie sedna wydaje mi się stwierdzenie, że ewangelizować to znaczy po prostu opowiadać Ewangelię – opowiadać (komuś, ale i sobie) to, co zdarzyło się naprawdę. I słowo „naprawdę” jest dla mnie słowem najbardziej tutaj istotnym.

W zakończeniu swojej Ewangelii św. Jan powiadamia nas o czymś, co brzmi najbardziej sensacyjnie właśnie jako komunikat o tym, co było: „Ten właśnie uczeń daje świadectwo o tych sprawach i on je opisał. A wiemy, że świadectwo jego jest prawdziwe. Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać” (J 21, 24–25). Nie mogę sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałam ten tekst jako fragment Ewangelii czytany podczas mszy, a przecież jest to komunikat zawierający nieprawdopodobną tajemnicę, na którą odpowiedź może nigdy do nas nie dotrzeć. To, co zostało zapisane, w zupełności zajmie nam jednak cały czas jeszcze pozostawiony na rozważanie tego, o czym wiemy, że było naprawdę.

Czas przeszły jest tu równie ważny jak czas teraźniejszy. To nie przypadek, że zrezygnowano podczas mszy z poprzedzania fragmentu Ewangelii zwrotem: „Onego czasu”. Kościół chciał uświadomić kolejnym pokoleniom, że cała Dobra Nowina jest teraźniejsza, a nie przeszła, że wszystko w jej przesłaniu to tajemnica otwierana przed człowiekiem i jego powołaniem od pierwszego momentu jego narodzin aż do ostatniego tchnienia. Stało się tak także i z tej prostej przyczyny, iż kiedyś wszystko, o czym czytamy w ewangeliach, zaczęło się naprawdę. Naprawdę Bóg w pewnym momencie wkroczył w czas z wieczności. Nie tylko przemawiał do ludzi i ingerował w ich dzieje z rzadka i wyjątkowo, ale przyjął człowieczeństwo z wszystkimi tego najdalszymi konsekwencjami. Historia zbawienia ma początek i dzieje się naprawdę; jest umiejscowiona w czasie, w materii, w przestrzeni, we wszystkich ziemskich i ludzkich wymiarach. Nie symbolicznie ani w wyobraźni, ale naprawdę w jednym miejscu i wobec jednej osoby ludzkiej dokonało się posłanie z wieczności i był to pierwszy moment istnienia ziemskiego Jezusa Chrystusa, czyli Drugiej Osoby Trójcy Świętej. To było naprawdę, że od pewnej chwili zaczęło bić serce dziecka Maryi, a gdy już miała je w rękach, to naprawdę był kiedyś pierwszy uśmiech i pierwszy płacz…

Można o tym myśleć całymi godzinami i latami. Albo inaczej: można w swojej egzystencji przeżywać wszystkie kolejne elementy wspólnoty człowieczeństwa z kimś, kto przychodzi do nas z samego środka niewyobrażalnej tajemnicy. Jan Ewangelista przypomina nam, że podarowano nam tylko 33 lata ludzkiego doświadczenia Jezusa Chrystusa; uświadamia nam też, że nie można byłoby wyczerpać całego Jego ludzkiego bytowania, nawet gdyby ktokolwiek potrafił opowiedzieć nam wszystko. Równocześnie jednak każdorazowa lektura czterech ewangelistów, nawet w dosłownie najmniejszym zdaniu, otwiera nam drzwi do zgłębiania tajemnicy, o której zawsze wiemy to samo: ona jest naprawdę. Jeżeli czytamy o jednym z najbardziej poruszających faktów – zgubienia 12-letniego chłopca w Jerozolimie, to nie może nas nigdy zaspokoić pytanie o to, czym kończy się ta opowieść: że Jezus wrócił z Józefem i Maryją do Nazaretu, był im poddany, wzrastając w mądrości i w latach. Możemy sobie bez końca myśleć, obserwując własne dzieci: z Nim było tak jak z nimi, odkrywając nieustanną więź człowieczeństwa, która staje się źródłem uspokojenia albo nakazem szukania dalej.

27 września 2013, piątek

W specjalny sposób nam to uświadamia modlitwa tak popularna i dawna jak mało która: różaniec. Jego cząstki nazwano tajemnicami, a przecież tematyka każdej z nich to jest właśnie opowiadanie i przypominanie o tym, co było naprawdę. Zarówno wtedy gdy odnosi się do faktów mających swoje daty i nazwy geograficzne, jak Zwiastowanie w Nazarecie czy Narodzenie w Betlejem. Jak wówczas gdy sięga po tajemnice odnoszące nas w przestrzeń poza czasem, a więc i naszym światem, jak ukoronowanie Maryi w niebie. Jedną z pociech tej modlitwy jest dla mnie to, że można pozostawać tylko i wyłącznie w kręgu myślenia o tym, czego można dotknąć, mimo że nie zostanie się zaspokojonym.

Tradycja wielu krajów dopełniła święta Bożego Narodzenia tysiącem wersji żłobka, stajenki, hołdu pasterzy, pokłonu Trzech Króli. Tysiące wcieleń mają swoje uprawomocnienie w tej jednej prawdziwej grocie Narodzenia, o której wiemy tylko, że znajdował się w niej żłób dla Dzieciątka. Kiedy jednak czytam o rozmowie Chrystusa z Samarytanką przy studni, do której przyszła po wodę, nawet nie muszę przenosić się w wymiar tajemnicy wody żywej, po której się już nie pragnie. Czasem cała pociecha płynie z myślenia czysto ludzkiego: że On wiedział, jak to jest, kiedy się jest spragnionym, i że Samarytanka, zanim pobiegła do swoich z Dobrą Nowiną, na pewno Go napoiła. Kiedy z kolei Jan Paweł II proponował tajemnice światła jako nową część różańca, mogę zacząć myśleć o tajemnicy przeżyć trzech apostołów – Piotra, Jana i Jakuba – świadków Przemienienia. To przecież tylko symboliczny komunikat: apostołowie zachwycili się nagłą białością szaty Mistrza i blaskiem bijącym z Jego twarzy; musiało być w tym coś niesłychanie pocieszającego, skoro nie chcieli już stamtąd odchodzić. A powiedzieli to tak zwyczajnie: jak to dobrze, że tu jesteśmy (wersja Ewangelii jest oczywiście bardziej solenna).

28 września 2013, sobota

Zamykający się w listopadzie Rok Wiary będzie pewnie czasem wielu rozliczeń z oczekiwań duszpasterskich. Wydaje mi się, że jednym z najbardziej ewangelizacyjnych oddziaływań jest komunikat, jaki otrzymujemy, spotykając człowieka odkrywającego owo „naprawdę” nie przez patos kazań i pouczeń, tylko w radości towarzyszącej dostrzeganiu, że tajemnica otwiera się i można wchodzić w nią z perspektywą, która nigdy się nie zamknie. Tylko artyści umieją takie spotkania między ludźmi przetłumaczyć na słowa. Innym wystarcza, że wiedzą, jak to jest, a doświadczenie jest z gatunku tych, które można zachować na zawsze.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata