70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Enteogeny – lekarstwo dla duszy?

Tak naprawdę to nie enteogen jest najważniejszy. On jest jedynie narzędziem. Jeden znachor będzie używał roślin, inny kamieni, jeszcze inny liści różnych drzew – metoda, którą stosuje do leczenia, jest związana z tradycją, z której się wywodzi, z tym, jak sam został wychowany przez swojego mistrza.

Będziemy rozmawiać o roślinach leczniczych czy o narkotykach?

Dobre pytanie na początek. Wiem, że dla wielu ludzi na Zachodzie rośliny np. z gatunku Banisterioposis caapi – znane jako ayahuaska, kaktusy takie jak Echinocactus williamsi, czyli peyotl, lub też grzyby z rodziny Psylocibe, razem określane mianem „enteogenów”, to po prostu narkotyki. Istnieje takie powiązanie, ale jeśli ktoś choć trochę pozna społeczności, w których owe rośliny lecznicze stosowane są od tysięcy lat, zrozumie, że tak naprawdę sprawa wygląda zgoła inaczej. W tradycyjnych wspólnotach enteogeny nie są przyczyną problemów społecznych, ale wręcz przeciwnie – po dziś dzień stosowane są w leczeniu wielu takich problemów. Prosty przykład: w świecie zachodnim wielu ludzi pali papierosy, choć jest medycznie i naukowo udowodnione, że regularne palenie jest szkodliwe dla zdrowia. Krótko mówiąc, w naszej kulturze istnieje problem z uzależnieniem od tytoniu, papieros jest narkotykiem. Tymczasem w społecznościach rdzennie amerykańskich tytoń, zarówno w postaci dzikiej, jak i hodowlanej, nigdy nie spełniał funkcji powszechnego narkotyku. Był łagodnym środkiem leczniczym. Również i dzisiaj do rzadkości należy widok indianina palącego papierosa za papierosem. Moja babcia sięgała po tytoń tylko i wyłącznie wtedy, gdy czuła nadciągającą chorobę. Zapalała wtedy nawet nie całego, ale jakąś 1/3 papierosa, kładła się do łóżka na dwie, trzy godziny, następnie wstawała i była zdrowa. Poza tym żadnych innych używek nie stosowała. W związku z czym ani w jej, ani w głowie żadnego członka tradycyjnej społeczności nigdy nie pojawiała się myśl, że palenie papierosów może być problemem, że wywołuje uzależnienie, i że może powodować groźne choroby, np. raka płuc lub jamy ustnej. Podobnie ma się rzecz z indianami Ameryki Północnej, którzy tytoniu lub innych roślin używali jedynie do palenia świętych fajek, w kontekście, ogólnie mówiąc, społeczno-ceremonialnym. Drugim przykładem są liście koki spożywane przez społeczności obszaru Andów. W medycynie ludowej mają one bardzo szerokie zastosowanie jako środek o pożytecznym wpływie na organizm. W XIX w. został z nich wyekstrahowany przez chemików europejskich alkaloid zwany kokainą. Kokaina nie jest częścią kultury indiańskiej, lecz zachodniej. Podobnych przykładów jest wiele. Dotyczą one także roślin występujących w innych kulturach i na innych kontynentach. W Ameryce Południowej używanie liści koki, a przede wszystkim stosowanie samej kokainy, stało się problemem społecznym dopiero wraz z pojawieniem się turystyki ze świata zachodniego. Wraz z nią rozpoczęły się zjawiska takie jak masowa produkcja, eksport narkotyków i wynikające stąd poważne problemy społeczne.

Pytam o to dlatego, że rośliny, o których będziemy rozmawiać, w myśl znowelizowanej w marcu 2009 r. ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, zaliczone zostały do kategorii środków odurzających. Na liście takich środków do tej pory funkcjonowały jedynie trzy rośliny – mak, konopie i krzew koki. W wyniku nowelizacji lista ta poszerza się o kolejnych 16 gatunków. Polska nie jest wyjątkiem, w wielu krajach rośliny te traktowane są jako substancje odurzające i wiązane z problemem narkomanii. Dlaczego Pana zdaniem używanie danej rośliny w jednej kulturze wiązane jest z potężnym problemem społecznym, a w innej traktowane jako działanie lecznicze?

Lęk przed narkotykami jest ekstrapolacją lęku przed problemem, który w społeczeństwach zachodnich już istnieje i ma poważne konsekwencje społeczne. Mówię o alkoholizmie. W naszej kulturze alkohol jest legalnym środkiem uzależniającym, wywołującym ogromne spustoszenie zarówno fizyczne, jak i psychiczne, nie wspominając o ekonomicznych. Jest spora różnica pomiędzy liczbą osób uzależnionych od innych narkotyków a liczbą osób uzależnionych od alkoholu. Podobnie ma się rzecz, jeśli wziąć pod uwagę społeczne skutki tych uzależnień. Niektórzy specjaliści wręcz twierdzą, że dyskusja o narkotykach jest sposobem odwracania uwagi od prawdziwego i nierozwiązywalnego problemu, jakim jest alkoholizm. To, czy dany alkaloid uznany jest za narkotyk czy środek leczniczy, w dużej mierze zależy od kontekstu czasowego i kulturowego, w jakim jest określany. Nazwa „narkotyki” upowszechniła się dopiero pod koniec XIX i na początku XX w., kiedy tego rodzaju środki zaczęto postrzegać jako zagrożenie dla społeczeństw zachodnich. Narkotyk to aktywny chemicznie środek wywołujący przyjemne, krótkotrwałe doznania, a jednocześnie posiadający długotrwałe negatywne skutki zdrowotne, psychiczne i społeczne. Termin „enteogen” został z kolei ukuty pod koniec lat 70., kiedy grupa badaczy etnobotaników doszła do wniosku, że działanie niektórych roślinnych substancji odbiega od wzorca charakterystycznego dla zachodniego rozumienia narkotyków. Enteogeny, mimo iż mają zdecydowanie mocniejsze działanie od wielu narkotyków, to jednak ich stosowanie opiera się na czymś zgoła innym niż chęć znalezienia się w stanie upojenia i zamroczenia świadomości. Na obszarach obu Ameryk, a szczególnie w Amazonii, w porównaniu z innymi częściami świata, występuje największa liczba odmian środków psychoaktywnych – roślinnych, zwierzęcych czy mineralnych. Podobnie jest jedynie na niewielkich obszarach Azji. Powtórzę raz jeszcze: w rzeczywistości świata zachodniego środki te uznane są za szkodliwe i w jego prawnych determinantach określane są mianem narkotyków, podczas gdy w społecznościach rdzennie amerykańskich te środki są częścią kultury od wielu tysięcy lat i nie są źródłem problemów, tylko wręcz przeciwnie stosowane są w kontekście ściśle terapeutycznym.

A zatem, Pana zdaniem, spożywanie enteogenów w pewnych kontekstach może być uznane za przyjmowanie narkotyków, a w innych za działanie terapeutyczne? Pytam o to również w kontekście badań nad terapeutycznym zastosowaniem tych i innych środków, np. marihuany czy LSD.

Pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie poprzez przykład dotyczący świata chrześcijańskiego. Wyobraźmy sobie, że ktoś pochodzący z innej kultury, a zafascynowany światem chrześcijańskim, choć sam niebędący chrześcijaninem, postanawia odprawić na własna rękę Mszę św. Robi to bez żadnego przygotowania, bez wejścia we wspólnotę, po prostu bierze naczynia liturgiczne, wino, chleb i na środku dyskoteki organizuje Mszę, myśląc, że skoro jest to takie fajne przeżycie, można je powtórzyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Podobnie jest z zastosowaniem enteogenów w rodzaju ayahuaski. W świecie zachodnim utarło się kompletnie niestosowne podejście do tej sprawy, polegające na przekonaniu, że ayahuaska czy inne enteogeny są środkami pozwalającymi mocno się odurzyć dla rozrywki. Krótko mówiąc, u wielu osób sięgających po substancje psychoaktywne łatwo da się zauważyć mechanizm analogiczny do mechanizmu związanego z imprezowym stosowaniem alkoholu. Dlatego m.in. tak wyraźnie podkreśliłem, że moim zdaniem uzależnienie od alkoholu jest wzorcem uzależnienia w naszej zachodniej kulturze. Po wiele innych środków sięgamy w taki sam sposób jak po alkohol, mimo iż w innych kontekstach kulturowych środki te nie są postrzegane jako narkotyki. Kontakt z substancjami psychoaktywnymi w kulturach tradycyjnych nie zaczyna się od tego, że człowiek szuka jakiegoś odmiennego stanu świadomości „dla zabawy”, lecz od tego, że cierpi, i jeśli nie spotka kogoś kto mu pomoże i kto ewentualnie poda mu taki środek (choć nie musi), to problem, z którym żyje, np. jakaś choroba, jakaś psychiczna niestabilność, głęboko zaburzy jego wewnętrzną równowagę lub spowoduje coś jeszcze poważniejszego. W świecie zachodnim próbowano również stosować enteogeny lub ich chemiczne odpowiedniki do celów leczniczych, ale ten kierunek został na razie zaniechany. Choć wydaje się, że obecnie następuje ponowne zainteresowanie takim kierunkiem badań.

Społeczności zamieszkujące obszar Amazonii posiadają wiele nazw na określenie wywaru o właściwościach psychoaktywnych, znanego jako ayahuaska. Co więcej, jego stosowanie jest głęboko zintegrowane z systemem wierzeń i wyobrażeń mitologicznych i ma przede wszystkim charakter religijno-rytualny.

Tak, najczęściej spotykana nazwa pochodzi z języka Quechua i oznacza „pnącze przodków, bądź zmarłych”. Żeby zrozumieć, na czym polega jego stosowanie, trzeba wyjaśnić, że dla medycyny tradycyjnej, nie tylko indiańskiej, człowiek jest częścią środowiska, w którym żyje. Postrzegany jest jako wielowarstwowa istota będąca częścią większego uniwersum. Choroba ma w takim ujęciu związek z relacjami, jakie go łączą ze środowiskiem społecznym lub naturalnym albo oboma naraz. Leczenie polega zatem na przywróceniu równowagi w tych relacjach. Niektóre warstwy są bardziej fizyczne, materialne, podczas gdy inne – bardziej subtelne. Medycyna tradycyjna stara się działać na wszystkich tych poziomach. I do tego służą również enteogeny, chociaż oczywiście nie tylko one.

W jakiego rodzaju sytuacjach enteogeny mogą być pomocne, a kiedy ich stosowanie może okazać się niewłaściwe?

Dawno temu podobne pytanie zadałem jednemu z curandero – tak określa się tradycyjnego uzdrawiacza w Ameryce Południowej. Miał on duży problem z odpowiedzią. Najlepiej więc pokazać tę sytuacje na przykładzie. Kiedy człowiek ma dolegliwość typowo fizyczną, np. boli go kolano, zwraca się do curandero, ten przeprowadza dość drobiazgowy wywiad, a następnie daje pacjentowi jakiś specyfik, który łagodzi symptomy albo leczy schorzenie. I na tym koniec. Natomiast w szczególnych przypadkach, jeśli curandero zauważy, że problem jest bardziej złożony, powiązany z relacjami w rodzinie, w społeczności, w środowisku naturalnym, w jakim żyje „pacjent”, może uznać, że potrzebuje on czegoś, co można by nazwać – korzystając z języka psychologii zachodniej – pracą grupową albo pracą z procesem. Kulminacją takiej pracy jest ceremonia ayahuaska. W konkretnym dniu tygodnia, a w zasadzie w nocy, odbywa się ceremonia, podczas której curandero razem z pacjentem lub grupą pacjentów wypija wywar ayahuaska i prowadzi ich przez doświadczenia, które następują po jego spożyciu. Proces ten przebiega pod jego ścisłą kontrolą i przewodnictwem. Skutek ceremonii może być wieloraki, choć za każdym prawie razem wiąże się ze skutecznym uzdrowieniem lub znaczną poprawą kondycji pacjenta. W wielu miejscach spotkałem się zresztą ze współpracą lub przynajmniej tolerancją pomiędzy lekarzami i curandero, niejako dopełniającymi się w leczeniu pacjentów. W większości sytuacji stosowanie enetogenów ma być impulsem pozwalającym dokonać jakiejś ważnej zmiany w życiu: zrewidować wcześniej nieuświadomione błędne postawy, dostrzec nowe możliwości, zrozumieć głębsze aspekty jakiejś sytuacji. Każda z tego rodzaju trudnych sytuacji wiąże się z jakimś rodzajem psychologicznego „klinczu”, z którym sobie pacjent sam nie daje rady, przez co swoją sytuację życiową postrzega jako bez wyjścia. Spożycie enteogenów pozwala mu uświadomić sobie, że sytuacja ta w istocie nie jest bez wyjścia, że jest całe mnóstwo nieodkrytych, nieuświadomionych możliwości albo że jest szerszy kontekst, w którym jego problem nabiera innych, mniej groźnych kształtów. Do tego właśnie służą te środki.

Czy każdy rodzaj problemów może być pokonywany w ten sposób?

Rozmawiałem z curandero, który został kiedyś poproszony o podjęcie pracy z osobami cierpiącymi na schizofrenię. Powiedział otwarcie i szczerze, że przy tego rodzaju dolegliwościach nie jest w stanie pomóc. Może co najwyżej pracować z lekarzami, pomagając im przybliżyć stan, w którym znajdują się ich pacjenci. Środki te stosowane są nie tylko w tradycyjnych społecznościach, ale i metyskich. Ktoś, kto jest mieszkańcem jakiejś wioski na pograniczu Amazonii, należy do świata mieszanego, do społeczności, która korzysta z radia, telewizji, motorów, samochodów i komórek, a jednocześnie żyje ciągle w świecie ukształtowanym przez lokalną kulturę, przez tradycyjną mentalność indiańską. Jeśli ktoś taki nie jest w stanie poradzić sobie z jakimiś problemami czy dolegliwościami, a medycyna zachodnia nie ma dla niego skutecznych rozwiązań, to wtedy zaczyna szukać odpowiedniego curandero. Niekiedy minie sporo czasu zanim trafina właściwą osobę. Tym poszukiwaniom towarzyszą więc jakaś intencja, wola i determinacja. Już samo poszukiwanie obarczone jest pewnymi kosztami, czy to czasowymi czy włożonego wysiłku, i stanowi w jakiejś mierze część przyszłego procesu leczenia.

Dlaczego woli Pan mówić „curandero” a nie „szaman”?

Wolę unikać określenia „szaman”. Słowo „szaman” najczęściej używane jest niewłaściwie. Szamanizm dotyczy leczenia określonego rodzaju technikami transowymi, przeważnie za pomocą rytmu, służącymi do kontaktów z domniemanymi sferami pozazmysłowymi, rozwiniętych przede wszystkim w społecznościach syberyjskich. Z czasem zaczęto używać tego terminu na określenie wszystkich ludzi, którzy stosują nieco podobne techniki lub po prostu zajmują się tradycyjnym lecznictwem. Curandero, czyli jakbyśmy powiedzieli po polsku: „uzdrawiacz”, nie wchodzi w żaden stan transu, choć posługuje się rytmem, np. prowadząc osobę w trakcie ceremonii ayauhaski. Curandero są ludźmi niezwykle skromnymi, niczym specjalnym od pozostałych członków społeczności się niewyróżniającymi. Na co dzień zajmują się tym samym co inni ludzie: są rybakami albo rolnikami. Bardzo rzadko leczenie jest ich jedynym zajęciem.

W jaki sposób zostaje się curandero?

Najczęściej pierwszy kontakt z tradycyjną medycyną ma miejsce podczas ceremonii, która ma uzdrowić daną osobę. Jeśli w jej trakcie prowadzący ją curandero zauważy, że uczestnicząca w niej osoba ma szczególny talent, łatwość poruszania się w świecie odmiennych stanów świadomości – co oczywiście jest wyjątkiem, a nie regułą – może jej zaproponować zostanie uczniem. Proces uczenia trwa latami. Najczęściej zaczyna się od dłuższego odosobnienia w dżungli. Nauczyciel i jego uczeń przebywają w dużym oddaleniu od jakichkolwiek siedlisk ludzkich przez np. trzy miesięce. Nauka rozpoczyna się od oczyszczenia za pomocą specjalnych roślin. A nie zapominajmy, że wiele środków stosowanych w medycynie indiańskiej jest bardzo nieprzyjemnych czy to na poziomie smaku, czy zwłaszcza reakcji fizjologicznych. Dotyczy to zarówno substancji oczysz-czających, poprzedzających ceremonię z użyciem enteogenów jak również skutków podawania samego wywaru ayahuaski. Możemy sobie wyobrazić, że czymś zupełnie innym jest spożycie ayahuaski w trakcie pseudoceremonii, w środku miasta wspólnie z kolegami w celach rekreacyjnych, a czym innym – w środku dżungli, w nocy, po wielu tygodniach czy miesiącach bardzo ciężkich fizycznie i psychicznie diet. A te trzy miesiące w dżungli to ledwie początek nauki. Znam curandero, który odbył 3-letnie odosobnienie. Jego dziadek, który był o wiele potężniejszym curandero, przeszedł odosobnienie, które trwało 10 lat! Jeśli chodzi o stosowanie enteogenów, nie ma drogi na skróty. Jeśli komuś z psychodelicznych podróżników wydaje się, że aby zostać „szamanem” i mieć tytuł do prowadzenia innych przez te doświadczenia, wystarczy wziąć udział w 2–3, a nawet 10 ceremoniach, jest w wielkim błędzie. A osoby określające stan po zażyciu ayahuaski „natychmiastowym oświeceniem” po prostu nie wiedzą, o czym mówią ani w przypadku ayahuaski, ani tym bardziej oświecenia.

Zmiany społeczne w Ameryce Południowej dotyczą nie tylko wspomnianych przez Pana społeczności mieszanych, ale i niektórych tradycyjnych. Czy w świetle tych zmian curandero nie mają trudności z kształceniem swoich następców?

Owszem, ten problem istnieje. Ci bardziej doświadczeni, żyjący według dawnych reguł odchodzą i zastępowani są nieraz przez młodszych, którzy, niestety, widzą „niezdrowe” zainteresowanie ludzi świata zachodniego i uczą się z tego korzystać, głównie dla materialnych korzyści. Choć oczywiście generalizowanie jest tu nie na miejscu.

Czy te substancje mogą mieć właściwości lecznicze poza omawianym przez Pana kontekstem kulturowym?

Kontekst kulturowy oczywiście ma ogromną wartość, ale nie on jest najważniejszy. Kluczowe jest przestrzeganie pewnych form korzystania z enteogenów. Nie na darmo każdy, kto uczestniczy w tradycyjnych ceremoniach ayahuaski robi to w bardzo konkretnym celu, w ściśle określonych warunkach i przede wszystkim pod kierownictwem doświadczonego curandero. Ta ostatnia forma powinna być bezwzględnie przestrzegana. A zatem, nawet jeżeli w ceremonii uczestniczą turyści ze świata zachodniego, odbywa się ona z zachowaniem wspomnianych form: w miejscu odizolowanym i spokojnym, poprzedzona długotrwałym przygotowaniem, całość zaczyna się i kończy kilkutygodniową lub co najmniej kilkudniową dietą. Specyfiką tego środka jest to, że pozwala dotrzeć do głębokich pokładów świadomości, niezależnych od uwarunkowań kulturowych. Zatem nie ma znaczenia, czy uczestnikiem jest mieszkaniec dżungli, pobliskiej wioski czy dużego miasta w środku Europy. Curandero posiada spore doświadczenie i wiedzę, w jaki sposób aplikować ten środek konkretnej osobie. Na każdego człowieka działa on bowiem trochę inaczej. Poza tym to, co jest absolutnie podstawowe dla właściwego widzenia sprawy, to zrozumienie, że tak naprawdę to nie enteogen w tym procesie jest najważniejszy. On jest jedynie narzędziem. Jeden znachor będzie używał roślin, inny kamieni, jeszcze inny liści różnych drzew – metoda, którą wykorzystuje do leczenia, jest związana z tradycją, z której się wywodzi, z tym, jak sam został wychowany przez swojego mistrza.

Czy człowiek Zachodu, przesiąknięty światopoglądem naukowym, zlaicyzowany, a już na pewno daleki od religijności indiańskiej, może przyjmować jakąś substancję jako enteogen, a więc jako substancję o znaczeniu religijnym?

Na to pytanie można odpowiedzieć dwojako. Fizycznie rzecz ujmując, oczywiście może przyjąć, o ile nie zabroni mu tego prawo. Zezwalają na to np. oficjalne Kościoły czy ruchy religijne w Brazylii, takie jak Santo Daime czy Uniao do Vegetal. Ale czy spełni w jego wypadku jakąś rolę religijną? Tak postawione pytanie wymaga dokładniejszego rozpatrzenia. Jeśli przez religijną rozumiemy jakąś formę rytuału, owszem może, ale po co? Jeśli rozumiemy to jako sposób czy metodę wejrzenia w głąb siebie, ponownego łączenia się ze swoim wewnętrznym „sobą”, jest to jak najbardziej możliwe, z poważnym zastrzeżeniem, że wstępuję w niezwykle wrażliwą sferę swojego jestestwa, do której nie wchodzi się bez odpowiedniego przygotowania i bez doświadczonego przewodnika. Nikt przy zdrowych zmysłach nie skacze w środek wielowymiarowego labiryntu, nie wiedząc, po co to robi ani jak się stamtąd wydostać i nie będąc przygotowanym na ewentualne przeżycie grozy i fizycznego cierpienia w postaci dogłębnego spojrzenia własnymi oczami w głąb swojej duszy.


ALDO VARGAS TETMAJER – urodził się w Buenos Aires, w Argentynie, w rodzinie mieszanej boliwijsko-polskiej. Dziedziczy zarówno z kultury polskiej, jak i z boliwijsko-indiańskiej. Do lat 80. mieszkał w Ameryce Południowej. Z zawodu architekt urbanista, pracuje w instytucie badawczym działającym na polu gospodarki przestrzennej i urbanistyki. Wykłada w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od szeregu lat pracuje jako pilot wycieczek trampingowych do krajów Ameryki Południowej, Afryki Wschodniej oraz Indii i Nepalu, współpracując z kilkoma biurami podróży

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata