70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dziś akurat nikt nie umarł

Od początku wojny domowej w Syrii ochronę w Polsce znalazło 24 syryjskich uchodźców. Wielu wciąż czeka na decyzję polskich władz. Każdy ma nadzieję, że kiedyś wróci do ojczyzny, i drży o bliskich, którym nie udało się uciec.

Na stole leżą hummus, jogurt z czarnuszką i oliwą, placki pita. Wokół siedzą Mohamad i Rabha z dziećmi – Liną, Aminem i najstarszą córką Lamą. W Polsce są od 4 miesięcy. Starają się podtrzymać drobne zwyczaje z Syrii. Kilka razy dziennie obowiązkowo w ruch idzie herbata z cukrem. Ta polska może nie taka – torebki zanurzone w kubkach z ciemnego szkła nijak nie przypominają aromatycznego napoju w małych przezroczystych szklaneczkach. Jednak nie to przeszkadza najbardziej rodzinie. W ośrodku dla uchodźców w Dębaku (27 km od Warszawy) są jedynymi Arabami. Wokół Czeczeni i Gruzini, ich najwięcej stara się o azyl. Rodzina Syryjczyków nie zna angielskiego. Najstarsza, dziewiętnastoletnia Lama powie hello i goodbye, Mohamadowi plącze się kilka słów po czesku z czasów, gdy pracował na budowie w Brnie. Na dokładkę dorzuci dwa zwroty po rosyjsku podłapane od Czeczenów. Do rozmów z personelem ośrodka lub lekarzem nie wystarczy. Na lekcje polskiego nie ma co iść, bo prowadzone są po rosyjsku lub angielsku. Lama zapisała się na kurs w Warszawie, tam uczą po arabsku. – Niedługo stanę się nauczycielką dla całej rodziny – mówi.

Dom

Najstarszy syn Mohamada i Rabhy ożenił się niedawno z Polką i przysłał rodzinie zaproszenie. Przyjechali wszyscy na początku 2013 r. Odwiedzili syna w Krakowie i po kilku dniach pojechali do Warszawy złożyć wniosek o status uchodźcy. Dziękują losowi, że są już bezpieczni. Rodzina pochodzi z obrzeży Damaszku, gdzie przecinały się dwie linie frontu. W ich miejscowości stacjonowały wojska opozycyjne, regularnie szturmowane przez siły Asada. Do domu Rabhyi Mohamada mogli zastukać żołnierze z jednego lub drugiego obozu – w obu przypadkach rodzinie groziła śmierć. Rabha jest izmailitką, a Mohamad sunnitą, który służył w armii syryjskiej, gdy reżim nie zwalczał tak ostro większości sunnickiej. Na osiedlu w sąsiedniej dzielnicy wybito mieszkańców całego bloku. Codziennie ktoś ginął. Rabha i Mohamad najpierw zdecydowali się na wyjazd do regionu Hama. Tam mieli czas, by na spokojnie zaplanować ucieczkę z Syrii. Pojechali taksówką do Jordanii, w drodze przydały im się legitymacje z pracy – Rabha była nauczycielką wuefu, Mohamad wciąż miał dokument z wojska. Solidne rządowe posady, które miały znaczenie już tylko na papierze.

Strach po raz pierwszy

Z Syrii udało się uciec prawie całej rodzinie Mohamada i Rabhy. Zostali tylko dalecy krewni. Jedynym zmartwieniem jest dziś dla nich to, jak sobie poradzą po otrzymaniu statusu uchodźcy. Środki z rocznego programu integracyjnego nie starczą na utrzymanie pięcioosobowej rodziny (maksymalnie 600 zł miesięcznie na głowę). – Jak tu znaleźć pracę bez dobrej znajomości polskiego? – zastanawia się przerażony Mohamad.

O dalszym losie w Polsce nie mają czasu myśleć Abu i Om Hasan. Oboje są mocno po sześćdziesiątce. Nauczycielka arabskiego i emerytowany inżynier w syryjskich siłach powietrznych. Powinni teraz wychowywać wnuki. Ich rodzina rozdarta jest między Syrią, Polską i Niemcami. Jedna wnuczka w drodze – córka Fatima mieszkająca w Berlinie jest w szóstym miesiącu ciąży. Om Hasan marzy o tym, aby pojechać do niej i jej pomóc. Dopóki nie dostanie decyzji od polskich władz, nie może jednak wyjechać z Polski. Razem z mężem na decyzję z Urzędu ds. Cudzoziemców czekają już siedem miesięcy.

Om Hasan pokazuje zdjęcie dwóch wnuczek, które zostały w Syrii. Niedawno urodziła się mała Amira. Na zdjęciu w telefonie uśmiecha się dwumiesięczny berbeć. Om Hasan wybucha płaczem. Trzęsie się ze strachu o losy dwóch synów i ich rodzin, które zostały w kraju. Starszy syn Ahmed nie może wyjechać z Damaszku, bo nie ma paszportu dla niedawno narodzonej córeczki. Żona młodszego Yusufa nie chce zostawić swojej rodziny. Obaj mieszkają w Damaszku. Ahmed żyje w tym samym budynku co jego rodziceprzed ucieczką. Niedaleko ich bloku jest góra, na której stacjonują wojska syryjskie. Często zrzucają rakiety. Budynek dygocze jak podczas trzęsienia ziemi. Ahmed, żeby dostać dwa kilo chleba dla rodziny, ustawia się w kolejce do piekarni o pierwszej w nocy i czeka na swój przydział po 5–6 godzin. To bardzo niebezpieczne, bo nocą po mieście grasują różne grupy rebeliantów i przestępców. W ciszy i strachu ludzie czekają na chleb.

Abu i Om Hasan codziennie rozmawiają z rodziną przez telefon. Tydzień temu znajoma z osiedla poszła z synem odwiedzić na chwilę sąsiadkę – w jej mieszkanie uderzyła rakieta. Wszyscy zginęli. Kuzynka Abu Hasana od życia w ciągłym strachu dostała raka. Krzepka kobieta, która przez całe życie na nic nie chorowała. Tak mniej więcej brzmi cotygodniowy bilans. Syryjczycy czekają na dzień, gdy usłyszą w słuchawce, że dziś akurat nikt nie umarł.

Syryjczycy uciekli z Damaszku, gdy w okolicy żołnierze Asada zaczęli pukać do drzwi. Gdyby dowiedzieli się, że Abu Hasan, sunnita, pracował kiedyś jako inżynier w syryjskich siłach powietrznych, byłoby po nim. Dyskryminacja rządzącej mniejszości alawickiej wobec sunnitów zaostrzyła się wraz z postępującą rewolucją. Abu Hasan już i tak raz otarł się o śmierć. Gdy wszedł na dach budynku, żeby sprawdzić stan zbiornika z wodą (każde mieszkanie ma swój), strzelił do niego snajper. Chybił. Tydzień później Hasanowie siedzieli w taksówce prowadzonej przez zaprzyjaźnionego kierowcę. Wydostali się z Syrii dzięki łapówkom. Podczas ucieczki, niedaleko granicy z Jordanią, ostrzeżono ich, żeby nie jechali dalej. Niedaleko grasowały grupy szabrowników, którzy okradali i strzelali do uciekinierów. Po raz kolejny otarli się o śmierć.

Abu i Om Hasan nie planowali jechać do Polski. Chcieli dostać się do Niemiec, do córki. Łatwiej było jednak dostać polską wizę. Pomyśleli: byle dostać się do strefy Schengen. Jak większość uchodźców nie znali procedury Dublin II, według której można starać się o azyl tylko w pierwszym kraju Unii, którego granicę się przekroczyło. Dowiedzieli się o tym dopiero od innych uchodźców w ośrodku w Dębaku. Nie ma dnia, żeby nie przywozili Czeczenów i Gruzinów z deportacji. Niektórym udało się pożyć na Zachodzie miesiąc, nielicznych złapali dopiero po pół roku. Ich zachodni sen kończy się w Dębaku. – Przez tych z deportu wciąż zmieniali się ludzie w ośrodku. Nigdy nie wiedzieliśmy, kto kręci się po korytarzu – mówi Om Hasan.

Małżeństwo szybko zdecydowało się wyprowadzić„ na prywatę”. Mieszka kilka kilometrów dalej w Otrębusach. Wynajmuje mieszkanie wspólnie z Ukrainką. – Jest ciężko ze względu na barierę językową, my nie mówimy po polsku, a ona duka po angielsku. – dodaje Abu Hasan. – Ale przynajmniej możemy gotować po swojemu. Ile można jeść ziemniaki w ośrodku?

Marzą o tym, by normalnie żyć, zobaczyć rodzinę. Jeśli dostaną status uchodźcy, od razu postarają się ściągnąć do Polski synów. Teraz życie w Syrii to jak palenie papierosów na stacji benzynowej.

Strach po raz drugi

Ściągnąć rodzinę do Polski chce też Dilger, 29-letni Kurd z Aleppo. Z rodzicami nie ma jednak kontaktu już od pięć miesięcy. Nie odbierają telefonu, nie odpowiadają na maile. Ostatnim razem ukrywali się w kurdyjskiej wsi, gdzie od lat jeździli na daczę. Albo Asad odciął łączność w wiosce, albo już nie żyją. Barczysty Syryjczyk walczy ze sobą, żeby się nie rozpłakać. – Codziennie zżera mnie strach. Jestem martwy w środku – mówi. – Zginęli prawie wszyscy moi znajomi. Zaledwie tydzień temu w bombardowaniu umarł cioteczny brat. Gdybym został w Syrii, pewnie już bym nie żył.

Dilger opuścił Syrię, gdy miał 22 lata. Pojechał na studia do Moskwy, bo jako Kurd nie mógł rozpocząć magisterki w rodzinnym Aleppo. W ostatnich latach Baszar al-Asad zaostrzył dyskryminację wobec grup etnicznych i religijnych. Za czasów dyktatora Hafiza al-Asada studiować mógł każdy, czego dowodem jest ojciec Dilgera – profesor ekonomii. Przed rewolucją uczył na uniwersytecie w Aleppo kolejne pokolenia Syryjczyków. Dziś jego synowie żyją na emigracji. Puszkin robi doktorat z ekonomii w Stambule, Hussein obronił magisterkę z informatyki w Iraku. Dilger w Moskwie skończył stomatologię i robił praktyki w rejonowym szpitalu. Dorabiał na budowie, w warsztacie samochodowym, jeździł taksówką. Imał się wszystkiego, byle się utrzymać. Do domu nie miał po co wracać. Rozpoczęła się wojna domowa, rodzice uciekli z Aleppo. Porzucili dom, po którym zostały tylko gruzy. Dilger pokazuje zdjęcia przestronnego salonu z pozłacanymi meblami i zielonymi atłasowymi obiciami. Na ścianach gustowne obrazy, wielkie lustro. Na sofie siedzi elegancko ubrana matka Nabija. Ma zaledwie 46 lat, za mąż wyszła jako szesnastolatka. Kolejne zdjęcie to pokój, gdzie mieszkali trzej bracia – łóżka nakryte kolorowymi narzutami ze wzorami z bajek Walta Disneya.

Dziś Dilger mieszka w ośrodku dla uchodźców w Kolonii Horbów niedaleko Białej Podlaskiej. W pokoju stoi tapczan bez narzuty, obok przybrudzony stolik. Jest przygnębiająco pusto, blasku dodaje tylko srebrzysty imbryk, w którym Kurd przygotowuje herbatę przysłaną przez brata z Turcji. Czuć tu tymczasowość.

Dilger przyjechał do Polski, bo skończyła mu się rosyjska wiza. Do rozdartej wojną Syrii nie może wrócić. Od pół roku czeka na decyzję z Urzędu ds. Cudzoziemców. Najbardziej zabija go bezczynność i brak perspektyw. W Polsce jest mu lepiej niż w Rosji, bo tu mniejsza dyskryminacja. – Tam wciąż wołali na mnie czarny, nawet w szpitalu – mówi. – Ale czy tutaj Polacy będą chcieli, żeby Syryjczyk grzebał im w zębach? Dyplom stomatologii mam, ale póki co mogę dorabiać w okolicznych szklarniach, zbierając pomidory. Gdybym tylko mógł, jednym tchem wróciłbym do Syrii. Tam jest mój dom.

Nowe życie

Dejuar, inny Kurd z Syrii, dostał ochronę uzupełniającą (trochę mniej niż status uchodźcy) dwa miesiące temu. Po dwóch latach czekania. Był jednym z pierwszych Syryjczyków, którzy przyjechali do Polski po wybuchu wojny domowej. Dejuar pamięta początki rewolucji, gdy wrzało w rolniczym regionie Daraa. To tam rozpoczęły się protesty, które rozlały się na cały kraj. Jeszcze jako student politologii pracował w hotelu w centrum Damaszku. Demonstracje na położonym niedaleko placu Marjeh można było oglądać z pokoi hotelowych. Na początku policja używała tylko gazu łzawiącego, z czasem zaczęła strzelać. Dejuar dołączył do wiecu kilka razy. – Ile można?! Starczy! – krzyczy po polsku. – Czterdzieści lat rządów rodu Asadów to za dużo. Przez ten czas ludzie, którzy chcą tylko jeść i nie mieszają się do polityki, mogli normalnie żyć. Ale co to za życie, jak nie można mówić, co się myśli?

Droga do hotelu prowadziła przez wrzącą od gniewu starówkę. Gdy zaczęły się aresztowania, Dejuar bał się chodzić do pracy. Mijając rozwścieczony tłum, mógł być wzięty za uczestnika demonstracji. Z czasem nie było już nawet po co stawiać się w hotelu. Wraz z pączkującą rewolucją jak lawina ruszyły anulacje rezerwacji. Zniknęli Amerykanie, Francuzi i Polacy, którzy wypełniali hotel po brzegi. W jednym z 30 pokoi został tylko Hindus, który nieopatrznie przyjechał do Syrii w interesach. Po cztery miesiącach Dejuar, bojąc się aresztowań, wyjechał do rodzinnego domu w prowincji Al-Hasakah, w północno-wschodniej Syrii. W region zarządzany przez kurdyjską partię YPG rewolucja wgryzała się wolniej. Jednak i tam doszło do zaostrzenia nastrojów. W piątki wokół meczetu zbierało się coraz więcej młodych. Dejuar był wśród nich, nie mógł usiedzieć w domu. Strach znów zajrzał mu w oczy, gdy aresztowali jego przyjaciela. Lokalna policja zaczęła prowadzić nagonkę na protestujących i na siłę wcielać ich do armii walczącej dla reżimu. – Asadowi potrzebna była młoda krew. Nie mogłem wyobrazić sobie walki przeciwko moim braciom – mówi Dejuar. Dlatego zdecydował się na ucieczkę z kraju. Do Turcji przedostał się dzięki pomocy chłopa z przygranicznej wioski. Pokazał mu drogę przez wzgórze rozkraczone między oboma krajami. – Szkoda, że nie dostałem w Polsce statusu uchodźcy – mówi. Ochrona uzupełniająca nie gwarantuje paszportu genewskiego, z którym można podróżować po Europie bez ograniczeń. – Ze statusem mógłbym przeczekać syryjską wojnę w Danii lub Szwecji – dodaje Dejuar.

Podobnie jak innych uchodźców ciągnie go na Zachód słynący z lepszej opieki socjalnej. W Polsce cudzoziemiec, czekając na azyl, dostaje co miesiąc 70 zł kieszonkowego, w Niemczech – 50 euro na tydzień. Dejuar, zanim dotarł do Polski, tułał się nielegalnie po Turcji i Grecji. Nie było go stać na samolot do Europy, nie miał też paszportu. Żeby pokonać kolejne granice, kupował od przemytników lewe papiery. Do Polski przyjechał na danych belgijskich. Miał tu być tyko tranzytem, przemytnik załatwił mu bilet do Kopenhagi. Nie zdążył pojechać. Rano do pokoju hotelowego zapukała policja. Ktoś musiał podkablować kilkuosobową grupę Syryjczyków. Za nielegalny pobyt w Polsce Dejuar trafił do aresztu na Okęciu. Po trzech miesiącach odsiadki mógł złożyć wniosek o status uchodźcy. Dali mu na kartce adres ośrodka w Dębaku i otworzyli na oścież drzwi. Cudem dotarł do ośrodka położonego w lesie, cztery km od kolejki WKD. Wraz z innymi Syryjczykami dzwonił do domów w okolicznych Otrębusach i pytał o drogę. Zgubili się kilka razy, do celu dotarli po dwóch godzinach. W ośrodku Dejuar żył jak zwierzę – jadł i spał. Tak minęły mu cztery miesiące, aż w końcu znalazł pracę w Wołominie w kebabie, czyli tak jak większość arabskojęzycznych uchodźców. – Okolica była pijacka, więc i klientela szemrana. Ile to razy burczeli do mnie zaczepnie: „Po co przyjechałeś do Polski?”. Wyzywali od brudasów. Teraz mieszkam i pracuję w Warszawie. Wciąż słyszę zaczepki, ale już trochę mniej. Wy, Polacy, nie jesteście przyzwyczajeni do cudzoziemców – mówi. – Rodzice przekonują mnie, bym wyjechał na Zachód. Nie rozumieją, że Europejczycy mają tyle reguł. Ciężko jest być w Polsce uchodźcą, ale my, Syryjczycy, nie powinniśmy narzekać. Błogosławię Allaha, że Asad nie odciął linii telefonicznej w mojej prowincji. Z rodzicami mogę rozmawiać codziennie.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter