70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Idzie mu o życie

Mamy już za sobą kampanię medialną, która windowała Kronos na listy bestsellerów, i gorące polemiki o to, czy w ogóle jeść tę żabę. Pora najwyższa, by przyjrzeć się Kronosowi bez uprzedzeń, ale i bez namaszczenia.

Żaba to (czemu żaba, a nie jaskółka? – zapytałby Stefan Czarniecki) szczególnego rodzaju, ale przecież podobny spór odbywał się już w przeszłości, kiedy wydano po raz pierwszy Opętanych, powieść „dla kucharek”, sygnowaną przed wojną pseudonimem. Co prawda, teraz mamy do czynienia z tekstem jawnie nieliterackim, a nie rozmyślnie grafomańskim, ale natura kontrowersji jest analogiczna. Rewidować ustalone poglądy na temat Gombrowicza czy uznać, że nic się nie stało? Pytanie to o tyle słuszne, że powojenna twórczość pisarza zawiera natrętne odniesienia do jego biografii, więc każda notatka dotycząca jego prywatności (a zwłaszcza taka, która ujawnia fakty skrywane) ma potencjalnie duże znaczenie dla jego dzieła. Gombrowicz oczywiście swobodnie gra „Witoldem Gombrowiczem” na kartach Dziennika i powieści, ale w tej zabawie idzie mu – jak żabie u Krasickiego – o życie, zagadkę konkretnej, pojedynczej egzystencji. Tę samą, której usiłuje się przyjrzeć, notując na przestrzeni kilkunastu lat elementarne fakty własnej codzienności. W pewnym sensie Kosmos i Kronos mają te same źródła – zdumienie i przerażenie swoim życiem / losem. Użyłem tych ostatnich słów równoważnie, bo także w Kronosie, w którym króluje fizjologia i nudna buchalteria, przebija się przez gąszcz faktów, dat i cyfr obsesja jakiejś predestynacji, bycia we władaniu ukrytych ponadludzkich sił.

Zapiski przedwojenne

Oczywiście Kronos nie może być traktowany jako niepodważalne źródło, które odsłoni całą prawdę o pisarzu. Po pierwsze, dlatego że zapiski Gombrowicza rejestrują nagie fakty. Najczęściej są eliptyczne, równoważnikowe i pozbawione kontekstu, który dawałby czytelnikowi klucz do zrozumienia ich egzystencjalnej wagi. Po drugie, dopiero od 1952 r. (wtedy najprawdopodobniej Gombrowicz zaczął pisać Kronos) notatki rejestrowane są na bieżąco, co zmniejsza ryzyko pomyłek. „Tajny dziennik” trzeba więc czytać ostrożnie, konfrontując zawarte w nim informacje z tym, co już o pisarzu wiemy z jego własnych dzieł, z listów, z relacji wspomnieniowych przyjaciół i z kilku książek biograficznych. Fakt, że dopiero po 1952 r. Gombrowicz zasiada do Kronosu (przyjmijmy, że tak należy odmieniać ten wieloznaczny tytuł), każe inaczej traktować zapiski odnoszące się do przeszłości, zwłaszcza tej przedwojennej. Są one rekonstrukcją, czyli pewną interpretacją, która wydobywa przede wszystkim fakty najlepiej zapamiętane. Można by sądzić, że najwięcej mówią one o podświadomości Gombrowicza, ale czasem szczegółowość notatek wynika nie tylko z intensywności dawnych przeżyć, ale i z dostępności materiałów, które wspomagają pamięć. Drobiazgowość (jak na standardy przyjęte w Kronosie) opisu wycieczki do Słaboszewka, majątku Zdziechowskich, wynika przede wszystkim stąd, że Gombrowicz pisał o niej w przedwojennych felietonach w „Kurierze Porannym”, co pozwoliło mu dobrze ją zapamiętać. Skądinąd pobyt w Słaboszewku był dla Gombrowicza artystycznie inspirujący, bo prawdopodobnie wspomnienia z majątku Zdziechowskich przeniknęły do świata Pornografii (Amelia Zdziechowska była prawdopodobnie prototypem Amelii Paszkowskiej). Podobne są chyba powody, dla których poznajemy sporo szczegółów z podróży Gombrowicza do Rzymu, Wenecji i Wiednia (1938). Oczywiście wyprawa ta była dla niego niezwykle istotna, bo dzięki niej nabrał pewności, że totalitarne szaleństwo już niebawem rozleje się na całą Europę, ale trzeba też wziąć poprawkę na to, że w tych fragmentach Gombrowicz może podeprzeć się swoimi przedwojennymi reportażami. Co dość zdumiewające, formacyjny (czy raczej anty-formacyjny, ale w każdym razie brzemienny w dalekosiężne skutki) wyjazd do Francji w 1928 r. potraktowany jest w Kronosie zaskakująco lakonicznie.

Na marginesie zapisków rekonstruujących czasy przedwojenne warto spisać kilka uwag. Uderzające są częste, choć zdawkowe notatki Gombrowicza mówiące o jego zdenerwowaniu i napięciu. Jakie mają one podłoże? Z Kronosu wynika, że biorą się przede wszystkim z erotycznych popędów i lęku przed wojną. Te dwa obsesyjne tematy dziwnie się ze sobą splatają (jak w Pożegnaniu jesieni Witkacego). W roku 1936 czytamy: „(i już mnie napastowała obawa przed wojną)” (W. Gombrowicz, Kronos, Kraków 2013, s. 35), w roku 1937: „Strach przed wojną wzrasta. Popijam sobie. I chyba Franuś” (s. 38) (Franuś to parobek, prawdopodobnie pierwszy stały partner homoseksualny Gombrowicza), w roku 1938 (po powrocie z Włoch i z Wiednia): „Wielki strach. Dowiaduję się o odprężeniu w tramwaju na Mokotowskiej. Czy z Frankiem wówczas jeszcze się widywałem, czy już był w wojsku. (Powiedział mi: jeżeli stracę nogę, to strzelić sobie w łeb). »Wodzu prowadź na Kowno«. Ja, z kurwą z tryprem spotkaną, odzyskałem możność. / W Zodiaku bywam – czasem rano – i oglądam »gazety«, a strach każe mi błagać o truciznę [nieczytelne]” (s. 54–55). Ciekawe, bo te koincydencje wstydliwych seksualnych przygód i oznak wzbierającej fali wojennej przypominają problematykę Pamiętnika Stefana Czarnieckiego, co zdaje się potwierdzać, że lata 1919–1920 były dla Gombrowicza okresem najbardziej traumatycznym i stygmatyzującym (na zamieszczonej w wersji fototypicznej tabeli rejestrującej jego lata przedwojenne widnieje pod tą datą dopisek „wojna-wojsko”). W Kronosie, także wśród notatek o codzienności powojennej, nie znajdziemy klucza do zagadek życia intymnego Gombrowicza, a wulgarne komentarze dotyczące zbliżeń wskazują jedynie na przypadkowość erotycznych kontaktów (z partnerami męskimi i damskimi), a także na ich czysto fizjologiczną naturę. Zbieżność wojny i erotyki pokazuje jednak, że kontakty seksualne naznaczone były jakimś fatalizmem agresji i przemocy (dzięki Kronosowi lepiej widać autobiograficzne tło problematyki erotyki i władzy w Ślubie). W zapiskach przedwojennych zaskoczył mnie tajemniczy rzeczownik przypisany do wakacji w Wiśle w 1926 r. – „angliczyki”. Wszystko wskazuje na to, że to archaiczne słowo odnosi się do dzieci chorych na krzywicę, które potem trafiły na karty Biesiady u hrabiny Kotłubaj (napisanej w 1928 r.). To ich miała ujeżdżać bezzębna markiza, która okazała się nie jaroszem, ale kanibalem. Jest to rzadki w Kronosie przypadek notatki jakby mimowolnej, która ujawnia wrażliwość młodego Gombrowicza na cierpienie i kalectwo, choć pewnie także na brzydotę.

Zaszpuntowanie w batyskafie

Zapiski odnoszące się do czasów wojennych, a także powojennych przynoszą znacznie więcej faktów. Gombrowicz dopracowuje się metody – regularnie dzieli już tekst na rozdzialiki dotyczące kolejnych miesięcy, a w ramach podsumowania każdego roku sporządza bilanse, w których uwzględnia sprawy zdrowia, erotyki, finansów i własnego prestiżu. Sporym odkryciem były dla mnie wzmianki mówiące o jego bliższej znajomości z psychiatrą i znawcą hipnozy Wacławem Radeckim, która przypadła na wczesne lata 40. A także – w roku 1944 – o tłumaczeniu na hiszpański komedii Antoniego Cwojdzińskiego Freuda teoria snów. Te dwie okoliczności rzucają nowe światło na rozumienie Ślubu, w którym podstawowe znaczenie ma problem ulotnej granicy między snem i rzeczywistością. Gombrowicz ujmuje go filozoficznie (kartezjański złośliwy geniusz), a przy okazji sięga do wielkiej tradycji teatralnej życia jako snu (Szekspir, Calderon), ale rację miał Jan Błoński, który nazywał Ślub tragedią psychoanalityczną. Gombrowicz interesował się antropologią Freuda w latach 30., ale to chyba lata 40., kiedy w kręgu jego przyjaciół znalazł się Radecki, okazały się pod tym względem najbardziej inspirujące.

O notatkach powojennych pisano już wiele, skupiając się zwłaszcza na sprawach erosa. Ja dorzuciłbym parę spostrzeżeń o Gombrowiczu bardziej wielowymiarowym. Sobotnie wyprawy na Retro i w inne okolice, gdzie Gombrowicz uprawiał „działalność” (jak nazywał nawiązywanie przypadkowych i mało romantycznych kontaktów seksualnych), naznaczone są poczuciem dramatycznej samotności. Szczególnie smętne są notatki o nieudanych „polowaniach”, perypetiach z okazjonalnie udostępnianymi przez przyjaciół mieszkaniami i o powrotach do wynajmowanego pokoju w Buenos Aires. Równocześnie bardzo wiele jest komentarzy mówiących o zerwaniu z przyjaciółmi czy też innymi bliskimi osobami. Właściwie prawie każdy z powojennych znajomych Gombrowicza w którymś momencie choćby na pewien czas szedł w odstawkę. Jak wiadomo, dotyczyło to nawet osób tak oddanych jak Konstanty Jeleński. To zastanawiający rys charakteru Gombrowicza. Oczywiście w niektórych przypadkach te okresy izolacji lub trwałe zerwania mogą być psychologicznie uzasadnione, ale wydaje się, że na ogół biorą się one z lęku przed nadmierną bliskością, z neurotycznej potrzeby ochrony intymności. I znów klucza do tego mechanizmu można poszukiwać we wczesnej twórczości. Czyż młodzieniec z Przygód, który znajdował perwersyjną rozkosz w zaszpuntowaniu w batyskafie, nie ma rysów samego Gombrowicza?

Samotność najbardziej daje o sobie znać w chwilach wypoczynku. Kiedy w 1959 r. Gombrowicz zrywa z szachowymi przyjaciółmi w kawiarni Rex, pisze bezradnie: „Co zrobić z wieczorami? (brak Rexa)” (s. 231). Notatki dotyczące dni świątecznych pełne są jakiegoś oczekiwania i wzrastającego rozgoryczenia. Było ono tak znaczne, że od lat 50. Gombrowiczowi zdarzają się myśli samobójcze. Szczególnie rok 1954 okazuje się krytyczny: „Pod koniec roku coraz gorzej – okres nieprzychylny. 1˚ święta i Nowy Rok w sobotę i niedzielę, 2˚ Nowiński nie wyjeżdża, 3˚ bank, 4˚ Toto się nie zjawia, 5˚ Russo nie zostawi mieszkania, 6˚ wiadomości w prasie nieprzychylne, 7˚ w ogóle rozpacz, beznadziejność. Myślę o samobójstwie. Klimat męczy. Wilia u Jaroszewskich. Zerwanie z Pancho. List Lipschütza o Buberze. Spotkanie z Sobańskim – jedyny promień nadziei. Nowy Rok ma Corrientes samotnie – nie piję, gdyż jestem kiepsko z żołądkiem” (s. 172).

Strach przed duchami

To chyba wewnętrzna samotność, choć także wrażliwość na niższe cierpienie zbliżała go do zwierząt. Agonię Stepa, psa Dusia Jankowskiego, opisał Gombrowicz w Dzienniku, a kilka lat wcześniej odnotował w Kronosie śmierć psa „baby”, jak nazywał wścibską właścicielkę mieszkania, w którym wynajmował pokój. To zastanawiające, że więcej empatii wyczuwamy w notatce o psie Frau Elsy, niż we wzmiance o zgonie Juliusza Kamińskiego, bliskiego kolegi z Banco Polaco (zapiski dotyczą podobnego okresu: lipiec 1953 – Kamiński, i wrzesień 1953 – Fumfi). Nie jest to z mojej strony zarzut, ale prosta obserwacja. Być może powodem tej dysproporcji jest naoczność cierpienia psa: „Zmarł Fumfi po 2-tygodniowych cierpieniach. Bardzo to odczułem” (s. 157). O śmierci Kamińskiego pisze Gombrowicz obszerniej w Dzienniku, ale tam stanowi ona wyłącznie pretekst do rozmyślań o starzeniu się jako agonii rozpisanej na raty.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera fakt, że u schyłku życia Gombrowicz poślubił Ritę Labrosse i stał się właścicielem Psiny. To chyba jedyny okres w jego życiu, kiedy tak dalece dopuścił do swej intymności drugą osobę (co znaczące, pisze o tym, używając wreszcie wyszydzonego w Ferdydurke słowa „miłość”), a na dodatek dzielił z nią czułość do psa, co dawało mu poczucie podwójnego zadomowienia. Kiedy pies został u przyjaciół, Gombrowicz notował w 1965 r.: „smutny powrót do domu bez Psiny” (s. 336).

Wróćmy jeszcze do obsesji jakiejś predestynacji, która leży chyba u źródeł Kronosu. Nie znajdziemy tu jednoznacznych deklaracji, mówiących o wierze w jakąś nadrzędną siłę, która na dobre i złe reżyseruje życie Gombrowicza, ale pojawiają się fragmenty bardzo zastanawiające, dowodzące, że znana z Dziennika scena dyrygowania burzą w Mar del Plata nie była jedynie literackim żartem. W 1956 r. czytamy o pobycie w La Cabaña Dusia Jankowskiego: „Strach przed duchami” (s. 192). W podsumowaniu roku 1964 pojawiają się bodaj najbardziej zagadkowe wpisy. Zaczyna się od spostrzeżeń na temat złowróżbnej symboliki liczb: „Ten rok, którego suma cyfr 20, był jak dotąd najgorszy. Czułem się fatalnie już w styczniu. Od 15 II – choroba – grypa. 22 II 1964 (same dwójki) do sanatorium Hygiea, na moje nieszczęście” (s. 325). Ale Gombrowicz zamyka rok 1964 sekwencją, która przypomina natrętną konstelację z Kosmosu (wróbel – patyk – kot): „Rita ma klucz 22 – domek naprzeciwko mojego okna – chicos w Argentynie – trzeba opracować śmierć – co będzie? I jak długo? Rak?”  (s. 325). Liczba 22 prześladuje Gombrowicza i często wiąże on ją z jakimś kodem własnego losu. Trudno powiedzieć, jaki związek mają „chicos” z domkiem naprzeciwko, ale chodzi najprawdopodobniej o „dom diabła”, jak nazywał Gombrowicz budynek, na który wedle relacji żony nie chciał spoglądać, gdy pracował. Ta garść pozornie przypadkowo zestawionych ze sobą elementów ma potencjalnie pomóc rozwikłać zagadkę kresu własnego życia. W ostatnim podsumowaniu roku, czyli w 1968, pojawia się już nie sekwencja słów-zdarzeń, ale turecka nazwa przeznaczenia – kismet. Trochę jak w finale Kosmosu, gdy siatkę słów, pożądań i faktów rozbija potężna burza.

***

Jak zatem traktować Kronos? Czy rewidować ustalone poglądy na temat Gombrowicza? W pewnej mierze tak (zwłaszcza w aspekcie erotyki), bo w przypadku autora Kosmosu życie i literatura splatają się nierozdzielnie. Ale jednak nieznacznie, bo tajny dziennik na ogół potwierdza lub ujednoznacznia to, co literacko przetworzone albo wstydliwie ukryte na kartach Dziennika, powieści i dramatów.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata