70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Napisałam już, jak bardzo w starości potrzebny jest pomocnik w szukaniu sensu każdego dnia i każdej godziny przedłużającej się ponad miarę egzystencji.

30 sierpnia 2013, piątek

Bywa, że niełatwo jest zachować optymizm i nadzieję, które wypełniają stwierdzenie: coraz bliżej. Lektura wakacyjnego numeru „Znaku” (nr 698–699, lipiec–sierpień 2013) była dla mnie prawdziwym wstrząsem. Już same tytuły poruszały i kazały spojrzeć na problemy, o których próbuję pisać w swojej rubryce – a nawet na samą ideę jej prowadzenia – z innej strony: Czy długowieczność nas jeszcze kusi?, Kiedy jakość i długość życia idę w parze, Oddzielmy starzenie od długowieczności. Jeszcze bardziej przejmujący był drukowany kilka tygodni później w „Tygodniku Powszechnym” artykuł s. Barbary Chyrowicz o tzw. testamencie życia (Słuchaj mnie, kiedy odchodzę…, „TP” nr 32, 11 sierpnia 2013). Nie mogę zapomnieć cytowanego tam opisu śmiertelnie chorego, który zza szkła izolatki, podłączony do uciążliwych aparatur przedłużających mu życie o dni albo godziny, zdołał przekazać komunikat: „Pozbawiają mnie mojej własnej śmierci”. Przedłużanie się życia ludzkiego staje się nie tylko coraz częściej poruszanym tematem medialnym. Jest już doświadczeniem, które wzbiera, jak podnoszący się zarys chmury, nad perspektywą naszej cywilizacji, a przez to nie tylko ściąga na ziemię tych, którzy radziłby – jak ja – coraz częściej myśleć o nadchodzącej wieczności. Zdaje się także destruować ów podział na doczesność i wieczność, życie i śmierć. Bo pomiędzy tym jest chyba coś jeszcze – to umieranie… Czy zatem w ogóle mogę myśleć o jakimś „coraz bliżej”? Czy w ogóle można prowadzić taki rachunek czasu, jaki sugeruje tytuł mojej rubryki? Wieczność jest przecież zagadką, więc arytmetyka lat nie wchodzi tu w rachubę. Z kolei statystyczne wyliczenia, najzupełniej świeckie, nieubłaganie wskazują, że coraz więcej z nas będzie żyło o wiele dłużej, niż się mogli spodziewać, pamiętając, kiedy żegnali rówieśników albo rodziców. Dzisiaj usłyszałam w radio zapowiedź – zakomunikowaną w tonie na wskroś optymistycznym – obchodów urodzinowych artysty, który właśnie skończył 100 lat. A to wcale nie jest zjawisko rzadkie i pominę już to, co prognozują coraz częściej (w „Znaku” także) lekarze i naukowcy. Tajemnica momentu naszego przejścia na tamtą stronę pozostanie nieprzenikniona, cokolwiek próbowano by rozświetlić czy odsłonić środkami ludzkimi. Rachunek „coraz mniej”, po pierwsze, każe pamiętać, że może się on wydłużać ponad naszą wyobraźnię. Równocześnie to nieubłagana prawda, o której doświadczenie każe nam coraz lepiej pamiętać, że w owym „coraz mniej” może się mieścić więcej, niż tylko odniesienie do wieczności: to, co się dzieje z człowiekiem starzejącym się, potrafi wypchnąć na zupełny margines, jeśli nie w ogóle zniszczyć, jego życie duchowe i psychiczne. Taka jest bowiem siła zjawisk starzenia się, których przybywa o wiele szybciej i w o wiele większym zakresie, niż znała to medycyna wczorajsza i przedwczorajsza. Taki jest gorzki owoc postępu w tej dziedzinie przeniesiony na losy ludzi przeliczanych już w niejednym społeczeństwie na wielki procent.

31 sierpnia 2013, sobota
Czasem wydaje mi się, że może trzeba na nowo z całą odwagą przypatrzeć się kontrastującemu zestawieniu, autorstwa Jana Pawła II, który w swoim nauczaniu z gorącym apostolstwem przeciwstawiał „cywilizację życia” – „cywilizacji śmierci”. Coraz wyraźniej widzę pomiędzy nimi coś, co w pewnym sensie staje się dla człowieka najważniejsze: jego starzenie się, które – jeśli taki los – Bóg mu przeznaczy. Starzenie się, które nie jest ani życiem, ani śmiercią w sensie ścisłym, bo każdego dnia bez cienia własnej woli człowiek może tracić to, co życiem było dotąd, a nie osiągać tej granicy, która z całą pewnością obiecuje mu wieczny odpoczynek. Może to się dziać na tysiąc sposobów i może to trwać albo nagle się kończyć. W cywilizacji, którą Jan Paweł II słusznie nazwał „cywilizacją śmierci” – ze względu na jej stosunek do początków życia człowieka ustawowo zliberalizowany, a także na zupełną obojętność wobec wartości schyłku życia prawnie wyrażaną w dostępie do decyzji o eutanazji – jest przecież już od dawna także rejon nadziei. Nadziei, która człowiekowi grzęznącemu w bezradności zaczęła stwarzać setki i tysięcy ułatwień. To wszystkie wynalazki techniczne i naukowe, poczynając od poręczy przy schodach albo pochylni, a kończąc na sterowanych komputerowo wózkach inwalidzkich. Coś, czego my w Polsce ciągle jeszcze uczymy się z trudem albo wręcz lekceważeniem. Ale to nie przekreśla pytania: czy wolno negatywnie oceniać każdą decyzję dotąd wiązaną z pojęciem „cywilizacja śmierci”, także tę, która dotyczy wyrażania woli niepodtrzymywania życia za każdą cenę? Człowiek wiary, a zatem idący ku Bogu przez całe swoje życie, ma u końca życia znajdować odpowiedź, która go będzie ratowała. To staje się najważniejszym wyzwaniem nie tylko dla niego samego, ale dla nas wszystkich stanowiących Kościół. Od dawna nie może się to ograniczać do zbiorowej deklaracji odrzucania prawa do eutanazji. Żałuję bardzo, że myśli s. Barbary Chyrowicz z artykułu o testamencie życia nie wywołały niczyich dalszych przemyśleń na ten temat. A przecież kiedy słucham o „wiośnie w Kościele”, o słowach papieża Franciszka kierowanych do młodych, w których najsłuszniej widzi nadzieję dla świata na dziś i jutro, szukam dokoła siebie jakiegokolwiek pomostu pomiędzy tymi młodymi a doświadczeniem cywilizacji starzenia się. To młodzi przecież powinni przynieść odpowiedź o sens tego, co dzieje się z pokoleniem zatrzymanym obok nich, mimo że to odwracanie się ku odchodzącym nie jest ani pełne radości, ani nawet pocieszające. Na chwilę zejdę na grunt całkowitej doraźności i prozy życia. Robią to zresztą o wiele lepiej publicyści na wielu łamach, także wirtualnych. Pamiętam zapowiedź sprzed dwóch lat księdza przychodzącego do domu w pierwszy piątek miesiąca, że zaraz Boże Narodzenie i młodzież z parafii przyjdzie z życzeniami. Ale w ostatnim roku już nie przyszła wcale, towarzyszyła tylko księdzu po kolędzie, ze skarbonkami w rękach, najwyraźniej zaspieszona. Niedaleko ode mnie żyje samotnie jeszcze starsza ode mnie emerytka. Ma pomoc społeczną dochodzącą kilka razy w tygodniu, która błyskawicznie robi zakupy albo coś w domu zorganizuje, ale gdy wynika nowa sytuacja biedy, kłopotu lub potrzeby, bezradnie rozkłada ręce: „Nie mogę, nie zdążę, inni na mnie czekają”. Czas staje się walutą naprawdę coraz częściej nieosiągalną, i to bez niczyjej winy. A przecież tylko czas daje się zamienić na obecność, ponad którą nie ma w pewnym momencie niczego ważniejszego dla tych, którym coraz bliżej… Powstaje nowa forma apostolstwa czy jak się mówi od kilku lat: Nowej Ewangelizacji. Media katolickie ujmują ją w haśle: „Wyjdźcie na ulicę”. Słyszę, że wielu młodych odkrywa, jak bardzo im to odpowiada i z jakim dobrym odzewem się spotyka. Ale zaraz przychodzi myśl, że ci ewangelizatorzy raczej nie zwrócą się na tej ulicy czy stadionie do osoby o kulach, idącej z trudem, izolowanej samym faktem, że źle słyszy i widzi. Nie dlatego że nie będą chcieli. Tylko w przekonaniu, że są potrzebniejsi bliźnim z samego środka życia…

1 września 2013, niedziela
Napisałam już, jak bardzo w starości potrzebny jest pomocnik w szukaniu sensu każdego dnia i każdej godziny przedłużającej się ponad miarę egzystencji. I tej, w której sam bohater jest podmiotem coraz mniej sprawnym, ale wciąż świadomym, i tej, w której stanowi już tylko przedmiot troski bliźnich, jeżeli tacy się przy nim znajdą. W tym rejonie ludzkiego doświadczenia potrzeba rozmawiania o Bogu – właśnie rozmawiania, nie tylko liturgii. Rozmowa jest tak samo potrzebna jak lekarz i pielęgnacja. A jej umiejętność, niezamieniająca rozmowy w pobożny frazes czy kazanie, jest darem, na który nie ma ceny. Gdy wracam do słuchanych bądź pamiętanych tekstów Ewangelii, zastanawiam się po raz kolejny, gdzie mogę znaleźć postaci w podobnym do mojego wieku. Może się mylę albo gubię coś w pamięci, ale to chyba tylko dwoje ludzi – Symeon i Anna – w świątyni, do której przyniesiono Chrystusa jako ośmiodniowe dziecko. Przekazano nam ich radość z rozpoznania Mesjasza, a więc musieli być przygotowani na to spotkanie i swojej starości nie zmarnowali. Możemy się tylko pytać, jak to potrafili zrobić, i wnioskować, że była to starość, która ich nie pokonała fizycznie. Bo ponadto w Ewangeliach nie ma ludzi starych. Nie wiemy, kiedy odszedł Józef – dla Chrystusa zastępczy ojciec – nie mamy nawet zapisu jego słów. Dodać warto, że słusznie w polskiej kolędzie zniesiono przy jego imieniu przymiotnik „stary”, kiedy stał się ojcem Dzieciątka. Nie wiemy także, w jakim wieku była Maryja, kiedy zabrana została do nieba z duszą i ciałem. Nikogo też z samej tylko starości Chrystus nie uleczył. Moją ścieżką rozmyślania o tych sprawach stają się tajemnice różańca. Ale o tym może później…

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata