70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Duma i uprzedzenie. Kilka uwag o książce Pawła Lisickiego „Kto zabił Jezusa?”

Lisicki nie ogranicza się do stwierdzenia, że według ksiąg Pisma Żydzi w przeszłości zabili Chrystusa. Idzie dalej i przekonuje czytelników, że wydarzenie z przeszłości ma wpływać na to, jak patrzymy na Żydów żyjących dziś. Odczytanie Lisickiego jest sprzeczne z coraz szerszym konsensusem wśród teologów, jak również z nauką Kościoła katolickiego.

Uznanie, z jakim spotkała się książka Pawła Lisickiego, mogłoby sugerować, że odpowiada ona na jakieś pilne wyzwanie postawione przed wiarą chrześcijańską. Waldemar Łysiak napisał, że Lisicki „bezpardonowo rozprawia się z naciąganymi (…) egzegezami współczesnych chrześcijańskich manipulatorów”, którzy szerzą „fałszywy pogląd, że pierwotnym źródłem XX-wiecznego antysemityzmu i Holokaustu jest pisana (ewangeliczna) tradycja chrześcijańska”. Prof. Andrzej Nowak twierdzi, że Lisicki poprawia obraz stworzony przez „teologiczne korniki”, które „przepisują życiorys Jezusa Chrystusa”.

Na czym polegać ma owa manipulacja? Książka Lisickiego jest bardzo obszerna, ale główny przedmiot jego rozważań można opisać krotko – według niego po Holokauście teologowie zaczęli głosić błędne odczytanie ksiąg chrześcijaństwa, usuwając lub zatajając rolę, jaką Żydzi odegrali w ukrzyżowaniu Chrystusa, i przez to dając do zrozumienia, że o Jego śmierci zadecydowały wyłącznie rzymskie władze. To zaprzedanie się teologów przypuszczalnie obejmuje również rozmywanie pierwotnej wymowy tekstów biblijnych, które wymusza „poprawność polityczna”. W odpowiedzi na te działania Lisicki chce zrekonstruować fakty historyczne, których nie należy mylić z – używając jego określenia –„interpretacjami”.

Katolickiemu czytelnikowi nasunie się pytanie o kryteria, na podstawie których można określić, czy dane odczytanie Biblii jest wiarygodne. Jest to jednak pytanie, którego nigdy nie zadaje Lisicki. Mimo że sam jest prawdopodobnie katolikiem, a niemal na pewno jest chrześcijaninem (zaimki odnoszące się do Chrystusa pisze wielką literą) i przypuszczalnie zależy muna chronieniu nauki Kościoła, nigdy nie pyta, czym jest ta nauka. Zamiast tego zakłada, że może bezpośrednio odwołać się do Pisma Świętego i odkryć, co poszczególne wersy mają mu do przekazania, omijając w ten sposób cały Urząd Nauczycielski Kościoła. Lisicki być może swoim podejściem broni jakiegoś chrześcijańskiego poglądu, ale na pewno nie jest to katolicki punkt widzenia.

Katolicki punkt widzenia nie zakłada wcale, że osoba wierząca może odkryć znaczenie Pisma Świętego przez samą jego lekturę. Jak, wraz z innymi dziećmi z mojego pokolenia, byłem uczony przez siostry Służebnice Niepokalanego Serca Maryi z Monroe (w Filadelfii szkoły parafialne podlegały kard. Johnowi Królowi), katolicy czytający Biblię bez wsparcia rzetelnego przewodnika często dochodzą do mylnych wniosków Sam byłem świadkiem takiego zbłądzenia, kiedy jeden z bystrzejszych uczniów mojej ósmej klasy zaczął czytać Nowy Testament i niedługo potem przestał zwracać się do naszych księży „ojcze” (zapewne pod wpływem wskazówki zawartej w Ewangelii św. Mateusza 23, 8–9). Nieco później próbował obliczyć wiek świata na podstawie ksiąg Starego Testamentu i spekulować na temat daty jego końca. Uczeń ten przespał zapewne wcześniejsze etapy edukacji, kiedy siostry nie przestawały powtarzać: Biblia nie jest podręcznikiem nauk ścisłych i nie jest też książką do historii, mimo że możemy się z niej wiele o historii nauczyć. Jest ona świadectwem wiary.

Obowiązująca wersja Katechizmu Kościoła Katolickiego podejmuje centralną dla książki Lisickiego kwestię, czyli to, jak katoliccy wierni powinni rozumieć rolę narodu żydowskiego w męce Chrystusa. W przeciwieństwie do Lisickiego Katechizm… nie poświęca zbyt wiele miejsca na rozważanie, kto był „odpowiedzialny” za Jego śmierć. Zamiast tego każe nam cofnąć się do czasów sprzed epoki „politycznej poprawności”, czyli do Soboru Trydenckiego (1566) i jego nauki mówiącej, że „to właśnie grzesznicy byli sprawcami i jakby narzędziami wszystkich mąk, które wycierpiał Boski Odkupiciel”. Dlatego też „Kościół nie waha się przypisać chrześcijanom największej odpowiedzialności za mękę Jezusa, która zbyt często obciążali jedynie Żydów”. Dalej, znów cytując wersję rzymską, Katechizm... podaje: „Musimy uznać za winnych tej strasznej nieprawości tych, którzy nadal popadają w grzechy. To nasze przestępstwa sprowadziły na Pana naszego Jezusa Chrystusa mękę krzyża; z pewnością więc ci, którzy pogrążają się w nieładzie moralnym i złu, ≫krzyżują w sobie Syna Bożego i wystawiają Go na pośmiewisko≪ (Hbr 6, 6). Trzeba uznać, że nasza wina jest w tym przypadku większa niż Żydów Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, ≫nie ukrzyżowaliby Pana chwały≪ (1 Kor 2, 8), gdyby Go poznali. My przeciwnie, wyznajemy, że Go znamy. Gdy więc zapieramy się Go przez nasze uczynki, podnosimy na Niego w jakiś sposób nasze zbrodnicze ręce”.

W świetle tego nauczania chrześcijanie, których zajmuje temat odpowiedzialności Żydów za mękę Chrystusa, odwracają swoją uwagę od naszej własnej, o wiele większej odpowiedzialności. Tymczasem to nie poprawność polityczna zmywa grzech tych, którzy krzyżowali, ale sam Chrystus: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Te słowa z Ewangelii św. Łukasza (23, 34) są cytowane w Katechizmie Kościoła Katolickiego, ale nie znajdziemy ich nigdzie w książce Lisickiego, która naszpikowana jest przecież cytatami z Biblii.

Dla Lisickiego najważniejszy fragment Ewangelii, który jest rzekomo przemilczany w politycznie poprawnych odczytaniach Pisma, to wers 25. w 27. rozdziale Ewangelii św. Mateusza.
W tym fragmencie Piłat umywa ręce od odpowiedzialności za śmierć Chrystusa, doprowadzając tym samym „cały lud” do zawołania: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Katechizm Kościoła Katolickiego także wspomina o tym wersie: „Tym bardziej nie można rozciągać odpowiedzialności na innych Żydów w czasie i przestrzeni, opierając się na krzyku ludu: ≫Krew Jego na nas i na dzieci nasze≪ (Mt 27, 25), który oznacza formułę zatwierdzającą wyrok : Na Soborze Watykańskim II Kościół oświadczył: ≫To, co popełniono podczas męki [Chrystusa], nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma Świętego≪”.

Widzimy tu nawiązanie do oficjalnego dokumentu Kościoła dotyczącego jego relacji z narodem żydowskim, mianowicie deklaracji soborowej Nostra aetate, który został zatwierdzony przez biskupów w październiku 1965 r. (przy 2221 głosach „za” i 88 „przeciw”), a następnie ogłoszony przez Pawła VI.

W debatach poprzedzających powstanie tego dokumentu biskupi dosyć szybko uporali się z pytaniem o to, czy Żydzi mogą być obciążani odpowiedzialnością na śmierć Chrystusa. We wrześniu 1964 r. kard. Augustin Bea, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan podjął temat bogobójstwa, przemawiając do biskupów zebranych w Bazylice św. Piotra. Po pierwsze, wyraźnie zaznaczył, że cokolwiek zostanie przez nich napisane i podane jako nauczanie Kościoła, będzie musiało być zgodne z Bożym objawieniem – nie można „zaprzeczyć ani jednemu słowu Pisma”, np. temu, że „przywódcy żydowskiego Sanhedrynu (…) byli uważani (…) za prawowite władze tego narodu. (…) Cała tragiczność i waga ich działań związanych ze skazaniem Chrystusa polegały na tym, że były to działania prawowitej władzy narodu żydowskiego”. Następnie przeanalizował krok po kroku zarzut zabicia Boga: przywódcy narodu żydowskiego nie „rozumieli w pełni boskości Chrystusa”, a przez to nie mogą „być oficjalnie nazwani zabójcami Boga”; Chrystus przebaczył swoim oprawcom – Rzymianom, Żydom i innym – na krzyżu; około 4,5 mln Żydów żyło w diasporze poza Palestyną w czasach biblijnych („czy ci również mają być obciążeni winą za czyny, których dopuścili się członkowie Sanhedrynu w ów smutny piątek?”); i wreszcie – wina nie może być przenoszona z winowajców na cały naród, niezależnie od czasu i niezależnie od tego, o jaki naród chodzi. (Kardynał przyznał oczywiście, że „Chrystus Pan oddał życie za wszystkich ludzi”. Jednak omawiana kwestia dotyczyła „winy za śmierć Pana w porządku historycznym” i w takim rozumieniu utrzymywał on, że „narodowi żydowskiemu jako takiemu – tak w czasach Chrystusa, jak i w naszych czasach – nie powinno się nigdy przypisywać winy, która nie jest ich winą”).

Lisicki dochodzi jednak do innych wniosków i pisze: „Mateusz wskazuje zatem, że odpowiedzialność spoczęła na całym Izraelu, nie na tym lub innym człowieku. Od tej pory, według autora pierwszej Ewangelii, żeby się zbawić, uwolnić od niewinnej krwi Jezusa, trzeba przystąpić do nowego Izraela, tego, który powołał Syn Człowieczy”.

W tym cytacie odnajdujemy dokładnie to rozumienie winy Żydów za ukrzyżowanie Chrystusa, które biskupi i papież odrzucili podczas II Soboru Watykańskiego. Lisicki utrzymuje, że odpowiedzialność „Izraela” nie oznacza „winy poszczególnego Żyda w tym czy innym pokoleniu”, ale jak oddzielić pojedynczego Żyda od narodu żydowskiego? Jak autor może twierdzić, że naród żydowski żyje w tym grzechu, nie dotykając tym samym każdego Żyda? Lisicki w praktyce próbuje ożywić na nowo pogląd, który Sobol uznał za niewłaściwy.

To, w jaki sposób Lisicki komentuje Ewangelię św. Mateusza, jest również sprzeczne z metodologią, jaką autor twierdzi, że przyjmuje, pisząc we wstępie o książki, że jego zamiarem jest „ustalenie faktów” i „rekonstrukcja zdarzeń”. Kiedy analizuje tę Ewangelię, zaczyna wprawdzie od ustalania, co się wydarzyło, ale kończy już na dociekaniach, co ewangelista chciał przekazać w 25. wersie z 27. rozdziału. Mimo że Lisicki twierdzi, że zajmuje się dochodzeniem do „prawdy” i „faktów”, które przeciwstawia „interpretacjom”, to ostatecznie sam robi to, co jest nieuniknione przy czytaniu Biblii – interpretuje ją. Co więcej, stawia siebie nie tylko ponad głoszonym oficjalnie nauczaniem Kościoła, ale także w kontrze do głosów poważnych katolickich badaczy. Dostrzec można np. sprzeczność między odczytaniem słów z Ewangelii św. Mateusza, która Benedykt XVI przedstawia z książce Jezus z Nazaretu, ale która Lisicki pośpiesznie odrzuca. Lisicki pisze: „Benedykt XVI pisze: ≫jeśli według Mateusza ‘cały lud’ wolał ‘Krew Jego na nas i na dzieci nasze’ (27, 25), to chrześcijanin powinien pamiętać, że krew Jezusa mówi innym językiem niż krew Abla (zob. Hbr 12, 24). Nie woła o pomstę i karę, ale jest pojednaniem≪. Ojciec Święty podaje, jak jego zdaniem należy rozumieć słowa Mateusza o krwi. Znaczą one, że ≫my wszyscy potrzebujemy oczyszczającej mocy miłości, która jest Jego krew. Jestona nie przekleństwem, lecz odkupieniem i zbawieniem ≪ (s. 202). Papież przechodzi zatem od pytania historycznego – kogo miał na myśli Mateusz, mówiąc o całym ludzie, oraz jakie znaczenie miały słowa owego ludu – do pytania teologicznego: jak winni je rozumieć chrześcijanie w świetle wiary. Co do tego drugiego wyjaśnienia, trudno mieć wątpliwości. Głos papieża wskazuje jasno duchowy sens przelania krwi. Niemniej jednak nie rozstrzyga to kwestii historycznej”.

Są to jednak niesprawiedliwe, „naciągane interpretacje” – używając słów Łysiaka. Benedykt (podobnie jak biskupi podczas II Soboru Watykańskiego) zajmuje się również historycznym wymiarem tego zagadnienia. Na stronie, która poprzedza tę cytowaną przez Lisickiego, papież napisał: „Fatalne w skutkach poszerzenie wzmiankowanego przez Marka ochlos, znajduje się u Mateusza (zob. 27, 25); zamiast o ochlos mówi on o ≫całym ludzie≪ i jemu przypisuje domaganie się ukrzyżowania Jezusa. Mateusz nie podaje tu z pewnością faktu historycznego. Jak w tym momencie mógłby tam być obecny cały lud i domagać się śmierci Jezusa? W sposób poprawny rzeczywistość historyczna jest ukazana u Jana i Marka”.

Logiczne jest w tym miejscu pytanie: jeśli Mateusz nie opisywał rzeczywistego wydarzenia historycznego (w tej ocenie większość egzegetów zgadza się z Benedyktem), co w takim razie chciał przekazać? Dlaczego Mateusz dodaje do relacji Marka (w oparciu o która pisał swoją Ewangelię) scenę przepowiadającą klęskę Żydów? Benedykt udziela na to pytanie odpowiedzi, która znów jest zgodna z odczytaniami tego fragmentu przez ważniejszych egzegetów – Mateusz próbuje wyjaśnić „straszny los Izraela w wojnie żydowsko-rzymskiej, kiedy ludowi zabrano kraj, miasto i świątynię”14. Benedykt, podobnie jak inni teologowie, przyjmuje, że Ewangelia św. Mateusza była napisana już po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w 70 r. n.e.

Ale na tym nie koniec. Odbiorca tego fragmentu Ewangelii św. Mateusza – czy to ateista, czy papież – musi stawiać sobie pytanie o główny element tej historii, czyli krew. Czy krew Chrystusa domaga się pomszczenia? Odpowiedź Benedykta jest jednoznaczna – nie. Poza Listem do Hebrajczyków, cytuje także opinię św. Pawła (z Listu do Rzymian 3, 23–25): „wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi”. Papież mógł również wspomnieć, że w poprzednim rozdziale z Ewangelii św. Mateusza (26, 28) Jezus mówi o swojej krwi, która „za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów”. W wersie 1, 21 Ewangelii św. Mateusza, anioł mówi zaś do Józefa „nadasz [Mu – przyp. red.] imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. Wydaje się więc, że można znaleźć wiele fragmentów pomocnych w zrozumieniu tego, co św. Mateusz chciał przekazać.

Ale żeby zrozumieć św. Mateusza, papież nie zatrzymuje się jedynie na tekście jego Ewangelii. Zestawia jej treść z tekstami Ewangelii Marka i Jana, listami Pawła i Listem do Hebrajczyków Tak właśnie katolicy czytają Biblię – jako spójna całość. W rozmowie z Peterem Seewaldem kard. Joseph Ratzinger wyjaśnia, na czym polega ta metoda: „Biblię jako Słowo Boże mogę zrozumieć tylko wtedy, gdy widzę napiętą jedność, związek wszystkich elementów całości – a nie tylko poszczególne słowa i zdania. (…) Biblia nie stanowi podręcznika o Bogu i boskich sprawach, lecz zawiera symbole, dzięki którym rozwija się wiedza i powoli postępuje naprzód również pewien proces historyczny. Naprawdę rozumiem ją jako Słowo Boże tylko wtedy, gdy jeden symbol odnoszę do drugiego i gdy te biblijne symbole wzajemnie się korygują. (…) Nie można wyciągnąć pojedynczego zdania i powiedzieć: tak, to zdanie znajduje się w wielkim podręczniku Boga, zatem musi być prawdziwe po prostu samo w sobie”.

Opis tego, jak nie czytać Pisma Świętego, oddaje metodę Lisickiego dosyć wiernie. Próbując potwierdzić swoje przekonanie o tym, że to „Żydzi” są odpowiedzialni za śmierć Chrystusa, poszukuje on pojedynczych wersów, które splecione razem, wydają się sankcjonować taką opinię. Poza fragmentem z Ewangelii św. Mateusza (27, 25) autor powołuje się także na słowa z Dziejów Apostolskich i Pawłowy List do Tesaloniczan. W Dziejach Apostolskich (2, 23) św. Piotr mówi do „mężów izraelskich” o Jezusie Nazarejczyku, że Go „przybiliście (…) do krzyża i zabiliście” (w tej księdze można znaleźć też inne podobne fragmenty). W swoim liście św. Paweł pisze: „Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków, i nas także prześladowali. A nie podobają się oni Bogu i sprzeciwiają się wszystkim ludziom” (1 Tes 2, 15).

Podczas przygotowywania dokumentów II Soboru Watykańskiego biskupi i konsultanci teologiczni czy-tali te i inne wersy z Pisma Świętego oraz komentarze do nich (niektóre z nich powstawały w pierwszych wiekach istnienia Kościoła). Kiedy rozważali nastawienie Kościoła do narodu żydowskiego, za najważniejsze uznali te fragmenty Biblii, które Paweł Lisicki zupełnie pomija – rozdziały 9.–11. Pawłowego Listu do Rzymian. Wpływ tego tekstu można zauważyć choćby w rozdziale czwartym deklaracji Nostra aetate: Kościół uznaje, że początki jego wiary i wybrania znajdują się judaizmie (Rz 11, 17–24); Żydzi są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania (Rz 11, 28–29), Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i służyły Mu ramieniem jednym. Biskupi nie ignorują tego, że władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednak swoje rozumienie relacji Kościoła do Żydów wywodzą z Listu do Rzymian.

Można zapytać, dlaczego przesłanie Listu do Rzymian jest tak ważne, żeby odsuwało na dalszy plan znaczenie innych fragmentów Pisma. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, spośród wszystkich listów św. Pawła – i wszystkich ksiąg Nowego Testamentu – tylko w tym jednym autor wprost zwraca się do odbiorców, żeby powiedzieć im, jak mają odnosić się do postawy Żydów, którzy nie przyjęli Jezusa jako Mesjasza. To jedyny list pasterski Pawła nauczający wiernych, jak powinni rozumieć miejsce (jak to określa) jego krewnych. Inne fragmenty Biblii podnoszące ten temat, np. fragmenty Dziejów Apostolskich, ukazują nam, co apostołowie w tamtych czasach mówili do Żydów, zapewne z nadzieją na ich nawrócenie Po drugie, List do Rzymian jest ostatnim listem Pawła i jako taki odzwierciedla najbardziej dojrzały etap rozwoju jego teologii. A przez to jest przykładem rozstrzygającym o kształcie jego refleksji, czego nie można powiedzieć o wcześniejszych listach, szczególnie o Liście do Tesaloniczan.

Ale, po trzecie, List do Rzymian dał Kościołowi język, którym może on mówić do Żydów (i o Żydach) po Holokauście. Lisickiemu może się to nie podobać, ale ojcowie Soboru nie mogli zignorować mroku rzuconego przez ludobójstwo na ich epokę i w związku z tym postanowili stanowczo wykorzenić z Kościoła postawy wrogie judaizmowi, które przyczyniły się do tej tragedii. Można to nazwać poprawnością polityczną, jednak ci, którzy taką postawę odrzucają, robią to poza i wbrew katolickiej wspólnocie Należy też zauważyć, że biskupi nie poszli na żaden kompromis, czego doszukuje się Lisicki we współczesnych pracach teologów Nie zniekształcali pierwotnego przesłania Pisma Świętego. Przeciwnie, pomijając niemal całą tradycję – Hieronima, Augustyna, Orygenesa i innych – sięgnęli do najwcześniejszych dokumentów chrześcijańskich, listów Pawła, i to nie wybranych przypadkiem, ale do tego najważniejszego, zwanego niekiedy jego testamentem.

Wróćmy jednak do pytania o to, dlaczego Lisicki napisał swoją książkę. Historycy mogą zadawać niekończące się pytania dotyczące przeszłości: dlaczego Lisicki jest tak bardzo zainteresowany właśnie odpowiedzialnością Żydów za śmierć Jezusa? Dowodzenie jej istnienia wydaje się głównym celem tej publikacji. Dietrich von Hildebrand, niezwykle konserwatywny filozof, którego nikt nie będzie podejrzewał o poprawność polityczną, napisał w 1937 r., że każdy naród zachowałby się tak samo, jak zachowali się Żydzi oskarżeni o zabicie Jezusa. Żydzi działali jako przedstawiciele ludzkości (zgodnie z obowiązującą wtedy teologią Hildebrand uważał, że cały naród żydowski ponosi odpowiedzialność za ukrzyżowanie). Czy w świetle tej wypowiedzi potrzebne jest przypisywanie tożsamości etnicznej wszystkim tym, którzy doprowadzili do śmierci Jezusa?

Lisicki stwierdza na samym początku, że kwestie, które porusza, tylko pozornie dotyczą przeszłości − i jest to prawda. Jego praca nie jest chłodną analizą faktów historycznych. Nie jest też prostą rekonstrukcją wydarzeń z odległej przeszłości. Nie jest pozycją napisaną poza perspektywą wiary – wiary szczególnego rodzaju. Książka Lisickiego przedstawia przekonania, które przez materialistę poruszającego się w rzeczywistości twardych faktów byłyby odebrane jako dziwaczne, jeśli nie absurdalne. Lisicki bowiem nie ogranicza się do stwierdzenia, że według ksiąg Pisma Żydzi w przeszłości zabili Chrystusa. Idzie dalej i przekonuje czytelników, że wydarzenie z przeszłości ma wpływać na to, jak patrzymy na Żydów żyjących dziś. Oczywiście odbiorca, dla jakiego Lisicki pisał swoją książkę, nie jest świeckim materialistą, nie jest osobą stawiającą się poza „światłem wiary”. To książka napisana dla innych Polaków, dla polskich katolików Lisicki tłumaczy czytelnikom, że Żydzi, zabijając Chrystusa, podeptali Prawo i utracili specjalny status narodu wybranego: „można by powiedzieć, że Prawo skompromitowało się przez wydanie wyroku na Chrystusa: przeklinając Go, pokazało, że jest przestarzałą literą (…) Końcem Prawa, największego daru, jaki Bóg dał swemu ludowi, tej najbardziej drogocennej perły, jaką Izrael otrzymał za pośrednictwem Mojżesza, był wyrok śmierci na Mesjasza. Tak przynajmniej rozumiał to Paweł i jego odbiorcy”20.

Zdecydowanie nie takie było rozumienie Pawła. Odczytanie Lisickiego jest sprzeczne z coraz szerszym konsensusem wśród teologów, jak również z nauką Kościoła katolickiego. Jeśli męka Chrystusa w jakikolwiek sposób unieważniłaby Prawo, nie byłoby we wczesnym Kościele zaciętych sporów, które Prawa dotyczyły – np. tego, czy chrześcijanie powinni być obrzezani (problem omawiany m.in. na Soborze Jerozolimskim i w Dziejach Apostolskich, rozdział 15.) albo czy Żydzi, którzy stali się chrześcijanami, powinni od innych wyznawców Chrystusa wymagać przestrzegania żydowskich zasad dotyczących pokarmów (Ga 2). W Liście do Rzymian (3, 1–2) Paweł uznaje pożytki płynące dla Żydów z obrzezania. Apostoł żył, przestrzegając Prawa, i uważał za słuszne, żeby inni Żydzi postępowali podobnie.

Kościół katolicki w swoim rozumieniu miejsca Żydów kieruje się tym, co św. Paweł pisze w Liście do Rzymian na temat nieustającego znaczenia Tory. Według niego do Izraelitów „należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice” (9, 4), a „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (11, 29). Lisicki nie tylko ignoruje to nauczanie, ale nie potrafi też zrozumieć, jakie znaczenie ma Tora dla współczesnego (czyli po biblijnego) judaizmu, zapewniając, że tożsamość żydowska zakłada uprzywilejowanie, usprawiedliwienie przyznane na podstawie samego istnienia narodu. W rzeczywistości przymierze Boga z Żydami nakłada na nich specjalne obowiązki. Twierdząc, że Prawo się skończyło, Lisicki sugeruje, że skończyło się Boże przymierze z Żydami. Tymczasem wnioskując z tego, co zapisano w Nostra aetate, władze Kościoła uznały, że to przymierze jest nadal w mocy. Jan Paweł II np. mówił wielokrotnie o przymierzu z Izraelem, które nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Trudno wyobrazić sobie większą sprzeczność niż ta, jaka zachodzi między papieskim nauczaniem a interpretacją Lisickiego, który praktycznie stwierdza, że istnienie Żydów jest bezcelowe.

Niektórym spośród katolików czytających Lisickiego (osobom, które prawdopodobnie mają niewiele czasu na czytanie teologii) zadam proste pytanie: komu ufają – Magisterium Kościoła katolickiego, niezwykle wrażliwemu na kwestie interpretacji Pisma Świętego, ale także wiary, czy redaktorowi gazety niezdradzającemu żadnego wykształcenia teologicznego? Niezwykła jest arogancka duma tego autora, który − bez głębszego namysłu − przyznaje sobie umiejętność oceniania, czy nie tylko papieże, ale i wybitni egzegeci naszej epoki mają rację, czy też są w błędzie. Jak astronom amator analizujący myśl Einsteina, Lisicki pozwala sobie oceniać jednego z najznakomitszych znawców Biblii, ks. Raymonda Browna: „pisze słusznie Brown”, „Brown ma rację”, „Brown słusznie zauważył”.

Podsumowując, w tej książce dostajemy fałszywe nauki przebrane na poważną naukowość, a ich autor nie tylko przeczy wykładni Kościoła w imię jego obrony, ale wydaje się tejże wykładni w ogóle nie znać. Z tego, co może wywnioskować czytelnik, Lisicki nie słyszał o II Soborze Watykańskim. Czy te braki w wiedzy mogą być przypisane długofalowym skutkom politycznej izolacji Polski podczas zimnej wojny albo ograniczaniu katechezy przez polskie władze komunistyczne? To prawda, że siostry Służebnice Niepokalanego Serca Maryi nie mogły pracować w szkołach Polski Ludowej. Jeszcze bardziej zagadkowe jest jednak, że ci, którzy powinni Lisickiemu tłumaczyć to, czego naucza Kościół – wiodące katolickie autorytety, jak choćby kierownik Katedry Teologii Biblijnej Instytutu Nauk Biblijnych KUL ks. prof. Henryk Witczyk czy ks. prof. Waldemar Chrostowski z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego – pokazują, iż to oni uczą się od niego, teologa hobbysty. Książka Lisickiego pozostawi czytelników z tymi i wieloma innymi pytaniami do rozważenia. Ale przynajmniej sprawi też, że odbiorcy staną się niezwykle wdzięczni za istnienie Urzędu Nauczycielskiego jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła.

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter